Opowieść efemeryczna. Recenzja filmu „Once”

„Jak często odnajdujesz tę właściwą osobę?” – pyta widzów hasło reklamowe filmu „Once”. Wbrew pozorom nie chodzi tu jednak o miłość, ale o coś, co w swej wymowie znacznie uczucie miłości przekracza. Powiecie, że to niemożliwe. Odpowiem: zobaczcie „Once”.

On i ona. On, serwisant odkurzaczy i uliczny grajek. Ona, imigrantka z Czech, próbująca w nowym kraju wiązać koniec z końcem. Oboje piekielnie niemodni na tle bogatych dublińskich ulic. Połączy ich muzyka: Ona grywa na pianinie w okolicznym sklepie z instrumentami. On pisze nostalgiczne piosenki po stracie ukochanej kobiety.

Ona gratuluje mu talentu i, w ramach podziękowania, przyniesie mu do naprawy swój odkurzacz…

Sceny kolejne: kapitalna, oscarowa, piosenka „Falling slowly” zagrana i zaśpiewana w owym sklepie z instrumentami. Jazda nad brzeg morza na pożyczonym od Jego ojca motorze. Tam padnie w końcu z Jej ust wyznanie miłości – tyle że niezobowiązujące, bo wypowiedziane po czesku. On nie dostanie szansy na replikę, choć w jednej z ostatnich scen cudownie się Jej odwdzięczy – kupując za ostatnie pieniądze wymarzone przez Nią pianino.

Nigdy się nie pocałują, bodaj raz czy dwa razy przytulą się do siebie. Ale raczej po przyjacielsku, a nie jak kochankowie. Do tej pory Amerykanie nie rozumieli, jak można pokazać uczucie pomiędzy kobietą a mężczyzną, nie organizując sceny łóżkowej przy jakimś szlagierze Otisa Reddinga. Albo chociaż kolacji przy świecach. W „Once” kolacją przy świecach będzie „typical czech meal” zjedzone w towarzystwie Jej matki i córki. Gorącej sceny łóżkowej nie będzie w ogóle, choć będzie jej zapowiedź – skwitowana jednak prozaicznym stwierdzeniem, że nie ma to większego sensu.

Bo trzeba dbać o właściwe koleje losu. On przecież wkrótce opuści Dublin i spotka się z kobietą, która wcześniej go zdradzała. Ona zostanie z córką u boku nie rozumiejącego jej męża, w którym nie miała do tej pory żadnego oparcia. Oboje spróbują jeszcze raz. Trzeba przecież pielęgnować własne piekiełko.

Colin Farrell, wręczający Oscara za najlepszą piosenkę, nie krył swojego zachwytu nad dziełem Glena Hansarda i Markety Irglovej. Kiedy autorzy już znaleźli się na scenie przed dziesiątkami „wielkich artystów”, to nie wiedzieli właściwie, co w tej dziejowej chwili powiedzieć. Irglova nie powiedziała nic, bo realizator bezczelnie odłączył jej mikrofon. Szklące się oczy urodzonego przecież w Dublinie Farrella mówiły jednak wszystko: ten niezwykły duet swym autentyzmem poraził cały hollywódzki establishment.

Zrobiony w niecałe trzy tygodnie film, nakręcony za pomocą dwóch ręcznych kamer i z pomocą oddanych przyjaciół Glena z zespołu „The Frames” imponuje właściwie od pierwszego do ostatniego kadru. Mądrością, uczciwością i genialnymi piosenkami, wokół których zbudowana jest cała fabuła „Once”.

On i ona. Przypadkowe spotkanie na ulicy. Razem zrobią coś wspaniałego, w kilka dni odmienią całe swoje dotychczasowe życie. Warto czekać na taki cud, warto podążać tymi „ścieżkami mniej uczęszczanymi”, znanymi z wiersza Roberta Frosta.

„Once” uświadamia, że znajdujemy się w permanentnym stanie zawieszenia pomiędzy tym, czego pragniemy, a tym, co aktualnie możemy osiągnąć. Wyprowadzamy się z tego stanu przez krótkie rozbłyski przypadkowych i nieoczekiwanych doznań, które pompują w nas chęci do kolejnych zmagań z codziennością.

W „Once” nie ma jednak odpowiedzi na wielkie egzystencjalne pytania. Ba, nie ma nawet samych pytań postawionych wprost. Są tylko krótkie przebłyski prawdy: efemeryczne uczucie, że oto stoimy przed miłością w czystej postaci.

Może więc to jednak jest film o miłości?

Michał Stankiewicz

One thought on “Opowieść efemeryczna. Recenzja filmu „Once”

  1. Film piękny cudowny, na prawdę niesamowita muzyka i ta prawdziwa historia. Film cudowny taki prawdziwy i bardzo dobra Recenzja pana Stankiewicza.
    POLECAM „ONCE” niech każdy odnajdzie w nim siebie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *