Quo vadis, Hollywood?

Tegoroczne rozdanie nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że formuła oscarowej gali jest już praktycznie wyczerpana. Fabryka Snów woła na pomoc zaprzyjaźnione nacje, by choćby w niewielkim stopniu uratować ten, najważniejszy dla setek milionów wiernych kinomanów na świecie, wieczór w roku.

Hollywood jest w głębokim kryzysie. Trwający przez ostatnie miesiące strajk scenarzystów nie tylko wygonił z telewizji nowe odcinki popularnych seriali, ale także znacząco wpłynął na poziom sztywności ostatniej oscarowej gali. W efekcie, oglądalność imprezy w Ameryce sięgnęła dna („jedyne” 32 mln widzów), co jest wynikiem najgorszym od przeszło trzydziestu lat. W Polsce Wrażenie kryzysu hollydowoodzkiego stało się jeszcze silniejsze, kiedy okazało się, że Telewizja Polska nie pokaże bezpośredniej transmisji z uroczystości.

W historii amerykańskiej kinematografii skończyła się pewna epoka. Epoka, w której dominowały gwiazdy pokroju Jacka Nicholsona, Danny’ego DeVito czy Leonardo DiCaprio. Amerykański sen o atrakcyjnej wizualnie i niezbyt wymagającej intelektualnie filmowej rozrywce powoli przechodzi w sferę mitu, nad którą będą się pewnie teraz pastwić teoretycy filmu z całego świata. Bo kino amerykańskie jest zjawiskiem globalnym. Dziś czujemy to tak mocno, jak nigdy przedtem.

Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że wszystkie cztery statuetki za najlepszą grę aktorską zgarniają aktorzy, którzy do niedawna nie mieli z fabryką snów nic wspólnego? Jak wyjaśnić to, że ikony amerykańskiego przemysłu filmowego od kilku lat tylko wręczają, a nie odbierają nagrody? Statuetkę za reżyserię zgarniają bracia Coen, którzy, mówiąc oględnie, nie są artystami specjalnie hollywoodzkimi, choć ich kino w istocie jest piekielnie amerykańskie, co nie zmienia faktu, że bez wątpienia znacznie lepiej pasują oni do atmosfery festiwalu w Cannes lub Berlinie.

Tych „niedopasowanych” elementów było zresztą na tegorocznej gali znacznie więcej: obecność na czerwonym dywanie nieumalowanej Tildy Swinton (która w dodatku zgarnęła statuetkę za drugoplanową rolę kobiecą sprzed nosa Cate Blanchett!) lub niepozornej brunetki Diablo Cody (rocznik 1978, tatuaż na ramieniu, sukienka w stylu Wilmy Flinstone), która zdobyła nagrodę za najlepszy scenariusz oryginalny. Zresztą: wszyscy nominowani w tej kategorii to, w mniejszym lub większym stopniu, debiutanci, niezbyt mocno kojarzeni z amerykańskim przemysłem filmowym.

Członkowie Akademii nie wykazali się natomiast taką „cywilną odwagą” w przypadku nagrody za najlepszy film animowany: kapitalne „Persepolis” Marjane Satrapi i Vincenta Paronnauda przegrało z komercyjną cegłą „Ratatuj”. Bardzo szkoda tego werdyktu, bo „Persepolis” wyróżniło się niezwykłym spojrzeniem na irańską rzeczywistość oraz świetną, komiksową animacją mimiki twarzy postaci, zdolną oddać ich wszelkie stany emocjonalne. A przede wszystkim – to naprawdę porywająca i świetnie opowiedziana historia. Nagrodzenie zawierającego wątki autobiograficzne „Persepolis” mogło jednak zostać źle odebrane przez świat Islamu – i tak przecież skłócony z imperialistyczną Ameryką. I tylko w ten sposób jestem sobie w stanie wytłumaczyć fakt niewyróżnienia dzieła Satrapi przez Akademię.

Nie znajduję już natomiast żadnego sposobu, aby wyjaśnić brak nominacji dla rewelacyjnego filmu „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni” autorstwa rumuńskiego scenarzysty Cristiana Mungiu. Równie przejmująca, co opowiedziana niemal ascetyczną metodą historia studentki decydującej się na przeprowadzenie nielegalnej aborcji w pokoju hotelowym, zdobyła przecież mnóstwo międzynarodowych nagród – ze Złotą Palmą w Cannes na czele. W niewyjaśnionych przyczyn film nie znalazł jednak uznania w oczach członków Amerykańskiej Akademii, którzy po raz kolejny potraktowali twórczość nieamerykańską jako filmowy trzeci świat, doceniając filmy uwikłane w historię. Stąd nominacja dla nie najlepszego „Katynia” – stąd nagroda dla świetnych „Fałszerzy”: filmu, który przedstawia wyświechtany już do cna temat holocaustu z perspektywy niemieckiego żyda, który bynajmniej nie jest enklawą dobroci w przepełnionym złem świecie wykreowanym przez nazistów. Plusem filmu jest doskonałe uchwycenie istoty ideowej walki z hitlerowskimi niemcami, znajdującej swoje ujście w bardzo konkretny sposób w jednej z ostatnich scen dzieła Stefana Ruzowitzkiego.

Cała piątka filmów nominowanych w tej kategorii wpisuje się zresztą w ten sam klimat: mieliśmy tam bowiem film o Czyngis-Chanie, Czeczenii, konflikcie w Libanie, no i oczywiście o zbrodni katyńskiej i holocauście. Jest to zjawisko ze wszech miar smutne, szczególnie jeśli dodamy, że rok temu zwyciężyło „Życie na podsłuchu”, opowiadające o enerdowskich Niemczech, natomiast ogólny trend jest taki, że w tej kategorii wygrywają filmy oparte na faktach – i to niekoniecznie zaczerpniętych z bolesnej historii różnych narodów.

Do tego katalogu wydarzeń negatywnych należy dodać także niemal całkowite pominięcie eksperymentalnego filmu Juliana Schnabela „Motyl i skafander”, stanowiącego niezwykłą biografię Jean-Dominique’a Bauby, redaktora francuskiej wersji magazynu Elle, który w wieku 43 lat doznał całkowitego paraliżu i mógł poruszać tylko jednym okiem, za pomocą którego w bardzo specyficzny sposób spisuje swoje wspomnienia.

Schnabel w wywiadach podkreślał, że największym problemem było znalezienie odpowiedniego operatora, który zrozumiałby niezwykły sposób narracji filmu. Jedynym, któremu wystarczyło na to wyobraźni okazał się Polak Janusz Kamiński, co znaczy mniej więcej tyle, że amerykańscy operatorzy po prostu nie byliby w stanie zrobić tego filmu. Śmiem też twierdzić, że amerykańska widownia – z zacnymi członkami Akademii – nie byli w stanie zrozumieć dzieła Schnabela i stąd brak nominacji w najważniejszych kategoriach.

Kamińskiemu udała się zresztą rzecz niezwykła i warta podkreślenia: stosując tak zwany widok pierwszoosobowy niejako włożył widza w ciało osoby sparaliżowanej. W efekcie, oglądane obrazy często się rozmywają i są przecinane kolejnymi mrugnięciami powieki. Sterylność szpitala zakłócają wspaniałe i soczyste lica (i dekolty!) terapeutek, których podziwianie z perspektywy chorego jest niewystarczające zarówno dla widzów, jak i dla znanego z seksualnych podbojów Bauby’ego. Wydaje się, że wraz z bohaterem jesteśmy odgrodzeni od świata grubą szybą: nie możemy go dotknąć, poczuć, posmakować, a jedynym sposobem interakcji jest… nasza powieka.

Oscara za najlepsze zdjęcia zgarnął jednak Robert Elswit za film „Aż poleje się krew” – historię pionierów amerykańskiego przemysłu naftowego, która jednak nie wymagała od operatora takiego zaangażowania i nowatorstwa, jak w przypadku „Motyla i skafandra” – ale z całą pewnością ważniejszą z perspektywy amerykańskich dziejów.

W moim przekonaniu takie decyzje Akademii obniżają tylko rangę oscarowej nocy, czyniąc z niej imprezę o charakterze pospolitego plebiscytu.

W podobnym klimacie nagrodę otrzymała zresztą Marion Cotillard, która wyróżniła się głównie tym, że zagrała rolę Edith Piath, chociaż nawet sami Francuzi przyznają, że jej kreacja jest zdecydowanie zbyt histeryczna. Było to jednak tylko powtórzenie zeszłorocznej sytuacji, kiedy to statuetkę odebrała Hellen Mirren za rolę królowej Elżbiety. Moim cichym faworytem w tej kategorii była kapitalna Ellen Page, która w filmie „Juno” Jasona Reitmana brawurowo odegrała rolę ciężarnej nastolatki. Film kojarzy mi się zresztą z doskonałą „Małą miss” – filmem, który był moim faworytem podczas zeszłorocznej oscarowej gali i mam nadzieję, że osiągnie spory sukces. W polskich kinach będzie można go obejrzeć na początku kwietnia.

Największym problemem Hollywood nie jest twórcza niemoc, o której trąbiło się od kilkunastu miesięcy. Kłopotem nie są także stojące na granicy bankructwa wytwórnie filmowe, które chwytają się brzytwy kręcąc kolejne częsci przygód Johna Rambo i Jasona Bourne’a. Kłopot to błędna polityka nagradzania własnych produkcji, która promuje filmy historycznie zaangażowane, zamiast skupiać się na kinie w stanie surowym. W efekcie rośnie popularność, i tym samym ranga, festiwalu w Sundance i gali nagród BAFTA, nie wspominając już o ugruntowanej pozycji filmowych gal w Cannes, Wenecji czy Berlinie. Publiczność powoli przestaje rozumieć formułę czerwonego dywanu, siedzących w pierwszych rzędach gwiazd minionych epok i całego tego sztucznie pompowanego, jednodniowego balonu medialnego.

Czas pokaże, czy gala rozdania nagród amerykańskiej Akademii zmodyfikuje swoją formułę, by lepiej odpowiadać gustom publiczności. Jedno jest jednak pewne: kino amerykańskie dryfuje w stronę nieukształtowanego jeszcze nowego rodzaju kina rozrywkowego, które z pewnością ma więcej wspólnego z produkcjami europejskimi, niż z „Rambo VI”. I z tego chyba należy się cieszyć.

Michał Stankiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *