Portret tchórza

Światło, które prześwitywało przez nieszczelne żaluzje, kładło się głębokim cieniem na jego twarzy. Podparł brodę dłonią i spojrzał za okno. Zmrużył oczy. Nie lubił, gdy raziło go słońce, nawet wtedy, kiedy było tylko słabe i zimowe. Klasa właśnie pisała test, więc pozwolił sobie na chwilę osobistej refleksji. Wstał z krzesła i odsłonił okno. Jego sylwetka odbiła się w szybie.

Przez chwilę spoglądał na trzydziestodwuletniego, przystojnego mężczyznę, obdarzonego niezwykle ciemną karnacją, równie ciemnymi włosami i prostokątną twarzą o wydatnych kościach policzkowych. Szczególnie odznaczały się na niej jego duże, brązowe oczy, ukryte za eleganckimi okularami oraz wydatne usta. To właśnie za ich sprawą uczniowie nazywali go TRUSKAWĄ. Uśmiechnął się do swojego oblicza, po raz kolejny zadowolony z wrażenia, jakie czyniła jego nietuzinkowa uroda.

corntny3.jpg

Adam Corntny był przykładem człowieka do głębi szczęśliwego. Pozostawał w kwiecie wieku, realizował się zawodowo, a przy okazji robił to, co lubił. Nie posiadał rodziny, dzięki czemu nie zaznał gorzkiego smaku odpowiedzialności… Życie oszczędziło mu mocniejszych wstrząsów. Nauczył się być ulubieńcem losu, który zsyłał mu jedynie pozytywne doświadczenia, oszczędzając bólu, strachu i cierpienia. Ale czy taki błogostan mógł rzeczywiście trwać wiecznie? Corntny wolał się nad tym nie zastanawiać. Po prostu cieszył się każdym momentem i zazdrośnie bronił swojego szczęścia. Jakakolwiek zmiana była dla niego synonimem katastrofy. Chciałby na zawsze pozostać trzydziestodwuletnim, beztroskim nauczycielem historii w snobistycznej Spin School. Z rozkoszą zawołałby za Faustem: „Chwilo trwaj! Chwilo, jesteś piękna!”

A przecież tylko sekunda dzieliła go od przysłowiowej katastrofy… Tylko ta jego błogosławiona chwila…

Odwrócił się do klasy. Zmierzył uczniów uważnym, szpiegowskim spojrzeniem, czy aby żaden z nich nie ściągał w czasie jego rozkojarzenia. Jednak 1F wykazała na tyle rozsądku i przedsiębiorczości, że albo nikt nie odważył się ściągać, albo w porę to zakamuflowano. Skrzyżował ramiona na piersi, marszcząc poły swojej nieskazitelnej, brunatnej marynarki. Teraz sprawdzał, kto nie przyszedł na jego klasówkę. Brakowało jednej osoby i to w dodatku w pierwszej ławce. Zmarszczył brwi, próbując sobie przypomnieć, kto zajmował to miejsce.

Josephine Petty. Drobna, koścista, niezwykle nerwowa dziewczynka. Wyglądała, jakby chodziła zaledwie do podstawówki i zawsze się denerwowała, gdy ją pytał lub gdy zostawali na osobności. Rzadko się to zdarzało. Raz musiał porozmawiać z nią na temat jej skandalicznych ocen z matematyki, a za drugim razem po prostu bardzo guzdrała się z pakowaniem i wszyscy oprócz nauczyciela zdążyli już opuścić klasę. Była córką bogatego przedsiębiorcy i raczej nie posiadała arystokratycznych korzeni, ale jej ojciec uchodził za wpływową osobę, gdyż prowadził interesy z samym lordem Hornem. Właściwie nie wiedział, dlaczego to wszystko sobie przypominał. Może trochę się zaniepokoił…? Josephine nie grzeszyła inteligencją, lecz była za to wyjątkowo sumienna i przychodziła na klasówki, nawet podczas ciężkiej choroby… W tym momencie drzwi klasy otworzyły się na oścież. Oczy wszystkich zwróciły się w tamtą stronę…

***

Kiedy feralna panna, niejaka Monica Johnson, wbiegła do historycznej klasy, wrzeszcząc: „Trup!”, profesor Adam Corntny spojrzał na nią z nieskrywanym niesmakiem i znudzeniem. Od razu przypomniał sobie zdarzenie z martwym pawiem na początku roku i pomyślał z przekąsem: „Ciekawe, co to tym razem będzie?! Może łabędź?!” Jakiś czas temu również, gdy prowadził lekcję z 1F, Monica wpadła do jego pracowni jak burza, wrzeszcząc: „Trup!” , a potem w dodatku zwymiotowała na samym środku klasy. Przejął się jej opowieścią i udał się do parku Spin School, aby przekonać się, że KOCUR, szkolny prowokator, wystrychnął go na dudka, a ów tajemniczy trup był tylko ścierwem rozszarpanego pawia.

„O, nie! Nie dam się nabrać na ten sam trick!” – pomyślał z irytacją.
– No, no! – zakpił Gilbert Palmer, odkładając długopis. – Niech zgadnę! Trup w parku Spin School?!
– Tak!- krzyknęła przerażona, a Palmer zamiast rzucić się na pomoc koleżance, jak za pierwszym razem, po prostu rozsiadł się wygodniej w ławce.
– Aha… – wtrącił rozjemczo historyk. – Pozwolisz Monico, że zapytam z kim to byłaś na spacerze w naszym pięknym ogrodzie przy kilkustopniowym mrozie?!
Po klasie przeszedł rozbawiony szum. Corntny zignorował go i ciągnął dalej:
– Czy aby nie z KOCUREM?
– Nie! Nie! – zaprotestowała bliska łez. – Wracałam do domu po lekcjach, gdy ją tam zauważyłam! Niech mi pan uwierzy! To nie był paw, tak jak za pierwszym razem!
– Może wiewiórka? – zażartował obżartuch Oscar Tadpole, a 1F zaniosła się od śmiechu.
– Albo kulawy pies? – dodał Edgar z ostatniej ławki spod okna.

TRUSKAWA zaśmiał się pod nosem i zdecydowanym ruchem dłoni uspokoił rozochoconą klasę.
– Pan jest pedagogiem i nie wolno panu zignorować doniesień o trupie na terenie szkoły! – warknęła zdesperowana panna Johnson.- Bierze pan na swoją odpowiedzialność zlekceważenie tego faktu!
– Ja tutaj mam poważniejsze rzeczy do roboty niż szukanie wirtualnych trupów! – odparł chłodno Corntny. -Uczniowie właśnie piszą klasówkę!
– Dobrze. Pójdę więc do dyrektorki! – zagroziła i obróciła się na pięcie, z zamiarem opuszczenia pracowni.
Wtedy niespodziewanie podniósł się Xaxor de Koshe – przewodniczący klasy i syn wpływowego szejka.
– Panie profesorze! Wiem, że ostatnim razem nastąpiła karykaturalna pomyłka, ale teraz nie możemy mieć ku temu żadnej pewności! Sądzę, że powinien pan zbadać jednak tę sprawę!
Zapadła wyczekująca cisza. Monica położyła dłoń na klamce i zawahała się.
– Hmm… – mruknął TRUSKAWA. – Ten to ma jak zwykle tupet!
Przez chwilę zastanawiał się nad słowami młodego szejka i musiał przyznać im rację. Dręczyła go tylko myśl, że przerwie sprawdzian.
– No, dobrze… – powiedział w końcu. – Zbierzcie kartki! Nie będę ich oceniał, a replay zrobimy sobie na następnej lekcji!
1F odetchnęła z ulgą. Najwidoczniej cieszyła ich perspektywa powtórki, bo teraz się nie douczyli.
– A ty, mądraliński, pójdziesz ze mną! – dodał, wskazując na Xaxora.

***

Fioletowa sukienka. Wiatr lekko wydymał ją do góry, przez co przypominała nieforemny balon. Odróżniała się na białym śniegu, jakby była czarodziejskim kwiatem, kwitnącym w zimie. Gdy ją dostrzegł, zaczął biec. Niezwykły strach ścisnął mu gardło. To mogła być tylko zwykła, fioletowa szmata… Mogła, ale nie była. Corntny wiedział o tym już wtedy, kiedy ją zobaczył. Dlatego właśnie zaczął biec. Bardzo chciał się przekonać, że jego przerażająca pewność była jedynie złudzeniem…

A jednak… Leżała tam, jakby specjalnie na niego czekała. Szczuplutka, drobna dziewczynka w owej pamiętnej, fioletowej sukience z jedwabiu. Była martwa. Jej ręce spoczywały na brzuchu, a z przeciętych nadgarstków wypływała krew, barwiąc na ciemno sukienkę. Przykucnął obok zwłok, by dokonać ich identyfikacji. Poznał ją. Josephine Petty.
– O, mój Boże! – wyszeptał, z największym trudem starając się zachować resztki zdrowego rozsądku.
Drżącą dłonią dotknął jej policzka. Jej skóra była lodowata, a powieki zdążyły zrobić się sine, podobnie jak ciało pod paznokciami. Kwestią czasu było zsinienie całej jej twarzy.

Pierwszy raz w życiu widział prawdziwego trupa. Do głębi nim wstrząsnęło, gdyż w dodatku znał tę martwą dziewczynę. Może pobieżnie, ale jednak znał…

– Samobójstwo – poczuł dreszcz przerażenia na plecach, gdy rozległ się głos Xaxora.
Zupełnie zapomniał o jego obecności. I, co najśmieszniejsze, dopiero kiedy szejk się odezwał, zauważył, że Josephine miała podcięte żyły. Poczuł, jak grunt osuwał mu się pod stopami. Chciał krzyknąć, ale przecież nie mógł pozwolić sobie na luksus poddania się wszechogarniającej go rozpaczy. Musiał wreszcie wziąć się w garść… Teraz tylko on mógł zająć się tą kłopotliwą sprawą…
– Panie profesorze… Czy wszystko w porządku? – zapytał spokojnie de Koshe, a historyk odniósł wrażenie, że widok martwej koleżanki nie zrobił na nim większego wrażenia.
Nie odpowiedział, gdyż pewien szczegół przykuł jego napiętą uwagę. Palce Josephine zaciskały się na zaadresowanej czarnym długopisem kopercie. Była poplamiona jej krwią. Przezwyciężając strach, sięgnął po nią i ostrożnie wyjął z dłoni dziewczyny.
„Dla profesora Adama Corntnego” – głosił napis ułożony z małych, kształtnych literek, tak charakterystycznych dla kobiecego pisma. Rozerwał kopertę i wyciągnął z niej list.
„Już nie potrafię. Nie potrafię żyć bez ciebie, mój panie! Pokochałam Cię, odkąd tylko Cię ujrzałam… Moje serce cierpiało, kiedy przez dłuższy czas oczy nie mogły Cię oglądać. A gdy już znowu Cię widziałam, cierpiałam podwójnie, przybita świadomością, że nigdy nie będę mogła Cię mieć! Więc umieram. Niech świat się o tym dowie! Niech wiedzą, dlaczego umarłam! I ty o tym wiedz. Wiedz i płacz nade mną… Nędzną Josephine Petty – Twoją nieszczęsną ofiarą…”
Wstał i zachwiał się, jakby był pijany. Nie znał żadnych słów, które mogłyby wyrazić teraz jego cierpienie. Los przywalił mu pięścią między oczy…

***

Siedział w gabinecie dyrektorki. To, co czuł, nie miało teraz żadnego znaczenia. I tak nie zmieniłoby to sytuacji. I tak nie cofnęłoby to czasu… Czy gdyby wiedział o szaleńczym afekcie Josephine, to byłby w stanie zapobiec tragedii? Uczepił się tego pytania jak ostatniej deski ratunku, a zarazem narzędzia tortur… Gdyby nawet wiedział, to co mógłby zrobić? W swojej nieskończonej próżności uznałby ten fakt za komplement i zapewne na tym by się skończyło… Tak. Czuł się winny. Tak. Był winny.

***

Wobec zaistniałej sytuacji, dyrektorka zarządziła blokadę szkoły. Ta decyzja chyba najbardziej nie spodobała się Patrickowi Hornowi – przewodniczącemu samorządu szkolnego, którego powszechnie nazywano KOCUREM.
– To już szczyt wszystkiego! – pomyślał. – I to akurat wtedy, gdy skończyłem lekcje i zamierzałem udać się na małą przejażdżkę swoim Porshe w towarzystwie pięknej i chętnej panny?! Pioruńska, ty potworze!
Z całym szacunkiem, proszę mnie o nic nie obwiniać!
„A niby kogo, jak nie ciebie?!”
Czy ja jestem dyrektorką Spin School?!
„Nie, ale z racji swoich pisarskich zapędów, których notabene sam jestem owocem, i tak możesz zdecydowanie więcej!”
Cóż… To fakt! Tym gorzej dla ciebie…Westchnął ciężko i przeklinając pod nosem, udał się prosto do gabinetu dyrektorki. Zapukał głośno, ale nie usłyszał żadnej zachęty, by wejść do środka. Nie byłby jednak Patrickiem Hornem, gdyby nie wszedł.
Uniósł lekko lewą brew na widok Corntnego, siedzącego w skórzanym fotelu przed biurkiem. Nie wiedział, czy nauczyciel zdawał sobie sprawę z jego obecności, ale musiał chyba usłyszeć pukanie. Miał już wycofać się do sekretariatu, lecz nagle coś go podkusiło, by trochę podręczyć się z historykiem… Dawno nie rozmawiali… O ile kiedykolwiek ich urągające konwersacje można było nazwać rozmową…

Podszedł do biurka i bezczelnie usadowił się na miejscu dyrektorki. Dodatkowo prowokacyjnie oparł nogi o blat. Tradycyjny biały mundur ze złotymi epoletami przewodniczącego szkoły, w który był ubrany, doskonale podkreślał jego smukłą, proporcjonalną sylwetkę.

Corntny nie zareagował na jego zachowanie, wciąż pochłonięty swoimi myślami. Patrick wyciągnął więc papierosy, wybrał sobie jednego zębami i sięgnął do kieszeni po zapalniczkę.
Kiedy błysnął z niej pomarańczowy płomień, TRUSKAWA podniósł na niego wzrok i powiedział z nieskrywaną irytacją:
– Zgaś to!
W odpowiedzi Horn uśmiechnął się szyderczo. Przypalił papierosa, następnie demonstracyjnie się zaciągnął i powoli wydmuchnął dym. Miał rude, sięgające mu za ramiona włosy, szafirowe, lekko skośne oczy i jasną karnację. I był najbardziej przystojnym chłopakiem w mieście, jednym zniewalającym spojrzeniem powalającym dziewczyny na kolana. A przy tym również najbogatszym, najbardziej bezczelnym i samowolnym nastolatkiem w tej snobistycznej szkole dla arystokratów i bogaczy.
– Jak się miewa ulubiony kochanek mojego ojca?- zapytał kpiąco, swoim starym zwyczajem unosząc lekko brwi.
– Nie wiem, o czym mówisz! – odpowiedź historyka była równie lodowata, jak wyraz jego brązowych oczu.
– Ależ, wiesz…
Corntny nie miał siły ani najmniejszej ochoty wdawać się w tę szaloną wymianę zdań. Milczał.
– Brakuje kontrargumentu? – KOCUR błędnie zinterpretował jego milczenie.

Wyglądał przy tym trochę jak cyniczny oskarżyciel zaraz po wydaniu skazującego wyroku na winnym więźniu. Oskarżyciel wreszcie dopiął swego i na koniec posiłkował się dobrze wyważoną kpiną: „Brakuje kontrargumentu?”.
Och, jakże on nienawidził tego przeklętego dziecka z twarzą anioła i sercem diabła! Nienawidził go najmocniej na świecie… Chyba najbardziej za to, że swoją obecnością na tym pokręconym świecie stale przypominał mu o lady Patricii Horn – swojej matce. Kobiecie, która na zawsze zmieniła życie biednego nauczyciela z prowincji i o której wolał w ogóle nie myśleć. Już nie. Pozwólmy zmarłym spoczywać w spokoju…
– Zostaw mnie! – odparł w końcu, jakby o to prosił, choć w rzeczywistości jego głos przybrał bardzo groźny ton. – Ostrzegam cię!

Patrick parsknął śmiechem. Corntny w tym wydaniu przedstawiał dla niego wyjątkowo żałosny widok. Ten sam Corntny, który tak gardził siłowymi rozwiązaniami i brakiem opanowania, właśnie pokazywał mu, jak bliski był długo wstrzymywanego wybuchu… A KOCUR zamierzał do niego doprowadzić… Dla samej przyjemności oglądania wściekłego TRUSKAWY. Oj, tak…
– Wiesz, muszę ci się z czegoś zwierzyć… – uśmiech Horna stał się niebezpieczny. – Uwielbiam na ciebie patrzeć…
Kiedy historyk nie zareagował, ciągnął dalej ze złośliwą satysfakcją:
– Nawet wiem, z czego to wynika… Uwielbiam obserwować tchórzy. Czekać, aż w końcu popełnią błąd, który będzie kosztował ich całe życie… Bawi mnie to! Jesteś tchórzem, Corntny… A twoja obecna egzystencja jest kłamstwem, bo zbudowałeś ją na kłamstwie. Czyż nie mam racji? Doskonale pamiętam chwilę, w której pojawiłeś się w naszym arystokratycznym, hermetycznym światku… Jak on musiał wyglądać dla prostego nauczyciela bez większej ogłady i dobrych manier? Pewnie byliśmy dla ciebie bóstwami z Olimpu, do których nie ma, nie było i nie będzie dostępu… A tobie wciąż wydaje się, że nas rozumiesz, a co gorsza, że jesteś jednym z nas! Corntny… Nawet cię nie nienawidzę… Żal mi ciebie…

Zapadła dziwna cisza. Patrick uznał, że powiedział wystarczająco dużo, a historyk wpatrywał się w niego z irytującą uwagą. Przypominał studenta, wsłuchanego w wykład, który został nagle przerwany, tylko po to, by profesor zebrał myśli do kontynuacji wywodu. Niestety, Horn nie zamierzał nic więcej dodawać, mimo że nie był do końca przekonany, czy wystarczająco mocno go zranił. Miał nadzieję, że tak. Trwali więc w bez ruchu.

Nauczyciel patrzył na niego, lecz tak jakby go nie widział, zainteresowany czymś lub kimś, znajdującym się za jego plecami. Ale Patrick wiedział, że nie było tam nic, co mogłoby przyciągnąć jego uwagę. Wydawał się całkowicie pogrążony w jakimś innym świecie. KOCUR przygryzł wargę. Sądził, że wspominanie bolesnej przeszłości przyniesie pożądany efekt. Wyglądało na to, że się przeliczył. Zamierzał już przystąpić do dalszego rozdrapywania ran, gdy historyk w mgnieniu oka zerwał się z fotela i dopadł go z szybkością dzikiego zwierzęcia. Patrick nie posądzał go o tak szaleńczą siłę…

***

Nie powinien tego robić. Nie powinien? Powinien. Ba! Powinien był zrobić to bardzo dawno temu! Może nawet w tej pierwszej chwili, kiedy jako świeżo upieczony magister zatrudnił się w monstrualnym domu Hornów. To Patricia go wybrała, a jej wiecznie nieobecny mąż tylko zaakceptował ten fakt, wzruszywszy obojętnie ramionami. Spotkał go niewyobrażalny zaszczyt, gdyż spośród wielu specjalistów i doświadczonych nauczycieli lady Horn wybrała właśnie jego… Został korepetytorem panicza Patricka. Tego małego potwora, który potrafił upokorzyć go jednym spojrzeniem! Z wyglądu był wręcz idealną kopią uroczej i niespotykanie ujmującej arystokratki, jaką była jego matka. Ale te oczy… Mógł powiedzieć o nich wszystko oprócz tego, że uznawał je za normalne. Bowiem normalne, dwunastoletnie dzieci nie mają takich oczu… Takich zbyt rozumnych, inteligentnych i… dorosłych oczu… Mimo to nie miał większych problemów z nauczaniem chłopca.

Był bardzo zdolny i chwilami odnosił nauczyciel wrażenie, że jego samego przewyższał inteligencją. Często zastawał panicza na czytaniu poważnych, trudnych książek, co wprowadzało go w niezłe zakłopotanie. Jeszcze nigdy przedtem nie spotkał nikogo, kto w wieku dwunastu lat przeczytałby „Ulissesa” Joyce’a i, jak mu się zdawało, w dodatku z niemałą przyjemnością…
Kiedy próbował nawiązać jakiś przyjazny kontakt ze swoim wychowankiem, natrafiał na szczelną barierę. Patrick zbywał go znaczącym milczeniem, czasem drwiącym uśmiechem albo, co było najgorsze, pogardliwym spojrzeniem. Chociaż w tych czasach młody Horn zwracał się do niego z chłodną uprzejmością i nigdy niczym go nie obraził ani z formalnego punktu widzenia niczym mu nie dokuczył, to on jednak doskonale wiedział, że dzieciak pogardzał nim tak mocno, jak tylko snobistyczny arystokrata może pogardzać prostym nauczycielem historii. Wielokrotnie przekonywał się, że panicz znosił jego obecność jedynie dlatego, by nie sprawić przykrości matce. Zdecydowanie miała na niego zbawienny wpływ, jak zresztą na wszystkich. Kiedy jej zabrakło, już nikt nie potrafił powstrzymać tkwiącego w Patricku cynicznego potwora. Tym bardziej Corntny… Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że powinien był zabić go jeszcze wtedy, gdy był jego korepetytorem. Właśnie tak…

Uśmiechnął się do siebie na widok strachu w szafirowych oczach wychowanka. Takie jego oczy bardzo mu się podobały…

***

Nie spodziewał się że sprawy przybiorą taki obrót. TRUSKAWA przygniótł go swoim ciężarem do biurka i zacisnął palce na jego szyi. Nie mógł się nawet poruszyć, a co dopiero walczyć… Czuł ogromny ból, brakowało mu tchu… Zdobył się jedynie na złapanie napastnika za nadgarstki. Wbił paznokcie w jego skórę. Nauczyciel syknął z bólu, ale ani trochę nie rozluźnił uścisku.
– Uważasz, że jestem tchórzem? Niech ci będzie… Ale ty jesteś większym tchórzem ode mnie! – powiedział głosem drżącym od wielkiego wzburzenia. – Chowasz się za pieniędzmi i wpływami swojego ojca udając, że taki z ciebie super gość! Tak naprawdę boisz się tak samo jak ja, że to wszystko kiedyś się skończy i będziesz musiał pogodzić się z faktem, że nie masz się już za czym schować!

Paradoksalnie Patrick był spokojny, mimo że sytuacja wymknęła mu się spod kontroli. Nie potrafił wydać z siebie żadnego dźwięku. Palce Corntnego zgniatały mu gardło. Obraz rozmazywał mu się przed oczami. Zaczynał wierzyć, że historyk zamierzał go zabić…
– Gdyby nie ty, nie miałbym żadnych problemów! – ciągnął. – Zero stresu!
„Ale gdyby nie ja, nie byłoby cię tu dzisiaj, ty prowincjonalny, marny belfrze! Śmiesz twierdzić, że się chowam za pieniędzmi starego? Jakbyś nie dostrzegał, że jedynie wykorzystuję je do swoich celów! Bo i bez nich umiem sobie doskonale radzić. Właśnie dlatego, że taki ze mnie super gość, frajerze!” – pomyślał i szarpnął głowę do tyłu.
Nie wiele mu to pomogło. Tylko jego włosy jeszcze bardziej rozsypały się na blacie. Dzięki ich ostrej, rudej barwie wyglądały groteskowo na tle białych kartek, którymi zaścielone było biurko. Rude, jak włosy lady Horn…

***

Kiedy w głowie Adama pojawiła się refleksja dotycząca koloru włosów KOCURA, już wiedział, że go nie zabije. Nie. Zbyt mocno przypominał lady Horn. Wydawało mu się nawet, że to ją dusił na biurku dyrektorki…

Corntny rozluźnił uścisk, aż w końcu zupełnie puścił Patricka. Opadł na fotel dyrektorki, całkowicie pozbawiony sił. KOCUR podniósł się z trudem i odrzucił włosy z twarzy. Był tak blady, jakby wampir wyssał mu całą krew. Gdyby nie skrajne wyczerpanie, tak doskonale malujące się na jego obliczu, zapewne teraz to on rzuciłby się na swojego napastnika. Spoglądał na TRUSKAWĘ z niebezpiecznym, dzikim błyskiem w oczach. Nauczyciel nie dał się sprowokować. Zauważył w końcu, że zbyt daleko się zagalopował. Jeszcze chwila, a zabiłby dzisiaj kolejną osobę… Nie chciał posuwać się aż tak daleko. Nie wiedział, co go opętało. Tylko Patrick Horn potrafił tak perfidnie i bez większego wysiłku doprowadzić go na skraj szaleństwa! Zapadła groźna cisza, a oni jedynie przypatrywali się sobie w ogromnym napięciu, jak dzikie zwierzęta, szykujące się do ataku. W końcu przewodniczący odetchnął głęboko i wstał z biurka. Jego twarz zaczęła przybierać normalne kolory. Najwidoczniej dochodził do siebie. Corntny odetchnął z ulgą.

– Niech to pozostanie między nami… – głos Patricka okazał się niespodziewanie spokojny.
Otrzepał marynarkę, a następnie ruszył w stronę drzwi. Historyk chciał go zatrzymać, zapytać czy dobrze się czuje itp., lecz w końcu zrezygnował, gdy uświadomił sobie, że takie postępowanie byłoby teraz nietaktowne. Przecież o mało go nie udusił, a teraz zamierzał troszczyć się o jego samopoczucie?!
Horn zatrzymał się jednak przy samym wyjściu, obrócił głowę i obdarzywszy Adama jednym ze swoich najobrzydliwszych uśmiechów powiedział:
– Tchórz!

Znowu był górą. I jakże naturalnie mu to wychodziło! Corntny poczuł nieprzyjemny dreszcz na plecach… Tchórz? Naprawdę? Czyżby KOCUR miał rację? Tak bardzo bał się utraty swojej małej stabilizacji, że z premedytacją ignorował jakiekolwiek symptomy nadchodzącej katastrofy. Tak, że w żaden sposób nie potrafił jej zapobiec… Udawanie, że wszystko było w porządku i nie musiał niczego zmieniać, uczyniło z niego tchórza? Może… Może tak.

Trzasnęły drzwi.

KONIEC

tekst: Magdalena Pioruńska
rysunki:Julita Mastalerz- więcej prac autorki na stronie:
http://joolita.deviantart.com/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *