Grecka wróżka

Drzwi na balkon pozostawiła otwarte, ale nie na oścież. Z dworu wpadał powiew rześkiego powietrza, choć zdecydowanie podszytego ponurym, jesiennym chłodem. W końcu zaczynał się listopad. Najobrzydliwszy miesiąc w roku. Starała się łudzić, że z tego powodu nie dopadnie jej żadna większa depresja, ale w głębi ducha wiedziała, że to niemożliwe. Trzeciego listopada, dwa dni po dniu Wszystkich Świętych, obchodziła bowiem swoistą rocznicę. Właśnie dokładnie trzeciego listopada, pięć lat temu, spotkała Martini.

clio1.jpg

Jej pierś unosiła się w spokojnym, miarowym oddechu. Leżała na łóżku, trzymając lewą rękę na brzuchu. Natomiast prawą bezwiednie spuściła na dół, prawie dotykając palcami podłogi. Skrzyżowała nogi w kostkach, jakby chciała sama przed sobą ukryć paskudną dziurę w rajstopach i wciąż krwawiące zadrapanie. Potknęła się o własne krzesło, zapominając, że odstawiła je od biurka. Przeleciała przez nie i wylądowała na czworakach akurat pod stopami szefa – Martina „Martini” Miltona, prezesa Milton’s Company, największej szychy w biznesowym świecie, właściciela sieci kasyn, najprzystojniejszego mężczyzny, jakiego znała i równocześnie najgorszego skurwiela. Nie ma to jak mieć jej szczęście!

Ba! Clio November nie miała go wcale… Przytrafiały jej się rzeczy, o których normalni ludzie słyszeli tylko z anegdotycznych opowiadań i śmiali się z nich przy kuflu dobrego piwa, pukając się z niedowierzaniem w czoło, że ktoś naprawdę był taką beznadziejną niezdarą.

Panna Clio potrafiła przewrócić się nawet na prostej drodze i to podtrzymywana czyimś ramieniem. Jednak odkąd zaczęła pracować dla Martini, w największym niebezpieczeństwie znajdowały się wszelkie kruche naczynia. Zdążyła potłuc już niezliczoną ilość kubków, talerzyków i wazonów na kwiaty, aż wreszcie poirytowany Martin zabronił jej ich dotykać, a do robienia jej kawy czy też herbaty wyznaczył specjalnego pracownika. Wredny Milton wiedział, jak ją upokorzyć! Złościła się na niego, ale zdawała sobie sprawę, że miał podstawy, żeby tak postąpić. Tego na pewno zdążyła się o nim nauczyć. Martin Milton nigdy nie robił czegokolwiek bez powodu…

Pewnie dlatego powierzył jej niezwykle odpowiedzialne stanowisko – wiceszefa Milton’s Company. Jak zwykle, nie pomylił się w swoim osądzie, bo choć prawie nikt o tym nie wiedział, to właśnie Clio była mózgiem i pomysłodawcą wielu znaczących osiągnięć młodego prezesa Miltona. Szczyciła się bowiem jednym z najwyższych ilorazów inteligencji w kraju. Zrobiła też doktorat z marketingu, uznawany za najlepszy na jej uczelni. Niestety dla niej, ale za to z olbrzymią korzyścią dla Martini, posiadała przy tym niewielką ambicję. Zadowalała się więc wysokimi zarobkami oraz bliskim przebywaniem w pobliżu szefa.

Zresztą, on skrzętnie to wykorzystywał…

Była w nim beznadziejnie i głęboko zakochana. Chociaż nigdy nie tworzyli pary, uważała się też za jedyną kobietę, która tak dobrze go znała. Ba! Aż za dobrze… Większość ludzi nie zdawała sobie sprawy, jak zimną i wyrachowaną osobą był uroczy, pełen wdzięku i ogłady spadkobierca fortuny Miltonów. W tej większości znajdowała się także jego żona… Martin ożenił się z nią dla pomnożenia pieniędzy, co stanowiło jego ulubione hobby, i zdradzał na każdym kroku, w dodatku nie tylko z kobietami. Milton był żądny wszelkiego rodzaju przygód i nie stronił od towarzystwa przystojnych mężczyzn. Jakby tego było mało, wpadł w sidła hazardu i Clio musiała borykać się z wieloma finansowymi problemami, jakie prowokował jego nałóg.

Westchnęła ciężko, westchnieniem człowieka udręczonego. Trzeci listopada przywodził wiele bolesnych, ale i miłych wspomnień. Przez pięć lat uzależniła się od Martini tak mocno, jak on uzależnił się od niej. Wiedziała, że jej nie kochał – powiedział to na samym początku ich współpracy, która potem przeistoczyła się w znajomość, a znajomość w specyficzną przyjaźń. Właśnie ta przyjaźń ją zadowalała. Tak jej się przynajmniej wydawało… Wolała być szurniętą, nieporadną Clio, biegającą za cudownym Martinem jak pies za swoim panem, niż jedną z jego kolejnych zdobyczy – pięknym, nieoszacowanym trofeum, które ściągał z półki i wyrzucał, gdy tylko zauważył, że się przykurzyło.

Nie miała do kogokolwiek pretensji – była wierna swoim uczuciom i szczęśliwa, że Martini się przed nią otworzył. Sama tak wybrała i jak na razie nie widziała dla siebie innej perspektywy.

Tylko czasami dopadały ją chwile niewyjaśnionej nostalgii… Najczęściej jesienią i szczególnie w listopadzie. Czasami zastanawiała się, czy to nie za sprawą jej nazwiska. November – Listopad. Uśmiechnęła się do siebie, wciąż wpatrując się w sufit. Wtedy coś nagle stuknęło. Spojrzała w stronę stołu, umiejscowionego tuż obok łóżka, by stwierdzić, że ten tajemniczy dźwięk powodowało niecierpliwe uderzanie komórką o blat.

Na krześle siedział Martin, wpatrując się w nią swoim zwykłym, mroczno-przeszywającym spojrzeniem granatowych oczu, ukrytych za szkłami okularów ze srebrnymi oprawkami. Nosił je, gdy musiał dużo czytać albo po prostu dla ozdoby. Przez chwilę admirowała jego przystojną, opaloną twarz, okoloną falowanymi, ciemnymi włosami, miękko opadającymi na kark. Martini miał w sobie coś tak zniewalającego i magnetycznego, że trudno było przejść obok niego obojętnie. O ile w ogóle…

Przykuwał uwagę, wywierając wrażenie osoby władczej i zdecydowanej. Zawsze ubierał się elegancko i gustownie, choć słynął ze swojego zamiłowania do długich płaszczy i ozdobnych klamer, które doczepiał do najróżniejszych części garderoby.
Tym razem płaszcz pozostawił w swoim pokoju. Jego strój stanowiła biała, nieco pomięta koszula z poluzowanym, granatowym krawatem i ciemne spodnie od garnituru, idealnie zaprasowane na kanty. Na jego lewym nadgarstku błyszczał srebrny Rolex.

Nie zdziwiła ją obecność Martina. Gdy wyjeżdżali w interesach, zawsze wynajmował dla nich pokoje połączone balkonem. Właściwie powinna była zamknąć te cholerne drzwi, żeby okazać mu, jak bardzo była na niego wściekła. Demonstracyjnie umówił się przy niej z seksowną żoną ich kolejnego inwestora na upojny wieczór, a przecież był trzeci listopada! Ich trzeci listopada! Specjalnie nie wzięła urlopu w dniu Wszystkich Świętych, żeby być blisko niego. Bo minęło pięć lat. Gdyby byli małżeństwem, świętowaliby drewniane wesele…

„Nie! Dość Clio! Nawet o tym nie myśl! Nie snuj niepotrzebnych mrzonek!” – skarciła się i demonstracyjnie odwróciła od niego wzrok na ścianę.

– Jestem przystojniejszy od ściany – trafnie zauważył, zapewne nie wyrażając przy tym żadnym emocji, a w najlepszym wypadku uśmiechając się uprzejmie, a zarazem obłudnie…
O, tak… W obłudzie nie miał sobie równych! Nie musiała na niego patrzeć, aby wiedzieć, jaką akurat strzelał minkę. Niewiniątko! Znała go na wylot! I do bólu…
Ponuro milczała.

Znowu stuknął komórką. Mogła się założyć, że zaraz zadzwoni ta jego cycata lafirynda i wyjdzie bez słowa pożegnania! Szurnęło krzesło. Wciąż twardo wpatrywała się w pospolitą, białą ścianę, jakby rzeczywiście zachwycała większą urodą niż oszałamiający Martini Milton. Usiadł obok niej na łóżku i położył dłoń na jej dłoni, która spoczywała na brzuchu. Mimowolnie wchłonęła zmysłowy zapach jego wody kolońskiej i westchnęła w duchu. Drugą ręką pogłaskał ją po głowie, jakby była małą dziewczynką. Zmierzwił przy tym jej gładko zaczesane włosy. Parsknęła z oburzeniem. Posłała mu obrażone spojrzenie, a on uśmiechnął się w sposób, który niezmiennie zapierał jej oddech.
– No, teraz już lepiej… – powiedział tym swoim głębokim, aksamitnym głosem, doszczętnie ją uwodząc.
Gdyby teraz nie użyła swojego niezawodnego zdrowego rozsądku, pewnie rzuciłaby mu się na szyję, zawodząc, żeby ją natychmiast wziął.
To by nic nie dało… Histeria i w ogóle jakiekolwiek emocje nie działały na Miltona. Wszystko kalkulował na chłodno – nawet prawdopodobny seks.
-Tak sądzisz? – odparła więc w swoim zamiarze obojętnie, a nawet wzgardliwie, ale zabrzmiała nieprzekonywująco, pretensjonalnie…
Skwitował to krótkim śmiechem. Oczywiście uraził ją, mimo że wiedziała, iż naprawdę go rozbawiła. Przy wszystkich swoich wadach Martini nie był jednak szydercą. Chociaż tyle.
– Boczysz się o ten niefortunny upadek, bo zahaczyłaś nogą o własne krzesło?- zapytał nadal wesoły i zapewne bardzo z siebie zadowolony. – To nie moja wina, kochanie… Chociaż pewnie myślisz, że moja. Że jakimś magicznym sposobem cię popchnąłem!

A jednak nie. Wróć. Martini był szydercą.

– Bardzo śmieszne, Milton! – burknęła. – Nienawidzę cię! Jesteś skończonym idiotą!
– Moja biedna, grecka wróżko… – odpowiedział, głaskając ją po ręce. – Co ty ze mną masz! Robisz dla mnie tyle rzeczy, użerasz się z moimi humorami i hazardem, a ja jestem takim okrutnym potworem, który bezmyślnie zapomniał, że mamy dziś rocznicę, że to nasz trzeci listopada… Powinnaś użyć swoich czarodziejskich mocy i zamienić mnie w świnię! – pochylił się i lekko musnął wargami jej usta sprawiając, że zadrżała porażona niespodziewaną bliskością i intymnością, którą nigdy wcześniej jej nie obdarzył. – Oczywiście mogłabyś to zrobić, gdyby twoja mama nie pomyliła się w urzędzie i nadała ci poprawne imię – Kirke, jak wróżka z Odysei, a nie Clio, jak pewien bardzo popularny samochód…

Mimo całego swojego podniecenia i podekscytowania jego pocałunkiem i tym, że jednak pamiętał o ich rocznicy, nie mogła nie parsknąć śmiechem. To był ich ulubiony temat kpin i przekomarzań.
Clio rzeczywiście powinna mieć na imię Kirke, ale jej matka co najmniej dorównywała jej roztargnieniem. Niestety, jakimś bliżej niewyjaśnionym sposobem, w urzędzie pomyliła Kirke z Clio i tak już musiało zostać.

Martin uważał to za niezwykle zabawną okoliczność. Gdy był w dobrym humorze, nazywał Clio „grecką wróżką”.
Odważyła się złapać go za rękę, lecz wyczuła obrączkę na jego serdecznym palcu i nagle się wycofała. Wesołość również ją opuściła. Zauważył to, ale jego oblicze nie zmieniło wyrazu. W końcu był pokerzystą…
– Martini… – zaczęła, ale zabrakło jej słów.
Pokiwał głową ze zrozumieniem, jakby doskonale wiedział, co zamierzała powiedzieć. Już prawie się od niej odwrócił, gdy odważyła się dokończyć:
– Martini, zrób coś z nami…
Spojrzał na nią z trudnym do rozszyfrowania wyrazem oczu. Dostrzegała w nich coś w rodzaju wyrozumiałości, może nawet strachu i smutku…?

Nic jednak nie powiedział. To wywołało jej niespodziewaną lawinę zwierzeń.
– Ja nie mogę tak dłużej żyć! – zdziwiła się ostrym, zdecydowanym brzmieniem swojego głosu. – Po prostu nie mogę! Do ciężkiej cholery, nie umiem! Wmawiam sobie nawet, że jestem szczęśliwa! Wyobrażasz sobie?! Myślę, że jestem szczęśliwa, kiedy mężczyzna, którego kocham, znajduje sobie kolejną zabawkę do sypialni albo udaje przykładnego męża i ojca dla swojej głupiej żony i Bogu ducha winnego synka! Martin, jesteś skurwielem!
– Nie krzycz. Wiesz, jak nie lubię histerii… – odrzekł chłodno i okrutnie zarazem.

Zatkało ją z wrażenia. W tym czasie sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej ozdobne pudełko. Otworzył je i włożył do jej bezwładnej dłoni. Zamierzała nim w niego rzucić i to najlepiej tak, żeby wybić mu jedno z tych cudownych, granatowych oczu, lecz w porę zauważyła, co ono zawierało. Zatkało ją z wrażenia. Tym razem pozytywnego. W pudełku znajdowała się wysadzana szafirami bransoletka – niezwykle bogata, zjawiskowa i na pewno bajecznie droga…
– Pod kolor twoich włosów… – wyjaśnił z uśmiechem, a ona poczuła, jak ze wzruszenia łzy napływają jej do oczu.

Martin nigdy nie mówił wprost o swoich uczuciach. Pewne rzeczy robił jakby mimochodem, niezauważalnie, celowo nie przypisując im większego znaczenia. A przecież to były jego prawdziwe intencje… Podejrzewała, że bał się je akcentować, żeby nagle nie okazało się, iż nie był takim zimnym draniem, na jakiego się kreował.

– Och, Martini, dziękuję!
Wzięła bransoletkę, ale wyjął ją z jej dłoni i sam przypiął na jej nadgarstek.
– Prędzej połamałabyś wszystkie paznokcie, niż poradziła sobie z tym zapięciem… – uśmiechnął się znowu. – Wróżko Clio, jako mój najlepszy przyjaciel zasługujesz na najwspanialsze klejnoty!

Ponownie się nachmurzyła. Obserwował nadąsany wyraz jej twarzy. Wyglądała jak dziecko, które nie dostało cukierka. Ale co miał jej powiedzieć? Jak miał ją nazwać? Była jego przyjacielem. Nawet nie przyjaciółką, bo nie traktował jej jak całą resztę kobiet. Jego roztrzepana, urocza, mała Clio. Zwykle nie okazywał jej, jak bardzo ją kochał. Niestety, nie była to miłość, jakiej życzyłaby sobie jego grecka wróżka. Nie zaczarowała go w sposób, który pragnęła.
Niewiele osób na tym świecie kochał czy też choćby szanował. I tylko tych osób starał się nie krzywdzić. Gdyby poszedł do łóżka z Clio, zraniłby ją w najgorszy z możliwych sposobów. Wiedział, że ona też zdawała sobie z tego sprawę, nawet jeśli odsuwała tę świadomość daleko w głąb swojego umysłu.

Martin uważał, że był złym człowiekiem. To zło najprawdopodobniej wyssał z mlekiem matki, równie złej i próżnej, co on. A potem trafił pod skrzydła ojca, święcie przekonanego, że aby zarządzać tak ogromnym majątkiem jak majątek Miltonów, trzeba być złym i okrutnym. Pokój jego duszy, choć pewnie wylądowała w Piekle. Martina szczerze ucieszyła wiadomość o jego śmierci. Umarł król, niech żyje nowy król! Czyli on… W życiu Miltona juniora, tak jak i w życiu jego zmarłego ojca, najbardziej liczyły się pieniądze i interesy. Swoje uczucia również traktował niczym interes. Chłodno kalkulował, jak najskuteczniej wykorzystać swój atrakcyjny wygląd czy też niewątpliwą błyskotliwość i wręcz nieprawdopodobną zdolność do zjednywania sobie ludzi.

Jego świat i zasady były do bólu oczywiste – dla pieniędzy ożenił się nawet z niezbyt urodziwą kobietą i w duchu ubolewał, że ich mały synek może odziedziczyć po niej brzydotę, a co za tym idzie – nie być jego godnym następcą. Cóż, trudno. Dzięki tej „transakcji” dwukrotnie powiększył swój majątek. Ojciec pewnie byłby z niego dumny…Do pewnego trzeciego listopada nigdy nie zastanawiał się, czy sam był z siebie dumny…

Clio November spadła na niego jak siedem plag egipskich na faraona. Po drugim tygodniu pracy zamierzał ją wyrzucić na zbity pysk, bo potłukła drogocenną, kryształową wazę w jego gabinecie, ale w ten sam dzień również wreszcie błysnęła swoim intelektem… I tak wygrał na giełdzie równowartość połowy swoich rocznych dochodów… Pomyślał wtedy, że trafił na żyłę złota – niezdara November była geniuszem, a tylko geniusza brakowało mu do swobodnego pomnażania pieniędzy.

O, ironio! Jego zachłanność skazała go na pastwę sprytnej, greckiej wróżki… Od tej pory Clio nie odstępowała go na krok. Biegała za nim, przerażała go swoim entuzjazmem i huśtawką nastrojów, rozbrajała ekscentrycznym wyglądem i irytowała niezdarnością. Miał jej serdecznie dość! Tak myślał na początku, ale gdy zachorowała i przez miesiąc nie przychodziła do biura, czuł się jakoś nieswojo, jakby brakowało mu czegoś naprawdę istotnego… Albo raczej kogoś…? Wówczas zdał sobie sprawę, że potrzebował tej rudej wariatki tak mocno, jak jeszcze nigdy kogokolwiek. Stała się dla niego kimś bardzo ważnym i nawet nie zauważył, kiedy to nastąpiło.

Uważała go za wartościową, uczciwą osobę, więc odsłonił przed nią wszystkie karty, z nadzieją, że to ją ostatecznie do niego zniechęci. Ale ona została. Jak zawsze uparta i upierdliwa!

I jak tu nie kochać takiego uroczego stworzonka?

Tym retorycznym pytaniem zazwyczaj kończył rozważania na jej temat. Po raz pierwszy darzył kogoś bezinteresownym uczuciem, choć ani trochę nie przypominało klasycznej miłości mężczyzny do kobiety. Dla niego była małą siostrzyczką. Problem w tym, że ona nie patrzyła na ich relacje w taki sam sposób…

– Co to za mina? – zapytał serdecznie.
Poprawiła zmierzwione włosy. Były rude i obcięte na bardzo krótko. Zaczesywała je do tyłu na kark, odsłaniając okrągłą, drobną twarz, nakrapianą złotymi piegami. Spojrzała na niego z wyrzutem w lekko skośnych, zielonych oczach. Zawsze kojarzyły mu się z przeszywającymi oczami kota.

– Dobrze wiesz, co to za mina, Martin! – odparła chłodno.
Trochę go tym zdziwiła, ale wzruszył ramionami.
– Nie wiem, po co ci te nerwy – skomentował. – Rozmawialiśmy o tym tysiące razy. Nigdy z tobą nie będę. Nie męcz mnie więcej. Chyba nie chcesz, żebym związał się z tobą z poczucia winy?!
Odwróciła od niego głowę i utkwiła wzrok w balkonowych drzwiach. Zapadła chwila niezręcznego milczenia. Martini nie zamierzał przerywać go pierwszy. Zaczął bawić się komórką, czując wzrastającą irytację.

„Here we go again” – pomyślał z przekąsem.

– Dobrze – powiedziała w końcu, wciąż na niego nie patrząc. – Wobec tego odchodzę. Kasyno w mieście Zipper będzie naszą ostatnią wspólną inwestycją.

Coś w tonie jej głosu oznajmiło mu, że to była jej ostateczna decyzja, której pod żadnym pozorem nie zmieni. Znał ją i wiedział, że mimo swojego roztargnienia i niezdarności, była bardzo stanowczą i upartą osobą.

Zerknął na nią szczerze skonsternowany. Clio miałaby go opuścić? Jego osobista wróżka? Nie. Niemożliwe.
– To znaczy chcesz podwyżkę? Spoko – odrzekł więc beztrosko.
Obdarzyła go wściekłym, rozgoryczonym spojrzeniem.
– Ty, ośle! – krzyknęła. – Myślisz, że w życiu chodzi tylko o pieniądze? Że możesz mnie kupić, jak całą resztę twojego utopijnego światka?! Nigdy nie byłam z tobą dlatego, że miałeś pieniądze!
– A dlaczego?
– O, Boże! Ty naprawdę tego nie rozumiesz! – Clio nie wierzyła własnym uszom. – Jeśli nie potrafisz docenić mojego uczucia, to dziś naprawdę jest nasz ostatni trzeci listopad!

Teraz porządnie go zdenerwowała. Nigdy nie okazywał swojego gniewu, więc po prostu wstał i skierował się w stronę balkonowych drzwi. Złapała go za rękę, ale ją odepchnął i spojrzawszy na nią po raz ostatni, rzucił przez zęby:
– Nie można nikogo zmusić do miłości. Nawet tak złą osobę, jak ja, która może mogłaby ją udawać, byle tylko zatrzymać cię w Milton’s Company. Nie wiem czyja to wina, że nie kocham cię tak, jakbyś tego chciała. Na pewno nie moja. Jeśli nie potrafisz dostrzec mojej szczerości, to masz rację. To nasz ostatni trzeci listopad, a kasyno w Zipper będzie naszą ostatnią wspólną inwestycją. A teraz wybacz, jestem umówiony!

– Martin… Przepraszam… – odparła cicho, już nie kryjąc swoich łez. – Chciałabym, żeby było inaczej…
– Przestań się mazać! Boże, jak ja tego nienawidzę! Zawsze zachowujesz się jak histeryczka!

Ze złością zabrała się za odpinanie bransoletki, żeby naprawdę wybić mu nią choć jedno oko, ale tylko złamała sobie paznokieć. Prychnął ironicznie, kręcąc z niedowierzaniem głową, a potem ostentacyjnie odwrócił się i wyszedł na balkon.
-A ty jak zimny potwór! – krzyknęła za nim, rekompensując sobie nieudaną napaść. – Idź sobie! Nie chcę cię znać!
No tak. Standard. Mógł przewidzieć, że tak to się skończy… Histeryczka i zimny potwór. Najbardziej niedobrana para świata.

Tymczasem zimny potwór postanowił, że ot tak, zostawi tam histeryczkę.

Niech sobie płacze.

Popłacze i jej przejdzie.

KONIEC

tekst: Magdalena Pioruńska
rysunki: Julita Mastalerz- więcej prac autorki na stronie:
http://joolita.deviantart.com/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *