Znudzony klient multipleksu

Czasami mam wrażenie, że my – wszelkiej maści recenzenci i filmowi opisywacze – znajdujemy się w bardzo dwuznacznej moralnie pozycji. Z jednej bowiem strony, teoretycznie posiadamy większą filmową wiedzę i, nazwijmy to, „filmowe oczytanie”, jednak gdyby tak się nad tym głębiej zastanowić, to… nie wiemy zupełnie nic.

Ileż to razy oglądaliśmy filmy pod wpływem sugestii tych, którzy widzieli je już przed nami (chociaż i tak, najczęściej, widzieli tylko materiały prasowe), a później zwerbalizowali swoje odczucia na kartach magazynów/dzienników/stron www. Otóż zdradzę Wam tajemnicę: ci wszyscy recenzenci zupełnie się na kinie nie znają. Co więcej – nie znają się na nim także ci widzowie, którzy niczym bezmyślne stado świńskim truchtem pędzą do multipleksów na kolejną ekranizację Spidermana. Prawda jest taka, że na kinie nie zna się nikt – za to kino świetnie zna się na ludziach.

Weźmy na przykład taką sytuację: chcemy iść do kina w piątkowy wieczór. Bierzemy więc gazetę i wybieramy taki film, który ma w miarę wysoką ocenę i całkiem ciekawy opis. Idziemy, oglądamy, wychodzimy i… szok – film zamiast diamentem okazał się być śmierdzącą rybą, podrzuconą nam przez recenzenta. Sytuacja to kłopotliwa co najmniej, ale niestety bardzo częsta. Prawda jest bowiem taka, że nie da się filmu w żaden sposób obiektywnie ocenić, ba! nie da się o nim nawet napisać niczego obiektywnego!

Skoro niemożliwe jest „oralne” zadowolenie mas przed seansem, próbuje się je zadowolić „werbalnie” przy pomocy wszelkiego rodzaju reklam, zwiastunów, ulicznych bilbordów i jeden Bóg wie czego tam jeszcze. Tak jednak reklamuje się z reguły filmy, których autorzy nie odróżniają fabuły od efektów specjalnych, w efekcie czego mamy niemal pewność, że przez 90 minut oglądać będziemy regularny pokaz pirotechniczny.

W tym kontekście ogromną furorę robi współcześnie słowo „nuda”, którym, z jednej strony, szafują intelektualiści, określając w ten sposób rozmaite filmy akcji w typie „XXX” czy „Szybcy i wściekli”, z drugiej zaś strony barykady mamy właśnie konsumentów owych filmów, dla których równie nudne będą dzieła Bergmana. Paradoks polega na tym, że żadnego z tych twierdzeń nie da się sfalsyfikować… Filmami równie nudnymi będzie bowiem „Tomb Raider” i „Tam, gdzie rosną poziomki”. Potencjalnie nudny jest cały dorobek kinematografii, dzieła Dostojewskiego i Kafki; nudny jest Sienkiewicz i Słowacki – mimo że „wielkim poetą był”. Nudny jest cały świat – chodźmy więc strzelić sobie w łeb.

„Przerzucam kartki tygodnika. Co tam mamy? Nowe choroby, które zagrażają ludzkości. Ocieplenie klimatu. Coś o Ben Ladenie Rydzyku, Nelly Rokicie. Lustracja, seks po sześćdziesiątce, pedofilia. Z założenia wszystko niby ciekawe, tymczasem wieje od tego tak straszliwą nudą, że tygodnik, który dopiero co kupiłem, momentalnie starzeje się w oczach, zamienia w spłowiałą gazetę sprzed lat.” – pisze Tadeusz Sobolewski w swym felietonie w październikowym „Kinie” – i zaraz dodaje: „nudne jest to, co ciekawe”.

Wydaje się, że Sobolewskiemu chodzi o pewien rodzaj nachalności w doborze i epatowaniu informacją: pomiędzy newsem a czytelnikiem zawsze pojawia się „obcy”, którego nieuchronna obecność jest też przyczyną wszechogarniającej nudy. Świat jest ciekawy „na siłę”, bo tego właśnie oczekuje konsument: chce gorących tematów na pierwszych stronach gazet, chce wiedzieć, kto z kim sypia, gdzie robi zakupy Maria Szarapowa i co myśli o lotach w kosmos Madonna. Doszło do tego, że tzw. celebrities pyta się o rzeczy, o które nie pyta się ludzi kompetentnych, tzw. ekspertów. Nieważne, co jest mówione – ważne, kto mówi.

We współczesnym kinie jest podobnie: wystarczy kilka „gorących” nazwisk uświetniających jakiś zbiorowy happening przed kamerą, aby nadać mu status filmu fabularnego, na który bez trudu przyciągnie się gawiedź. Jeśli dodamy do tego tematykę szkolno-polonistyczną, to możemy nawet liczyć na gawiedź szkolną, która przyjdzie do kina w ramach tzw. „edukacji kulturalnej”.

Przypomnijmy sobie „Truposza” Jarmuscha – Johnny Deep trafia do małego miasteczka, w którym przypadkowo zabija pewną ważną osobistość. W panicznej ucieczce trafia do okolicznego lasu, w którym znajduje go indianin imieniem Nobody. Później, przez przeszło 1,5 godziny obserwujemy wędrówkę dwójki bohaterów nad morze. Prawda, że nuda? Każdy film w istocie da się sprowadzić do takiego opisu, zabierając jednocześnie widzowi całą radość z oglądania.

Sprawą zupełnie oczywistą jest fakt, że ktoś lubi popatrzeć na półnagie kobiety latające wszerz i wzdłuż kadru z bronią o kalibrze XXL, a inni wolą liryczne obrazy rozpisane na 2-3 aktorów. Demokracja dotarła nawet do kin. Nie zastanawia Was jednak, dlaczego filmy najniżej oceniane przez krytykę są najbardziej dochodowe? Na kinie nie znają się krytycy czy widzowie? Ktoś powiedział, że od oceniania sukcesu artystycznego są tzw. znawcy kina, a widzowie to tylko pionki w grze, przestawiane na szachownicy przez wielkie wytwórnie filmowe. A ja się będę upierał, że widz jest najważniejszy…

Filmowi demiurdzy wolą jednak sprzedawać widzom nudę pod postacią pozornej różnorodności: mogą sobie zdecydować, czy w filmie zabijać będzie kobieta, mężczyzna czy może będzie to wielkie ptaszysko na deskorolce. Możliwe do dokonania wybory nie są wystarczające. Dzieje się tak, ponieważ ludzie podobno nie chcą masowo przychodzić na inne dzieła. Pytanie więc jest następujące: jak przyciągnąć do kin widzów na tzw. filmy „ambitne”? Cóż… moim zdaniem wystarczy je po prostu zacząć wyświetlać.

Dlaczego tyle filmowych premier odbywa się poza multipleksami? Dlaczego tak wiele filmów debiutuje w Polsce kilka (a niekiedy i kilkadziesiąt!) lat po premierach światowych? Filmu „Amores Perros” nie udało mi się swego czasu zobaczyć w kinie, tak samo jak „Jabłek Adama”, „Kochanków z kręgu polarnego” czy „Siódmego dnia”. Na kapitalny „Granatowy, prawie czarny” czaiłem się przez kilka tygodni, bo był tylko jeden seans. Ostatnio do kin wszedł film „Postrzyżyny” Jiriego Menzla, który światową premierę zaliczył w… roku 1981.

Tymczasem, na naprawdę ambitne przedsięwzięcie filmowe „Pora umierać” do kina pofatygowało się naprawdę sporo osób – śmiem twierdzić, że podobna ilość, jaka przyszła tego dnia na tzw. hit „Ratatuj”, wyświetlany w sali obok. Naprawdę trudno mi czasem zrozumieć politykę kinowych korporacji – dlaczego żadnej z nich nie zależy na wyświetlaniu kina spoza tzw. „mainstreamu”? Może dlatego, że to oni decydują o tym, co jest nudne?

Na szczęście ci, którzy mieszkają w większych miastach, mogą liczyć przynajmniej na pokazy w kinach studyjnych (polecam gorąco film „Kłopotliwy człowiek” – jeśli będziecie mieli okazję, to idźcie bez wahania! Tym z mniejszych miast pozostaje natomiast internet i jedyna strona z napisami, która jeszcze działa, pomimo osaczających ją macek speców od nudy z korporacji filmowych…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *