Nie cierpię (rozdział 7)

Rozdział 7

– I co ja z ciebie za pożytek miałam? Ty nawet gównianych skarpet nie potrafisz sobie uprać! Twoje zdolności kończą się na wrzucaniu brudów do kosza z bielizną i mruganiu, że już wypadałoby całość wrzucić do pralki. Bo ty, do wyższych celów stworzony, unosisz się nad tą pieprzoną podłogą, nie zostawiasz śladów, a błoto na wykładzinie materializuje się na sposób całkiem magiczny. Jebanej pokojówki ci trzeba, nie kobiety, a pójdź sobie na miasto, znajdź jakąś ruską, za pięćdziesiąt groszy na godzinę, to ci gacie nawet wykrochmali, dorzucisz jeszcze piątaka i zrobi laskę, i nawet podziękuje, w rękę pocałuje, wszyscy będą szczęśliwi.
(Co do jednego miała rację: pokojówka by mi się przydała.)

***

Wyszedłem na parking i zacząłem się zastanawiać, czy moja Astra była bardziej granatowa, czy brudnobiała.
– Granatowa w brudnobiałe czapky – podpowiedział mi Dżek, dziwnie tego majowego dnia pogodny.
– Czapki?
– No wiesz… czętki.
Przetrawiłem te jego „czętki”, przepuściłem przez filtr „czapek” i zrozumiałem:
– A, ciapki.
– No czapky, szeczeż mówyłem.
– Głośno i wyraźnie.
Odpaliłem. Silnik pracował równo, powarkując cicho na luzie. Zerknąłem na karteczkę przyklejoną od kilku tygodni z boku tablicy rozdzielczej. Wymienić olej, mówiła. Okej, wymienimy olej. Ale już nie dzisiaj.
Dżek puścił sobie radio, nie odrywając moich rąk od kierownicy.
(Jakjakjak? Jak on to robił? No jak?)
– Wyjechaly na wakaczje szyszczy naszy podopieczny, gdy ne ma w domu dżeczy to jesteszmy negrzeczny – śpiewał razem z bardem.
– Co ci tak dziś wesoło, co? – nie wytrzymałem.
Jakaś babcia próbowała popełnić samobójstwo, pchając mi się pod koła.
(Nie cierpię starych bab łażących po ulicach, jakby to były wiejskie dróżki, gdzie jedyne, co może ich spotkać, to wdepnięcie w końskie łajno. Nie cierpię łajz wyskakujących na przejścia i potem mających pretensje, że człowiek nie zdążył wyhamować.)
– Nycz.
– Nycz, mówisz. A ja mówię, że ściemniasz.
– Czepiasz szę.
Dałem spokój, stwierdzając, że i tak go w końcu przyłapię. Teraz miałem na głowie intymne spotkanie z Markiem.
Już w progu wyczułem, że jego wieści nie były dobre. Nie uśmiechał się tak szeroko, jak zwykle.
Usiedliśmy (Dżek stanął w kącie i stamtąd obserwował całą scenkę), Aldona, nowa sekretarka Marka, przyniosła kawę. Marek mieszał swoją, tak długo, że miałem ochotę wyrwać mu tę pieprzoną łyżeczkę i wepchnąć w przełyk.
– Jakiś taki markotny jesteś dzisiaj – rzuciłem z nadzieją, że chwyci i przestanie kluczyć. – Stało się coś?
Odłożył łyżeczkę i pociągnął łyk kawy, z widocznym na czole cierpieniem.
– Jakby ci to powiedzieć…
– Byle po polsku. Bo z angielskim mam przykre skojarzenia.
Uśmiechnął się kwaśno.
– Wylej mu tę kawę na łeb, to sze szełamie – poradził ze swojego kąta Dżek.
Dzięki.
– Przeglądałeś raport ze sprzedaży za marzec i kwiecień? – zapytał znienacka Marek.
– Tak. Wyglądał nieźle. A co?
– Gdybyś go porównał z raportem ze sprzedaży „Zemsty Argiriona” w pierwszych dwóch miesiącach, doszedłbyś do odmiennych wniosków.
Tego w nim nie cierpiałem. Kiedy coś szło nie po jego myśli, zaczynał dobierać słowa przez duże S. I do tego używał składni, którą ja potrafię określić tylko jako sarkastyczną.
– Do jakichże to wniosków doszedłbym, gdybym? – postanowiłem nie pozostawać mu dłużnym.
– Że sprzedaż spadła o prawie czterdzieści procent.
Machnąłem ręką.
– Półgłówki coraz mniej czytają. Nie moja wina.
– Rynek jako całość poszedł trzy procent w dół. Fantasy pięć. Ty czterdzieści.
Podejrzewałem, że brał te liczby prosto z kosmosu, ale sam będąc żałosnym ignorantem, nie byłem w stanie mu zaprzeczyć.
– Że niby nie podobała im się „Perła”? – powiedziałem z niedowierzaniem w głosie. Podobna myśl nie zagościła w mojej głowie, odkąd udało mi się wydać „Kryształ bogów”. Jak ludziom mogła nie podobać się moja powieść?
– A czytałeś recenzje?
– Pewnie, że nie. Przecież wiesz, że nigdy nie czytam recenzji.
– No to ci streszczę: napisali, że skończyły ci się pomysły na poważne historie i poszedłeś w Pratchetta.
– Ciekawe, czy Pratchettowi też to zarzucają – mruknąłem.
– Słuchaj dalej. Cytuję z pamięci: „Berger z Perły to już nie idealista o zdolności do tworzenia wciągających, pogmatwanych historii z bohaterami dzielnie walczącymi z przeciwnościami losu… to wypalony cynik ocierający się o autoparodię i usiłujący sprzedać swoim fanom stare pomysły, uciekający w pastisz z czystej niemocy wywołania prawdziwych emocji”. Co ty na to?
Popatrzyłem z wyrzutem na Dżeka.
– No czo? – burknął. – Szeczeż to ty to napysałesz.
– Co ja mogę powiedzieć? – zwróciłem się do Marka. – Dupek nie rozpoznałby dobrej powieści, jakby podeszła i kopnęła go w jaja.
– Możesz tak na to patrzeć. Ale lepiej spójrz na to inaczej: udało ci się i masz trochę fanów. Myśl o nich. Kombinuj dzień i noc, jak by tu im zrobić dobrze. Bo jak opuszczą cię fani, to nic ci nie pomoże.

***

Istnieje bardzo konkretny powód, dla którego nigdy nie czytam recenzji: obawa, że mogą brzmieć jak ta zacytowana (z pamięci) przez Marka. Mówimy sobie, wmawiamy, że nic nas nie obchodzi, co jeden z drugim pismak wysmaży, banda półanalfabetycznych jełopów, niech kiszą się we własnym sosie, nawet na Joyce’ie nie potrafili się w porę poznać… Ale prawda wygląda tak, że każde słowo wypowiedziane na temat naszych dzieł i dziełek uderza w nas jak lawina kamieni. Napawamy się pozytywnymi reakcjami, puszymy się i szybujemy pod niebiosa na ciepłych prądach podziwu jak rozdęte do nieprzyzwoitości balony. Wystarczy jednak drobna uwaga krytyczna, maleńki prztyczek pod naszym adresem, a powietrze z nas schodzi i lądujemy twardo na ziemi, głową w dół, z wielką ochotą na podwójną szkocką z lodem.
Tak przynajmniej dzieje się ze mną.

***

Nie cierpię:
Nie cierpię przemądrzałych, przeintelektualizowanych krytyków, takich, co to żeby napisać krótką recenzję, sięgają po słowniki, encyklopedie, roczniki statystyczne, almanachy. Epatują swoją erudycją i elokwencją, jakby pisali dla uniwersyteckich periodyków, a nie dla ludzi, którzy chcą się dowiedzieć, czy książka jest okej, czy wręcz przeciwnie. Nie cierpię bałwanów, którzy od powieści (dajmy na to) przygodowej wymagają psychologicznej głębi Jamesa albo lingwistycznej inwencji Gertrudy Stein, a gdy trafi się autor z szaleńczą ambicją sprostania choćby części tych wymagań, mieszają jego książkę z błotem jako pretensjonalną i zwyczajnie nudną.
A gdyby tak jeden z drugim sam wziął się za napisanie czegoś?

***

Dominik był zszokowany:
– Spadek o czterdzieści procent?!
– Niecałe – uściśliłem.
Złapał się za głowę.
– Nie rozumiem. Czytałem tę twoją „Perłę” i bardzo mi się podobała. To twoja pierwsza powieść z wyjebem.
– Z wyjebem? – tego zwrotu jeszcze u niego nie słyszałem.
– Z jajami.
– Acha. Te wcześniejsze były bez jaj, rozumiem – starałem się, żeby w moim głosie była wystarczająca ilość urażonej dumy, żeby nawet taki twardoskóry osobnik, jak DJ, ją wyczuł.
– Jak na mój gust to były za poważne. Latali ludzie z tymi mieczami, walczyli o jakieś tam dobro i zło… A w „Perle” wreszcie bohater, który się bije o panienkę i awans w zawodzie.
Jeśli mam być szczery, to Quiporka (główny bohater „Perły”) częściowo wzorowałem na Dominiku. Nic dziwnego, że mu się spodobał.
– No jeszcze chodziło o to, żeby uratować świat przed tymi fanatykami religijnymi.
– Tak – przyznał mi rację, choć niechętnie. – Ale ten wątek nie był za ciekawy. Trochę oklepany – powiedział mistrz świata w oryginalności na centymetr kwadratowy książki.
– Czyli mam pisać o tym, jak czarodzieje i inni tacy chodzą na panienki?
– Wcale by nie zaszkodziło.
Pokręciłem głową.
– Marek twierdzi, że odstraszyłbym w ten sposób swoją publiczność docelową.
To wymagało przemyślenia. Podrapał się w tył głowy, pogładził swoją i tak już gładką brodę, westchnął.
– Jeśli Marek tak mówi… – mruknął. – Ale ja bym ci po prostu wynalazł nową publiczność docelową. Bo ta, co ją masz teraz, jest dupiata.
Bo ta, co ją masz teraz, jest dupiata. Rok wcześniej DJ zrobił rundkę po kraju, dając wykłady na uczelniach, radząc studentom między innymi na temat stylu.
– Pożycz mi swojej.
– Nie da rady. Moi lubią, jak bohaterowie naparzają się pistoletami laserowymi i mieczami świetlnymi, a nie łukami i szablami. To jest strasznie retro.
– Dzięki.
– No problemo. A Marek coś wymyślił jakąś promocję dla ciebie?
– Pewnie. Strzelił mi takie kazanie, że myślałem, że pogryzę to jego mahoniowe biurko. Zacytował mi nawet jakąś popraną recenzję. Wszystko, żebym się zgodził na jeżdżenie przez następne piętnaście lat od księgarni do księgarni i rozdawanie autografów. Gada, że teraz zobaczę reakcje prawdziwych fanów. Ciekawe, ile mam prawdziwych fanów w Pcimiu Dolnym.
– Chłopie, wyluzuj. W tych wiochach będą cię na rękach nosić. A dupy będziesz miał na skinienie ręki. Tylko się uśmiechaj i podpisuj.

***

Stało się, jestem retro, pomyślałem, wracając do domu. Dżek siedział na tylnym siedzeniu, dalej mocno z siebie zadowolony.
– Powiedz mi, jak to jest, że ty wiesz, o czym ja myślę i znasz wszystkie moje wspomnienia, a ja nie mam żadnego dostępu do tego, co ty tam kombinujesz?
– Zapytaj se jakiegosz sychiatrę – odpowiedział. Jego samozadowolenie przekraczało wszelkie normy. Należał mu się co najmniej mandat.
W domu zjadłem resztki wczorajszej pizzy i włączyłem komputer. Przywitał mnie komunikatem, że czegośtam brakowało i system w związku z tym może być niestabilny. Tak jakby Windowsy kiedykolwiek były stabilne.
– Sprawdż pocztę – zasugerował Dżek.
Ziewnąłem. Mimo spokojnie przespanej nocy byłem dziwnie zmęczony.
– Czemu? Spodziewasz się jakiś niezwykle ważnych wiadomości?
– Jak ne sprawdżysz, to sze ne dowiesz.
Nacisnąłem odpowiedni klawisz, twardy dysk zgrzytnął, monitor zamrugał, z głośniczków dobiegło krótkie szczeknięcie. Dwie nowe wiadomości. Pierwsza od Marka, szczegółowy plan mojej podróży promocyjnej. Drań przygotowywał to wszystko co najmniej od tygodnia. Druga od niejakiej Elizy79.

Cze Adam
pisze tak jak obiecalam. naprawde niesamowicie mi się wczoraj z toba rozmawialo. szkoda, ze tak puzno zaczelismy bo jeszcze było tyle rzecy do obgadania a tu już trzeba było isc do luzka. spotkajmy się dzisiaj znowu, ale nie na czacie tylko na gg. muj numer to 2576492. będę gdzies o 9.
3maj się
Eliza

– Masz mi coś do powiedzenia?
– Czo na szykład?
– Na przykład, co to za Eliza i dlaczego uważa, że wczoraj uciąłem sobie z nią fascynującą pogawędkę.
– To Elyza z czatu na Interii.
– Aha. I czemu Eliza z czatu na Interii napisała właśnie do mnie?
– Bo wczoraj w noczy sze z ną zagadałem. W twoim imienu. Jak to dobrze rozegrasz, to sze może spotka z tobą w realu.
– W hipermarkecie?
Nie śmiejcie się, ja z czatami i czaterami miałem tyle wspólnego co z Mercedesami.
– W rzeczywystoszczy. Czo ty sze urwałesz ze szrednowiecza?
Rzuciłem w jego kierunku stojącą przy klawiaturze szklanką. Przeleciała przez niego i rozbiła się o przeciwległą ścianę.
– Ja to szystko mam szemyszlane. Żeby jak największa była szansa na stały związek, czeba sze dobrze najpierw poznacz, ne? A szez net to masz okazję poznacz dużo, wybadacz i ewentualne dżesz zaproszycz. Tą Elyzę już trochę wybadałem i jest czałkem fajna.
– Całkiem fajna? Ona nawet nie wie, jak się pisze „łóżko”. Aż dziwne, że była w stanie do niego trafić!
– Ne ważne, czy wie jak sze pysze „łóżko”, ważne, czo potrafy w nym zrobycz, jak by powiedżał Didżej.
– Wydawało mi się, że ci chodziło, żeby się najpierw dobrze poznać.
Nie odpowiedział. Ja z dziką rozkoszą skasowałem tego nieszczęsnego maila i uruchomiłem Worda.
Biały ekran i pustka we łbie. To nie był dobry moment na pisanie. Sięgnąłem do wyłącznika, ale zanim zdążyłem go nacisnąć, Dżek wydał z siebie przeciągły jęk.
– Neee.
– Co ci jest?
Jego twarz przybrała boleściwy wyraz.
– Zobacz choczaż, jak tam jest. Może akurat którasz czi sze spodoba… Bo nygdy sze mne ne pozbędżesz!
Perspektywa spędzenia reszty życia w jego towarzystwie przekonała mnie. Kliknąłem na ikonkę Internet Explorera.
– Czat kropka Interia kropka pe-el – instruował mnie Dżek, znowu to przeklęte samozadowolenie aż buchające od niego. – Teraz na Katowycze, dobrze, i wpysz login „adamek75kat”, hasło „barabara”.
– Barabara? Wybrałeś hasło barabara?
– No czo? Łatwo zapamiętacz.
– Niewątpliwie – mruknąłem i wklepałem to durne hasło.
Byłem w pokoju. Ekran podzielony był na mnóstwo małych ekraników, które zawierały listy ksywek, pokojów i tak dalej. Główne okienko tętniło życiem. Już po kilku sekundach znalazło się na nim coś takiego:

Aktualny temat: ufff ech ach jak gorąco
VIPszKOCHANKIślą: atrakcyjnej szukam
dzunia: fajna1miłai cio??
Z*EB_POWRACA!!!: MATRIX widze wlasnie
Tańcze_w_SPIŻU: BAD_BOY_HG nuda straszna i upał
MATRIX: Z*EB_POWRACA!!!
marciulka_22: Tańcze_w_SPIŻU a znacie sie chociaz osobiscie czy to tylko takie relacje czysto wirtualne?
BAD_BOY_HG: Tańcze_w_SPIŻU Ty nigdzie nie idzesz… nad wode po opalac sie gdzies??
MyChA19***MHN: stuuuu heh ja nawet gdybym chciała gdzie kolwiek isc to nie mam z kim i nie mam kasy
Z*EB_POWRACA!!!: MATRIX no masakra
pusia19mikolow: czy nie ma tu normalnego faceta??????????
fajna1miła: MATRIX nic nie mowił ze go nie bedzie tylko ze da znac dziuni o 16
stuuuu: MyChA19***MHN kase ja mam ale nie mam z kim :X
Armani_ON_: Kto mi posprząta dom ??? chętne na priv;/

I ciągle, w zabójczym tempie, przybywały nowe wpisy. Jak oni się w tym wszystkim połapywali? Biedne, wychowane na migających grach komputerowych, miałyby pewnie problem patrząc na coś rozwijającego się wolniej. Umarłyby z nudów, czekając cztery sekundy na coś nowego.
– Teraz możesz do kogosz zagadacz na prywie – powiedział i nie czekając na cisnące mi się na usta pytanie, dodał: – To znaczy tak, że nykt ne będże wydżał, czo mówycze. Zobacz na lyste i czosz sobie wybierz.
Nawet pobieżne spojrzenie na tę listę sprawiło, że rozdziawiłem się jak rozespany hipopotam. Jeśli ja mam inwencję w dziedzinie tworzenia imion, to co mają te ptaszki? !Hym!, Wiewiura, kuba_opalony, marcindas, paraszukpuszystą, |_()/E|_/S, on-zaspons-ślask, qlaudka15 zachęcali, by zaklikać właśnie do nich. Nie zdążyłem jednak się zdecydować. Ktoś inny zdecydował się na mnie.
Otworzyło się okienko priva.

pelna_entuzjazmu: cze

Początek wcale rozsądny.

adamek75kat: cze. ile masz lat?
pelna_entuzjazmu: 19 ale potrzebuje sei wygadac pewnej kwestii czy moge Tboier

Przez moment próbowałem odnaleźć związek pomiędzy wiekiem, a potrzebą wygadania się, ale dałem spokój. Dwudziestodziewięcioletni pisarze fantasy używają chyba nieco inną logikę, niż dziewiętnastolatki pełne entuzjazmu.

adamek75kat: możesz spróbować
pelna_entuzjazmu: ok. na wycieczce spodobalam sie 2 chlopakom
adamek75kat: oj
pelna_entuzjazmu: 1 krzyisek a 2 sebastian
pelna_entuzjazmu: widze ze cie to przeskzadza ze o tym mowie?

Jak jej się udało połączyć zdanie twierdzące z pytaniem pozostanie jej słodką tajemnicą.

pelna_entuzjazmu: tzn ze poruszam taki temat?
adamek75kat: czemu?
pelna_entuzjazmu: czy na pewno chcesz zebym ci o tmy napisała?
adamek75kat: skoro już zaczęłaś to kontynuuj

Nie byłem specjalnie ciekawy, co wydarzyło się pomiędzy krzyisekiem, sebastianem a pełną_entuzjazmu, ale skoro już zaczęła, to czemu nie miałaby kontynuować?

pelna_entuzjazmu: ael napisz ze nie chcesz bo widze ze ci to niebardzo pasuje
adamek75kat: coś ten twój entuzjazm jakiś mały
pelna_entuzjazmu: poczekaj
adamek75kat: Oki
pelna_entuzjazmu: ok.
pelna_entuzjazmu: porozmawiajmy o Tboe
pelna_entuzjazmu: o Tobie
pelna_entuzjazmu: co Ci sie podoba w kobietach?
adamek75kat: dżizas

Skąd się biorą takie pytania? Czy gdzieś w niebie (piekle) jest jakiś wielki rezerwuar głupich pytań i durnych zagajeń?

pelna_entuzjazmu: jezeli chodzi o charakter
adamek75kat: inteligencja, urok, poczucie humoru
adamek75kat: z tym że np. nie ma poczucia humoru bez inteligencji
adamek75kat: no i lubię, jak wiedzą coś więcej niż kto wygrał ostatnią edycję idola

Troszkę się podgotowałem i zaliczyłem inteligencję tudzież urok do cech charakteru. Cóż, zdarza się. Z kim przestajesz, takim się stajesz, i tak dalej.

pelna_entuzjazmu: tzn?
pelna_entuzjazmu: o jaka wiedze ci chodzi?
adamek75kat: o świecie, sztuce, kulturze
adamek75kat: nie wymagam znajomości kierkegaarda

Sam Kierkegaarda znam raczej ze słyszenia. Co oczywiście nigdy nie jest przeszkodą, żeby zaświecić nim po oczach komuś o jeszcze bardziej ograniczonej wiedzy na temat historii filozofii. Ta mała pełna entuzjazmu już mnie trochę męczyła.

pelna_entuzjazmu: ok.
pelna_entuzjazmu: czy w takim razie chcesz pogadac
pelna_entuzjazmu: czy masz ochote mnie wysluchac?

O niczym innym nie marzyłem, więc pospiesznie zamknąłem okienko priva. Uff. Jeżeli wszystkie maturzystki takie bystre, to niech Bóg ma w swojej opiece ten piękny kraj.
– Czemu zamknąłesz? – Dżek był niepocieszony. – Biednej zagubionej dżewczyne ne chczałesz pomóc?
– Wyobraź sobie, że nie. Biedne zagubione dziewczyny to mnie jarały, jak miałem osiemnaście lat. Teraz mam trochę więcej i większe wymagania.
– To sze rusz i do której zagadaj.
Ależ to żałosne, pomyślałem i westchnąłem żałośnie. Najechałem kursorem na spis uczestników czatu. Kawalkada dziwacznych, banalnych, bezczelnie wulgarnych ników przemaszerowała mi przed oczami. Szukałem czegoś naprawdę oryginalnego, czegoś, co obiecywałoby jakąś intelektualną stymulację zamiast standardowej wymiany ogólników mającej za zadanie bezbolesne (w miarę) przejście do etapu wymiany płynów ustrojowych.
Moją uwagę przykuły kolejno: Weronika_po_przejsciach (zgadnijcie, czemu wybrałem akurat ją; rozmawialiśmy niecałe piętnaście minut; jej przejścia to był chłopak, którego poznała na imprezie w „Palermo”, a z którym – jej instynkt samozachowawczy rozluźniony dwoma promilami we krwi – poszła na całość bez zabezpieczenia; całą aferę opisała bez zażenowania, z godną podziwu szczegółowością; obraziła się, kiedy zapytałem, czy podobne głupoty często jej się zdarzają; „masz mnie za dziwke?”, odpowiedziała i dała mi ignora), katana25 (tekstylna ksywka okazała się bardzo akuratna; panna – prawdziwe imię Kasia – zajmowała się modą, choć jako bezrobotna absolwentka GWSH, raczej od strony konsumenckiej, drenując portfele rodziców; teraz to z kolei ja się rozłączyłem, kiedy skrytykowała moją nonszalancję w dziedzinie ubioru), BunCzuczna!!! (rozmowa z nią zgasła, kiedy dowiedziałem się, że jej ulubionym pisarzem jest Dominik; to była chwila, w której wreszcie dotarło mnie, że on na serio pisze powieści, które ktoś czyta i które się niektórym podobają; nie bardzo chciałem z nią dłużej czatować, mając pewność, że gdy tylko dowiedziałaby się, że jesteśmy kolegami, wskoczyłaby panu DJ do łóżka), romantyczna-ona (wyglądało to tak: – cześć, ile masz lat? – cze, 16; – miłego życia).

Po tych niedokońcaudanych próbach postanowiłem zrobić sobie przerwę. Napiłem się kawy, zrobiłem dziesięć przysiadów i znowu przejrzałem listę czatowników. Dla odmiany zdecydowałem się kliknąć na jakąś z kamerką, z cichą nadzieją, że pokazywała cokolwiek więcej, niż tylko czubek swojego nosa. Przebrnąłem przez obiecujące ostrzeżenia, że Interia nie odpowiada za to, co mogę za chwilę zobaczyć, moja przeglądarka połączyła się z serwerem. W okienku pojawił się obraz.
Jezu, pomyślałem, ta laska powinna wystawać z Mercedesa Cabrio, a nie z internetowego okienka. Czym prędzej wybrałem opcję priv i wklepałem:

Adamek75kat: cześć, miałabyś ochotę porozmawiać?
Kasiula–!!: sory, tylko z kamerkami

Krótka konwersacja, przyznacie. Ale, prawdę mówiąc, nie liczyłem na więcej. Nie moja liga.
Pozostało mi szukać tak jak wcześniej, po nikach, rozglądając się za oryginalnym, intrygującym, obiecującym jakąś głębię…
Znalazłem!
Dziewczę (podgrupa dziewczęta starsze) ukrywało się pod pseudonimem Lacrimosa29. Założyłem (być może nieroztropnie), że liczba w jej niku odnosiła się do jej wieku, nie roku urodzenia, a sama panna lubiła muzykę klasyczną.
Zagadałem:

Adamek75kat: cześć. Masz ochotę pogadać?
Lacrimosa29: to zalezy.
Adamek75kat: Od czego?
Lacrimosa29: czy masz cos ciekawego do powiedzenia.
Adamek75kat: Załóżmy, że mam.
Lacrimosa29: w takim razie byłabym skłonna poświęcić ci parę minut mojego cennego czasu.

Duży plus na początek. Żadnego błędu ortograficznego! (Omijanie polskich znaków diakrytycznych do nich nie zaliczam.)

Adamek75kat: byłbym zobowiązany.
Lacrimosa29: okej, a teraz mnie jakoś zabaw.
Adamek75kat: mam niby kawały opowiadać?
Lacrimosa29: a znasz jakies dobre?
Adamek75kat: Nie.
Lacrimosa29: przynajmniej jestes szczery.
Adamek75kat: to tylko jedna z moich zalet
Lacrimosa29: i teraz pewnie mi je wszystkie po kolei opiszesz…
Adamek75kat: nie. Ani ty, ani ja nie mamy tyle czasu 😉
Lacrimosa29: teraz przeszarżowałeś. Ale przyjrzyjmy ci się bliżej. Masz jakiś zawód?
Adamek75kat: powiedziałbym ci, ale i tak mi nie uwierzysz, więc po co?
Lacrimosa29: nie spróbujesz, to się nie dowiesz.
Adamek75kat: a jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz, co?
Lacrimosa29: cos w tym rodzaju.
Adamek75kat: a może najpierw ty mi powiesz, czym się zajmujesz? Tak na dobry początek.
Lacrimosa29: powiedziałabym ci, ale i tak mi nie uwierzysz 😉
Adamek75kat: nie spróbujesz, to się nie dowiesz
Lacrimosa29: ta konwersacja robi się deczko repetytywna
Adamek75kat: repetytywna? Tego słowa to jeszcze nie słyszałem
Lacrimosa29: sorki taki anglicyzm, w moim zawodzie to się zdarza

Czyżby? Czyżbyczyżbyczyżby?

Adamek75kat: niech zgadnę: jesteś… sprzątaczką
Lacrimosa29: blisko
Adamek75kat: szpiegiem jej królewskiej mości?
Lacrimosa29: o, ten kierunek.
Adamek75kat: wiesz, mieszkałem siedem lat z nauczycielką angielskiego.
Lacrimosa29: i?
Adamek75kat: dała mi kopa.
Lacrimosa29: aha. Słyszałam, że nauczycielki angielskiego tak mają, zainstalują się u kogoś, a po siedmiu latach coś im siada i się tracą
Adamek75kat: znaczy ten typ tak ma?
Lacrimosa29: obawiam się , że tak.
Adamek75kat: okej, dzięki za ten insajt
Lacrimosa29: widzę, że ciebie też trochę odmieniło
Adamek75kat: nie da się spędzić 7 lat pod jednym dachem z nauczycielką i nie podłapać czegoś
Lacrimosa29: zawsze lepiej język niż rzeżączkę, jak mawia mój były
Adamek75kat: też nauczyciel?
Lacrimosa29: nie, pisarz, możesz wierzyć lub nie.

Gdzieś z boku Dżek zawył z rozbawienia i, podejrzewam, zadowolenia.
– To szeznaczene – kwiknął. – Wiesz, jakie jest prawdopodobienstwo, że trafysz akurat na nauczyczelkę, która chodżyła kiedysz z pysarzem?
– Jedna na milion. Ale pamiętaj, że szanse jedne na milion sprawdzają się w dziewięciu przypadkach na dziesięć.
Dżek rozważył tę szaloną z logicznego punktu widzenia kwestię.
– Nyby jak?
– Imperatyw narracyjny, mój drogi. Przeczytałem tyle Pratchetta, że powinieneś wiedzieć, o co chodzi.
(Tak, kochani, nagła zmiana stylu przy pisaniu „Perły” nie była przypadkiem.)
Popatrzał na mnie, jakby jego oczy – wzorem oczu Supermana – miały wbudowany rentgen. Jego gładkie, dwunastoletnie oblicze rozjaśniło się wyraźnie. Zakumał, zajarzył, zatrybił.

Lacrimosa29: jestes tam jeszcze?
Adamek75kat: sory, czajnik mi zagwizdał, musiałem wyskoczyć do kuchni
Lacrimosa29: kawa czy herbata?

Pierwszy test. Zmarszczyłem brwi, wpatrzyłem się w ekran, próbując wyczytać spomiędzy linii naszej małej rozmowy prawidłową odpowiedź. Anglistka, co? To pewnie…

Adamek75kat: herbata. Ale bez mleka, tylko z miodem i cytryną
Lacrimosa29: good answer :). Sama się zastanawiam, jak ci angole mogą ją pić z herbatą. ohyda
Adamek75kat: :). Mam pytanko. Wierzysz w przeznaczenie?
Lacrimosa29: nie, ale wierzę w dziwaczne sploty okoliczności. Czemu?
Adamek75kat: bo tak się składa, że ja robię to samo co twój były
Lacrimosa29: opierniczasz się całymi dniami i doprowadzasz innych do szewskiej pasji?
Adamek75kat: mniej więcej. A jak mnie coś najdzie, to skrobnę historyjkę albo dwie
Lacrimosa29: zawodowo?
Adamek75kat: jak najbardziej, prostytuuję moje zdolności twórcze na całego, ile wlezie
Lacrimosa29: dobrze powiedziane. Tzn napisane. 😉
Adamek75kat: ktoś mądry kiedyś powiedział, że pisarz to mentalna dziwka
Lacrimosa29: kto tak powiedział?
Adamek75kat: ja 😀
Lacrimosa29: widzę, że piar masz już opanowany
Adamek75kat: staram się, jak się sam zareklamujesz, to inni tego nie zrobią, takie tam
Lacrimosa29: a jaki gatunek, że tak powiem, uprawiasz?
Adamek75kat: obawiam się, że fantasy
Lacrimosa29: aha, no tak… mój były specjalizował się w horrorach…
Adamek75kat: miałaś koszmary po nocach?
Lacrimosa29: żeby tylko po nocach.
Adamek75kat: wiesz, jak ci się koszmary zdarzają nawet w dzień, to trzeba poszukać fachowej pomocy 😉
Lacrimosa29: i poszukałam – pomocy facetów od przeprowadzek. jak ręką odjął

Tak to leciało, z godziny na godzinę pogłębiając się i zahaczając o sprawy, o których wcale nie mieliśmy zamiaru rozmawiać. Nie było siły jednak na to coś, co trzymało nas oboje przed klawiaturami. Ja czułem się jak ciągnięty na linie w dół studni. W każdej chwili spodziewałem się uderzenia o kamieniste dno, lecz (mimo upierdliwego tykania zegara) to nie następowało. Albo przebijałem się przez kolejne jego warstwy jak diamentowe wiertło.
Minęła trzecia w nocy, zanim odważyłem się ziewnąć. Też była zmęczona. Wymieniliśmy się numerami gadu-gadu (Dżek zainstalował mi ten nieodzowny dla netomaniaków programik kilka dni wcześniej, oczywiście bez mojej wiedzy) i obiecaliśmy odezwać się do siebie przy najbliższej okazji.
Nie padło ani jedno słowo o spotkaniu na żywo. Mimo to, nie miałem wątpliwości, że takowe było tylko kwestią czasu.
***
– Musisz mnie przechować na kilka dni.
– Co?
– Zostanę tu na trochę.
– Jezu, we trójkę to my się tu dopiero pozabijamy.
Leżałem w pościeli, a nade mną stał dziadek Stanisław. Rzecz jasna, wpuścił się do środka sam, korzystając z tego, że – rzecz jeszcze jaśniejsza – nie wymieniłem zamków na lepiej chroniące przed nieproszonymi gośćmi.
– W trójkę? – zdziwił się, a ja zacząłem się budzić. – Masz jakiegoś gościa?
– N-nie – zająknąłem się, szukając rozpaczliwie jakiegoś usprawiedliwienia. – Tak mi się jakoś powiedziało, zaspany jestem, Weronika mi się śniła, wiesz, jak to jest…
– Pewnie. Wczoraj nieopatrznie wymówiłem imię twojej babci w wielce nieodpowiednim momencie i bach, jestem tutaj.
Nie chciałem wiedzieć, jaki to był wielce nieodpowiedni moment.
– Eee… to na ile chcesz zostać? – zmieniłem temat.
– Już powiedziałem. Kilka dni. Głuchy jesteś? Ja już mam swoje lata, ale słuch mam jak czterdzieści lat temu. No, ale ja żadnych słuchawek na uszach nie noszę, jak wy. Wam to się wydaje, że będziecie do końca życia tacy piękni i młodzi. A gówno! Zanim się obejrzycie, a będziecie bandą głuchych i ślepych kalek nie radzących sobie z najprostszymi czynnościami…
Do wtóru jego melodyjnych narzekań ubrałem się, umyłem i ogoliłem. Zlały mi się one w jedno z szumem wody i wyciem śmieciarki za oknem.
(Nie cierpię tego, że w moim kochanym mieście śmieciarki zastępują budziki, budziki, których żadną miarą nie można przestawić na żadną rozsądną godzinę ani wyłączyć, gdy już zostało się brutalnie wyrwanym z krainy snów. Nie cierpię śmieciarzy ślimaczących się z tymi cholernymi kontenerami, jakby spodziewali się znaleźć w środku pojemniki z nitrogliceryną, nie cierpię tego, że blokują mój parking na dobre piętnaście minut, nie cierpię smrodu towarzyszącego całej operacji. Niech ktoś wreszcie wymyśli inny sposób na pozbywanie się tego gówna!)
– …gnuśniejecie, tyle wam powiem.
Skończył i rozejrzał się po pokoju.
– Co ci się znowu nie podoba? – próbowałem wyprzedzić zarzut. – Zawsze możesz…
– Nicnic – mruknął w odpowiedzi. – Tak sobie pomyślałem, że brakuje tu kobiecej ręki.
– Mówisz?
Wzruszył ramionami.
– Czemu się nie oświadczyłeś tej Weronice? Miałbyś teraz spokój, a przynajmniej czyste skarpetki.
– Akurat. Weronika nie dotknęłaby moich skarpetek, nawet gdybym jej zapłacił.
– Bo wy, młodzi, nie wiecie, jak postępować z kobietami. Zepsuliście je do szczętu i teraz macie.
– Bo my, młodzi, potrafimy traktować kobiety z należnym szacunkiem.
Jezu, ale tekst rzuciłem. Wszystko przez te jego „wy, młodzi” powtarzane na okrągło, przy każdej okazji. Po osiemdziesiątce dziadek Stanisław doszedł do wniosku, że może bezkarnie krytykować wszystko i wszystkich, którzy w metryce mają chociaż parę lat mniej.
W tym momencie przypomniała mi się nocna pogaduszka z Lacrimosą (jakoś nie zapytałem o jej prawdziwe imię; „Lacrimosa” jest dużo romantyczniejsza, niż cokolwiek jej rodzice mogli wymyślić). Z trudem opanowałem impuls, by pobiec do komputera i sprawdzić pocztę. (Jaka była szansa, że między trzecią, a siódmą zasiadła do klawiatury i napisała do mnie list? W tym momencie nie miało to znaczenia, kierowałem się irracjonalnym tokiem myślenia chwilowej utraty rozsądku.)
– Na czo czekasz? – niecierpliwił się Dżek, kręcący się przy biurku i zacierający ręce. – Zobacz!
Kiwnąłem głową na dziadka; ten zmarszczył brwi, usiłując przeniknąć znaczenie mojego gestu.
– Coś mi umknęło? – zapytał.
– Nie, czemu – zaprzeczyłem, stanowczo potrząsając głową dla większego efektu.
– Dziwnie się zachowujesz.
– Nie wiem, co masz na myśli.
– Dobra. Mnie wsio radno.
***
Do komputera dorwałem się trzy godziny później, kiedy dziadek wreszcie zdecydował się opuścić to moje tonące w bezładzie mieszkanie. Jak śliniący się nad pierwszym świerszczykiem nastolatek, otworzyłem okienko Outlooka. Rozczarowanie: żadnych nowych maili, nawet spamu nikt nie zdecydował się mi przysłać.
– To nycz. Włącz gege – poradził Dżek. – Tam może czosz bycz.
Poszedłem za jego olśniewającą radą. Kliknąłem w ikonę-słoneczko i po chwili mogłem się już cieszyć niezwykle krótką listą kontaktów. Dziwny, trudny do opisania efekt dźwiękowy poinformował mnie, że ktoś przesłał mi wiadomość. Lacrimosa!

Lacrimosa (17-05-2004 3:20)
Do przemyślenia: spotkamy się kiedyś w prawdziwym świecie? (nie mów, że nie przeszło ci to przez głowę!)

Tylko tyle. I aż tyle!
Ręce zaczęły mi się trząść, serce waliło jak przysłowiowym młotem. Pewnie, że przeszło mi to przez głowę, ale co innego niewinna fantazja, a co innego konfrontacja jej z rzeczywistością. Przecież nawet nie wiedziałem, jak ona wygląda!
Za odpisanie zabrałem się po prawie dziesięciu minutach układania tego, co chciałem jej powiedzieć.

Ja (10:27)
Jasne, że o tym myślałem. Ale może najpierw wyminiemy się fotkami?

Poszło. Nerwowo skubałem brodę, czekając niewiadomonaco. Dżek również wyglądał na zdenerwowanego. Tyle że on okazywał to, drapiąc się po całym ciele i kręcąc w kółko, od czego mnie kręciło się w głowie. Stanowiliśmy tandem żałośniejszy niż stworzone przez nasz rząd plany zwalczania bezrobocia.
***
(Zbliża się kres mojej wszechwiedzy jako waszego narratora. Już niedługo dojdziemy do ściany czasu teraźniejszego i wtedy dopiero będę miał się czym przejmować.)
***
Niespodziewanie na ekranie pojawiła się odpowiedź.

Lacrimosa (10:28)
Wyślij mi swoją. Ty będziesz mieć niespodziankę 😀
Ja (10:28)
Nie lubię niespodzianek.
Lacrimosa (10:29)
Kamon, siurpryzy dodają życiu smaku.
Ja (10:29)
Ściemniasz. Ty chcesz tylko mieć nade mną przewagę, nic więcej
Lacrimosa (10:30)
Dobra. Masz rację, przyznaje się. Chce mieć przewage nad toba. Co w tym złego?
Ja (10:30)
W zasadzie to nic.
Lacrimosa (10:30)
Więc?
Ja (10:31)
Więc co?
Lacrimosa (10:31)
Wyślesz mi to zdjęcie czy nie?

Musiałem podjąć decyzję, ale nie potrafiłem się na to zdobyć. Różne ajeśli przychodziły mi do głowy (ajeślibrzydka, ajeśliwyśmieje, ajeślizobaczyizerwiekontakt), sprawiając, że na przemian dotykałem klawiszy i odrywałem się od nich jak poparzony.

Lacrimosa (10:33)
Hej, jestes tam jeszcze????
Lacrimosa (10:34)
Hellooooooooooo!!!!!!!!!!!!!!!
Ja (10:34)
Jestem, jestem. Zastanawiałem się tylko…
Lacrimosa (10:35)
Wy faceci za dużo myślicie. A w życiu często trzeba szybko działać, zaufać intuicji

Tego dnia nie byłem jednostką, byłem grupą społeczną, dla dziadka młodymi, dla Lacrimosy facetami, a dla Dżeka pewnie prawdziwymi (nienie, nie mężczyznami) frajerami.

Ja (10:35)
Ja właśnie ufam mojej intuicji i ona mi wrzeszczy do ucha, że coś tu nie gra.

– Hej, to ja jestem twoją intuyczją i nycz czi ne wrzeszcze – wtrącił się Dżek.
– Nie. Ty jesteś moją karą za grzechy.

Lacrimosa (10:36)
Że niby co? Chodzi mi tylko o to, żeby zdobyć twoje zdjęcie i rozpowszechnić je w internecie?
Ja (10:36)
Moje zdjęcie w internecie akurat bardzo łatwo znaleźć, tylko trzeba wiedzieć, jak szukać.
Lacrimosa (10:37)
Tylko mi nie mów, że jesteś sławny i bogaty.
Ja (10:37)
Nie no, tak dobrze to nie jest 😀
Lacrimosa (10:38)
Szkoda. Zawsze chciałam mieć sławnego i bogatego chłopa
Ja (10:38)
Ale dla mnie poświęciłabyś swoje ideały?
Lacrimosa (10:38)
Raczej odłożyła na półkę. Na lepsze czasy
Ja (10:39)
A tymczasem zadowoliłabyś się mną
Lacrimosa (10:39)
Czy zadowolilabym się to zobaczymy, w każdym razie spróbowałabym się zadowolić… zostać zadowoloną 😉
Ja (10:40)
Reasumując: nie mam wyboru, muszę wysłać te cholerne zdjęcie i poddać się twojej łasce i niełasce
Lacrimosa (10:40)
Sama bym tego lepiej nie ujęła
Ja (10:41)
Właśnie dlatego to mi płacą za pisanie, a nie tobie 😉
Lacrimosa (10:41)
Cheeky bastard
Ja (10:42)
At your service
Lacrimosa (10:43)
But do I need your service?
Ja (10:43)
I don’t know, but I think you want it

Zmusiła mnie do odświeżenia mojego zakurzonego przez rok (ponad) rozłąki z Weroniką angielskiego. (Nigdy nie byłem przesadnie dobry z języków, ale całe siedmiolecie pożycia z nauczycielką mowy Shakespeare’a coś niecoś mi pomogły. Na przykład, wreszcie zajarzyłem, o co chodziło z tymi rzeczownikami niepoliczalnymi i jak używać tego cholernego czasu Present Perfect.)

Lacrimosa (10:44)
Nieźle, całkiem nieźle. A teraz szybko do skrzynki mailowej i wysyłaj wysyłaj! Czekam jeszcze 10min, potem praca.
Ja (10:44)
Okej, okej, nie zgub peruki 😀

Przeskoczyłem do Outlooka, wpisałem jej…

Ja (10:46)
Hej, jak leciał ten twój adres?
Lacrimosa (10:46)
Faceci!
Ja (10:47)
Z tego co pamiętam, to on był trochę inny… małpę miał np.
Lacrimosa (10:47)
Bystra uwaga. A teraz skoncentruj się, bo jak tym razem zapomnisz, to możesz się pałować
Ja (10:48)
Już łapię za bejsbola
Lacrimosa (10:49)
:D:D:D
Lacrimosa (10:49)
lacri29@yahoo.com. zapamiętasz?
Ja (10:50)
Postaram się

Wpisałem adres i kliknąłem na ikonkę załączników. Przeszedłem do katalogu ze zdjęciami, które przysłał mi kiedyś Marek, żebym wybrał jedno mające trafić na tył okładki (pisarze tacy jak ja nie zasługują na obwoluty), oczywiście na każdym prezentowałem się w jakimś nakryciu głowy, świecenie glacą po oczach czytelników było wykluczone.
Oto i mężczyzna twoich marzeń. Możesz ustawić sobie jako tapetę, jeśli chcesz 😀, napisałem w tym ultrakrótkim mailu i przycisnąłem „wyślij”.

Ja (10:52)
Poszło.
Lacrimosa (10:52)
Oki, już sprawdzam
Lacrimosa (10:53)

Ja (10:53)
Co jest? Nie podoba ci się moja czapka?
Lacrimosa (10:53)
Nie nie, po prostu inaczej sobie ciebie wyobrażałam. Sorki.
Ja (10:54)
Wybaczam. Ale żeby mi to było ostatni raz 😉
Lacrimosa (10:54)
Thx. A teraz spadam, gotta teach some kids. Cya!
Ja (10:54)
Cya!

Po tej krótkiej rozmowie zostałem przy komputerze z dziwnym uczuciem nagości. I to nagości frajerskiej, za friko, asymetrycznej. Ona mnie widzi, a ja jej nie. Jest na tym świecie sprawiedliwość?
– Jak szukasz sprawiedlywoszczy, to… – Dżek z wycelowanym w sufit palcem szykował się do ucięcia mnie celnym hasłem.
– Proszę, dla swojego własnego zdrowia, nie kończ.
O dziwo, posłuchał.
Szczęk otwieranych i zamykanych drzwi. I natychmiastowe przesłuchanie.
– Z kim rozmawiałeś?
– Z nikim, przecież tu nikogo nie ma – powiedziałem, demonstracyjnie rozglądając się na boki. – Chyba że kogoś widzisz.
– Słyszałem głosy – nie ustępował dziadek.
– Na twoim miejscu takie rewelacje zachowałbym dla siebie.
Spojrzał na mnie tak, że odechciało mi się żartów.
– Coś przede mną ukrywasz.
Ile razy wypowiedział te słowa podczas przesłuchań za nieboszczki komuny? Ile razy miał rację? Co robił, kiedy ktoś twardo obstawał przy swoim? Nie interesowało mnie to, nie chciałem grzebać się w tym gównie. Wystarczająca jego ilość pływała po powierzchni, fotografowana, filmowana, omawiana, rozkładająca się na pierwszych stronach gazet.
Nie sposób – tak uważam – skleić bliską osobę, krewnego, przyjaciela z jego wizerunkiem publicznym. Adolf bawiący się ze swoim owczarkiem to nie ten sam Adolf wydający rozkaz budowy Auschwitz Birkenau. Gdyby miał dzieci, byłby dla nich po prostu tatą, przechadzającym się w cieniu Führera mężczyzną w średnim wieku, który lubił (dajmy na to) golonkę z chrzanem i sałatkę z porów. Jego rodzina miałaby jego własną wersję i ją (przypuszczalnie) kochała. Tak to widzę. Mój dziadek mógł (choć nie musiał) wyrywać w swoim czasie ludziom paznokcie, ale do mnie przychodził z pluszowymi misiami. Co nie przeszkadza mi od czasu do czasu podręczyć go aluzjami do jego przeszłości, nie jego prawdziwej przeszłości, lecz przefiltrowanej przez stereotyp ubeckiego kata z mrocznych lat pięćdziesiątych.
– Przynieść z piwnicy imadło, czy masz przy sobie swoje?
– Ty i te twoje zgrywy. Nauczysz się kiedyś z szacunkiem traktować starego człowieka? – wydawał się dotknięty.
– Poczekamy, zobaczymy.
***
Przez cały dzień umierałem z niecierpliwości. Co cztery i pół sekundy sprawdzałem pocztę, zaklinałem wzrokiem okienko gadu-gadu, żeby wreszcie słoneczko przy jej niku zażółciło się wesoło. Równie dobrze mogłem modlić się o beatyfikację Gomułki. Lacrimosa nie dawała znaku życia.
Czegoś jednak w moim życiu brakowało, o czym przekonywało mnie nie tylko to, że kręcił się dookoła mnie nieistniejący facet. Trudno to precyzyjnie określić. Gdyby ktoś przystawił mi lufę do skroni (nie róbcie tego!), nazwałbym to odwrotnością tego, co czułem przez pierwszy miesiąc po odejściu Weroniki.
Po początkowym szoku, jaki wywołała moja była, nastąpiła dzika euforia wolności. Teraz wreszcie mogłem to, to i tamto. Bez pytania, bez wiedzy, bez poczucia winy. Podskakiwałem, spałem na samym środku łóżka, piłem sok prosto z kartonu, flirtowałem na potęgę. Męska wizja raju.
Jedynym balastem był Dżek wymyślający coraz to nowe sposoby na odejście w niebyt, gdzie jego miejsce. Ale o nim było już tyle, że na razie wystarczy.
Wyobraźcie więc sobie to zachłyśnięcie się wolnością – zarówno od jak i do – i wyobraźcie sobie jego mentalny negatyw, ciemną stronę swobody, jej ciężar, rzucające się zewsząd decyzje wymagające podjęcia (a pomocy znikąd, nie licząc dwóch niepełnosprawnych przyjaciół, jednego nierzeczywistego, drugiego myślącego tym, co dynda mu się między nogami), narastający chaos grzechotania się bez linek pomocniczych. Nic dziwnego, że w pewnym momencie zakolegowałem się z butelką.
***
Dopiero sprawdzałem, nic nie będzie.
Porozumiewałem się z Dżekiem za pomocą myśli (jakkolwiek głupio by to nie brzmiało). Byłem pewien, że w drugim pokoju dziadek siedział ze szklanką przystawioną do ściany i nasłuchiwał.
– Ne spróbujesz, to sze ne dowiesz – zacytował Lacrimosę.
I jak tu się z nim kłócić? Kliknąłem na „odbierz”, przekonałem się, że oczywiście miałem rację. Dochodziła dziewiąta, byłem zmęczony wygniataniem fotelika przed komputerem, chciało mi się jeść, a jej ciągle ani widu, ani słychu.
Z nudów zacząłem przeglądać katalogi. Odebrane maile wydawały się nudniejsze niż „Droga przez mękę” Tołstoja. Monologi typu biznesisbiznes, tajmismany, kiedy-do-cholery-wyślesz-mi-trzeci-rozdział. Korespondencja kogoś, kogo życie uczuciowe wyskoczyło po papierosy i dotychczas nie wróciło. Poczta wysłana. Tutaj przystanąłem, dziwiąc się ilości zachowanych przez program dla bezpieczeństwa (czyjego?) listów. Ja tyle ich nie wyprodukowałem, listopisanie od zawsze szło mi słabo, w moich rękach nieodmiennie zamieniały się w narracje, stylizowane strumienie świadomości, powyginane dziwolągi. Ograniczałem zatem ich długość, częstotliwość, okoliczności, w których w ogóle się za nie zabierałem. Nawet bohaterowie moich powieści mieli dziwną awersję do epistolografii.
A tu niespodzianka: stos maili nigdy-nie-napisanych-lecz-wysłanych, o czym zapewniała nazwa folderu. Kto je wysłał, no kto, kto sprokurował?
– Zostaw, to prywatne – odezwał się winowajca.
Prywatne? Moja halucynacja prowadziła życie prywatne? Broniła swoich sekretów?
– Trochę ludży poznałem na czacze, czo ne wolno? – zawołał nieco defensywnie.
Wolno, ale nie kosztem mojego snu!
Chciałem ziewnąć na dowód mojego nieludzkiego zmęczenia, ale jak na złość nie udało mi się to.
– Odeszpysz, jak mne już ne będże.
Żebym jeszcze miał nadzieję, że to nastąpi…
Minęła dziewiąta. Mój Timex z kwarcową konsekwencją odmierzał mijające sekundy, a Lacrimosy jak nie było, tak nie było. Pomiędzy moje myśli wślizgnął się niepokój, że ona – tak jak Dżek – była zjawą, wytworem mojego udręczonego umysłu. Że ześwirowałem na dobre.
Do pokoju wkroczył dziadek Stanisław.
– Dalej przy tym diabelskim ustrojostwie? Oślepniesz w końcu od tego wgapiania się w ekran. Wyszedłbyś między ludzi, porozmawiał, a nie ciągle tylko klawiatura-i-klawiatura.
Niepostrzeżenie przełączyłem na ekran Worda, na którym kilkanaście minut wcześniej, bez większej nadziei na rewelacyjny rezultat, robiłem notatki do opowiadania.
– Taką mam pracę, dziadku – „dziadku” zabrzmiało jak wypowiedziane przez młodzieńca wymuszającego na starszym mężczyźnie pieniądze w przejściu podziemnym.
To zagranie okazało się wybitnie nietrafione.
– Te twoje historyjki… zabrałbyś się za coś poważniejszego, ludzie cierpią ucisk, kapitaliści pasą się na ludzkiej krzywdzie, a ty o magicznych różdżkach i studniach życzeń.
Tak jest, panowie i panie, mój dziadzio komunistą był nie z koniunkturalizmu, lecz z przekonania.
– A co robią zaplute karły reakcji?
– Możesz się śmiać, bo ci zbywa, ale szerokie masy cierpią niedostatek…
– O, Jezu, Trybunę Ludu albo i manifest komunistyczny będziesz mi tu cytował?
Dziadek zbladł, spąsowiał, a potem jeszcze raz zbladł. Zacisnął usta, aż wypłynęła z nich cała krew i zmieniły się w cienką, siną kreskę.
– Zero szacunku do starszych – burknął i wyszedł.
Znowu zagapiłem się w monitor. Złość na Dżeka i jego internetowe wyskoki jakoś minęła. Interesowało mnie tylko jedno, pojawiła się wreszcie czy nie.
Pojawiła!

Lacrimosa (21:22)
Hej 🙂
Ja (21:22)
Hej.

Chciałem opierniczyć ją za spóźnienie, ale powstrzymałem się. Koniec końców nie byliśmy umówieni na żadną konkretną godzinę. Mój błąd.

Lacrimosa (21:22)
Co porabiałeś kiedy ja ciężko harowałam? Napisałeś może jakąś powieść? 😉
Ja (21:23)
Pewnie, ale krótką 😀
Lacrimosa (21:23)
No to brawo 🙂 dostanę egzemplarz z dedykacją?
Ja (21:23)
A masz coś na wymianę?
Lacrimosa (21:24)
Mam wszystko czego pragniesz i jeszcze troche 😉
Ja (21:24)
Brzmi zachęcająco
Lacrimosa (21:25)
Nie podniecaj się, nie dostaniesz wszystkiego za glupia dedykacje
Ja (21:25)
Szkoda
Lacrimosa (21:26)
Na co jeszcze czekasz????????
Ja (21:26)
Nie rozumiem
Lacrimosa (21:26)
Do I have 2 spell it out for ya?
Ja (21:27)
No. Znaczy tak 😀 ja to głupi jestem przy kobietach o nieokreślonej atrakcyjności
Lacrimosa (21:27)
😀 dobra: zaprosisz mnie gdzieś w koncu?
Ja (21:28)
Zastanawiam się.
Lacrimosa (21:28)
Bo ty jesteś bardziej rozważny niż romantyczny 😀
Ja (21:28)
Dokładnie
Lacrimosa (21:29)
Musze cie ostrzec
Ja (21:29)
Nie krępuj się
Lacrimosa (21:29)
Nienawidze, jak ludzie uzywaja tego slowa
Ja (21:29)
Którego?
Lacrimosa (21:30)
DOKŁADNIE
Ja (21:30)
Aha. Sorki. Już nie będę. Chyba że zasłużysz 😀
Lacrimosa (21:30)
Thx
Ja (21:31)
Oki. Zdecydowałem się wreszcie
Lacrimosa (21:31)
Na co, jeśli można spytac?
Ja (21:32)
Zaprosić cię gdzieś
Lacrimosa (21:32)
Chcesz mnie zaprosić GDZIEŚ? 😛

Jej ironia jednocześnie drażniła mnie i pociągała. Mieszanka wybuchowa. Która podobno jest podstawą prawdziwej namiętności. Piszę „podobno”, ponieważ osobiście sam jeszcze jej nie wypróbowałem, kobiety albo drażniły mnie, albo pociągały, nigdy jednocześnie. Weronika najpierw mnie pociągała, potem drażniła. A potem rzuciła.

Ja (21:33)
Wyobraź sobie, że tak 😀
Lacrimosa (21:33)
A wiesz, gdzie ja mam takie zaproszenia?
Ja (21:33)
Gdzieś? 😀
Lacrimosa (21:34)
Dokładnie
Ja (21:34)
Myślałem, że nie lubisz tego słowa
Lacrimosa (21:34)
Poprawka: nie lubię, kiedy inni go używają 😀
Ja (21:35)
Jak to tak? Nauczycielka stosuje moralność Kalego?
Lacrimosa (21:35)
Wszyscy nauczyciele stosują moralność kalego, mi przeszkadzać w lekcji źle, ja przeszkadzać innym w lekcji dobrze 😀
Ja (21:36)
Chcesz przez to powiedzieć, ze przeszkadzasz innym nauczycielom w lekcjach?
Lacrimosa (21:36)
Teraz nie, ale jak byłam sama w szkole, to rozrabiałam ile wlezie. I teraz mam za swoje 😀
Ja (21:37)
Widać jeden z twoich nauczycieli rzucił na ciebie słynną klątwę 😀
Lacrimosa (21:37)
Obyś cudze dzieci uczył?
Ja (21:37)
Dokładnie
Lacrimosa (21:38)
Wrrrrrrrrr
Ja (21:38)
Uroczo warczysz 😉
Lacrimosa (21:38)
Przy najbliższej okazji przekonasz się jak uroczo gryzę
Ja (21:38)
Nie obiecuj
Lacrimosa (21:39)
Czekam czekam czekam
Ja (21:39)
Na co?
Lacrimosa (21:39)
Aż się zbierzesz i porzadnie mnie zaprosisz
Ja (21:40)
Byle jak nie mogę?
Lacrimosa (21:40)
Byle jak to się możesz po jajach podrapać, a nie kobietę na randkę zaprosić
Ja (21:40)
A co ty wiesz o drapaniu się po jajach? 😉
Lacrimosa (21:41)
Och, boguś, boguś
Ja (21:41)
Poza tym kto jeszcze używa słowa randka?
Lacrimosa (21:41)
Staromodne dziewczyny takie jak ja
Ja (21:42)
Staromodne dziewczyny nie obiecują facetom, że ich pogryzą przy najbliższej okazji
Lacrimosa (21:42)
Widzę, ze wszystko co powiem może być wykorzystane przeciwko mnie
Ja (21:43)
Nie będę zaprzeczał 😀
Lacrimosa (21:43)
A ja dalej czekam
Ja (21:43)
Oki. To jest najporządniejsze zaproszenie, na jakie mnie stać
Lacrimosa (21:44)
Zaczynam się bac 😛
Ja (21:44)
Czy wielmożna pani zechciałaby mi towarzyszyć w sobotę wieczorem, około godziny 8 na drinku w Fortepianie?
Lacrimosa (21:45)
Wow aż mi szczena opadła
Ja (21:45)
Czy to znaczy tak?
Lacrimosa (21:45)
Yup

Nasz gadu-gadowy czat ciągnął się w podobnym tonie przez następne trzy godziny, aż poniedziałek przemienił się we wtorek i Lacrimosa musiała zacząć myśleć o pracy, do której miała wyskoczyć już za parę chwil. Pożegnaliśmy się czule (choć odrobinę ironicznie) i poszliśmy – niestety osobno – do łóżka.
Śniłem o pięknej brunetce, której prawdziwego imienia w dalszym ciągu nie znałem.
***
Czas do końca wlókł się okrutnie. Jedyne chwile, podczas których kroczył żwawiej, niż bym chciał, spędzałem przy komputerze, gdy po drugiej stronie była ona, Lacrimosa.
(Zebrałem się wreszcie we wtorek wieczorem i zapytałem o jej imię. Odparła, że czy Lacrimosa nie brzmi romantyczniej, niż jakaś tam Kaśka czy inna Baśka? Na zaglądanie w dowody osobiste i metryki przyjdzie jeszcze czas, a teraz chyba lepiej cieszyć się tą niezwykle ekscytującą sytuacją, nie? Nie znalazłem argumentów, by wytrącić ją z tego nieracjonalnego toku rozumowania.)
Straciłem ochotę na jedzenie, nie pociągała mnie muzyka i film. Stroniłem nawet od książek, które towarzyszyły mi w najcięższych chwilach, odkąd sięgam pamięcią (w różnych okresach różni autorzy, od Nienackiego i jego „Pana Samochodzika”, przez – rzecz oczywista w moim fachu – Tolkiena do taplającego się w magicznym realizmie Rushdiego). Gdybym był postacią w mojej własnej powieści, z pewnością określiłbym ten stan jako miłość na zabój, zakochanie bez pamięci lub coś w tym guście. Specjalizuję się w narracji trzecio-osobowej, w tradycji Henry Jamesa, z bezpośrednim dostępem do uczuć i myśli bohaterów i z tendencją do ukrywania faktów interesujących z punktu widzenia rozwoju fabuły. (Każdy banał, jeśli odpowiednio opakować go w sreberko tajemnicy urasta do miana przedmiotu fascynacji. Spójrzcie tylko na książki Dana Browna.)
Dżek tylko orbitował wokół mojego biurka i zacierał ręce. To było jego dzieło, pewnie myślał sobie, grając mi na nerwach skoczne polki, krakowiaki i oberki. Znosiłem to cierpliwie, uspokajany wizjami wielkiej sobotniej randki (nazwijmy już to w ten sposób). Szczerzyłem się głupkowato, machałem na niego ręką. Byłem poza jego zasięgiem.
Nie byłem za to poza zasięgiem dziadka Stanisława. Ten zawsze potrafił jednym celnym zdaniem wybić mnie z mojego kursu, wsadzić kij w szprychy mojego trójkołowca (mimo usilnych starań nigdy nie udało mi się nauczyć jeździć na rowerze; o wiele łatwiej poszło mi z czterema kółkami, prawko zdane za pierwszym razem i niemy podziw mojego egzaminatora), wyskubać mnie z mojej chmurki numer dziewięć. A wystarczyło tylko, że zaczął je od…
***
– Wy, młodzi, kompletnie nie wiecie, co jest w życiu najważniejsze.
– A co jest w życiu najważniejsze? – spytałem z przesadnym zainteresowaniem.
Nie wyczuł mojej złośliwości albo ją zignorował. Na jedno wyszło.
– Rodzina – odpowiedział facet, który przez trzydzieści lat nie rozmawiał ze swoją jedyną córką, nie utrzymywał kontaktu z żadnym innym członkiem naszej rodziny poza mną i właśnie brał urlop (już prawie tygodniowy) od swojej drugiej żony. – Nic na tym świecie (co nie znaczy oczywiście, że są jakieś inne światy, bo nie ma) nie jest ważniejsze od rodziny. Rzeczy przychodzą i odchodzą, kochanki się zmieniają, a rodzina pozostaje.
– Ciekawe, ile rodzin udało ci się rozbić w swojej karierze.
Jakoś nie potrafię określić mojego stosunku do dziadka Stanisława. To byłoby coś pomiędzy wnuczęcym uwielbieniem, a dorosłą pogardą. Do tego przychodzi irytacja, którą jest w stanie wywołać we mnie jak nikt inny. Wtedy kąsam.
– Ja nie mam się czego wstydzić, wszystko co robiłem, robiłem dla dobra ojczyzny – strzelił.
A bard na to: robię to, co robię, widzę to, co widzę i w ogóle się nie wstydzę, niech się wstydzi ten, co robi, nie ten, co widzi.
– Dobrze, że nie powiedziałeś, że tylko wykonywałeś rozkazy.
– Wy, młodzi…
Wrrrrrrrrr.
– …nie macie pojęcia, co się działo w tamtych czasach. Groziła nam kompletna anarchia, Ruscy stali w swoich bazach i czekali na pretekst, żeby się zabawić. A po sześćdziesiątym ósmym Czechosłowacy – zawsze używał nazwy „Czechosłowacy”, czy chodziło mu o obecnych Czechów, Słowaków, czy ówczesnych obywateli Czechosłowacji – mieli straszną ochotę pomóc nam zaprowadzić porządek.
– To akurat usprawiedliwienie wprowadzenia stanu wojennego, o to nigdy cię nie oskarżałem – zaśmiałem się nieprzyjemnie.
– Wiesz, co by ci się przydało? Tydzień pracy w hucie – powiedział, a ja w jego oczach widziałem, ile kosztowało go, żeby nie puścić w ruch pięści. Szacunek.
– Wolałbym coś mocniejszego do picia – postanowiłem zmienić temat. – Napijesz się?
– Nie odmówię.
I tak balansowaliśmy na granicy kłótni, bójki i dobrej komitywy, ja i mój dziadek-emerytowany ubek.
***
W sobotę obudziłem się o piątej trzydzieści i nijak nie potrafiłem z powrotem zasnąć. Bez końca odgrywałem w mojej głowie scenę naszego powitania. Siedziałem przy stoliku w Fortepianie, rozglądając się nerwowo na boki w poszukiwaniu twarzy, na której odczytałbym oznaki rozpoznania. Odnajdywałem ją, za każdym razem inną, to śliczną jak topmodelka ze zgrabnym nosem i mocno zaznaczonymi kościami policzkowymi, to swojską, przaśnoburaczaną, z fałdami tłuszczu maskującymi miejsce, gdzie powinna być jej broda, to… Nieważne. Ważne, że ja byłem przymocowany do krzesła, bez możliwości ucieczki, znoszący swój los jak przygotowana na rzeź owca.
Pociłem się pod kołdrą w poszwie w niebiesko-zieloną kratkę, kupionej przez Weronikę na jakiejś promocji (Weronika uwielbia promocje, uwielbia robić dobre interesy, nawet jeśli kupuje rzeczy, które nie są jej na nic potrzebne albo wręcz groteskowo szkaradne, jak ja tego nie cierpiałem!). Nadzieja powrót do snu jednak nie pozwalała mi się zerwać i zrobić coś pożytecznego. Leżałem więc z przymkniętymi oczami, przed którymi wędrowały różne wersje mojej Lacrimosy – Lacrimosy piękne i brzydkie, wysokie i niskie, o jasnej karnacji i smagłe – jak na paryskim wybiegu.
– Spysz? – zapytał Dżek, pochylając się nade mną.
– A jak myślisz? – odpowiedziałem, zapominając na sekundę o dziadku pochrapującym za ścianą. Diabeł ma bardzo płytki sen.
– To wstawaj, na czo czekasz?
Jest – spojrzałem na zegarek – za dwadzieścia szósta. Zwariowałeś?
– Ja zwariowałem? Ja ne słyszę żadnych głosów any ne wydzę neistnejących osób. A ty?
Pierdol się. Czego chcesz?
– Sprawdżycz pocztę.
Sam sprawdź.
– Ne mogę. Szeczeż ne spysz.
No tak. Logiczne. Kiedy marionetka ma własną, żywą świadomość, nie da się nią sterować.
A nie możesz mnie walnąć tak jak kiedyś?
To rozwiązanie wydawało mi się idealne. Ja bym sobie trochę pospał (choć ten sen nie byłby prawdziwy, moje ciało nie odpoczęłoby wcale), niepostrzeżenie przedarł się do jakiejś rozsądnej pory.
– Okej, sam tego chczałesz – powiedział Dżek i zamachnął się na moją biedną, skołowaną głowę. Straciłem przytomność.
***
– …dladjalfsals adkadd adsljfaeiw?!
Ocknąłem się. Po mojej prawej stronie stał dziadek i oczekiwał odpowiedzi na zadane pytanie, które w moich uszach zabrzmiało jak to, co przeczytaliście powyżej.
– Co? – wymamrotałem.
– Od samego rana musisz siedzieć przy tym ustrojostwie? – powtórzył (a przynajmniej wydaje mi się że powtórzył, bo pewności mieć nie mogłem).
To dostarczyło mi impulsu, by zbadać moje aktualne położenie, które wkrótce okazało się po-siedzeniem na fotelu przed komputerem.
– Tylko wiadomości chciałem sprawdzić, czy nie ma nowych – powiedziałem, orientując się, że miałem przed sobą otwarte okienko Outlooka.
– To już jest mania. Powinieneś się leczyć.
– A ty nie powinieneś czasami lecieć na kolanach do swojej żony i błagać ją o wybaczenie?
Zasępił się, gwałtownie wybity ze swojej wygodnej pozycji wszystkowiedzącego, nieomylnego mędrca.
– Może i powinienem, nic ci do tego.
– Nawet się nie przyznałeś, co takiego przeskrobałeś, że cię wykopała. Bo chyba nie sądzisz, że uwierzyłem w historyjkę z niewłaściwym imieniem w niewłaściwym czasie?
– Nic takiego.
– Nic takiego? Ta babka wyglądała mi, jak ją ostatni raz widziałem, na pieprzoną oazę spokoju, taką dobrotliwą staruszkę, która nic tylko cały dzień rozdaje dzieciom cukierki. Bez powodu nie skrzywiłaby się na ciebie, nie mówiąc o wyrzuceniu za drzwi.
– Nie wyrzuciła mnie za drzwi, to po pierwsze. Sam wyszedłem.
– O co się pokłóciliście?
Teraz to ja prowadziłem przesłuchanie, on się tłumaczył ze swojego życia. Ciekawa odmiana dla starego śledczego.
– O nic w zasadzie.
Cudowne słowo nic. W swoim zasadzie musiał się z nim zmagać na okrągło. „Co robiłeś o dwudziestej trzeciej piętnaście na skrzyżowaniu 1 Maja i Bogucickiej?” „Nic.”; „Co przed nami ukrywasz?” „Nic.”; „Ile ci płaci CIA?” „Nic.” Im bardziej absurdalne pytanie, tym bardziej prawdopodobna odpowiedź „nic”.
W zasadzie to można sobie poparzyć palce – w zasadzie to sobie można poparzyć palce?! Skąd się to wzięło? – O coś się tam musieliście pokłócić.

Wyraz zawziętości pojawił się na jego twarzy. Już wiedziałem, że opowie całą historię, ale nie ze skruchą, lecz z dumą człowieka, który ma rację i nie da sobie tej racji wydrzeć byle komu. Zrobiłem, co zrobiłem, a wy będziecie się musieli z tym pogodzić.
– O te jej cholerne figurki.
– Figurki?
– Figurki, łebki tego waszego Jezusa i inne takie. Ma ich całą kolekcję z różnych stron Polski. Poustawiała je praktycznie wszędzie, każdy segment, każda szafka, półka i tak dalej… Od samego początku mnie to wkurzało, nie mogłem patrzeć na te prymitywne dewocjonalia. Jeśli jest coś, czego nie znoszę, to zabobony, wiesz o tym. No i niedzielę, kiedy ona była w kościele, zebrałem się i te wszystkie koszmarki zebrałem do jednego wora, i schowałem w piwnicy. Zaraz jak wróciła, zrobiła mi taką awanturę, że trzydzieści lat zbierała, a ja je teraz wszystkie razem do kosza bez jej wiedzy.
– Powiedziałeś, że schowałeś je w piwnicy.
– Bo tak zrobiłem. Ale jej powiedziałem, że wywaliłem. W każdym razie pożarliśmy się strasznie i nie było innego wyjścia jak tylko ewakuacja. I oto jestem.
Przeczesując resztki włosów (pod względem owłosienia dziadek góruje nade mną bez dwóch zdań; srebrna czupryna, zaczesana jak Pan Bóg przykazał na prawą stronę zdobiła jego głowę i nie wykazywała tendencji do jej opuszczenia), próbowałem znaleźć rozwiązanie kryzysu, który bezpośrednio odbijał się na moim życiu.
– Ona dalej nie wie, że wsadziłeś te figurki do piwnicy?
– Nie. Nic jej nie mówiłem. Sama niech se je znajdzie.
– To zrobimy tak: ja skoczę do kwiaciarni i kupię największy bukiet róż, jaki będą mieli, oczywiście na twój koszt, a ty pójdziesz do tej cholernej piwnicy, wyciągniesz te cholerne figurki, wręczysz jej kwiaty i padniesz na kolana, jeśli będzie trzeba.
– Na nic nie będę padał. Nie klęczałem w żadnej bazylice, nie będę klęczał przed babą.
– Zobaczymy.
***
Zrobiliśmy, jak powiedziałem. Przed piątą już miałem go z głowy. I z mieszkania. Mogłem spokojnie stresować się przed moją randką z Lacrimosą.
Koło szóstej zadzwonił DJ z zaproszeniem na piwo i panienki. Odmówiłem grzecznie, informując go, że jestem już umówiony. Gwizdnął z aprobatą i spytał o wymiary. Iksel, odparłem z czystej ciekawości, jak zareaguje. Znowu gwizdnął, dodając, że wreszcie poprawił mi się gust. Na koniec życzył mi, żeby mi się poszczęściło i ostrzegł, żebym nie zapomniał gumek. Uroczy człowiek.
Umówieni byliśmy na ósmą, więc już koło siódmej krążyłem między pokojami, kuchnią, a łazienką, ubrany wyjściowo, uczesany (cóż…), ogolony, wypachniony i generalnie odprasowany. Prezentowałem się znakomicie. Na tyle, na ile moja skromna fizys może prezentować się znakomicie.
Godzinę wyjścia ustaliłem na siódmą trzydzieści. Przy wieczornym ruchu do „Fortepianu” jedzie się ode mnie piętnaście minut, zajęcie stolika kwadrans naprzód uznałem za idealny kompromis pomiędzy okazywaniem ochoty na spotkanie, a przyznaniem się do desperacji. Wszystko było pod kontrolą, wszystko było przemyślane. Nie mogłem sobie pozwolić na przypadek.
***
Właśnie minęło wpół do ósmej, godzina zero. Wasz drogi narrator właśnie stracił nad wami przewagę wiedzy o tym, co się wydarzy. Chyba, że przyjdzie mi do głowy podrzucić wam małą introspekcję, potaplać się w tej uroczej ułudzie wszechwiedzy. Właśnie nadeszła era czasu teraźniejszego, zarówno dla mnie, jak i dla was.
Chcę powiedzieć coś mądrego, coś, co odpowiadałoby powadze chwili. (Wszakże moment jest doniosły, nowa epoka nie rodzi się codziennie, blablabla.) Nic jednak takiego nie przychodzi do głowy. Rzucam więc ostatnie badawcze spojrzenie w lustro i kieruję się do drzwi.
Wychodzę.

4 thoughts on “Nie cierpię (rozdział 7)

  1. Jedna uwaga: autor, czy tam samochodor, albo samochodok itpsy., mógłbym częściej przyznawać się do cytowania Kazika. Od pierwszego rozdziału chodził mi po głowie taki komentarz.

  2. 1) Dzięki za wszystkie dobre słowa
    2) Nieustanne opatrywanie dokładnych i niedokładnych cytatów to byłoby jednak chyba przegięcie; w tekście jest gdzieś aluzja, że cytatów z Kazika spodziewać się należy; reszta w rękach Czytelnika.
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *