Nie cierpię (rozdział 4)

Rozdział 4: WSZYSTKO O MOJEJ MATCE

– I tylko tych wszystkich odchyleńców potrafisz czytać, zboczeńców, ćpunów, pijusów, kompletnych wariatów, żadnego porządnego, o, nie, jakby któryś przez przypadek okazał się porządny, normalny, żonadziecipiesdomnaprzedmieściach, zaraz byś go na indeksie ksiąg zakazanych umieścił. Stąd się biorą te twoje wybitnie oryginalne pomysły, bo przecież nie z twojego pustegodurnego łba, tego by jeszcze brakowało! Niech lepiej świat będzie wdzięczny, że Adam Berger zżyna z wszystkich dookoła, bo inaczej mógłby zaryczeć się ze śmiechu na śmierć! Albo zapłakać na śmierć, zdechnąć z odwodnienia, utopić się w fontannach łez…
(Koniec poprzedniego rozdziału powinien wam udowodnić, że absolutnie i pod żadnym pozorem, nie miała racji. Czułem się niezwykle urażony tymi zarzutami, rozważałem nawet pozwanie ją do sądu. Ale – na jej szczęście – nie wypowiedziała tych słów publicznie.)
***
Jakoś nie chciało mi się odrywać od fantastycznie szybko powstającej „Perły”. Przyszło mi na myśl, by jednego z bohaterów rzuciła dziewczyna, powiedzmy Warnika, na odchodnym wygłaszając przydługą tyradę o jego wadach i przywarach uniemożliwiających dalsze kontynuowanie ich związku. Dopiero po szóstym dzwonku ruszyłem ręką.
Dobra, nie mocz gaci, pomyślałem i odebrałem.
– Słucham.
– Adam?
Głos mojego ojca.
Po mojej wyprowadzce, wkrótce po wyjściu „Kryształu bogów”, nasze kontakty stały się sporadyczne. Dzwoniliśmy do siebie w zasadzie w ważniejsze święta, urodziny, imieniny. Każdy telefon w dzień znajdujący się poza oficjalną (i bardzo krótką) listą, oznaczał coś niezwykłego. I z reguły nieprzyjemnego.
– Co się stało?
– To matka. Jest w szpitalu – powiedział głosem, w którym wyczułem starannie ukrywane drżenie.
– Coś poważnego?
– Wolałbym nie rozmawiać o tym przez telefon.
Czyli jednak coś poważnego.
Udało mi się wyciągnąć z niego adres szpitala (w Tychach, ponieważ w Katowicach nie znalazło się dla niej miejsce) i nazwę oddziału, na którym leżała (od czterech dni!). Onkologia.
***
Z niebieskawą folią owiniętą wokół moich butów (złotówka w automacie przy wejściu na oddział) zapukałem nieśmiało i uchyliłem drzwi. Matka leżała, patrząc przez okno na tętniący życiem park.
– Hej, jak się czujesz? – przywitałem się.
Spojrzała na mnie i się uśmiechnęła: rzadki widok. Zapamiętałem jej twarz jako poważną, skupioną, odbicie umysłu wiecznie pracującego nad rozwiązaniem jakiegoś problemu.
– Świetnie. Gdyby jeszcze jedzenie nie było takie podłe, to spędzałabym tu wakacje życia.
Przez całe swoje zawodowe życie nie wzięła urlopu dłuższego niż tydzień.
– Na to mogę chociaż trochę zaradzić – powiedziałem.
Z termicznej torby wyciągnąłem frykasy mojego poczucia winy: ćwiartkę pieczonego kurczaka, porcję frytek, surówkę z marchewek, jej ulubione krówki i dwa kartony soków.
– Mmm… Chcesz mnie na starość utuczyć?
Ta lekkość jej tonu zaskoczyła mnie. Wcześniej uważałem ją za kompletnie pozbawioną poczucia humoru, za kogoś, kto potrafiłby obejrzeć „Shreka” i nawet się nie uśmiechnąć.
– Tylko trochę. Tak z pięćdziesiąt kilo, żebyś nam nie uciekła.
– Spokojna twoja rozczochrana – rzuciła pogodnie i zabrała się za kurczaka.
Próbowałem postawić się na jej miejscu, ale szybko zrezygnowałem. Bez sensu. Jeszcze będę miał okazję być na jej miejscu, nie ma obawy.
– Raczej wyleniała.
Posiłek przerwało wtargnięcie trzech bandytów w białych kitlach. Zostałem uprzejmie poproszony o opuszczenie pomieszczenia, co też pospiesznie uczyniłem.
Wyrwę w akcji poświęcę na króciutki opis sali. Była w kolorze, który wymykał się klasyfikacji, bo niby zieleń, ale też jakby beż, błękit i żółć, zależy skąd, jak i pod jakim kątem patrzeć. Taki kolor to sposób na powstrzymanie ludzi przed dyskutowaniem na temat stanu ścian i konieczności ich rychłego pomalowania. Trzy łóżka (zajmowane przez trzy pacjentki) stały obok siebie, oddzielone szpitalnymi szafkami nocnymi wyładowanymi dobrami znoszonymi przez rodziny chorych. Obrazu dopełniał zlew i przedpotopowy telewizor na monety, wrzucasz bilon i oglądasz, reszta podgląda.
– Panie doktorze – złapałem jednego z wychodzących z sali lekarzy. – Jak z nią jest? Bardzo źle?
– Nazwisko?
– Berger.
– Aha. Źle – odpowiedział, uciekając wzrokiem.
Następne pytanie wymagało ode mnie sporo wysiłku.
– Ile jej zostało?
– Pół roku. Sześć miesięcy, nie więcej – padła odpowiedź.
Chłodna kalkulacja: za sześć miesięcy przenosisz się na tamten świat. Jak oni potrafią podchodzić do takich spraw z taką morderczą precyzją?
(Przetrwała pięć miesięcy i jeden dzień. Pan doktor pomylił się o całe cztery tygodnie. Precyzja jednak nie była taka mordercza.)
***
Nie cierpię:
Nie cierpię lekarzy, szpitali, przychodni, lekarstw, badań, całego tego zamieszania z serwisowaniem i naprawą ludzkiego ciała. Nie prościej byłoby (spojrzenie w niebo) zaprojektować nas na konkretny przebieg, powiedzmy sześćdziesiąt pięć lat, z gwarancją bezawaryjnej pracy, a potem po prostu na złom, miejsce na parkingu dla nowego modelu?
Hę?
***
Po powrocie do domu rozebrałem się do naga i dokładnie przestudiowałem wszystkie znamiona, z lusterkiem, lupą i wnikliwym okiem Dżeka do pomocy. Czyste. Potem zabrałem się za węzły chłonne i bite piętnaście minut z paranoiczną obawą porównywałem je do siebie. Żaden nie był powiększony.
Na tym wyczerpała się moja znajomość metod wczesnego wykrywania raka. Piersi, z braku niezbędnego wyposażenia (to jest piersi), nie mogłem przebadać.
***
Pierwsze spotkanie Weroniki z moimi rodzicami:
Pomysł Weroniki, oczywiście, muszę poznać twoich rodziców, jesteśmy razem pół roku (pół roku!), jak to tak, żebym nawet ich na oczy nie widziała, nie są ciekawi, jak wyglądam? Ty nigdy o nich nic nie mówisz, wstydzisz się, czy co? Gdyby moi rodzice żyli, na pewno bym ci ich przedstawiła.
Zadzwoniłem, zaanonsowałem się, wpakowałem w oficjalny obiad (serwetki, pięć rodzajów łyżek, wino w kryształowych kieliszkach).
W progu powitanie, chłodnoserdeczne, z uprzejmym dystansem, jakby rozpoczynały się negocjacje o kontrakt stulecia.
Zestaw standardowych pytań (jak się poznaliście, czym się zajmujesz, jakie masz plany na przyszłość) został wyczerpany w okolicy przystawek i konwersacja przebiegała w nierównym rytmie. Co jakiś czas ktoś (oprócz ojca, który nie czuł się w obowiązku podtrzymywać rozmowę) odnajdywał temat potencjalnie nadający się do dyskusji przy stole, ale każdy z nich okazywał się zasobem niezwykle nieodnawialnym.
– Adam miał zostać prawnikiem, ale rzucił studia, żeby pisać – powiedziała matka.
– Tak, słyszałam – odparła Weronika.
– Ach.
Cisza.
– Pięknie mają tu państwo urządzone. Sama to pani projektowała? – inicjatywę przejęła Weronika.
– Dziękuję. Wynajęliśmy firmę. Oboje z mężem nie bardzo mamy czas zajmować się takimi sprawami.
– Acha. Musiało dużo kosztować.
– Już nie pamiętam, to było tak dawno. Pamiętasz, Stefan?
– Nie pamiętam.
I tak przez prawie trzy godziny.
Moja matka i moja dziewczyna mierzyły się wzrokiem, starały się nawzajem przeniknąć, rozpracować i ostatecznie nie polubiły. Za to darzyły się dziwnym, wykraczającym poza ramy męskiego rozumowania szacunkiem. Jedna nigdy nie mówiła źle o drugiej, wręcz przeciwnie, potrafiły obrzucać się komplementami jak inni robią to z błotem. Myślę, że najdokładniej ich wzajemny stosunek określiłoby słowo „akceptacja”. Weronika akceptowała ją jako moją matkę (nie żeby miała tutaj specjalny wybór – byłem raczej za stary, żeby szukać rodziny zastępczej) i ewentualną teściową, a ona – jako potencjalną synową. Na drodze do naszego nigdynieprzedyskutowanego ślubu nie było żadnych przeszkód.
***
To jest taki refleksyjno-wspomnieniowo-sentymentalny rozdział, nie sądzicie?
***
Mniej więcej w tym samym czasie, w którym moja matka trafiła do szpitala, Dżek wpadł w głęboką depresję. Wspominałem już zresztą o pierwszych objawach. Teraz jednak jego zachowanie stało się denerwujące.
(Jeśli słyszeliście o podobnym przypadku, o odnodze czyjejś osobowości, która zapadła na najbardziej pospolitą chorobę nerwową, napiszcie na adres wydawnictwa. Obiecuję, że odpowiem na każdy list.)
– Jestem bezużyteczny. Bezsensowny. Weż mne zaszczel.
Trudno mi było kłócić się z takimi tezami. Ale robiłem to mimo wszystko. To jojczenie działało mi na nerwy i przeszkadzało w pracy.
– Nie jesteś aż taki bezużyteczny. Przecież pomogłeś mi się odblokować pisarsko.
– Ale najpierw czę zablokowałem – odparł i jął chlipać w kącie.
Gud point, jakby powiedziała Weronika.
– Dzięki tobie poderwałem tę laskę na imprezie.
– Sam bysz sobie poradżył.
Prawda.
– Nie na drugi dzień po zerwaniu z Weroniką. Potrzebowałem kopa, a ty mi go dałeś.
Tutaj nawet było trochę racji. Kop w zad mi się przydał.
– Wtedy gadałesz inaczej.
– Bo miałem doła. I byłem wkurwiony. Sorry.
Nieco się rozpogodził.
– To czo teraz zrobymy?
– Ja będę pisał, a ty będziesz siedział cicho. Umowa stoi?
Znowu zmarkotniał. Zaczynał mi przypominać paranoicznego androida Marvina z „Autostopem przez galaktykę”. Zmienić mu głos, dodać parę diod i wykapany Marvin, mózg wielkości planety, a każe mi się oprowadzać ludzi po statku; życie! Nie mówcie mi nic o życiu, mam nadzieję, że nie działam wam na nerwy.
– Tobie ne sprawyłoby różnyczy, jakbym sze nagle rozpłynął w powieczu – mruknął.
– Nie, no co ty, jasne, że sprawiłoby mi różnicę – zapewniłem go, zgodnie z prawdą zresztą.
***
Życie upływało mi między klawiaturą komputera („Perła” rosła z każdym dniem), a szpitalem, w którym – niespodzianka – nie poprawiałem sobie humoru.
W połowie lipca matka na własne żądanie wypisała się ze szpitala.
– Już mi tu nic nie pomogą – powiedziała i nie dała się przekonać.
Ojciec nawet nie próbował się kłócić. Potulny jak baranek odprowadził ją do samochodu i zawiózł do domu. Który zmienił się nie do poznania.
Nie, nie chodzi o wygląd zewnętrzny (czy też raczej wewnętrzny). Zmieniła się jego atmosfera, jego – używając jednego z ulubionych słów mojego przyjaciela Dominika – wibracja. Wibracja mojego domu stała się pozytywna.
Imprezy, jedna po drugiej, szalały do białego rana. Tłumy gości wlewały się przez drzwi frontowe jak woda, która przez lata gromadziła się za tamą i teraz – gdy w tamie pojawiły się pęknięcia – była nie do powstrzymania. Przychodzili ludzie, których nie znałem, albo o których tylko słyszałem. Przyjeżdżali krewni z całego kraju, z Ustki, z Kołobrzegu, z Suwałk, z Lublina. Wpraszali się zupełnie obcy, znajomi znajomych, ich krewni i powinowaci, skuszeni rozchodzącą się famą przyjęć na Kalinowej.
Przez lata udanej praktyki adwokackiej moi rodzice wybronili masę ludzi ze świecznika i jego okolic, biznesmenów o niejasnych powiązaniach z władzą, ludzi władzy o niejasnych powiązaniach z biznesem, burmistrzów o ciężkich rękach i wybuchowym charakterze, radnych o pociągu do kieliszka i niezłomnej wierze w swoje umiejętności kierownicze, artystów ze skłonnością do leków nie sprzedawanych nawet na receptę. Oni wszyscy stanowili śmietankę tych imprez, centrum, o którym się mówiło.
(Piosenkarz A, lokalny brukowiec podał, bawił się w towarzystwie zamężnej radnej B; prezydent miasta M własnym językiem przebadał – są zdjęcia – migdałki aktorki J; restaurator N stracił przytomność z przepicia i zwymiotował na sukienkę lekarki C, ordynator oddziału chirurgii szpitala miejskiego. A to tylko czubek… lodowej.)
***
Nie cierpię:
Nie cierpię imprez do białego rana urządzanych przez moich sąsiadów. Nie cierpię dudniącej dyskotekowej muzyki i pijanych prób tańców na moim suficie. Nie cierpię gardłowych rechotów towarzyszących zakrapianym imieninom, nie cierpię gości wychodzących o czwartej nad ranem, mających istotne problemy z zejściem po schodach nie obijając się o moje ściany.
Nie cierpię, gdy nie jestem zaproszony.
***
Inna rzecz, jaką się zauważało (to znaczy, jaką zauważali ci, którzy znali mój dom rodzinny przedtem), był hałas, hałas przed i po imprezach, hałas w trakcie. Dawniej ścieżką dźwiękową życia moich rodziców była sterylna cisza.
Jako nastolatek mordowałem tę ciszę muzyką Metalliki i Guns’n’Roses, Nirvany i Pearl Jam, a zwłaszcza Kultu i Kazika. Jako układny nastolatek, robiłem to za pomocą słuchawek. Ściana dźwięku, przesterowanych do nieprzytomności gitar oddzielała mnie od ich szeleszczącego kartkami milczenia, ich pracowitej nieobecności.
(Przy okazji: gdy zmęczyły mnie „porykiwania tych szalonych szarpidrutów”, siadałem w wygodnym fotelu przy moim czarnym biurku i pisałem. Cisza – każdy jej rodzaj – przynosiła słowa, zupełnie jakby było to konieczne do zachowania równowagi w przyrodzie. Słowa niewypowiedziane przez nich, przefiltrowane przez moją wyobraźnię trafiały na kartki moich notatników; historie z biegiem czasu stawały się coraz bardziej nieziemskie, oddalone od tego, co mogłem zobaczyć dookoła. Do kariery literackiej tylko krok. Powinienem im chyba za to podziękować.)
***
Ojej, bogaty chłopczyk żali się, że zamiast buzi od mamusi dostawał zabawki! Ach, jakie to smutne! Jak mu tu nie współczuć?
Dobra, dobra. Gówno wiem o prawdziwym życiu. Dajcie spokój. Ja tylko silę się na szczerość. Mogę tylko obiecać, że nie będę się nad sobą użalać. Przesadnie.
***
Gdzieś w tym wszystkim była morfina. Nie mogło jej nie być.
Matka często wydawała się oderwana od rzeczywistości, im bliżej końca, tym częściej i bardziej. Wyglądała trochę jak zawinięta w celofan, z przyklejonym uśmiechem na twarzy, który nie pozwalał innym myśleć o jej chorobie. Postanowiła odejść w wielkim stylu, prawie zatańczyć na własnej stypie.
Nie zostałem dopuszczony do tajemnicy, dawki, pory zastrzyków były przede mną ukryte. Nie żebym specjalnie chciał wiedzieć. Przychodziłem w odwiedziny, pojawiałem się od czasu do czasu na imprezach, starałem się odgrywać rolę dobrego syna. Na tyle, na ile potrafiłem.
***
W listopadzie „Perła” była gotowa do druku. Na moje konto wpłynęła zaliczka, Marek aż zaróżowił się ze szczęścia, kiedy przeczytał ostateczną wersję. Szykował się (jego opinia!) kolejny bestseller. Nazwał mnie nawet drugim po Sapkowskim, co w praktyce naszego rynku czytelniczego oznaczało ni mniej, ni więcej, tylko drugi po Bogu, żyła złota, którą należało rozsądnie eksploatować, żeby – zmieniając metaforę, choć pozostając przy tym szlachetnym kruszcu – nie zarżnąć kury znoszącej złote jajka.
– Spokojnie zrobimy konkurs na ilustracje, a książkę wypuścimy w lutym-marcu. Nie chcielibyśmy utopić rynku, nie?
– Konkurs na ilustracje? – zdziwiłem się. – Jak chcesz zrobić konkurs na ilustracje?
– Pewnie puszczy „Perłę” w obieg w Internecze, żeby każdy móg szeczytacz, a potem ogłoszy ten cholerny konkurs – wtrącił się Dżek. Jego poczucie humoru wymagało co najmniej kuracji farmakologicznej, jeśli nie protezy.
– Opublikujemy w „Fantastyce” jedną z początkowych scen, najlepiej tę z Quiporkiem lądującym w Katowicach, i obiecamy nagrodę. Będziemy mieli obrazki za pół darmo, a przy okazji zrobi się trochę szumu przed wyjściem książki. Jak dobrze to rozegramy, to będą w księgarniach kolejki jak za „Harrym Potterem”.
Ten to dopiero potrafi fantazjować.
– To twoja fabryka, ty decydujesz. Zdaję się na twoje instynkty.
Szczerze powiedziawszy, jego instynkty nigdy nie zawodziły. Szedł od przeboju do przeboju, wychwytując młodych zdolnych publikujących swoje opowiastki w Internecie, gazetkach uniwersyteckich, fanzinach. Tak osiem lat temu odkrył Dominika, który wypisywał niestworzone historie w „Bankrucie” wydawanym na Akademii Ekonomicznej w Katowicach.
A propos pana DJ: minąłem się z nim na korytarzu wydawnictwa.

– Hej, stary, jak leci – przywitał mnie. Od razu widziałem, że właśnie skończył leczyć kaca. Miał ten wyraz rozmazanej ulgi na twarzy, wymieszanej z przyjemnymi wspomnieniami poprzedniej nocy.
– Jak helikopter na chrzczonej benzynie. A co?
– A nic. Tak pytam. Z czystej sympatii – powiedział i momentalnie dodał: – Byłem wczoraj na imprze u twoich starych. Mówię ci, totalny azbest!
„Azbest” w jego prywatnym slangu (wykorzystywanym i w życiu, i w jego powieściach, żeby uczynić je kul; denerwujące było nie to, że miał swój własny slang, ale to, że uważał, iż była to najnowsza wersja slangu używanego przez młodzież; jakoś nie miałem siły go uświadomić; siły i wiary, że cokolwiek mogłoby go zmienić) miało konotację pozytywną i znaczyło mniej więcej tyle, co „odlot”.
– Cieszę się, że ci się podobało.
– Podobało! Wiesz, jakie donaty tam krążyły? – będę zgadywał: „donaty”, bo to pączki z dziurką, ergo kojarzone z kobiecością, albo raczej kobiecą anatomią. – Jedna nie dała mi spać przez całą noc, jeśli wiesz, co mam na myśli.
Niestety, wiedziałem.
– Napisałeś coś ostatnio?
– Coś tam napisałem. Takie cóś – wydobył ze skórzanej aktówki cienki plik wydruków z komputera. Pierwszą stronę zdobił tytuł: „Gwiezdna wojna”. – To na razie tytuł roboczy. Jakoś nic mi do głowy nie chciało przyjść. W ogóle jakoś nie chciało mi się ostatnio pisać. Ale wiesz, fani się domagają.
Pisz, bo ty ładnie piszesz, co?
Gdybym miał takie podejście, to strzeliłbym sobie w łeb w okolicy „Ostatniej tajemnicy” (rok 1997).
– Ta, ciężko się skupić w takie upały.
Dominik zmarszczył brwi, próbując przeniknąć moje słowa. W tle Dżek bił głową w ścianę. Mam nadzieję, pomyślałem, że nie będę miał od tego guzów na czole.
– Wyluzuj, morda! Chodź, popijemy gdzieś wieczorem.
– Zdążysz wytrzeźwieć?
– Za dużo się martwisz. Przez to właśnie gubisz upierzenie.
– Dzięki. Przekażę mojemu dermatologowi.
– To jak będzie?
– Okej. Gdzie?
– W „Inkubatorze” może być?
– Może być.
***
Zanim jednak nadszedł wieczór i wyruszyłem na podbój „Inkubatora”, nadszedł mój ojciec.
Przygotowując mu herbatę przez długie trzy minuty usiłowałem sobie przypomnieć ostatni raz, kiedy przekroczył moje skromne progi. Udało mi się dojść do tego, że było to dawno.
– Dziękuję – przyjął szklankę i postawił ją przy sobie.
Usiadłem po drugiej stronie stołu. Czekałem, aż zacznie.
Zaczął:
– Synu, boję się, że nie byłem dobrym ojcem – wstęp bombowy, choć gdyby któryś z moich bohaterów rzucił taką kwestię, dostałbym po uszach od pani Lucyny, mojego kochanego redaktora. – To wszystko jakoś nam się wymknęło spod kontroli. Na początku byliśmy sami, dzieliliśmy się każdą najdrobniejszą rzeczą i byliśmy szczęśliwi. Ale potem studia się skończyły i musieliśmy jakoś związać koniec z końcem. Praca, praca, praca. Taki korkociąg. Dzień za dniem się od tego uzależnialiśmy. Wiesz, jakie to przeżycie wygrać sprawę w sądzie? Trudno to porównać z czymkolwiek innym. A oboje jakoś umieliśmy wygrywać. I się od siebie oddalaliśmy. Ja tu, ona tam, a nawet jak w domu, to w innych pokojach, zresztą, widziałeś, jak to wygląda. Myśleliśmy, że kiedy się urodzisz, jakoś odnajdziemy siebie znowu. Po tym, jak… parę lat wcześniej… Nigdy ci tego nie mówiliśmy, ale… zanim się urodziłeś, matka usunęła ciążę.

Rzeczywiście, nie wiedziałem o tym szkieleciku w naszej rodzinnej szafie.
– Czemu mi to mówisz teraz?
– Bo uważam, że należy ci się prawda. Zanim będzie za późno.
– Usunęła ciążę i co dalej?
– Żałowała. Ciągle się zastanawiała, co by było, gdyby.
– I zdecydowaliście się na mnie.
– Tak.
– Przynajmniej nie byłem wypadkiem przy pracy.
– Tak myślałeś o sobie?
– Zdarzało mi się.
– W sumie… nie dziwię ci się. Przyszedłeś za późno, żeby cokolwiek zmienić. Szliśmy własnymi torami, od procesu do procesu. A ty wychowywałeś się gdzieś pomiędzy. Przepraszam.
Ukrył twarz w dłoniach. Takie wyznanie musiało dużo kosztować tego człowieka, który przez całe życie nie powiedział o sobie trzech zdań pod rząd.
– To już teraz nie ma znaczenia. Było, minęło.
– Ironia polega na tym, że teraz nasze uczucia wróciły. Taka fala, rozumiesz, człowiek uświadamia sobie nagle, co miał, a co już niedługo straci… Nie wiem, jak będę mógł żyć bez Ali…
Już nie Alicji…
– Nie myśl o tym. Macie jeszcze dwa miesiące. Wykorzystaj je dobrze i tyle.
– Łatwiej powiedzieć, niż zrobić.
– Ostatnio chyba szło to wam całkiem nieźle. Nawet jeden mój kolega wpadł wczoraj na waszą imprezkę.
– To Ala. Nie wiem, jak ona to robi. Ja leżałbym załamany. A ona tańczy. Boże, żebyś wiedział, jak ona potrafiła tańczyć na studiach! Pół akademika za nią wzdychało. To były czasy.
– Wierzę na słowo – mruknąłem.
Wydawało mi się, że nie pozostawało już nic do powiedzenia. Myliłem się.
Ojciec pochylił głowę jak do modlitwy. Patrzył w obrus. Jego wargi drżały, na przemian wydymały się i zmieniały w cienką, siną kreskę. Walczył ze sobą, walczył ze swoim własnym językiem.
– Wiesz… – wymamrotał wreszcie. – Co byś nie myślał po tych wszystkich latach… kochamy cię. Oboje.
Uścisnęliśmy się na pożegnanie w mroku mojego przedpokoju.
Scena jak Eugene’a O’Neilla, pomyślałem, kiedy już wyszedł. Brakowało tylko wszędobylskiej whisky i toczącej czyjeś płuca gruźlicy. Bo morfina czaiła się w tle.
***
Gwoli wyjaśnienia: mieszkanie należało do mnie, kupiłem je z własnych, nie tak znowu skromnych środków. Weronika, wygłosiwszy swoje pikantne przemówienie, spakowała się i wyprowadziła. Nie miała specjalnego wyboru w tej materii.
Szkoda, że zapomniała wziąć ze sobą swoją kolekcję koszmarnych porcelitowych kieliszków.
***
Wieczorem wyszedłem z domu w nastroju trudnym do określenia. Byłem podbudowany, smutny, zły, zaniepokojony. Dżek za to prezentował humor jednolicie mroczny.
– Jak ty możesz w ogóle tak życz? Ja to bym sobie na twoim miejsczu w łeb palnął już dawno – powiedział w samochodzie.
– To sobie palnij – odparłem jadowicie. – Nie myślałeś, żeby sobie sprawić jakiś niewidzialnych przyjaciół? Albo przyjaciółek. Dobrze by ci zrobiło. Nie macie swoich własnych barów, jak geje?

– Bardżo zabawne – odpowiedział ponuro. – Sze tylko wyszmewacz potrafysz.
– Daj spokój. Już mam dość twojej zasępionej gęby.
– Jak mam ne bycz zasępiony, jak jestem tu oszem mieszęczy i nycz. Zero wynyków.
– Nie no. Jakieś wyniki są. Wkurwiłeś mnie parę razy. Spróbuj zaprzeczyć.
Zamknął się w sobie, chłopak na progu okresu dojrzewania z wyrazem urażonej zawziętości na twarzy.
DJ już na nas (a właściwie to tylko na mnie) czekał. Wyglądał na przejętego, jakby właśnie ktoś zaproponował mu chałturę jako juror w konkursie miss świata z nieograniczonym dostępem do sypialni wszystkich kandydatek. Coś wiedział.
– Co jest? – zapytałem bez zbędnych wstępów. Znałem go na tyle długo, żeby wiedzieć, że i tak nie doceniłby moich wysiłków.
– Co masz na myśli? – odbił pytanie, przybierając minę niewiniątka. Ta akurat zawsze wychodziła mu słabo. Przypuszczalnie nigdy niewiniątkiem nie był ani nie zwracał szczególnej uwagi na niewiniątka rozsiane tu i ówdzie po świecie.
– Komon. Zaraz cię rozsadzi. Ulżyj sobie. Bo ci jaja spuchną.
Roześmiał się.
– Wiesz, co usłyszałem od Anego?
Miał na myśli Andrzeja Poznańskiego, jednego z redaktorów pracujących w „Fantomasie”.
– Nie wiem. Że Papież został twoim fanem i poprosił o parę egzemplarzy z dedykacją?
– Nie. Ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby to była prawda. Facet ma wyjątkowo dobry gust.
Nawet na usta Dżeka wpłynął cień uśmiechu.
– Tia. Zwłaszcza podobają mu się powieści, w których występują o dwóch parach piersi i zdolnych obsłużyć czerech klientów naraz.
– Cóż… moja wyobraźnia nie zna granic… – nadął się jak balon.
– Masz na myśli granice dobrego smaku? – przerwałem mu.
– Żadnych granic – dokończył. – Dobry smak to pojęcie konwencjonalne. Relatywne. Względne. Kulturowospecyficzne.
– Blablabla. Gadaj wreszcie, czego się dowiedziałeś od Anego.
– Widzę, że udało mi się wzbudzić twoją ciekawość. To zawsze podkreślają krytycy w recenzjach moich powieści: potrafię jak nikt inny wzbudzić zainteresowanie czytelnika…
– …zainteresowanie, kiedy wreszcie publika przejrzy na oczy i te twoje dziełka pójdą na przemiał – wpadłem mu w słowo. – A w ogóle, to (o ile wiem) oni zawsze podkreślają twoją obsesję na punkcie seksu i kobiecych organów.
– Każdy zdrowy mężczyzna ma obsesję na punkcie kobiecych organów. Tylko że te purytańskie półgłówki nie potrafią się do tego przyznać.
– Jadajadajada, a świstaki podpierdalają te sreberka z fabryki czekolady.
– A propos. Słyszałeś, że mają nakręcić „Charliego i fabrykę czekolady”?
– Słyszałem. A słyszałeś o facecie, którego udusił kolega w jednej knajpie, bo zamiast powiedzieć o co chodzi, ciągle zbaczał z tematu i pieprzył głupoty?
– Nie. Wyczytałeś tę historyjkę w tej swojej „Wyborczej”?
– Taka historyjka prędzej by się pojawiła w tym twoim „Super Expressie”.
W tym momencie zdałem sobie sprawę, że naszej rozmowie przysłuchiwała się kelnerka stojąca obok naszego stolika. Z rozdziawioną gębą i maleńkim notesikiem w rękach zachwycała się fizjonomią Dominika. Jakby było się czym zachwycać.
– Ja wezmę „Lecha”. Butelkowego – poprosiłem grzecznie.
– A dla mnie „Heineken” – zamówił DJ.
Kelnerka wyszła z transu.
– Pan jest tym pisarzem – zwróciła się do Dominika, który natychmiast począł puchnąć z dumy, że to jego, a nie mnie rozpoznała.
(Żeby wszystko było do końca jasne: jego zdjęcia na tylnych okładkach okupowały znacznie więcej miejsca niż moje. Ktoś kiedyś przy podpisywaniu książek w jednej księgarni pożalił mi się, że ledwo da się mnie poznać po tej mikroskopijnej, czarno-białej podobiźnie.)
– Jaroszewicz – przedstawił się DJ. – Ale możesz mi mówić Didżej. Wszyscy znajomi tak do mnie mówią.
– Zgadza się, Didżej – potwierdziłem, złośliwie się uśmiechając. – Didżej na początku protestował, że to za bardzo amerykańskie, ale w końcu się przyzwyczaił.
Nie zwróciła na moją błyskotliwą wypowiedź najmniejszej uwagi. Zajmował ją piękny Dominik.
– Kaśka – wybąkała swoje imię. – Zaraz przyniosę to piwo.
Zjawiła się dosłownie za moment, niosąc mu tego nieszczęsnego „Heinekena”. Mój „Lech” wypadł jej z pamięci.

– Przepraszam. A moje zamówienie?
– Pan też coś zamawiał?
– Teraz wydżysz, jak to jest, jak czie nykt ne zauważa – mruknął Dżek. – Wytaj w moim szwecze.
– Zamawiałem – powiedziałem, posyłając Dżekowi piorunujące (przynajmniej w założeniu) spojrzenie. – Butelkowego „Lecha”.
– Przepraszam, musiałam nie dosłyszeć.
– Nie burz się, Kaśka normalnie nie dosłyszała. Ty zawsze tak mamroczesz – DJ wziął kelnerkę w obronę.
– A czy ja się burzę?
– Już idę.
Zostaliśmy sami. Na trzydzieści sekund.
– Dobra. Teraz możesz mi już powiedzieć. Chyba dosyć się pobawiłeś moim kosztem.
– Okej. Tylko nawilżę troszkę struny głosowe.
– Przeginasz.
– „Pewnych spraw nie należy przeginać” – błysnął erudycją.
Wróciła Kaśka, tym razem z moim zamówieniem. Prawie moim zamówieniem, bo zamiast butelkowego „Lecha” na tacy znajdowało się lane „Tyskie”. Niech będzie, mentalnie machnąłem na to ręką. Byleby zniknęła na dobre.
– Proszę bardzo.
– Dziękuję.
– Przysiądziesz się do nas? – zaproponował jej DJ, wskazując krzesło zajmowane przez Dżeka, skrzywił się jak ktoś torturowany za pomocą ekwipunku hiszpańskiej inkwizycji.
– Zawsze to samo. Ne szejmujcze sze mną. Mne tu nawet ne ma – burknął i zaplótł ręce na piersi.
– Ojej, bardzo bym chciała, ale muszę pracować – odparła Kaśka, rumieniąc się należycie.
– W porządku. Służba nie drużba, nie? – Dominik mrugnął do niej, uśmiechając się uwodzicielsko.
– „Służba nie drużba”? – parsknąłem, gdy odeszła poza zasięg słuchu. – Myślałem, że stać cię na więcej.
– Tak mi się wymknęło – odparł, ale się nie zaczerwienił. Czerwienienia się nie było w jego repertuarze min i gestów.
– Więc? – starałem się brzmieć jak ktoś mocno już zniecierpliwiony.
– Więc co? – albo udawał, albo naprawdę stracił wątek. Ta druga ewentualność nie była wcale niemożliwa. Po sali poruszała się młodazgrabna, która na pewno nie odmówiłaby mu w krytycznym momencie.
– Po raz trzeci: co ci powiedział Any?
– Aaa, to. Na mieście gadają, że Weronika wpadła.
– Wpadła? Wpadła w przerębel? Wpadła na pomysł? Wpadła na kawę?
– Wpadła – powiedział to tak, że nie było już żadnych wątpliwości. – Jest w piątym miesiącu.
Dokonałem szybkiego obliczenia, dla pewności posługując się palcami. Jakbym nie liczył, wychodziło na to, że nie mogłem być ojcem. Bogu niech będą dzięki.
– No to gratulacja dla Gwoździa, starego buhaja. Pewnie jest w siódmym niebie.
– Nie bądź złośliwy – Dominik wziął w obronę Gwozdeckiego. Ci dwaj zaliczyli razem niejedną popijawę. – On ci nic nie zrobił.
– Posunął moją kobietę.
– Ona już nie jest twoją kobietą.
– Nie teraz, wcześniej, jak byliśmy razem.
– Skąd wiesz? Powiedziała ci?
– Nie musiała. Taki dziwny zbieg okoliczności: zrywa ze mną nagle jednego dnia, a na drugi dzień wieczorem na mojej imprezie jest już z nowym facetem. Pewnie spotkali się na mieście, ona mu się wyżaliła, jak to ja ją źle traktowałem, jemu zrobiło się przykro i postanowił rozweselić ją, zapraszając na moją imprezę – być może niepotrzebnie dwa razy podkreśliłem, że impreza była moja, ale ta impreza była moja.
Knajpa – ku uciesze popijającej w niej gawiedzi – rozbrzmiewała tanim disco. Szklanki stukały, piwo gulgotało w gardłach, po kątach obściskiwały się nabuzowane hormonami parki. Chciało mi się rzygać.
– Mogło tak być. Czemu nie?
– Ty, widzę, masz jeszcze sporo do nauczenia się, jeśli chodzi o konstruowanie fabuł.
Zadarł do góry urażony nos.
– Jakoś sobie radzę.

– Miałem na myśli, że nikt nie uwierzyłby w taki zbieg okoliczności. Dlaczego nie? Bo takie rzeczy w prawdziwym życiu się nie zdarzają. Katowice mają jakieś trzysta pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Weronika wybiega z mojego mieszkania, spaceruje sobie po mieście i od razu wpada na naszego wspólnego znajomego, który też akurat wybrał się na przechadzkę.
– Dobra. Niech ci będzie. To raczej mało prawdopodobne. Ale mogło być też tak, że ona chciała ci zrobić na złość i po wyjściu od ciebie zadzwoniła do niego, a on miał ochotę na dupę, i się spiknęli.
Ta druga wersja, przyznaję z niechęcią, brzmiała całkiem rozsądnie. Jak na produkt umysłu Dominika, który kiedyś napisał powieść, w której w futurystycznym, dwudziestomilionowym Nowym Jorku garstka ludzi nieustannie na siebie przypadkiem wpadała i każda osoba była jakoś powiązana z innymi, co tworzyło łańcuch wydarzeń, w który nie uwierzyłoby nawet dziecko wychowane wyłącznie na „Kubusiu Puchatku”.
– Chyba jednak zostanę przy swojej wersji – rzuciłem.
– Jak wolisz.
Krótka pauza.
– Sądzisz, że ona go wrobiła? – spytał Dominik.
W jego wszechświecie kobiety były piraniami, które bezustannie polowały na mężczyzn, jako broń wykorzystując płodne macice. W tym wszechświecie mężczyźni nigdy nie zostawali ojcami z własnej woli, czy choćby świadomie. Przeżycie (w stanie kawalerskim) w tym wszechświecie zależało od zręcznego posługiwania się gumową, półprzezroczystą bronią dostępną w każdym hipermarkecie.
Chociaż zasadniczo mam odmienną wizję życia, wszechświata i całej reszty, z niektórymi założeniami trudno jest mi się nie zgodzić.
– Możliwe. Ona jest zdolna do wszystkiego – odpowiedziałem z satysfakcją, w zgodzie ze świętym prawem porzuconych do oczerniania swoich byłych przy każdej nadarzającej się okazji.
– Eee, nie, nie do wszystkiego. Dla mnie zawsze była bardzo miła.
– Bo nie słyszałeś, co mówiła za twoimi plecami.
To był cios poniżej pasa, wiem. Ale nie mogłem się powstrzymać. Dokopanie Weronice i za jednym zamachem podkopanie nieco tej frustrującej pewności siebie DJ-a było zbyt silną pokusą.

– A co mówiła?
– Lepiej, żebyś nie wiedział.
– Powiedz!
– Okej. Sam tego chciałeś – łyknąłem trochę piwa, żeby zyskać na czasie. Właściwe słowa jakoś się tym razem ociągały. – Nazywała cię… ześwirowanym na punkcie seksu…
– Tego nie miałbym jej za złe – przerwał mi Dominik.
– …gogusiowatym, przemądrzałym beztalenciem, które nie wie, kiedy się zamknąć.
To wreszcie go przymknęło. Na sekundę.
– Beztalencie? Czterdzieści pięć tysięcy nakładu ostatniej powieści! Czy czterdzieści pięć tysięcy fanów może się mylić? – prawie zaskowyczał.
Z jakiegoś powodu przypomniało mi się trzysta pięćdziesiąt tysięcy fanów Ich Troje.
– Oczywiście, że nie – powiedziałem z kamienną twarzą.
– Za kogo ona się ma? Niech sobie idzie postudiuje polonistykę, wtedy będzie miała jakieś pojęcie o literaturze!
Pomyślałem, co by zrobiła z jego twórczością, gdyby miała dyplom filologii polskiej.
– Spokojnie, spokojnie! Chlapnij sobie coś mocniejszego. Ale się podnieciłeś.
Ręką przywołałem Kaśkę, która przyleciała do naszego stolika jak na skrzydłach. To się nazywa obsługa.
– Setka wódki i cola dla kolegi.
– Coś się stało? – popatrzała z niepokojem na DJ, a na mnie z podejrzliwością.
– Nic. Kolega trochę się zapowietrzył. Trzeba przeczyścić mu drogi oddechowe.
– Spoko – dorzucił Dominik. – Wyżyję.
Wierzcie mi na słowo: wyżył.

***
Jak już powiedziałem, pan doktor się pomylił o cały miesiąc. Jaki wpływ miał na tę pomyłkę rozrywkowy tryb życia, jaki moja matka prowadziła do samego końca, nigdy się nie dowiemy. W każdym razie, koniec nadszedł.
Dowiedziałem się przez telefon. I zareagowałem dość melodramatycznie. Słuchawka wypadła mi z dłoni i rozbiła się o podłogę; zbladłem i zatoczyłem się po pokoju. Chwilę trwało, zanim podniosłem słuchawkę, przez którą ojciec wołał moje imię głośniej i głośniej.
– Jestem, jestem – powiedziałem. – Zaraz przyjadę.
Rozłączyłem się.
Bez słowa, Dżek podszedł i mnie uścisnął. Osobliwy był to uścisk. Obejmowało mnie powietrze, a jednak czułem ciepło i solidny ciężar ludzkiego ciała.
(Zastanawia mnie tylko, jak wyglądało to z boku: facet oplatający rękoma pustkę, czy też może stojący sztywno, nieruchomo i całą sytuację przeżywający pod kopułą swojej czaszki. Zresztą, nieważne. Nikogo z boku nie było.)
***
Na pogrzebie były tłumy. Miałem wrażenie, że przyszli wszyscy, którzy przez ostatnie miesiące bawili się na tych słynnych w całej okolicy imprezach. Nie liczyły się partyjne podziały, eksczerwoni stali obok zielonych, różowych i niebieskich; koalicje rozmyły się, sojusze zniknęły, aktualne wojenki zostały na moment zapomniane. Grupy towarzyskie wymieszały się; na co dzień unikający się ludzie wspólnie nieśli wieńce i wiązanki. Ręka w rękę szli za trumną prokuratorzy, obrońcy i sędziowie, trudni, niemożliwi do rozróżnienia w czarnych garniturach i garsonkach.

Prawdziwa jedność narodowa – z drobnym incydentem, o którym później – została osiągnięta na pogrzebie Alicji Berger. Szkoda, że tylko na godzinę z kawałkiem.
Co czułem? Czułem taką mieszaninę emocji, że do dzisiaj nie jestem pewny. Żal, smutek, ulgę, niepokój. Moje reakcje nigdy nie są proste ani łatwe do przewidzenia. W sumie, jakkolwiek nie określilibyśmy moich uczuć, kiedy ciało mojej matki powoli opuszczano do grobu, nie było to szczęście.
Zostawmy to tak, jak jest.

One thought on “Nie cierpię (rozdział 4)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *