Co z tym BookCrossingiem?

Komputer wyręczył nas niemal we wszystkim – dodaje, odejmuje, poprawia nasze błędy, pomaga nam znaleźć partnera życiowego, dobrego weterynarza lub wymarzoną pracę. Jego hegemonii nie można przecenić, ponieważ życie w obecnej epoce to kooperacja z komputerem oraz Internetem i ich nieobecność odczulibyśmy na pewno bardzo boleśnie.

Jednakże panowanie komputerów to nie tylko same zalety, to także powolna śmierć książek drukowanych. Czytamy coraz mniej, pochłania nas wirtualny świat, żyjemy przez to szybko i intensywnie. Zresztą, w dobie e-booków, czyli książek elektronicznych, trudno znaleźć chwilę, aby rozsiąść się w fotelu i oddać się ulubionej lekturze.

W obliczu takiego stanu rzeczy, w obronie literatury i literatów, powstał BookCrossing, zwany inaczej uwalnianiem książek. Ta wyjątkowa i dość paradoksalna w dzisiejszych czasach akcja rozpoczęła się w Stanach Zjednoczonych dobre siedem lat temu, a do Polski dotarła dwa lata później. Idea BookCrossingu jest bardzo prosta – znajdujemy książkę, czytamy ją i zostawiamy w dowolnym miejscu. Może być to ławka w parku, autobus, poczekalnia lub parapet na klatce schodowej. Dzięki temu każdy, kto się na nią natknie, będzie mógł ją zabrać do domu, przeczytać, a potem zostawić następnemu bibliofilowi.
Na samym czytaniu się jednak nie kończy – każda książka ma specjalny numer BIP, który należy wpisać na stronie BookCrossingu, aby tym samym „uwolnić” ją. Dzięki temu możemy dowiedzieć się, po jakich zakątkach świata krążyła oraz co sądzą o niej ci, którzy mieli ją już w swoich rękach.

Statystycznie rzecz ujmując w akcję zaangażowało się już niemal 700 tys. ludzi z ponad 130 krajów. Dla porównania – polska oficjalna strona „krążących książek” podaje, że uwolniono już 69 191 pozycji. Niestety, statystyki zostają tylko statystykami. Choć robią wrażenie, w praktyce sam BookCrossing pozostał zjawiskiem mało znanym, interesującym, gdy się o nim usłyszy pierwszy raz, ale w rezultacie i tak umykającym naszej świadomości.

Owe książki nie muszą być pozostawione w miejscach publicznych – większość bibliotek w największych miastach wydzieliła specjalne półki, na których znajdują się samotne druki czekające na przygarnięcie i podarowanie im wolności. Pozostają one jednak niezauważone. Nawet regularni bywalcy wypożyczalni nie zwracają na nie uwagi, a jeśli już, nie wiedzą, na co właściwie patrzą. Inną zmorą jest także niska wartość książek, które czekają na „uwolnienie”. BookCrossing stał się sposobem na pozbycie się zalegających w domu opasłych i zakurzonych tomów. Trzeba mieć bowiem ogromne szczęście, aby trafić na dobry, znany bestseller – pod warunkiem, że ktoś przed nami nie przygarnął go sobie na zawsze.
Wiedza o BookCrossingu nie jest imponująca. Na dziesięciu przypadkowych gimnazjalistów nie wiedział o nim ani jeden. Bardziej smutny jest jednak fakt, że ci, którzy dowiedzieli się o jego głównych założeniach, nie byli zainteresowani przyłączeniem się do akcji. Dziwne, śmieszne – takie odpowiedzi padały najczęściej. Sytuacja wygląda trochę lepiej wśród ludzi wykształconych, ale także im bardzo często trudno przedstawić własne stanowisko w tej kwestii. Po Polsce książki nie krążą tak, jakby tego sobie życzyli pomysłodawcy. Znalezienie samotnej książki z numerem BIP graniczy z cudem. Chyba w naszym kraju wciąż jeszcze panuje przekonanie, że jak coś jest za darmo, to można to sobie wziąć. Stąd pozycje czekające na uwolnienie zostają ponownie uwięzione na półce bez szans na dotarcie do prawdziwych entuzjastów literatury.
Oczywiście, sama idea BookCrossingu jest doskonała. Zalogowani na oficjalnych stronach i aktywni bookcrosserzy niemal bez przerwy czytają, szukają, wymieniają się i wypatrują porzuconych książek. Brakuje jednak jakieś iskry bożej, czegoś, co pozwoliłoby akcji dotrzeć do szerszego grona odbiorców i do przykucia uwagi. Zamiast poszerzać się, o BookCrossingu coraz więcej ludzi zapomina lub go zaniedbuje. Młodzież szkolna nie ma o nim pojęcia, a gdyby musiała w ramach pracy domowej udać się do biblioteki i przeczytać oraz uwolnić książkę zabraną ze specjalnej półki, sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej.

Nie ma w Polsce zwyczaju i tradycji przesiadywania na świeżej trawie w miejskich parkach, aby się zrelaksować, zdrzemnąć, poczytać dobrą książkę. Tak jest w Stanach Zjednoczonych i w większości znanych europejskich państw – stąd BookCrossing właśnie tam jest tak popularny, bo literatura leży pod drzewami, a do nich docierają już rzesze ludzi. Nie może być to jednak ograniczeniem – książki mają dusze, nie powinny być zatem zamykane w czterech ścianach.
Świadomość, że książka, jaką znaleźliśmy dzisiejszego przedpołudnia w tramwaju, wcześniej była na drugim końcu Polski, jest niesamowita. Nie pozwólmy zatem BookCrossingowi zginąć. Ta siedmioletnia akcja jest piękna. Tak piękna, jak piękna jest literatura.

Ewa Podsiadły

4 thoughts on “Co z tym BookCrossingiem?

  1. Entuzjazm do tej idei we mnie powstrzymuje to, co sama zauważułaś: niski poziom pozostawianych książek – przez pewien czas zwracałem uwagę na zawartość stolika z „bezpańskimi” książkami w bibliotece, i przestałem, tak jak nie spoglądam na pewne regały w samej wypożyczalni i księgarni. Można powiedzieć, że naturalnie wyewoluował nieciekawy gatunek pozostawianych książek. Ja też nie puściłbym w świat moich – wszystkie bardzo cenię, może za to, że mają dusze. Gdyby były pustymi rzeczami, to czemu nie.

  2. Byłem już w wielu bibliotekach w Polsce i dotąd nie spotkałem się z wydzieloną półką na uwolnione książki. Sam wypuściłem kilka książek w pociągach. Niestety sam nie znajduję zbyt wielu wypuszczonych książek. Dobry artykuł, ciekawy. A wnioski mam podobne, jak Ty. Akcja jest potrzebna i jej efekty są piękne. Szkoda, że tak niewielu wypuszcza swoje książki.

  3. Mój stosunek do książek uległ w ciągu mojego życia (a mam już niestety 65 lat)radykalnej zmianie.W latach mojej młodości otrzymywałem od ojca jakieś tam kieszonkowe, które skrzętnie wydawałem w miejskiej księgarni. Sama idea „uwalniania” książek nie jest mi obca i robię to od wielu lat, zostawiając je w pociągach, czy też innych miejscach publicznych. To cenna inicjatywa i należy do niej zachęcać. Są jednakże książki „pomniki” z którymi człowiek nie może się rozstać. Dla mnie takim pomnikiem jest „Martin Eden” Jacka Londona, który od kilkudziesięciu lat stoi na honorowym, miejscu mojej biblioteki. Czytałem go już dziesiątki razy, i ciągle znajduję, (w miarę tego, jak zdobywam wiedzę o życiu, coraz nowe wątki, których nie dostrzegłem poprzednio. To fascynujące uczucie.Drugą taką książką jest „Mały Książę” Ta bajka dla dzieci i dorosłych jest dla mnie przez lata obiektem przemyśleń i dociekań Tak więc reasumując,mimo, iż jestek wielkim zwolennikiem „uwalniania” książek”, jak bardzo ładnie to napisałaś, są tytuły których się nie pozbędę.Sam napisałem w życiu kilka książek i wyobraź sobie, że w mojej biblotece nie mam ani jednego egzemplarza. Wszystkie „poszły w naród” i obecnie nagabującym mnie czytelnikom mogę udostępniać je tylko w formie elektronicznej, co zresztą czynię.Masz jednak rację.Mimo informatycznego „potopu” nic nie zastąpi bezpośredniego spotkania z zadrukowanym papierem.Zawsze pozostanie ta magia spotkania się ze słowem.Każdy człowiek, nawet głupiec, nosi w sobie jakąś prawdę, której warto wysłuchać. Trzeba tylko umieć tego człowieka otworzyć. Jeśli jednak umiał otworzyć się sam, to tym bardziej z jego wiedzy i przeżyć powinniśmy korzystać. Całym sercem popieram tą akcję. Chociaż ani „Martina Edena”, ani „Małego Księcia” nigdy nie zostawię na ławce w parku…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *