Nie cierpię (rozdział 5)

Rozdział 5: SNY I PRZEBUDZENIA

– Normalnie zdychałam od czytania tego badziewia! Ale co miałam robić? Jedno słowo krytyki i już się fioletowy robisz, jakbym ci po tchawicy deptała, ty wrażliwcu ty, artysto pogięty! Ale szczera ma być opinia, szczera, nie przejmuj się, nie krępuj, a potem oczka wilgotne jak u szczeniaczka proszęproszę wal mi komplementy, bo padnę trupem jak tu stoję, jestem bezbronny, moje ego tutaj nagie przed tobą leży, niedopieszczone, niedożywione, jedna noga w grobie. No to jasne, już lecę bić pokłony: superwciągające, megaciekawe, hipernieszablonowe, zajebiściewzruszające. Mało? Dokwadratuzaskakujące, niezwykleinteligentne, gigakul. I się pasłeś, pasłeś, a ja musiałam znosić te twoje samozadowolone miny.

(Wstrząsające. Tak dałem się nabrać! Myślałem, że to dla niej przyjemność, uczestniczenie w procesie twórczym, bycie moim pierwszym – i wtedy najważniejszym – recenzentem. A wystarczyło powiedzieć, że jej mój gatunek nie interesuje, nie chce brać w tym udziału, itakdalej. Zrozumiałbym.)

***

Napiłem się, zasnąłem w ubraniu. Śniłem.
Wyśniłem:

Maturę, której nie trzeba zdać, żeby ją zdać. Wielki (lub też długi) minister o twarzy z „Koszmaru z ulicy Wiejskiej” uśmiechał się do młodzieży, usiłując przekonać ją, że nie jest wcale taki zły. Z kieszeni wystawała mu biało-czerwona flaga, nogawki spodni ukrywały wysokie cholewki jego wojskowych butów. Rzesze licealistów, studentów, kadry naukowej wybiegły na ulicę, by radosnym pochodem uczcić ministra, wszyscy w mundurkach, które swoją granatową barwą raz na zawsze wypłoszyły ze szkół narkotyki, przemoc, korupcję, zapewniły nauczycielom godziwe wynagrodzenia, a uczniom najnowszy sprzęt komputerowy.

Trzy miliony mieszkań w prężnie stojących wieżowcach, tworzących schludne, bezpieczne osiedla. Nad wieżowcami niebieskie niebo i słońce ozłacające okna. Tłumy ludzi wlewały się przez drzwi klatek schodowych, matki, ojcowie i dzieci, niezmierzone morze dzieci, na własnych nogach, w wózkach spacerowych, zawinięte w beciki. Tłum pęczniał, dzieci mnożyły się na potęgę jak drożdże, bez udziału takich perwersji jak seks i zapłodnienie in vitro, czystą siłą woli, pragnieniem otrzymania becikowego.

Ordynację wyborczą, która wreszcie pomagała elektoratowi wprowadzić na urzędy właściwych ludzi, a podać niewłaściwym czarną polewkę. Komisja liczyła oddane głosy, każdą kartę oglądała była trzy razy z każdej strony. A potem kreska stawiana była przy odpowiedniej partii, by na koniec przyznać mandaty komu trzeba, miłościwie panującej narodowi Koalicji.

Górę otwartych teczek, wiązanych, zapinanych na gumkę, na rzepy. Wytryskiwała z nich prawda, cała prawda i tylko prawda: o tym kto kogo, jak, kiedy i dlaczego; o tym kto z kim i o której godzinie; o tym kto jak woli i czy już się dopuścił, czy dopiero ma zamiar; o skłonnościach, upodobaniach i preferencjach; o ocenie z religii z czwartej klasy podstawówki; o tym kto na kogo postawił krzyżyk. Ludzie porzucali stanowiska pracy, dzieci odkładały w kąt zabawki, matki odrywały niemowlęta od piersi. Wszyscy biegli orzeźwić się przy papierowej fontannie prawdy. Panowała powszechna zgoda.

Nowoczesną, na miarę dwudziestego pierwszego wieku, służbę zdrowia. Pacjenci przestępowali przez progi szpitali, gdzie otaczali ich specjaliści i ciągnęli od badania do badania, karnie ustawiając się w kolejkę; w razie potrzeby tworzyło się listy oczekiwania, co rozwiązywało ewentualne spory pomiędzy lekarzami, z których każdy chciał mieć pacjenta do dyspozycji od razu i na jak najdłużej. Ale zakrojone na szeroką skalę programy prewencyjne zmniejszyły ilość zachorowań do tak mikroskopijnej liczby, że większość czasu spędzali na polach golfowych, przyjmując telefony od swoich bankierów i maklerów informujących o aktualnym stanie ich pokaźnych aktywów.

Proste, równe i ciągnące się w nieskończoność autostrady. Drobne uszkodzenia w ekspresowym tempie naprawiały ekipy fachowców w pomarańczowych kamizelkach. Praca wrzała, gotowała im się w rękach, a przejeżdżający kierowcy przyjaźnie do nich machali. Kawalkady aut z niemieckimi numerami przetaczały się przez polskie trasy, a przez otwarte okna pojazdów słychać było głośne cmokanie z podziwem i warczenie z zazdrości.

***

– Obudż sze, obudż! – szarpał mnie Dżek.
Otworzyłem jedno oko, a potem drugie.
– Nie zgadniesz, co mi się przyśniło.
Spojrzał na mnie z pobłażaniem. I opowiedział mi mój piękny sen dokładnie, z najdrobniejszymi szczegółami. To jemu zawdzięczacie powyższy opis.

– Wstawaj! Sprzątnyj ten cały syf!
Niechętnie, bardzo niechętnie, zwlokłem się z łóżka. Słowo „syf” dość precyzyjnie oddaje stan mojego mieszkania dwudziestego czwartego lutego dwa tysiące czwartego roku po dacie uznawanej za datę narodzenia Jezusa Chrystusa. Syf.
– Mam pomysł – rzuciłem, szukając wzrokiem butelki, w której objęciach zasnąłem poprzedniej nocy. Leżała pod stołem. Pusta. – Może ty posprzątasz, a ja wyskoczę tymczasem do sklepu.

– Monopolowego, znaczy szę?
– Jak zwał, tak zwał. Ja tam wybredny nie jestem i nie przekreślam sklepu tylko ze względu na nazwę.
Wtedy stała się rzecz co najmniej niespodziewana. Dżek podniósł butelkę i walnął mnie nią w głowę. Straciłem przytomność. Kiedy ją odzyskałem, mieszkanie lśniło czystością, lodówka pękała od zdrowej żywności, a alkohol stał się mglistym wspomnieniem.
– Niezła sztuczka. Powinienem częściej ją wykorzystywać – powiedziałem i jęknąłem. Bolała mnie nie tylko głowa, ale i nadwerężone przy załatwianiu tego wszystkiego mięśnie. Drań przecież użył do tej niewolniczej pracy moje własne ciało.
– Następnym razem skonczysz na ojomie.
Brawo. Jankes nareszcie znalazł cel swojego życia: trzymać mnie z dala od wódy i zagonić do sprzątania moich czterech kątów.

***

Jak to się stało? Jak stoczyłem się tak szybko?
To była zima, mało światła, naturalna depresja sezonowa (prawda powszechnie znana, że Polacy mają depresję totalną, dlatego, że nie ma słońca przez siedem miesięcy w roku, a lato bywa czasami niegorące), wzmocniona przez śmierć matki, wiadomość o planowanym ślubie Weroniki (jednak złapała frajera), moją własną nieumiejętność odnalezienia się w tym wszystkim i ułożenia na nowo tych klocków, z których składa się życie. No i nie zapominajmy o upierdliwości dzielenia domu z Dżekiem.
Wytłumaczenie żałosne. Na inne jednak mnie nie stać.

***

– Obudź się! – krytykował mnie DJ. – Od twojego rozstania z Weroniką niedługo będzie rok! A ty zachowujesz się, jakby to było wczoraj. Weź dupę w troki i znajdź sobie jakąś pannę na stałe, skoro nie potrafisz jak każdy normalny facet żyć od bzykanka do bzykanka.

Z tezą jego wypowiedzi zasadniczo się zgadzałem. Chociaż tkwiła w niej fundamentalna luka.
– Zasadniczo zgadzam się z tobą, jednakże w twoim myśleniu jest fundamentalna luka – powiedziałem nieco napuszonym tonem. – Jakbym umiał sobie znaleźć nową pannę na stałe, to dawno już bym to zrobił. To nie jest takie proste.
Pociągnął piwo ze swojej szklanki. Ja musiałem (Dżek czuwał) zadowolić się sokiem pomarańczowym.
– Jasne, że jest. Poznajesz ją, zaczynacie razem się pokazywać, bzykacie się, wszyscy są zdrowi i szczęśliwi. Aż zdecydujecie się na małżeństwo, jak ten wariat Gwozdecki.

Życie uczuciowe według Dominika Jaroszewicza.

– Tylko że trzeba poznać tę właściwą…
– O czym ty pieprzysz? Nie ma żadnych właściwych i niewłaściwych, są tylko ładne i brzydkie, cycate i płaskie, grube i chude. Wybierasz, jakie ci się podobają i finito.
Tłumaczenie mu, że istnieje jeszcze coś takiego jak osobowość nie miało specjalnego sensu. Długość jego kontaktów z pojedynczymi kobietami nie pozwalała na wysnuwanie wniosków na temat różnic charakterologicznych pomiędzy nimi. Dzielił je na mniej i bardzie przystępne i ta klasyfikacja mu odpowiadała.
– Jakbyś posłuchał kiedyś, co one mówią, zmieniłbyś zdanie.
– Słucham, słucham. W większości przypadków mówią: Jezu!, o Boże!, taktaktak!, jeszcze raz!
– A przed?
– Przed to mówię głównie ja – zaśmiał się. – Poczekaj. Zaraz ci coś znajdę.
Wyciągnął swój legendarny czarny notes i zaczął go przeglądać.

Legendarny czarny notes: spis numerów, nazwisk i opisów kobiet, które miały szczęście stanąć na drodze pana DJ i poddać się jego urokowi osobistemu. W przeciwieństwie do większości tego typu notatników, legendarny czarny notes wykorzystywał kolor włosów i rozmiar biustu (oznaczony jako M, L, XL i XXL; rozmiar S ignorował jako znajdujący się w niższej lidze niż on sam) jako kryteria, według których posortowane były kontakty. Wśród mężczyzn związanych w różny sposób z Wydawnictwem Fantomas krążyły o tym notesie legendy (stąd prawie oficjalna nazwa), zwłaszcza o ilości panien na liście i dokładności opisów każdej z nich.

– Nie wygłupiaj się.
– Poczekaj. Ty wolisz brunetki, nie? Weronika to brunetka, więc pewnie tak. Aha. Jest. Idealna dla ciebie. Rok urodzenia siedempięć, nauczycielka angielskiego z wykształcenia, cycki średnie łamane przez duże, miejscowa, własne mieszkanie. Ola na imię, ale w sumie mogłaby się nazywać Weronika Bis.

Przymknąłem oczy i wyobraziłem sobie, że leżę na zielonym pastwisku, Pan mym pasterzem, niczego mi nie brakuje. Gorąca fala irytacji przeminęła.

(Zastanawiacie się, dlaczego zaprzyjaźniłem się właśnie z nim. Też się nad tym zastanawiam. Wychodzi mi na to, że powód jest taki: na niego mogę wylewać całe tony sarkazmu, inwektyw, werbalnie pluć mu w twarz, a po nim spłynie wszystko jak po kaczce. Drugi powód, nie mniej ważny, to taki, że wszystkie moje wcześniejsze przyjaźnie jakoś się pozrywały. Weronika stwierdziła, że to przez to, że nikt nie potrafił wytrzymywać moich ton sarkazmu, inwektyw i werbalnego plucia w twarz dłużej niż miesiąc.)

– Puknij ty się kiedyś porządnie w łeb. Jest szansa, że ci się poprawi. Bo na pewno nie pogorszy.
DJ tylko się uśmiechnął. Teraz wiecie, co miałem na myśli.

– Jak sze ne umówysz z tą panenką, to ja czebie puknę porządne w łeb – zagroził Dżek. – I zrobię to za czebie.
– Okej, okej, okej, jak chcecie – poddałem się, podnosząc teatralnym gestem ręce do góry.
– Chcecie? Czyżbyś od tego soku pomarańczowego zaczął widzieć podwójnie?

***

Nie cierpię:

Nie cierpię ludzi, którzy czepiają się słówek i z każdego błędu potrafią wyciągnąć daleko idące wnioski na temat inteligencji i zdrowia psychicznego osób błąd popełniających. Nie cierpię tych ich samozadowolonych uśmieszków i min nawet nie próbujących skryć poczucia wyższości, bo oni celebrują wypowiedzenie nawet najkrótszego zdania i nigdy, ale to nigdy, nie zdarzają im się żadne lapsusy.

***

– Przejęzyczyłem się, co się czepiasz?
– Wiesz, co Freud sądził o przejęzyczeniach?
– Wiesz, co Freud sądził o ludziach bez ustanku piszących o seksie?
– Że oni wiedzą o co tak naprawdę w życiu chodzi?
– Jesteś… brak mi słów.

Dość. Miałem dość. Po raz drugi w przeciągu dwóch minut skapitulowałem, niepokojąc się, że wejdzie mi to w nawyk.
(Nie cierpię nawyków, nie cierpię robić czegoś tylko dlatego, że zrobiłem to parę razy wcześniej, nie cierpię ludzi, którzy układają swoje plany dnia bezmyślnie przepisując schemat dnia poprzedniego.)

– Zaraz przedzwonię do Oli. Może ona sprawi, że przestaniesz być taki upierdliwy.
Wyciągnął z kieszeni swoją Nokię i wystukał numer z legendarnego czarnego notesu (pewnie powinienem używać wielkich liter, ale jakoś nie mogę się na to zdobyć).
– Ty, czekaj, a skąd wiesz, że ona w ogóle będzie wolna?
– Po nocy ze mną, żaden facet nie wydaje się dla nich wystarczający, jeśli wiesz, co mam na myśli.
– Jeśli chciałeś mnie pocieszyć, to spróbuj jeszcze raz.
– Cii – syknął.
Zakryłem usta dłonią. To był mój wieczór teatralnych gestów.
– Ola? Hej, tu Didżej. Jak ci leci? O, to spoko. Słuchaj, jestem tu z takim kolegą, zapytał, czy nie znam jakiejś pięknej i inteligentnej, bo biedak jakoś nie może sobie znaleźć. Co? A, nie, spoko koleś, wszystko na miejscu, jeśli wiesz, co mam na myśli, też pisarz, tylko taki bardziej intelektualny, wiesz, ma nadzieję napisać jakieś arcydzieło kiedyś. W twoim wieku. W „Koniku”. Za pół godziny? Świetnie! Do zobaczenia.

– Niech zgadnę: za pół godziny leci z misją na międzynarodową stację kosmiczną.
– Twoje poczucie humoru jest dzisiaj porażające. Może spróbujesz standapu?
– Dzięki, mam akurat ochotę na pizzę.
Potrafimy tak godzinami. Dżek przyglądał się nam jak tenisowemu pojedynkowi. Piłeczka przeskakiwała z jednej połowy kortu na drugą i z powrotem, i z powrotem. Fascynujące.

Zacząłem zastanawiać się, jak się zachować, kiedy przyjdzie ta jego Ola. Miałem ochotę zwinąć się i zostawić go z tym problemem. Na pewno by sobie poradził. Ale spojrzenie Dżeka utwierdziło mnie w przekonaniu, że jednak lepiej zostać i dać z siebie wszystko, wypruć sobie flaki, starając się przypodobać tej nieznajomej dupie.

Ta nieznajoma dupa pojawiła się po dokładnie dwudziestu siedmiu minutach. Wyglądała całkiem nieźle. Jeśli DJ ma jakąś cechę, której można ufać, to umiejętność rozpoznania pięknej kobiety w każdych warunkach oświetleniowych i na dowolny dystans.
– Cześć, jestem Ola – przedstawiła się od razu. – A ty musisz być tym zdesperowanym kumplem Didżeja.
Jakjakjak, pytam się, jak on przekonuje tych wszystkich ludzi, żeby nazywali go Didżejem?
– Nie mam innego wyjścia. Ktoś musi – odparłem uśmiechając się lekko. – Adam Berger.
– To ja was, gołąbeczki, zostawię samych – Dominik wstał od stolika. – Obowiązek wzywa.
– Jakie ty możesz mieć obowiązki? – zainteresowała się Ola.
– Och, nawet sobie nie wyobrażasz – westchnął. – Koło północy ledwo trzymam się na nogach.
– Idź, idź, idź już wreszcie. Bo jak pomyślę, że pozbawiam świat twojej opieki, to zaczynają gryźć mnie wyrzuty sumienia.
– Wiesz na czym polega twój problem?
– Wal śmiało.
– Za dużo myślisz – powiedział DJ i zwrócił się do Oli: – Spróbuj coś z tym zrobić. Drań nic tylko myśli i myśli. Jak jakiś pieprzony filozof.

Brwi Oli podniosły się nieznacznie.
– Czyżbyś kolegował się z okazem prawdziwego Homo Sapiens? To takie… nie w twoim stylu.
– Wiem. Ale co robić? Przykleił się do mnie i nie chce odkleić…
Podniosłem rękę.
– Mam pytanie.
– Strzelaj, nie przejmuj się.
– Pójdziesz już?
– Dobra. Bawcie się dobrze. I nie rób z nią niczego, czego ja jeszcze nie zrobiłem.
Poszedł.
– Nareszcie jesteśmy tylko we dwoje – Ola rzuciła zalotnie.
Dżek posłał mi buziaka i wyszczerzył się jak obłąkany.
– Słuchaj… jeśli nie chcesz tego robić…
– Zależy, co masz na myśli, mówiąc „tego” – mrugnęła do mnie.
– Kontynuować tej całej randki w ciemno.
– Ależ czemu nie? Oboje już tu jesteśmy, atmosfera jest przyjemna, ty stawiasz, dlaczego miałabym chcieć się stąd ulotnić?
– Super – powiedziałem, ale jakoś tak bez entuzjazmu.
– Więc… jesteś pisarzem…
Od czegoś tę rozmowę trzeba było zacząć.

– Ano tak.
– Coś twojego czytałam?
– Mnie pytasz?
– Okej… zacznę z innej strony. Coś znanego trafiło ci się napisać?
– Mogłaś wpaść w księgarni na „Zemstę Argiriona”. Wyszła mniej więcej rok temu.
– Niech zgadnę: fantasy?
– Jakbyś zgadła.
– Faceci jakoś nie potrafią wyrosnąć z bajek.
Ręką przywołała Kaśkę, która widząc, że DJ wyszedł bez pożegnania, nie spieszyła się z podejściem. Ja tymczasem uświadomiłem sobie, że będę musiał zapłacić też za jego piwo.

– Fantasy to nie bajki. To bardzo poważny gatunek literacki – napuszyłem się, chociaż sam mam dokładnie takie samo zdanie. Bajeczki, historyjki bez żadnej wartości, literacki odpowiednik coca-coli i czipsów.
– Ojej, przepraszam. Zejdźmy może z tematu, co?
– To… jesteś nauczycielką angielskiego, nie? – wybrałem najprostsze rozwiązanie. Teraz ona sobie pogada.
– Ano tak.
Inteligentna bestia. Zaczynała mi się podobać.
– Może mnie gdzieś uczyłaś?
– Zapamiętałbyś.
Prawda.
– Ja mam pamięć dobrą, ale krótką. A ty uczysz bardziej państwowo, czy prywatnie?
– I tak, i tak, jak wszyscy. Jakbym miała uczyć tylko w liceum, to zdechłabym z głodu, zanim zdążyłbyś powiedzieć „blueberry pie”.
Kiedy monologowała na temat opłakanego stanu finansowego naszej oświaty (a na limuzyny dla ministrów to mają, wystarczy, że górnicy pojadą do Warszawy i obrzucają Sejm śrubami i też kasa się znajdzie, a dla nauczycieli nigdy, tylko ciągle nam wygadują nam te pieprzone wakacje…), miałem okazję wreszcie się jej przyjrzeć. Śliczna dziewczyna, brązowe oczy, czarne włosy do ramion, gładka skóra, naturalny uśmiech. Absolutnie w moim typie: drobna, delikatna, bez upodobania do przesadnego makijażu. DJ trafiłby w dziesiątkę, sprowadzając ją na naszą małą nasiadówę, gdybym dokładnie w momencie, kiedy Ola w swojej tyradzie doszła do obowiązków pozalekcyjnych, których każdy nauczyciel ma całe mnóstwo, się nie zakochał.

Poprawka: gdybym na chwilę nie stracił rozsądku.
Do stolika obok usiadły dwie dziewczyny przed trzydziestką, jedna z nich do przemilczenia, druga – materiał na powieść i trzy tomiki poezji. Rozdziawiłem się, zupełnie bezwiednie, i westchnąłem z zachwytu.
– Adam! Adam! Ty mnie w ogóle słuchasz? – przywołało mnie do rzeczywistości.
– Jasne. Państwowa szkoła sucks – streściłem jej wypowiedź.
– Zgrabnie to ująłeś. I w dodatku we właściwym języku.
Zyskałem kilka punktów, tyle że u niewłaściwej kobiety.
– Coś podać? – Kaśka wreszcie dotarła do nas ze swoim notesikiem.
– Ten „Gorący Jankes” wygląda całkiem nieźle – Ola wyczytała nazwę drinka z menu.
Dżek kopnął mnie w łydkę.
Co jest?
– Szestan sze gapycz na tę dupę i weż sze porządne za Olę. Bo zaraz straczy zaynteresowane – syknął ostrzegawczo.
Ale ja wolę tę drugą.
– Zapomnyj.
Gdy zakończyłem tę nerwową wymianę z Dżekiem, Kaśki już nie było. Ola za to przyglądała mi się zainteresowaniem naukowca.
– Dżizys. Ty chyba odgrywasz w głowie jakieś scenki ze swoich powieści.
– Czasami przychodzą mi pomysły na dialogi w różnych dziwnych sytuacjach. Sorki.
– Nie szkodzi. Rzadko mi się przytrafia oglądać geniusza przy pracy.
Za tego geniusza miałem ochotę udusić ją gołymi rękami.
– Bo my, geniusze, jesteśmy rzadką rasą.

W mojej głowie niespodziewanie pojawił się genialny plan. Całe to gadanie musiało podrażnić ambicję mojego mózgu i wreszcie wziął się do porządnej roboty.
– Mów do mnie jeszcze.
– Jeden „Gorący Jankes” – znienacka pojawiła się przy nas Kaśka z wielką tacą pełną napoi wyskokowych.
– Jeden na stole, drugy szy stole – rzucił zadowolony z siebie Dżek.
– Dzięki – Ola kiwnęła głową.
Poczekałem, aż kelnerka odeszła i spojrzałem na zegarek.
– Słuchaj, będę się za niedługo zbierać. Jutro rano mam spotkanie w wydawnictwie, a przedtem jeszcze muszę zrobić trochę poprawek w tekście…
– Jeszcze jest wcześnie.
– No… ale tych poprawek mam w cholerę.
Wyglądała na rozczarowaną. Ostatecznie jednak zrezygnowała z prób przekonywania mnie do zarwania obowiązków.
– Dasz mi chociaż dopić drinka?
– Pewnie. Aż tak to mi się nie spieszy.
– Czo ty knujesz? – wtrącił się Dżek, marszcząc brwi z wysiłku umysłowego.
Nie wiesz? Myślałem, że siedzisz w mojej głowie.
– To było pytane retoryczne!
Akurat!

– A nad czym aktualnie pracujesz? – zapytała Ola, przełknąwszy odrobinę „Gorącego Jankesa”.
Bez większego ryzyka mogłem odpowiedzieć:
– Nad jedną powieścią.
– Nie mów! Zgadnę! Fantasy?
– Bingo, jak mawia mój przyjaciel z Ameryki.
Roześmiała się. Bardziej dla zasady, niż z przesadnej wesołości.
Ja obserwowałem poziom płynu w jej szklance i rzucałem ukradkowe spojrzenia na zjawisko usadowione tuż obok. Nie zamierzała na razie wychodzić. Bawiła się dobrze w towarzystwie koleżanki.
Nie miała obrączki na palcu!
– A o czym?
– Co?
– O czym jest ta nowa powieść? Uchylisz rąbka tajemnicy?
Tym razem to ja zmarszczyłem brwi w umysłowym wysiłku.
– O… jednym czarodzieju… – dobry początek. Znajdźcie mi powieść fantasy, w której nie ma jednego czarodzieja! – …który dowiaduje się, że jego ojciec był zdrajcą i sprzedał tajne informacje szpiegom z innego kraju. Na dodatek czarami osłabił mury obronne wokół królewskiego grodu…

Niezłe, pomyślałem, może na serio to wykorzystam? A swoją drogą, przydałoby się, żeby Dżek walnął mnie znowu w twórcze rejony. Nie napisałem niczego konkretnego od miesięcy.
– Brzmi… zachęcająco.
Mogłaby chociaż udać zachwyt. I popracowała trochę nad tych cholernym drinkiem.
– Kiedyś na studiach napisałam opowiadanie…
O, nie!, zawyłem wewnętrznie, starając się przy tym promieniować uwagą i koncentracją.
– Ale tak dla siebie, nie żeby to gdzieś opublikować – ciągnęła.
Weronika ciągle powtarzała, że pisanie dla samego siebie to literacka masturbacja. Jedynym usprawiedliwieniem pisania tego, co mi się zdarzało, były pieniądze, najlepiej cała kupa pieniędzy.
– I nikt tego w końcu nie przeczytał? – stwierdziłem, że wypadałoby coś powiedzieć.
– Nikt. Ale to denne było, o dziewczynie, która zakochała się bez wzajemności i w końcu popełniła samobójstwo.
– Niech zgadnę: byłaś w tym czasie nieszczęśliwie zakochana.
– Jakbyś zgadł!
Jeśli jesteście tą miłą konwersacją znużeni, to pomyślcie, co ja przeżywałem. Miłość mojego życia (dobra, przesadzam) przy drugim stoliku, a ja gadu-gadu z tą nauczycielką angielskiego, która kiedyś napisała opowiadanie o nieszczęśliwie zakochanej dziewczynie, która w końcu popełniła samobójstwo.
Aaa!
– Za młodzieńcze próby twórcze! – wzniosłem toast resztką mojego soku. – Do dna!
– Za udane młodzieńcze próby twórcze!
Stuknęliśmy się szklaneczkami.
Wreszcie dno, rachunek, płaszcze, świeże powietrze, buziak w policzek, każde do swojego samochodu.
Zapaliłem silnik, pozwoliłem jej wyjechać pierwszej, skręciłem w przeciwnym kierunku. Patrzyłem w lusterko, aż zniknęła mi z oczu. Wtedy, dość karkołomnym manewrem, przecinając podwójną ciągłą, zawróciłem.

Moja wybranka w dalszym ciągu siedziała w towarzystwie koleżanki, żadnych oznak towarzyszących (lub choćby zbliżających się) facetów. Postanowiłem działać bez zwłoki.
– Hej – przywitałem się. – Jak leci?
Zostałem obrzucony badawczym spojrzeniem, otaksowany skrupulatnie.
– Jak do tej pory nieźle – odparła koleżanka, z miną nieźle-bo-bez-ciebie.
– Jestem Adam.
– Lukrecja – rzuciła koleżanka. Coś mówiło mi, że nie było to jej prawdziwe imię.
Zjawisko w dalszym ciągu milczało, wyraźnie zażenowane.
– A ty? – zdecydowałem trochę jej pomóc.
Przełamała się wreszcie.
– Olga.
Stop.

***

Dlaczego mi się tak spodobała? Co mnie w niej tak uderzyło?
Nie sposób odpowiedzieć na te pytania, nie wpadając w jakieś pseudomistyczne wyjaśnienia, bełkot o metafizycznym olśnieniu, parapoetyckie wynurzenia o sercu usiłującym wyskoczyć z piersi.
Miała coś w sobie, śliczna jak z obrazka, w typie dość mocno przypominającą nieszczęsną nauczycielkę angielskiego, której zdołałem się pozbyć.
Dlaczego więc Olga, a nie Ola, różniące się od siebie mniej więcej jedną spółgłoską? Najprostsze wytłumaczenie: bo jestem wariatem, któremu zawsze bardziej odpowiada to, które trudne – lub niemożliwe – do zdobycia.

***

Moje pierwsze przebudzenie przy Weronice było fizycznie bolesne. Czułem się, jakby poprzedniej nocy ktoś przejechał mnie ciągnikiem typu Ursus Zetor, a na dokładkę dołożył bejsbolem po łbie.
Weronika była szczęśliwa. Weronika z reguły była szczęśliwa, kiedy z jakiegoś powodu cierpiałem. Trudno mi powiedzieć, czy była szczęśliwa, bo ja cierpiałem, czy też był to zwykły zbieg okoliczności. Statystycznie rzecz ujmując jednak, istniała zdecydowana korelacja pozytywna między tymi dwoma zjawiskami. Ja płakałem, ona się śmiała.
– Hej, tygrysku, zjemy coś?
Nigdy przedtem ani potem nikt nie nazwał mnie tygryskiem.
– Czemu nie?
– A potem zabierzemy się za urządzanie tego twojego mieszkanka.
Mieszkałem tam od ponad pół roku i sądziłem, że było już urządzone. Jakże się myliłem!
Po śniadaniu Weronika przeistoczyła się w prawdziwego kaprala musztrującego koty. Brakowało jej tylko fryzury na rekruta, munduru i butów z cholewami.
W przeciągu czterech godzin w moim M3 nie pozostał ani jeden mebel, który nie zmieniłby położenia co najmniej dwa razy. Szafy, fotele, stoły, krzesła, kredensy krążyły z pokoju do pokoju i od ściany do ściany, nigdzie tak do końca nie pasując.
(Ale nakupowałem gratów, serio, nic się z tym porządnego nie da zrobić, najlepiej byłoby wyrzucić wszystko na śmietnik i pojechać do najbliższego meblowego.)

Pociłem się, powtarzając sobie w myślach, że nad udanym związkiem trzeba ciężko pracować, włożyć w niego mnóstwo wysiłku, nic nie przychodzi łatwo, itede.

Następne przebudzenie przydarzyło mi się w zupełnie innym domu. To był dom faceta w garści kobiety.

***

Restart.
– Olga – szepnąłem. – Ładne imię. Masz może ochotę na coś do picia?
– Nie jestem tu sama – odpowiedziała.
– Lukrecja chyba nie będzie miała nic przeciwko? – zwróciłem się do koleżanki.
Lukrecja wyglądała jadowicie jak skrzyżowanie kobry z czarną wdową.
– Wiesz co, O? Jestem padnięta.
– Zostań jeszcze trochę.
– Masz towarzystwo. A ja przynajmniej raz się porządnie wyśpię.
– Jak chcesz.
Skwapliwie zająłem miejsce zwolnione przez pannę Lukrecję.
– Kiedy weszłaś… dosłownie zwaliłaś mnie z nóg.
– Ojej, przepraszam. Nie pobrudziłeś sobie spodni?
W odpowiedzi na tę drobną złośliwość (uwielbiam kobiety z charakterem, Weronika jest tu koronnym dowodem) uśmiechnąłem się tylko i kontynuowałem tekst przygotowany pomiędzy wyjściem z Olą, a powrotem.
– Poczułem się, jakby ktoś nagle włączył światło…
– Jeeeezu, czy wy naprawdę nie potraficie normalnie zagadać do kobiety jak do człowieka?
Kurwa.
– Właszne, ne potrafycze?
Tego tylko potrzebowałem, recenzenta.
– Wiesz, tacy jak ja mają problem.
– Czemu? I co to znaczy: tacy jak ty?
– Pisarze.
– Ach, pisarze. Nikt jeszcze nie podrywał mnie na pisarza. Teraz na pewno mi powiesz, że nie masz przy sobie żadnego egzemplarza swojej książki, ale jeśli mam ochotę, to mnie zabierzesz do siebie i pokażesz.
Nie wybierałem się na podryw, więc nie miałem przy sobie żadnego egzemplarza swojej książki. I oczywiście, jeśli miałaby ochotę, to zabrałbym ją do siebie i pokazał. Czemu nie?
– No cóż… – wybrałem nieco inną taktykę. – Czy ja muszę ci cokolwiek udowadniać? Nie należy mi się na początek kredyt zaufania?
– Na początek czego?
– Znajomości. Na początku znajomości człowiek powinien dostać chociaż kapkę zaufania. A jak chcesz mnie sprawdzić, to ci mogę dać telefon do mojego wydawnictwa.
– Może najpierw podasz mi swoje nazwisko? Jest jakaś szansa, że o tobie słyszałam. Ja dużo czytam.
– Berger.
– Berger… Adam Berger, hę? – zamyśliła się. – Coś jakby…
– Słyszysz, że dzwonią, ale nie wiesz, w którym kościele.
– Dokładnie.
– Co pijesz?
– Gin z tonikiem.
Zamówiłem (Kaśka – kobieta, która chętnie dałaby się na miejscu przelecieć największemu kobieciarzowi po tej stronie Atlantyk, w której rewirze ciągle się znajdowałem – wykrzywiła się do mnie z odrazą).
– Soczek? Czyżbyś należał do AA? – zdziwiła się Olga.
– Nie. Po prostu nie lubię prowadzić pod wpływem.
Łał, ale ze mnie porządny obywatel!
– Masz piętnaście minut.
– Na co?
– Żeby mi czymś zaimponować. Czas start.
– Jak? Mam ci opowiedzieć dowcip z Murzynem i ogórkiem?
– Rób co chcesz – wzruszyła ramionami. – Czas leci.
Podrapałem się po głowie. Przypomniałem sobie o moim zmyślonym przyjacielu, który włóczył się za mną, obrażony, że puściłem kantem Olę.
Dżek, masz jakiś pomysł?
– Weż od Dydżeja numer Oly i sze z ną umów na jutro – odparł.
Dzięki.
– Byłem kiedyś na imprezie z Pilchem. To znaczy, byliśmy tam osobno, ale w sumie udało nam się chwilę porozmawiać, wiesz, jak pisarz z pisarzem.
– O. I co ci powiedział?
Że chętnie pogawędziłbym z jednym z młodych wilków Marka, lecz niestety musi wracać do znajomych, którzy go wołają. Bardzo chciałem zignorować sarkazm w jego głosie, bardzo…
– A wiesz, o takich technicznych sprawach. Strukturze akapitu i takich tam… – wybąkałem.
– Nie chciał z tobą gadać?
– Nie. Nadęty stary pryk. Dostanie jeden z drugim nagrodę Nike i już na wszystkich patrzy z góry. Banda zapijaczonych dupków.
Punkt dla Weroniki.
Olga uśmiechnęła się. Zrobiło mi się jakoś cieplej.
– Pilch to mój ulubiony pisarz.
By teraz oblał mnie zimny pot.
– Też go lubię… jako pisarza. Ale za miły w życiu to on nie jest.
– Słodko wyglądasz, jak się boisz – parsknęła.
– Serio?
– Nie. Żałośnie.
– Dla ciebie będę dzielny jak lew.
– Moja wróżka mówi, żebym się z lwami nie wiązała.
– Jestem bykiem.
– Byczo.
Uwielbiałem w niej wszystko, każdą ironię, każdy przytyk, każdą prowokację. Mogłaby mnie oblać zimną wodą i posypać pieprzem, a ja poprosiłbym o jeszcze.

***

Weronika zaczęła nasze wspólne życie od przeprowadzenia rewolucyjnych zmian w moim mieszkaniu, przeganiając mnie po nim jak zasmarkanego kadeta. Później jednak jej technika przeszła całkowite przeobrażenie. Nazwałem ją techniką zaciśniętych ust.
Kiedy coś jej się nie podobało, coś było (jej termin) niehalo, miażdżyła swoje wargi jedna o drugą i nie mówiła nic. Patrzyła, wskazywała wzrokiem, a ja miałem się domyślić. Coś się stało? Nic. Nicanic.

Czasem udawało mi się zgadnąć, czasem nie. Ale nic (nicanic) nie przepadało. Weronika każdą wpadkę, każde potknięcie skrupulatnie odkładała do wielkiego koszyka jej pamięci. Koszyk powoli się wypełniał, a kiedy to już następowało – a zdarzyło się to dokładnie siedem razy – byłem biedny.

Czasem udawało mi się zgadnąć, czasem nie. Ale nic (nicanic) nie przepadało. Weronika każdą wpadkę, każde potknięcie skrupulatnie odkładała do wielkiego koszyka jej pamięci. Koszyk powoli się wypełniał, a kiedy to już następowało – a zdarzyło się to dokładnie siedem razy – byłem biedny.

Sadzała mnie na fotelu w dużym pokoju; sama siadała naprzeciwko, w odległości około dwóch metrów, usta od tego zaciskania prawie niewidoczne. Milczała, hipnotyzując mnie swoim wzrokiem jak kobra. Czekała, aż poczuję się na tyle niewygodnie, by przyjąć każdy zarzut bez słowa skargi. Wtedy rozwiązywał się worek, wtedy rozsznurowywały się zaciśnięte usta. Dowiadywałem się o sobie takich prawd, że co wrażliwsza jednostka mogłaby być skłonna do próby samobójczej. Weronika spokojnie, metodycznie ujawniała moje przewiny i zbrodnie, które znosiła do tej pory w milczeniu.

(Wśród nich można wymienić, że wtedyiwtedy przywitałem ją bez należytego entuzjazmu, a na pożegnanie użyłem niewłaściwego słowa, że nigdyaletonigdy nie wyznaję jej swojej miłości, że jestem pasywny, że zawsze czekam, aż ona coś wymyśli, że ona zawsze jest na drugim miejscu, że wolę spędzić popołudnie przy komputerze niż z nią, że nigdy nie zabieram ją na wyjazdy promocyjne…)

Sesje (oprócz tej ostatniej, która też przebiegła nieco inaczej, gdyż Weronika nie pozwoliła mi nawet usiąść, zanim rozpoczęła atak i nie zmierzała dopuścić mnie wcale do głosu) kończyły się moimi aktami skruchy, posypywaniem głowy popiołem, solennymi obietnicami poprawy. No i natychmiastowym przemeblowaniem domu.

***

Jeśli pamiętacie, jak szło mi na początku z Weroniką, to wcale się nie dziwicie, że z Olgą też miałem problemy. Widać moje zdolności jako podrywacza wymagają gruntownej poprawy.
– Nie pomagasz mi – poskarżyłem się żałośnie.
– Powiedz mi, dlaczego miałabym ci pomagać dorwać się do moich własnych majtek?
– Jakbym chciał dorwać się do czyichś majtek, to w tej chwili bawiłbym się z jedną panną, która była bardzo zawiedziona, kiedy przed chwilą pomachałem jej na pożegnanie.
– Łał, cóż za poświęcenie! W jaki sposób mogłabym się za nie odwdzięczyć?
– Mogłabyś na przykład trochę się rozluźnić.
– Okej… I co dalej?
– Zobaczymy.
– Twój czas powoli się kończy, a ja dalej niezaimponowana.
– Ty raczej nie chcesz być zaimponowana.
– Mówisz, że jestem oziębła?
– Ja niczego takiego nie powiedziałem – powiedziałem, z rozbawieniem mrużąc oczy. – A czujesz się oziębła?
– Nikt do tej pory na to nie narzekał.
– To raczej męski tekst.
– Czemu męski?
– No wiesz, taka sytuacja, kobieta kwestionuje rozmiary męskiego ekwipunku, a on oczywiście na to, że żadna do tej pory nie narzekała.
– A, rozmiary ekwipunku – uśmiechnęła się. – I jak tam u ciebie z rozmiarami ekwipunku?
– Żadna do tej pory nie narzekała.
Parsknęła śmiechem.
– Wreszcie udało ci się zdobyć punkta.
– Zapiszę w notesiku.
– Ale, dryń-dryń, czas się skończył.
– Werdykt?
– Ława przysięgłych jeszcze obraduje. Daj mi swój numer, to cię powiadomię.
Kilka razy zastanawiałem się nad zorganizowaniem sobie wizytówek, lecz za każdym razem zatrzymywało mnie jedno pytanie: co ja miałbym na tej wizytówce napisać? „Adam Berger, pisarz, nr tel. XXXXXXX”?
Biorąc za wzór scenki z setki amerykańskich komedii romantycznych, naskrobałem numer na serwetce i podałem go Oldze. Podziękowała, pożegnała się bez zbędnej wylewności, wyszła. Zostałem sam, nie licząc Dżeka.
– Ne zadzwony, ne masz czo sze oszukywacz – powiedział Dżek głosem, do którego akompaniament mógłby stanowić marsz pogrzebowy. – Módl sze, żeby Ola dalej cze chczała.
– A daj ty mi spokój.
Wyobraźcie sobie, że dał.

***

Do łóżka kładłem się ze słowami starej piosenki w głowie, kończy się dzień, nie ma nadziei, że następny coś jeszcze zmieni… Przebudzenie kilka godzin później przekonało mnie, że nie warto wierzyć słowom starych piosenek.
Obudziło mnie głośne chrząknięcie.
– Ehemehem.
– Hę? – mruknąłem i otworzyłem klejące się oczy.
– Wstawaj, szkoda dnia.
Nade mną stał wiekowy ubek, mój dziadek od strony matki, Stanisław Koniecpolski.

***

(Winien wam jestem wyjaśnienie. Otóż:
Chyba w każdej rodzinie jest jakaś czarna owca, najczęściej niezamężna ciotka hodująca stado kotów, wujek-gej, kuzynka przykuwająca się do drzew i w ten sposób walcząca o nasze naturalne środowisko. W mojej rodzinie czarną owcą jest dziadek Stanisław.

Dziadek Stanisław (rocznik 1912) jest zdeklarowanym, wojującym ateistą, emerytowanym oficerem bezpieki, wolnym duchem, który od czasu do czasu nas nawiedza.

Ze swoją córką kłócił się nieustannie. Odmówił nawet udziału w kościelnym ślubie moich rodziców, twierdząc, że nie będzie uczestniczył w takich zabobonach. Po tym nie rozmawiali ze sobą całe dwa lata. Kiedy minęły, przerwali milczenie tylko po to, żeby urządzić wielką awanturę o aborcję mojej matki. O ile nie był przeciwny przerywaniu ciąży z punktu widzenia ideologicznego, dla niego kobiety mogłyby to robić seryjnie i przy każdej okazji, o tyle usunięcie jego własnego wnuka – płci był dość pewien – z łona jego własnej córki wywołało w nim atak furii. Znowu przestali się do siebie odzywać, tym razem do samego końca.
Nawet moje narodziny nie zdołały ich pogodzić. Dziadek pojawiał się w moim życiu sporadycznie, ale zdawał się wiedzieć o mnie wszystko. Matka, zapewne pod wpływem „Seksmisji”, stwierdziła kiedyś, że byliśmy poddawani permanentnej inwigilacji. Pewnie miała rację.

Na pogrzeb jednak przyjechał, krzepki dziewięćdziesięciojednoletni staruszek w czarnym płaszczu i z czarną przeszłością. Jeżeli ktoś pomyślał, że czas zmienił jego radykalne poglądy, musiał pomyśleć jeszcze raz. Dziadek mszę za duszę matki przeczekał na schodach kościoła, przechodzącemu księdzu napluł na buty, a ministrantowi, który wlókł się za nim, podstawił nogę, czym wywołał powszechne oburzenie.

Takie było pożegnanie dziadka Stanisława z jedyną córką. Nie dziwicie się chyba, że nie wspomniałem o nim, kiedy opisywałem pogrzeb?)

***

– Dziadek?
– No przecież, że nie armia generała Andersa.
– Co ty tu robisz? Jak tu wszedłeś?
Tylko wzruszył ramionami.
– Kiepskie masz te zamki, kiepściutkie. Aż dziw, że cię jeszcze nie obrobili.
Tego w zasadzie powinienem był się spodziewać. Po co miałby pukać, skoro potrafi się włamać?
– Najwyraźniej jeszcze nie zauważyli.
Z dezaprobatą zlustrował moją sypialnię (jego samego lustracja jakoś nie objęła) i zdjął płaszcz.
– Ubieraj się. Wychodzimy na mały spacer.
– Gdzie?
– Zobaczysz. Mam ci coś do powiedzenia. I pokazania.

Nic się nie zmienił przez ostatnie dziesięć lat. Wyglądał dokładnie tak, jakby miał układ z Bogiem, w którego nie wierzył, jakby czas przepływał obok niego, nie dotykając go. Wigoru mogłoby mu pozazdrościć kilku moich rówieśników.

– Kiedy ja byłem w twoim wieku – takie teksty są z reguły zarezerwowane dla ojców, ale w moim przypadku puszczał je dziadek – wstawaliśmy skoro świt. Trzeba było nakarmić inwentarz, wydoić krowy, posprzątać w stajniach, kto nie pracuje, ten nie je. Nie było czasu wylegiwać się w łóżku do południa.

– Nie przesadzaj, jest wpół do dziewiątej – broniłem się, zakładając spodnie.
– Wpół do dziewiątej to już dawno byliśmy na polu – padła odpowiedź.
– Taka jest różnica między miastem a wsią. U nas nie ma jak iść w pole.
– Nie mędrkuj, tylko się zbieraj. Od mędrkowania jeszcze nikomu nic nie przybyło.
– No, chyba, że jest się posłem.
– Powiedziałem!

Dziadek Stanisław jest dokładnie taki sam, jak Weronika: z nim nie ma dyskusji.
Na schodach zaimponował mi, jak ja nie potrafiłem poprzedniego dnia zaimponować Oldze. Z czwartego piętra prawie zbiegł, bez zadyszki, bez śladu zmęczenia.

– Jezu, co ty na siłownię chodzisz, że masz taką kondycję? – jęknąłem.
– Tylko bez takich mi tu – odpowiedział, mając na myśli tego „Jezusa”.
Dalej szliśmy w milczeniu, co w jego przypadku było raczej dziwne. Jego normalna gadatliwość była kolejną rzeczą, która wyróżniała go na tle reszty mojej milczkowatej rodziny. Tylko z moją matką jakoś nie potrafił rozmawiać.
Prowadził, nie zwalniając kroku. Aż zaprowadził do jednej z prawie całodobowych kawiarenek na Dworcowej.
– Chcę, żebyś kogoś poznał. Tylko się zachowuj.

Przy stoliku w głębi kawiarni siedziała samotna starsza kobieta. Piła herbatę z cytryną i wpatrywała się w ścianę z wyrazem lekkiego przestrachu na twarzy.

Nienienie, myślałem, kiedy ciągnął mnie w jej kierunku. W jego wieku? Przecież pryk miał dziewięćdziesiąt dwa lata!
– Zosiu, to jest właśnie Adam.
Uśmiechnęła się niepewnie.
– Miło mi cię poznać. Mówił ci już ktoś, że masz oczy dziadka?
– Nieustannie.
– Siadaj – dziadek posłał mi nie całkiem symbolicznego kuksańca w bok.
Syknąłem i wypełniłem jego rozkaz. W jego życiu pewnie zdarzyło się to setki razy: ludzie syczeli, jęczeli, zawodzili i wypełniali jego rozkazy.
Niezręczna cisza. Pani Zofia łyknęła swojej herbaty, ja rozpiąłem guziki płaszcza.
– Zosia i ja – przemówił dziadek – planujemy wziąć ślub.
Tylko mi nie mów, że kościelny.
– Gratulacje – odparłem, nie znajdując bardziej adekwatnej odpowiedzi.
– Chcemy to zrobić jak najszybciej – dorzuciła pani Zofia (babcia Zofia?). – Nie jesteśmy już pierwszej młodości – znowu puściła mi ten swój nieśmiały uśmiech.
– No tak – przyznałem. – A kiedy?
– W przyszłym tygodniu – odpowiedział dziadek.
– W przyszłym tygodniu?
– Słyszałeś.

(Pomysł na opowiadanie: starsza para postanawia wziąć ślub. Rodzina jest w szoku, ksiądz protestuje, że im raczej przydałoby się ostatnie namaszczenie, a nie sakrament małżeństwa, ale oni nie dają za wygraną. Do ślubu dochodzi, wszyscy bawią się świetnie w rytm przebojów z lat czterdziestych. Problemy pojawiają się dopiero podczas nocy poślubnej. Pan młody ma problemy, by sprostać wymaganiom chwili. Przygotowana na taki obrót spraw małżonka kładzie na stole małą niebieską tabletkę. On zażywa cudowny lek i przystępuje do czynności małżeńskich. Niestety, w decydującym momencie jego serce przestaje bić. Resztki z wesela pogrążona w żałobie wdowa podaje podczas stypy. Jako że zmarły nie zostawił testamentu, przejmuje ona rodzinny interes i prowadzi go długo i szczęśliwie. Zbrodnia doskonała.)

– Wasza decyzja.
– Właśnie – powoli wracał do siebie. – Nic ci do tego. Ty będziesz tylko świadkiem – powiedział na jednym oddechu.
– Ja?
– A do kogo mówiłem? I nie rób takiej głupiej miny.
– Nie robię…
– Stasiu… daj chłopakowi pomyśleć – poprosiła pani Zofia.
Patrzcie i podziwiajcie! Twardziel nad twardzielami, Stalowy Stanisław nagle spokorniał, spuścił wzrok, pochylił głowę. Czyżby…? Nie, niemożliwe. A może jednak?
Miłość?

Miłość dopadła tego, o kim cała moja rodzina mówiła, że wpędził moją nieszczęsną babcię do grobu? Cuda i dziwy!
– Okej, nie ma sprawy, dajcie tylko datę i miejsce – zgodziłem się.
– Widzisz? Mówiłam, że tak będzie. A ten pół nocy nie mógł zasnąć – pani Zofia zwróciła się do swojego narzeczonego.
– Masz już listę zaproszonych?

***

– Nie uwierzysz, co się stało – zadzwoniłem do Dominika zaraz po powrocie do domu.
– Co?
– Pamiętasz mojego dziadka?
– Tego z pogrzebu?
– Innego nie mam.
– No i co z nim?
– Żeni się.
Śmiech.
– Serio?
– Jakby to nie była prawda, to bym chyba nie dzwonił, nie?
– Poluzuj, stary, bo ci zawory puszczą. Lepiej mi powiedz, jak ci wczoraj poszło z Olą.
Przełożyłem słuchawkę z ręki do ręki, by po sekundzie powtórzyć manewr.
– Normalnie. Posiedzieliśmy chwilę w tej knajpie i wyszliśmy.
– Do niej czy do ciebie?
– Ja do siebie, ona do siebie.
– Nie żartuj, Ola dała ci kopa?
Chciało mi się wyć.
– Nic mi nie dała. Prawdę mówiąc, to ja ją trochę pogoniłem. Tam była taka jedna i… – teraz, kiedy referowałem wydarzenia zawiedzionemu Dominikowi, moje własne zachowanie wydawało mi się średnio racjonalne.
– I pozbyłeś się Oli, udając, że już musisz iść, wróciłeś i wziąłeś w obroty tę drugą – dokończył za mnie DJ. Przypuszczalnie wykonał ten manewr z piętnaście razy. – Musiała być nieźle wyposażona, jeśli dla niej odpuściłeś sobie Olę. Ikselka?
Ze zdziwieniem zorientowałem się, że nie potrafiłem przypomnieć sobie jej biustu. Czyżbym spędził ten mój kwadrans patrząc w jej ciemnobrązowe oczy?

– Uhm – potwierdziłem, stwierdzając, że i tak tego nie sprawdzi.
– Jaka była? Założę się, że ostra, ikselki z reguły są ostre.
– Tutaj muszę cię rozczarować.
– Co? Zachowałeś się jak dżentelmen, buzi-buzi na dobranoc, przelecę cię w przyszłym tygodniu?
– Eee…
– Olała cię. No tak. Zdarza się. Lepsze jest wrogiem dobrego, jak to mówią. Trzeba było zostać przy Oli. Miałbyś teraz o czym opowiadać.
– Gadasz, jakbyś sam miał o czym opowiadać.
– A nie pochwaliłem się jeszcze? Po drodze do domu wyskoczyła mi na jezdnię jedna laska. Taka była z tego wszystkiego roztrzęsiona, że zabrałem ją do siebie otoczyłem męskim ramieniem.
Bez komentarza.

3 thoughts on “Nie cierpię (rozdział 5)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *