Nie cierpię (rozdział 6)

Rozdział 6: WESELMY SIĘ!

– Nawet nie wiesz, ile razy mnie kusiło, żeby ci wygarnąć, bracie, weź się za inny zawód, świat będzie dużo piękniejszy bez twoich poronionych bazgrołów, a jak nie możesz przestać, to idź do chirurga, niech ci amputuję tę koślawą łapę, bylebyś już przestał skrobać, klepać w ten komputer! Biblię mi cytowałeś, a o tym pięknym fragmencie zapomniałeś, że lepiej ci będzie do królestwa niebieskiego bez tej grzesznej kończyny, niż w czeluście piekieł w całości… Nawet nie wiesz, jak mnie kusiło, żeby złapać jakąś siekierkę i cię ciachnąć raz a dobrze, w końcu mielibyśmy wszyscy święty spokój…

(Oj, poszybowała wysoko, Hannibal Lecter w spódnicy. Dobrze, że ani ja, ani ona nie byliśmy właścicielami żadnej siekierki. A swoją drogą, te zarzuty brzmią jakoś dziwnie w ustach kobiety, która natychmiast po zerwaniu ze mną wpakowała się do łóżka innego pisarza, w dodatku z tego samego mało ambitnego segmentu. Niech żyje kobieca konsekwencja!)

***

Niech żyją szowinistyczne komentarze!

***

Nie cierpię:
Nie cierpię ludzi, którzy twierdzą, że małżeństwo to zwykła formalność, ot kawałek papieru nie zmieniający niczego. Bzdura! Zmienia się absolutnie wszystko. Słodka i powabna panna X jednym pociągnięciem pióra, jedną przysięgą przeistacza się w panią Y, zaborczą, zazdrosną, z tendencją do tycia i opróżniania rodzinnego konta…
Chociaż… chociaż lepiej poczekam z pełnym raportem, aż (jeśli w ogóle) sam się ożenię. Niniejszym unieważniam powyższy akapit.

***

Nadszedł dzień ślubu, sobota, pogoda pod psem, mżawka i silny wiatr. Z domu wyszedłem popędzany przez mojego prywatnego sepleniącego Jankesa.
– Rusz sze, bo sze spóżnymy! – popiskiwał za mną.
Obaj szliśmy po tym samym chodniku, ale to mnie, nie jego nawilżał deszcz i smagał wiatr. Jego wiecznie poplamiona koszulka pozostawała sucha, tak jak i jego czupryna. Dreptał w szortach i sandałach, podczas gdy ja trząsłem się z zimna w płaszczu i solidnych, skórzanych butach. Gdzie tu sprawiedliwość?
W USC zostałem powitany przez rozgadaną rodzinę panny młodej. Wujekheniek, Ciotkaandzia z Mężemkrzyśkiem, Córkajudyta, Zięćłukasz, tabuny dzieci, których imiona puściłem mimo uszu w obawie przed przeładowaniem pamięci. Moja genetycznie uwarunkowana skłonność do milczenia (stąd pewnie moja predylekcja do nadużywania słów, kiedy przychodzi do pisania) została odebrana jako chłodna rezerwa, powściągliwość. Ale też szybko wybaczona. Byłem w końcu wnukiem nowego członka ich klanu (nie tracicie babci, zyskujecie dziadka) i jako taki miałem swoje prawa.
Zebraliśmy się tu dzisiaj… czy ty Stanisławie… tak… czy ty Zofio… jasne… ogłaszam was…

***

Patrzcie:
Rok 1920. Mały Staszek ucieka z kolegami nad rzekę i tam dokazują, beztroscy, nie myśląc o dniu jutrzejszym, w ich głowach etos jeden-za-wszystkich-wszyscy-za-jednego, liczy się tylko chłodna radość wody, słońce przypiekające ich kościste ciała.
Rok 1965. Duży Stanisław pracuje nad studentami Uniwersytetu Śląskiego, wybiera słabsze jednostki, przyciska je do muru, upuszcza nieco krwi, jeśli to konieczne, wysysa ich strach. Łamie charaktery, nie stroni od łamania kości.
Moje pytanie:
Jakjakjak?
Jak przeskakuje się z jednej skóry do drugiej? Jak z tamtego słodkiego bobasa wyrósł hitlerstalinpolpot?
Nie zrozumcie mnie źle. Zawód mojego dziadka nigdy nie wchodził między nas. Bardziej naszym stosunkom szkodziło milczenie pomiędzy nim, a moją matką. Mój dziadek-ubek kupował mi takie same lody Bambino, takie same misie, jak każdy inny dziadek, dziadków-bohaterów-podziemia nie wyłączając.

***

– A ty kiedy się ożenisz? – zapytała któraś z ciotek.
Skrzywiłem się, bo przed oczami stanęła mi postać Weroniki wypluwającej z siebie potoki moich przewin, wśród których była, była niezdolność do zaangażowania się w nic tak szalenie poważnego.
(Siedem lat z nią najwyraźniej nie było w jej mniemaniu niczym poważnym.)
– Jeszcze jest czas. Mam dopiero dwadzieścia… siedem…
– Dziewięć – poprawił mnie przysłuchujący się rozmowie dziadek.
– Racja. Przejęzyczyłem się – dokończyłem, rumieniąc się jak rzadko. – Do trzydziestki jeszcze kawał drogi.
I zaczęło się: otoczyły mnie ciotki z niezwykle atrakcyjnymi ofertami matrymonialnymi. Znikąd pojawiły się zdjęcia roześmianych kobiet w wieku reprodukcyjnym uzupełnione o szczegółowe życiorysy, listy kwalifikacji, aktywów, przymiotów. Dziękowałem, uśmiechałem się, obiecywałem zastanowić się poważnie nad wszystkimi propozycjami, rozważyć je i dać znać.
Ratunku!
– Ta ruda Jola jest czałkem neżła – odezwał się zaaferowany Dżek. – Farmaczeutka, własne mieszkane, samochód. I do tego mieszka w Katowyczach.
– No nie wiem. Źle jej z oczu patrzyło – zażartowałem, choć nie było mi do śmiechu.
– Jak będżesz taky wybredny to nygdy ne znajdżesz sobie kobiety.
Jezu, a co oni wszyscy z tymi kobietami? Czy mężczyzna nie może być szczęśliwy w swoim własnym towarzystwie? Czy musi się za nim włóczyć ciągle jakaś długorzęsa, wiecznie narzekająca bestia?
Starałem się pić mało, czego nie ułatwiała deprecha, w jaką wpadałem za każdym razem, kiedy mój wzrok zaczepił się o szczebioczącą parkę. Wpakowanie się po same uszy było tylko kwestią czasu.
Dlaczego huragany noszą zawsze imiona żeńskie? …dziewczyny to nic więcej, jak tylko kłopoty.
Gdzieś w połowie wesela zostałem przyuważony (przynajmniej tak mi się wydaje; agentka mogła obserwować mnie od samego początku) przez jedną z niezamężnych kuzynek. Nieświadomy niczego krążyłem po sali (opisałbym wam ją, ale specjalnie się jej nie przyjrzałem, a nie chciałbym minąć się z prawdą; będzie wam musiało wystarczyć, że nie była ona wielka i błyszcząca tak jak nocne Buenos Aires, lecz średniej wielkości i oświetlona dość skąpo. Aha, jej ściany były kremowe) z kieliszkiem szampana, który (podejrzewałem) był w istocie podszywającym się pod prestiż markowego trunku winem musującym.
Zajmowały mnie więc poważne rozważania i nawet nie zwróciłem uwagi, kiedy kuzynka Judyta zaszła mnie od tyłu i przystawiła lufę do skroni.
– Zatańczysz?
– Ja z zasady nie tańczę – odparłem. – Wiesz, jakoś nie mam poczucia rytmu. Potrafię się tylko trochę kiwać na boki i ewentualnie kręcić w kółko. Ale nie za szybko, bo łapią mnie zawroty głowy.
Przechwyciła mój kieliszek i postawiła go na najbliższym stoliku.
– Powinno wystarczyć.
Moje nogi, popychane przez resztę ciała, która z kolei była ciągnięta przez kuzynkę Judytę, podążyły w kierunku tańczących.
– Skoro tak mówisz – powiedziałem, patrząc za oddalającym się kieliszkiem. On był o tyle lepszym kompanem, że nie targał mną pomiędzy kołyszącymi się parami i nie oczekiwał, że się będę do niego przytulał. No i nie miał wąsów.
– Judyta – szepnęła mi do ucha jakby to była pilnie strzeżona tajemnica państwowa.
– Adam.
– Wiem.
Jej wąsy (właściwie to używam tego słowa trochę na wyrost; do Wałęsy jednak trochę Judycie brakowało) gryzły mnie w szyję. Próbowałem zachować bezpieczny dystans, lecz ciało mojej partnerki owinęło się wokół mnie i nie pozwoliło na najmniejszy manewr.
– Jaka śliczna z nich para – usłyszałem z boku. Zadrżałem.
– Jak ja tego nie cierpię! – mruknęła. – Chodź, zejdziemy im z oczu.
Nie czekając na moją odpowiedź, popędziła mnie z sali do jakiegoś pomieszczenia gospodarczego, wypchanego środkami czystości.
– Nareszcie sami – rzuciła, zamykając drzwi.
Skąd się wzięło to „nareszcie”?
– Interesujący wystrój wnętrza – powiedziałem, usiłując zmienić temat.
– Hej, chyba nie zaprowadziłeś mnie tutaj, żeby podziwiać wystrój wnętrza?
Ja?
– No nie… ja…
Przycisnęła mnie do ściany. Brakowało mi tchu. Komórka wirowała przed moimi oczami, wiadra, mopy, szczotki, butelki z chemikaliami.
Nagle sytuacja odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni. Sprytnym szarpnięciem oderwała mnie od tej nieszczęsnej ściany, wykonała szybki piruet z rękami zaplecionymi na moich plecach. Teraz to ja przyciskałem ją do ściany, interesujący rozwój wypadków.
Rozwój wypadków stał się jeszcze bardziej interesujący kilka sekund później, kiedy to drzwi składziku gwałtownie się otworzyły, a w progu stanął niski, krępy mężczyzna w niebieskiej koszuli i koszmarnym żółto-zielonym krawacie.
– Ty zdziro – warknął do Judyty i uderzył mnie otwartą dłonią w tył głowy.
Zatoczyłem się.
– To nie tak, jak myślisz – broniła się Judyta.
– Właśnie. Zupełnie… – przerwał mi następny cios, tym razem w policzek. Zrezygnowałem z prób obrony werbalnej. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem wydawała się ucieczka. Szkoda, że jej drogę blokował Rocky.
– Dziwka! – repertuar Rocky’ego był niewyczerpany. – Kurwa! Szmata!
– Co? Ty mnie od kurew będziesz wyzywał? Sam zerwałeś, a teraz sceny urządzasz?
Judyta przemówiła, ja oberwałem pięścią w podbródek. Najgorsze było to, że z przez te cholerne wiadra nie mogłem się wycofać poza zasięg ramion przykrótkiego boksera.
– Suka – Rocky kontynuował swoją litanię.
– Tylko tyle potrafisz powiedzieć? A ta mała z dekoltem do samego pasa to co? Zakonnica? Siostra miłosierdzia?
To mojego oprawcę chyba trochę podłamało, bo kolejne uderzenie było lżejsze i gorzej wymierzone. Przyjąłem je na klatę.
– Ne bój nycz, zaraz sze skonczy – otuchy dodawał mi Dżek.
– No… – burknął Rocky. Jego głos wyraźnie się łamał.
Machnął w moim kierunku, ale raczej tylko pro forma.
– Dwa dni spać nie mogłam. Tylko o tobie myślałam.
Nienienie, chciałem zaprotestować, ludzie tak nie mówią. Opanujcie się! Jesteście komiczni!
– Też o tobie myślałem – Rocky miał łzy w oczach. – Sorry, bułeczko.
Sorry, bułeczko?! Niech ktoś mi podrzuci papierową torebkę, bo narobię bałaganu! Najpierw rozwalili mi wargę, a potem swoimi wyznaniami doprowadzili do mdłości.
– Oł, czy to ne słodkie? – zachwycał się Dżek. – Jak na fylmie.
Rocky i Bułeczka zaczęli się obściskiwać. Droga na wolność była wolna. Skorzystałem z niej czym prędzej, obawiając się, że zmienią zdanie. Wróciłem do mojego kieliszka, ale ktoś w międzyczasie zaopiekował się jego zawartością. Na szczęście znalazłem całą butelkę i mogłem sobie nalać do pełna.
Nie dane mi jednak było wypić w spokoju. Przypałętał się dziadek, już odprężony i prezentujący normalną u niego gadatliwość.
– I jak ci się podoba klan Bułeckich? Potrafią się bawić, nie to, co Bergerowie. Nasze imprezy zawsze przypominały stypy. Aż strach było gębę otworzyć, bo zaraz patrzyli na człowieka jakby popełnił masowe morderstwo.
Przypomniałem sobie ostatnie miesiące życia mojej matki.
– Trochę cię ominęło.
– Tak… słyszałem, że Ala ze Stefkiem trochę zaszaleli na koniec. Lepiej późno niż wcale. Ale to nie zmienia faktu, że cała rodzina to banda sztywniaków. Posadź ich razem przy stole, a co najwyżej urządzą sobie przyjazną dyskusję na tematy okołometeorologiczne.
Skurczybyk, sztuczna szczęka, ponad dziewięćdziesiąt na karku, co najmniej półtora promila we krwi, a potrafi wyartykułować takie wyrazy.
– Przynajmniej na żadnym weselu u nas nie dostałem w mordę.
– Ale też, zważ to mój drogi, na żadnym z naszych wesel nie zostałeś zaciągnięty przez pannę na zaplecze.
Prawda. Łyknąłem wina, by zetrzeć z tablicy mojej pamięci wspomnienie wąsów Judyty-Bułeczki.
– Jakoś nie żałuję.

***

Słońce, słońce, słońce, rok sześćdziesiąty dziewiąty, lipiec (bo żadne z moich rodziców nie było przesądne), wesoły korowód zmierzający do kościoła pod wezwaniem Ścięcia Świętego Jana Chrzciciela (serio! Kiedy pierwszy raz usłyszałem tę nazwę, omal nie wywinąłem koziołka ze śmiechu). Na przedzie pan i panna młoda, elegancki garnitur i pyszna biała suknia. Dumni rodzice z tyłu, za nimi kłęby równo maszerującej rodziny.

Dochodzą do bramy, mijają ją, przestępują próg kościoła. Prawie wszyscy, bo jeden elektron odłącza się od innych, opuszcza swoją orbitę, zatrzymuje się na kamiennych schodach, z nim nikt nie spotka się w kościele, ani jutro, ani nigdy.
Panna młoda widzi to wszystko, cios przełyka z godnością. Ale i nie zamierza tak po prostu wybaczyć. Ktoś będzie musiał za to odpokutować.

Ale to nieważne, padają sakramentalne obietnice, na zawsze, do śmierci, póki ona nas nie rozłączy. Tak, tak.
I wiecie, co? Oni ich dotrzymają.

***

Pod koniec marca na ślubnym kobiercu stanęła też moja (była) Weronika. Dostałem zaproszenie: Weronika Kluska i Jacek Gwozdecki pragną zaprosić… Nie skorzystałem. Zamiast tego wysłałem im kartkę gratulacyjną, do której dołączyłem jako prezent egzemplarz świeżo wydanej „Perły”. Z dedykacją.

Otrzymałem taką oto odpowiedź, wypisaną ręką pani Weroniki Gwozdeckiej:

To miło z Twojej strony, że życzysz jak najlepiej naszemu małżeństwu. Oboje z Jackiem bardzo na to liczyliśmy. Teraz będę spała o wiele spokojniej w nocy, wiedząc, że mamy Twoje błogosławieństwo. (…) Jest nam niezmiernie przykro, że nie mogłeś przyjechać na nasze wesele. Wszyscy nasi znajomi o Ciebie pytali. (…) Szczególnie chciałam podziękować za Twój prezent. Książkę przeczytałam w ciągu jednego dnia. Jest fascynująca. (…)
Ściskam serdecznie
Twoja Weronika

No i co powiecie? Uwierzycie, że ona twierdzi, iż nie ma mojej zdolności do sarkazmu. Dałbym się nabrać.
Przez cały okres naszego związku nie udało jej się przebrnąć przez ani jedną moją powieść. Najbliższa sukcesu była z „Kryształem bogów”, ale podobno pogubiła się pod koniec (bo to takie skomplikowane, ludzie, zwierzęta, bogowie, potwory, tylu bohaterów, a w ogóle to ja nie znam się na fantasy i nic konkretnego i tak ci nie powiem) i już nie była w stanie kontynuować.

Zabawne jest to, że kiedy przypuściła na mnie swój fatalny w skutkach atak, ja dość poważnie rozważałem zalegalizowanie naszego związku. Robiłem tabelki o kolumnach z wszystkomówiącymi tytułami „za” i „przeciw”, wpisywałem w nie wszelkie możliwe argumenty, poważne („nie zna się na fantasy”, „zasnęła na ‘Władcy Pierścieni’”, „głosowała na Kwaśniewskiego”) i błahe („chrapie”, „czasami używa mojej szczoteczki do zębów”, „jest brunetką”). Ważyłem te pro i kontra, przechadzałem się z głową w chmurach, wzdychałem, kompletnie nieświadomy przygotowujących się do lotu bombowców i ostrzącej język Weroniki.

Wyskoczyłem nawet z tym pomysłem do Dominika. Jego reakcja daleka była od zaskakującej.
– Zwariowałeś?! – zawołał i popukał się w głowę.
Głuchy odgłos przywiódł mi na myśl rundkę po wystawie instrumentów perkusyjnych z różnych stron świata, jaką zrobiłem z Weroniką jakiś czas przedtem.
– W jakim sensie?
Wiedziałem, że dla pana DJ każdy, kto planuje małżeństwo jest niespełna władz umysłowych, ale mi chodziło o jego opinię w sprawie tej konkretnej kandydatki na żonę. (Coś w stylu: jeśli przyjąć stricte teoretyczne założenie, że ślub nie jest najgorszą rzeczą, jaka może się przytrafić mężczyźnie, to czy Weronika byłaby przyzwoitą żoną?)
– W sensie takim, czy ci się kompletnie powywracało we łbie od tego upału? – Przypominam, że był marzec. – Małżeństwo to śmierć! – wygłosił swój slogan wyborczy.
– Dobradobradobra, to już wiem. A co powiesz na małżeństwo z Weroniką? – nie dawałem za wygraną.
– Bez różnicy. Śmierć to śmierć.
Porażająca logika.
– Nie gadaj. Są różne rodzaje śmierci: powieszenie, poćwiartowanie, otrucie, choroba, wypadek, wygodna śmierć we własnym łóżku.
– …powieszenie z podpaleniem – dorzucił do listy swój ulubiony rodzaj. Wykorzystał go w swojej poprzedniej powieści, w której jeden z bohaterów został przyłapany na sprzedawaniu tajnych informacji wrogiej rasie Xeozontów. Publiczne wykonanie wyroku młodzież Meronicka przyjęła entuzjastycznie. Sam opis egzekucji, sadystycznie szczegółowy, został zmieszany z błotem na łamach wszystkich szanujących się magazynów SF/Fantasy. Marek przysięgał, że dzięki temu sprzedaż wzrosła o co najmniej pięć procent.
– Widzisz. I gdzie umieściłbyś Weronikę? Bliżej śmierci ze starości czy powieszenia z podpaleniem?
– No… nie wiem. Ona mnie nie lubi.
– Żadna kobieta, która miała okazję z tobą dłużej porozmawiać cię nie lubi.
– Nieprawda. Hanka z wydawnictwa mnie lubi.
– Ale tylko dlatego, że posunąłeś Elę, a potem nawet nie zadzwoniłeś.
– A co to ma z tym wspólnego?
– One się nienawidzą.
– Acha. Okej. Nie wiedziałem. Mam posunąć Hankę dla wyrównania rachunków?
– Ela pewnie byłaby wniebowzięta.
– Ja żyję po to, żeby sprawiać przyjemność kobietom.
– Nie wątpię – mruknąłem, nieco zniecierpliwiony przebiegiem naszej rozmowy. – Wracając do Weroniki…
– Generalnie, to mógłbyś trafić dużo gorzej – powiedział, drapiąc się w brodę. – Ale musisz sobie zadać jedno zasadnicze pytanie: czy chcesz spędzić następnych parę lat śpiąc z eską?
Wspominałem wam o klasyfikacji Dominika. „Eski” nawet nie trafiały do jego słynnego czarnego notesu.
– Jej cycki to akurat mały problem.
– To ty to powiedziałeś.
– Dorośniesz ty kiedyś?
– Wróżka ostrzegła mnie, że kiedyś to nastąpi. Ale nie podała dokładnej daty.
– Pewnie wykraczała poza jej kalendarz.
– Może.
Zabębniłem palcami po stole. Siedzieliśmy w jego skromnie urządzonej kuchni. „Skromnie urządzonej”, bo nijak nie udałoby się w niej znaleźć czegoś ambitniejszego, niż patelnia czy ekspres do kawy. DJ nie gotował i nie zapraszał nikogo, kto miałby czas i ochotę gotować dla niego. Zresztą, nawet gdyby się to zdarzyło, zaprowadziłby tę osóbkę prosto do sypialni.
– Reasumując…
– Powiem tak: do Weroniki w sumie trudno się przyczepić. Ale ja na twoim miejscu poszukałbym kogoś bardziej… wypukłego.
Tyle pan DJ.
Kwestia (niezbyt paląca) pozostała nierozwiązana. A rozpoczęty we wiadomym dniu atak uczynił moje rozterki bezprzedmiotowymi.

***

Amerykanie w Iraku w dalszym ciągu odnosili spektakularne sukcesy, przysyłając łupy wojenne do domu w prostokątnych, podłużnych skrzyniach owiniętych we flagę narodową. Ja w dalszym ciągu pomieszkiwałem z wybrykiem mojej własnej wyobraźni. Dziadek Stanisław, natomiast, przyzwyczajał się na powrót do kieratu życia pod jednym dachem z kobietą.

– Cały czas trza uważać – narzekał, dzwoniąc do mnie o różnych porach dnia i nocy. Nie ma to jak mieć dziadka z rozregulowanym zegarem biologicznym. – A to to, a to tamto… I ciągle coś. Wczoraj zapomniałem nasadzić gwizdek na czajnik no i nie usłyszałem, kiedy woda się zagotowała. Siedzimy sobie spokojnie, oglądamy te jej „M jak miłość”, ja się nudzę, ale co zrobisz, ożeniłeś się i musisz cierpieć dla dobra sprawy, aż tu nagle ona zrywa się z kanapy i wrzeszczy jakby ją kto ze skóry obdzierał, że coś się pali. Poleciała do kuchni, zgasiła gaz i na mnie z rykiem, że jej najlepszy czajnik spaliłem, jakby miała więcej niż jeden. Mówię ci, Adam, do tego trza mieć nerwy ze stali i najlepiej do tego kłopoty ze słuchem. Bo najlepiej nie słyszeć połowy tego, co one tam nawijają, o wiele człowiek zdrowszy, kiedy nie wie, co one tam mruczą pod nosem. A mruczą i mruczą, nic tylko siedzą i coś tam mruczą, jakby ktoś im za to płacił…

Dziadku, opowiedz, jak to pałowaliście studentów w sześćdziesiątym ósmym. To moja ulubiona historyjka!
Użyczałem mu swojego współczującego ucha z przyczyn bliżej mi nieznanych. Po śmierci matki stary tak przejął się swoją rolą, że nie dawał mi spokoju. Może było to poczucie winy, chociaż wątpię. Ktoś, kto nie żałuje organizowania ścieżek zdrowia, miałby się łamać, bo nie poświęcał swojej rodzinie dostatecznie dużo uwagi? Pozostawał wpływ mojej przyszywanej babci i fakt, że byłem ostatnim żyjącym członkiem rodziny, który jeszcze z nim rozmawiał.
Nieważne. Nie będę spekulował. Życie mentalne mojego dziadka jest dla mnie równie przejrzyste co zasady przyznawania licencji przez PZPN. A odpowiedź, jeśli jakaś konkretna istniała, najprawdopodobniej nie sprawiłaby mi satysfakcji. Jednemu faktowi nie sposób było zaprzeczyć: małżeństwo wychodziło mu na zdrowie.

Zwróciłem na to uwagę Dominikowi.
– On jest stary – odparł, wzruszając ramionami. – Kiedy ja będę w jego wieku, też sobie sprawię żonę. Będzie mi kto miał maść na reumatyzm wcierać. No i po dziewięćdziesiątce to będzie chyba jedyna okazja na bzykanko od czasu do czasu.

***

Wydaje się wielką niesprawiedliwością, że poświęcam tyle uwagi mojemu dziadkowi, a babcię spławiłem jednym zdaniem, że dziadek (w opinii reszty rodziny) wpędził ją do grobu. Spieszę tę zaległość nadrobić, choć nie do końca. W świecie opowieści, czy to w filmie, czy w literaturze łotry, dranie, łajdaki wszelakiej maści cieszą się zawsze większą popularnością, niż prości, poczciwi ludzie. Są zdecydowanie bardziej kolorowi. Kto powiesi scenarzystę za to, że chciał zaciekawić widzów?

Babcia: męczennica wpędzona do grobu. Ale nie tylko. Też: lwica, która doprowadziła do ochrzczenia swojej córki i regularnych lekcji religii, na które uczęszczała bez szczególnej ochoty, ale też bez niechęci.
(Moja matka i religia: alianci przeciw bezbożnemu ojcu.)
Te dwie siły ścierały się prawie pięćdziesiąt lat, aż ta słabsza poddała się i została pochowana na parafialnym cmentarzu we wsi Ławki na Mazowszu, gdzie się urodziła.

***

Weronika przysłała mi plik zdjęć ze swojego wesela. Ot, taki rewanż za „Perłę”. Gdyby pisała powieści, pewnie podarowałaby mi jeden ze swoich horrororomansów.

Przejrzałem te fotki z umiarkowanym zainteresowaniem. Wszędzie roześmiane gęby, gdzieniegdzie wręcz wyszczerzone. Trochę czerwonych nosów, co w znacznej mierze wyjaśnia tę niepohamowaną radochę. Na jednym panna młoda (brzuch wystający pół metra, krągły dowód na to, że jej suknia ślubna nie powinna być biała) przyssała się do pana młodego. Ten wyglądał na szczęśliwego. Zważywszy na okoliczności.

Tego nie mogę zrozumieć: Gwozdeckiemu zdarzyło się już wcześniej coś spłodzić. Była panna, był brzuch, a wszystko rozmyło się gdzieś w niemieckiej klinice. Po sprawie. Z Weroniką się tak nie dało? Właściwie, po siedmiu latach z nią, nie powinienem być zaskoczony. Ona ma swoje sposoby na osiąganie celów. Ciche, spokojne, przemyślane. Głos się nie podniesie, nie zadrży ręka. A efekt pojawi się, zanim zdążysz ucieszyć się, że wygrałeś. Efekt Weroniki.

Podróży poślubnej nie było. Wrzeszczący potworek, czerwony i pomarszczony, przyszedł na świat. Nazwali go Miłoszem. Biedne dziecko.

Kolejna seria radosnych zdjęć trafiła na moje biurko: patrz, co tracisz. Patrzyłem i patrzyłem, i nadziwić się nie mogłem, że ona sądziła, że tym mnie trafi. Czyżby traciła wyczucie?

Dawniej jej się to nie zdarzało. Kiedy miała ochotę mi przywalić, obrywałem w miejsce, które sobie z góry upatrzyła. Bolało.

***

Pora na krótką analizę psychologiczną:

Stan mojego umysłu przez pierwsze sześć rozdziałów nie poprawił się ani na jotę. Dalej byłem ofiarą permanentnej halucynacji o imieniu Dżek i niekonsekwentnym, amerykańskim akcencie. Nadzieja na jego zniknięcie przychodziła wraz z każdym kolejnym jego pomysłem i odchodziła, jak tylko dany pomysł okazywał się kompletnie nietrafiony.

Jakoś się przyzwyczaiłem. Ludzie przyzwyczajają się do o wiele gorszych rzeczy niż irytujący Amerykańcy. Niektórym brakuje kończyn, a ja wszystkie cztery mam na miejscu. Braki tylko w magazynie klepek, jak kiedyś stwierdziła moja kochana Weronika.
Czasem, gdy budziłem się wcześnie rano, a on siedział na fotelu, gapiąc się na mnie bez jednego słowa, czułem się dziwnie. Wracało do mojej świadomości, że nie miałem przed nim żadnych tajemnic, nie mogłem mieć. Jasne, on był generalnie mną, choć niepodobny. Ale co innego ja odbity w lustrze, tak samo wyleniały i z tą samą rudawą bródką, a co innego dwunastoletni szczeniak o umysłowości niebezpiecznie zbliżonej do umysłowości mojego drogiego przyjaciela Dominika Jaroszewicza.

(Hipoteza: głęboko w mojej osobowości tkwi ukryte pragnienie, by być taki jak on. Pieprzyć obowiązki, przyzwoitość, wszystkie dołujące człowieka wartości. Zabawmy się, żyje się raz, carpe diem. Hedonizm to jedyna odpowiedź na śmierć. Dupy, dupy, dupy!)
W każdym razie, nie dawałem się, nie pękałem. I nie cierpiałem. Byłem zwarty i gotowy na następny rok z Dżekiem zamiast Weroniki.

(Taka wymiana może wydawać się niesprawiedliwa, ale – zabawna rzecz – jakoś łatwiej było mi zasypiać, od kiedy nastąpiła. I koszmarów jakby mniej…)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *