Pierwsze spotkanie

Pierwsze spotkanie

Hmm… Czy pamiętam nasze pierwsze spotkanie? Może powinienem powiedzieć, że nie… On by się na mnie wściekł, gdyby tak było, albo nawet zalał histerycznymi łzami… Michael może zareagować w każdy sposób! Na szczęście, tudzież nieszczęście, doskonale pamiętam całe zdarzenie. Aby wam je opowiedzieć, muszę się jednak cofnąć do bardzo odległych czasów naszej młodości, kiedy jeszcze w Raju ze zmiennym szczęściem panowała palatyn Cassielle, a Lucyfer sprawował funkcję ministra wojny. Był to Raj, który nie znał zdrady, przemocy i cierpienia. Nikt też nie podejrzewał, że w najbliższym czasie nastąpi prawdziwy Armagedon, obecnie określany po prostu „buntem Lucyfera” od imienia jego przywódcy. Nie znam nikogo, kogo by to wydarzenie, nie zmieniło bądź oszczędziło. Ja dzięki niemu postanowiłem zostać prawdziwym lekarzem i jak widać całkiem nieźle mi się to udało…
Wojna domowa wybuchła z winy Cassielle, która notorycznie zaniedbywała swoje obowiązki, zrzucając je na marszałka Zophiela albo generała Lucyfera. Cały czas przebywała na Ziemi zafascynowana nowymi stworzeniami – ludźmi oraz ich prostym, nieskomplikowanym życiem. Jednak nie zawsze tak lekceważyła swoją funkcję. Na początku Cassielle uchodziła za mądrą, choć oryginalną władczynię. Problemy zaczęły się, gdy Bóg zdecydował stworzyć czwarty, obok Zoa – Piekła, Emanacji – Raju i Ulro – Czyśćca, alternatywny świat – Ziemię, oraz jego prymitywnych mieszkańców – ludzi. Cassielle stała się ich gorącą orędowniczką, zapominając czym tak naprawdę powinna się zajmować. Właśnie pojawienie się ludzi doprowadziło Emanację na skraj przepaści…

Absolutnie nikt w Raju nie był zadowolony z tej niewyjaśnionej decyzji Boga. Lucyfer jedynie głośno wypowiedział wątpliwości nurtujące większość opinii publicznej, lecz zyskana przez to popularność trochę przewróciła mu w głowie. Wymyślił, że w ogóle należy zrezygnować z demokracji i przyjąć system podobny do tego, któremu kultywowały demony – monarchię absolutną. On oczywiście miał zostać królem, a to już niestety nie wszystkim się podobało…
Ale po kolei. Wróćmy na razie do tamtego utopijnego, na zawsze utraconego Raju. Kim wtedy byłem? Studentem Akademii Medycznej minister zdrowia Pistis Sophii, a zarazem jej niewidocznym, cichym doradcą w dziedzinie medycyny. Już wtedy Pistis, obarczała mnie obowiązkiem nieformalnego zarządzania kliniką w Ahanii. Ufała mi i darzyła specyficzną sympatią, doceniając moje zdolności w dziedzinie uzdrawiania.
Sprawowała przede mną funkcję nadwornego medyka. Uchodziła za tak kompetentną specjalistkę, że podobnie, jak ja teraz, miała wielu pacjentów nie tylko wśród aniołów, ale i wśród demonów. Bardziej od leczenia zajmowała ją jednak polityką, a jako żona marszałka Zophiela nigdy nie przepuściła żadnej okazji, żeby dorzucić swoje trzy grosze do toczących się sporów. Obserwowałem więc salony Cassielle z perspektywy zatłoczonego gabinetu Pistis i choć polityka nigdy szczególnie mnie nie interesowała, byłem na bieżąco zorientowany w błyskawicznie zmieniającej się sytuacji.
Z natury jestem nieśmiały i nie lubię rzucać się w oczy, więc moja stała obecność wśród dostojników odwiedzających Sophię była prawie niezauważalna. Dzięki temu mogłem bezkarnie przyglądać się anielskiej arystokracji oraz demońskim gościom pani minister i wyciągać swoje wnioski…
***
Hipnotyzowała mnie. Jej uroda była olśniewająca. Za każdym razem, gdy pojawiała się w gabinecie Sophii, odbierała mi zmysły, czyniła ze mnie głupca – nieświadomie, ale może i przez to tak bezwzględnie przypominała mi, kim byłem i kim się nigdy nie stanę…
A jednak ciągnęło mnie do niej, jak ćmę do lampy, samobójcę do sznura, alkoholika do wódki… Taki magnetyczny wpływ wywierała na wszystkich mężczyzn. Cóż mogę powiedzieć na swoje usprawiedliwienie? Byłem młody i z trudem uświadamiałem sobie, że beznadziejnie zakochany. Zakochany w pięknej, próżnej kobiecie, która z trzech powodów nie mogła być moja. Po pierwsze była diablicą, w dodatku arystokratką i to nie byle jaką, bo księżną. Po drugie była starsza o wiele, wiele lat… Ale choć może dało się przezwyciężyć te przeszkody, trzeciej już nie. Była bowiem zamężna. I nawet urodziła dziecko – córeczkę, wtedy liczącą już jakieś 10 lat. Istniała jeszcze czwarta przeszkoda, o której wówczas nie wiedziałem i jeśli mam się wreszcie zdobyć na jakąś szczerość, lepiej dla mnie byłoby, gdybym się nigdy o niej nie dowiedział…

Pistis zwracała się do niej wyłącznie „lady” i przez pewien czas nie wiedziałem nawet, jak miała na imię. Za każdym razem ton głosu mojej mentorki, informował mnie, że nie przepadała za ową damą i pewnie uważała, że jej imię nie było nawet warte wspomnienia. Sam natomiast nigdy nie odważyłem się jej zapytać, choć wiele razy się w sobie zbierałem. Tak więc, ja i dama z Zoa nie rozmawialiśmy, chociaż uśmiechała się do mnie, jakby chciała mi uświadomić, że wiedziała o mojej obecności. I to właśnie dlatego zwróciłem na nią uwagę. Nie ze względu na jej urodę, ale właśnie dlatego, że była pierwszą osobą, która mnie nie ignorowała…
Tego dnia również odwiedziła swoją lekarkę. Z tego co się orientowałem, cierpiała na jakieś uciążliwe bóle brzucha, które były konsekwencją ciężkiego porodu. Sophia wspominała mi kiedyś, że troskliwy mąż księżnej bardzo martwił się stanem jej zdrowia i dlatego opłacał kosztowne, regularne wizyty u lekarki w samej Emanacji.
Akurat segregowałem karty pacjentów, podczas gdy Sophia energicznie przerzucała jakieś tajne papierzyska, głowiąc się nad kolejną, polityczną zagadką, kiedy księżna weszła do gabinetu. Stanowisko pracy Pistis znajdowało się w Empireum, stolicy kraju, na pierwszym piętrze pałacu palatyna. Cassielle wolała mieć medyka pod ręką, a Sophia być blisko swojego męża, który pod nieobecność palatyn praktycznie sprawował pełnię władzy.

Zazwyczaj odwiedzało nas mnóstwo aniołów i to nie tylko z powodu jakichś problemem ze zdrowiem. Lekarka była bowiem lubiana i utrzymywała wiele kontaktów towarzyskich ze swoimi podopiecznymi. Niby podobnie było w przypadku tajemniczej „lady”. Przychodziła, by porozmawiać z Sophią o jakichś błahostkach, co czasem szczerze irytowało zapracowaną lekarkę. Zwykła wówczas mawiać mi, że niektórym kobietom zbyt dobrze się powodzi, ale kiedy pytałem, czemu sama nie weźmie sobie wolnego, pogardliwie prychała, wymownie pukając się w czoło. Rozśmieszała mnie tym i nie musiała nic więcej dodawać – oboje byliśmy niepoprawnymi pracusiami.
Dama z Zoa stanęła na progu i szybkim spojrzeniem zlustrowała gustowne, kobiece wnętrze gabinetu, poświęcając mi ułamek sekundy.

– Witaj, Sophio… – skinęła na lekarkę, której na jej widok papiery spadły na podłogę.

Nie zrażona tym księżna z gracją podała jej dłoń. Pistis wytarła ręce w suknię i krótko ją uścisnęła.

– Pozbieraj papiery, Raph!- powiedziała do mnie sucho, a diablicy wskazała krzesło, żeby usiadła.

– Dlaczego Raphael ma zbierać twoje papiery?- wtrąciła uprzejmie, nie zajmując miejsca.

Coś w jej głosie oznajmiło mi, że ona także nie przepadała za Sophią.
„Po co więc tutaj przychodzi? – pomyślałem – Chyba nie z mojego powodu?”
Cóż, jak się później okazało, zdecydowanie nie z mojego. Ale wtedy z wrażenia, że mogłoby tak rzeczywiście być, zamarłem pochylony nad kartkami.

edressme_1865_11908483.jpg
Wyglądała zjawiskowo. Ubrała połyskującą, brązową suknię z trójkątnym dekoltem, odsłaniającym jej obojczyki i dyskretnie sięgającym zagłębienia między okazałymi piersiami. Rękawy od sukni były rozcięte do łokci i obszyte perłami. Jej długą, łabędzią szyję również zdobił sznur pereł, kontrastując z czekoladowym odcieniem skóry i kolorem kreacji. Kręcone, bujne, czarne włosy ujarzmiła przy pomocy szerokiej, złotej przepaski z wygrawerowanym symbolem słońca, jak się później okazało, godłem Luvah – jej piekielnej prowincji.
Sophia oparła dłonie na biodrach, z politowaniem marszcząc brwi.

– Dlatego, że jest moim podwładnym! Może nie zauważyłaś?

– Przepracowujesz go. – wzrok księżnej powędrował w moją stronę.

Miała duże, piwne oczy, okolone gęstymi, ciemnymi rzęsami. Żadna kobieta nie potrafiła tyle wyrazić jednym spojrzeniem… I ten uśmiech… Kuszący, uroczy…fałszywy…

– Za bardzo go wykorzystujesz, moja droga!- dodała, zwracając swój cudny uśmiech na Pistis.

Ta z trudem się nie skrzywiła i już prawie słyszałem jej poirytowane „na litość Boską!”, które wypowiadała za każdym razem, gdy coś ją naprawdę osłabiało.

– Na jego własne życzenie, lady! – ostatecznie tylko wzruszyła ramionami. – Prawda, Raph?

Zreflektowałem się i bez słowa skinąłem głową w końcu podnosząc papiery. Sophia uważnie na mnie spoglądała, jakby doskonale wiedziała, co chodziło mi po głowie. Była bystrą, konkretną kobietą, imponującą swoją zaradnością i niezależnością. Zophiel wielokrotnie opierał się na jej radach czy dyskretnych sugestiach i nigdy źle na nich nie wyszedł.
Zawsze starannie się ubierała w eleganckie, długie suknie z gorsetami i wyszukaną biżuterię. Miała długie, brzoskwiniowe włosy, które często czesała w dwa warkocze albo jeden, francuski oraz ciemnoniebieskie, duże oczy. Była przy tym drobna i filigranowa, ale dość wysoka, choć nie dorównywała wzrostem posągowej, jakby wykrzesanej z czarnego marmuru demońskiej księżnej. W ogóle na jej tle znacznie traciła na urodzie i niestety nawet jej energia i żywiołowość nie były w stanie tego zrekompensować. Tak, owszem. Sophia posiadała dość choleryczne usposobienie, ale i dobre serce. Łatwo można było to wyczuć i pewnie dlatego wzbudzała zaufanie, tak potrzebne w naszym zawodzie.
Starannie ułożyłem kartki na skraju jej biurka. Zapadła chwila krępującej ciszy. Obie kobiety mierzyły się badawczym wzrokiem, a ja, jakby przywiązany do blatu, stałem bez ruchu, czując się jak ostatni kretyn.
I wtedy pojawił się mój wybawiciel, książę na białym rumaku, od tamtej pory przeklęty przeze mnie wszelkimi, możliwymi przekleństwami, szczerze znienawidzony, ale i szczerze pokochany… Taa… I kto powiedział, że nie mam poczucia humoru, skoro z nim jestem?
Do gabinetu wtargnęli dwaj aniołowie. Nie. Właściwie wpadli, jak całe stado wściekłych demonów, prawie wyrywając drzwi z framugi. Sophia złapała się za głowę, a „lady” w porę zdążyła usunąć im się z drogi. Elegancki brunet opierał się na ramieniu (niech będzie – przyznam to!) przystojnego rudzielca, który w porównaniu ze swoim towarzyszem wyglądał jak nieokrzesany prostak, odziany w rozchełstaną, biała koszulę bez żadnych ozdób, brunatną kamizelkę i obcisłe ciemne spodnie, z nogawkami wetkniętymi w cholewki długich, sznurowanych butów. Jak widzicie, ja też doskonale pamiętam, nawet jak był ubrany Michael podczas naszego pierwszego spotkania. Tak – to on był tym rudym wariatem. Z resztą nadal nim jest. Od tamtej pory praktycznie nic się nie zmienił. Ja tak.

Natomiast brunet boleśnie z nim kontrastował, ubrany w staranny, kompletny strój anielskiego szlachcica i trochę stonowanej biżuterii. Wyglądał tak wytwornie, że ktoś, kto nie znał naszej rzeczywistości, mógł nawet wziąć go za palatyna.

– Cześć, Pistis! – przywitał się rudy i bez ceregieli popchnął swojego towarzysza na lekarskie łóżko umiejscowione tuż obok biurka.

– Niech cię jasny szlag, Mika!- krzyknęła Sophia, w porę łapiąc bruneta za rękę, nim bezwiednie uderzył głową o ścianę. – Jesteś chodzącym kataklizmem!

– Chodzący kataklizm? A to dobre! – roześmiał się irytujący osobnik, nazwany „Mika” i kompletnie stracił zainteresowanie lekarką oraz poszkodowanym aniołem.

Rozejrzał się po gabinecie. Miał „rozbiegane” oczy. Pomyślałem, że musiało to oznaczać jego całkowitą ignorancję. Ktoś taki, jak on, interesował się wszystkim i niczym. Ani trochę nie wzbudził przez to mojej sympatii.

– Na litość Boską, powinieneś być bardziej ostrożny! – o, tak; Sophia była wyprowadzona z równowagi…

– Przecież jestem ostrożny! – klasnął w dłonie, posyłając lekarce promienny uśmiech.

Przysiadł na skraju biurka, właściwie tuż obok mnie, nie zaszczycając mnie ani jednym spojrzeniem. Standard. Byłem niezauważalny… Przyglądałem się jego niezwykle męskiemu profilowi i charakterystycznym, wydatnym kościom policzkowym, stwierdzając, że mimo niezaprzeczalnego faktu, że był cholernie przystojny, nie posiadał więcej żadnych atutów. Promieniował pewnością siebie oraz wewnętrznym optymizmem, a także próżnym zadowoleniem bez żadnego, wyraźnego powodu. Zapisałem to na jego kolejny minus.

– Sophio, to wariat! – odezwał się w końcu brunet, słabym, obolałym głosem. – Nie pozwól mu się do mnie zbliżać!

– A co się stało, do cholery?! – anielica rozpoczęła śledztwo, wykazując coraz większe zniecierpliwienie; poznałem to po przekleństwie – zaczynała przeklinać, kiedy brały ją ostateczne nerwy…

– Nic szczególnego – Mika wzruszył ramionami, znowu się uśmiechając, tym razem z rozbrajającym zakłopotaniem. – Chciałem się tylko przywitać…

– Przywitać?! – drugi anioł nie wierzył własnym uszom. – Chyba jesteś niepoważny, debilu! Zepchnąłeś mnie z balkonu! I mówisz, że to nic szczególnego?!

– No wiesz? Przecież przeprosiłem! Powinieneś mi podziękować, że cię tutaj przyprowadziłem! No, co za niewdzięcznik! – oburzył się rudy.

– Prędzej się pałac palatyna zawali niż ja ci podziękuję!

– Żebyś się nie zdziwił, jakie to może okazać się realne!

– Dość!!!! – wrzasnęła Pistis, odwracając wściekłe oblicze w stronę Miki. – Nie wytrzymam tego dłużej! Zamknij się, Michael, bo nie ręczę za siebie! I złaź z mojego biurka!

Rudy wcale się tym nie przejął. Bezradnie rozłożył ręce i pozostał na miejscu. W dodatku zaczął machać nogami.

– Dlaczego on się tak do mnie doczepił? – jęknął brunet, a Sophia uspokajająco odgarnęła mu włosy z czoła.

– Leż spokojnie, Urielu – odparła. – Zaraz powinieneś poczuć się lepiej. Połamał ci żebra, co?

Położyła dłoń na jego piersi i skupiła swoją moc na ranie anioła. W dużej mierze na tym właśnie polega anielskie leczenie, choć czasem musimy uciekać się do tradycyjnych metod. Na przykład na polu walki. Dużo zależy również od wewnętrznej mocy pacjenta i jego chęci do wyleczenia swojego schorzenia. Osobiście miałem parę przypadków, których nie dało się wyleczyć mocą, bo po prostu podświadomie nie chcieli być wyleczeni i moja uzdrawiająca siła natrafiała na solidne bariery niemożliwe do pokonania.
Baron Uriel zdecydowanie pragnął być wyleczony, bo Sophii bardzo szybko poszedł ten zabieg. Już po chwili po ranie anioła nie było nawet śladu.

– I co? – zaciekawił się Michael, przechylając się w stronę lekarki i Uriela.

– Czuję się doskonale i publicznie obiecuję ci, że za wszystko mi zapłacisz, psycholu! – warknął baron, obdarzając Mikę groźnym spojrzeniem.

– Hola, hola! – wtrąciła Pistis. – Niech mi tylko któryś, spróbuje się awanturować w moim gabinecie, to własnoręcznie go wypatroszę!

– Chciałbym to zobaczyć… – zakpił Michael, zakrywając usta, żeby stłumić chichot.

Teraz również Sophia zamierzała się na nim zemścić, ale cały jej zapał prysnął, gdy rozległ się cichy, uroczy śmieszek demońskiej księżnej. Mika tak mocno przyciągnął moją uwagę, że zapomniałem o jej obecności. Najwyraźniej Pistis też, bo cała się zjeżyła ze złości. Natomiast rudy z zaciekawianiem uniósł brwi i w końcu uśmiechnął się do ciemnej piękności. Zszedł z biurka i bezceremonialnie wyciągnął do niej rękę.

– Cześć, kochanie… – powiedział. – Jesteś jedyną ozdobą tego ponurego miejsca! Wszyscy są na mnie cieci jak kuchenne noże, ale mimo to odważę się przyznać, że wyglądasz po prostu zachwycająco! Mam na imię Michael, ale możesz mówić mi Mika.

Mówiąc, że wyglądała zachwycająco, najprawdopodobniej wypowiedział myśli wszystkich osób, znajdujących się w gabinecie. Uriel również patrzył na nią z uznaniem, a Sophia pałała chęcią skręcenia karku Mice za to, że nazwał księżną „jedyną ozdobą tego ponurego miejsca” i pewnie w duchu z ogromnym bólem przyznawała mu rację. Taa… Sophia i jej głupie kompleksy…
Ja byłem do głębi oburzony jego bezczelnością. Sprowadził moją „ukochaną” do sfery profanum, gdzie zdecydowanie nie było dla niej miejsca! Z niecierpliwością spojrzałem na „lady” przekonany, że potraktuje natręta tak, jak na to zasługiwał. Czekało mnie jednak wielkie rozczarowanie. Uśmiechnęła się i po męsku uścisnęła jego dłoń.

– To dla mnie zaszczyt poznać młodszego brata Lucyfera! – odpowiedziała szczerze rozbawiona. – Mam na imię Lamia.

– Cóż za piękne imię! – zaśmiał się głośno, nie puszczając jej dłoni. – Ale co to za zaszczyt poznać młodszego brata Lucyfera? Nie posiadam żadnych tytułów, politykę pozostawiam bratu, a w dodatku nie promieniuję żadnym majestatem!

Pochylił się i złożył długi pocałunek na jej ręce, a ja dołączyłem do szerokiego grona osób, zgromadzonych w tym pomieszczeniu, które chciały go natychmiast zamordować!

– Jesteś naprawdę uroczą osobą, Michaelu!
Jak jasna cholera!!!
– Och, mam rozumieć, że to był rewanż za mój wcześniejszy komplement?
– Który?
– Że jesteś jedyną ozdobą tego miejsca!

Lamia spojrzała za jego plecy prosto na bezsilnie wściekłą Sophię. To był triumfujący wzrok…
– A był szczery?
– Owszem, choć przyznaję, w swoim miłosnym szale znacznie się zagalopowałem… Bo przecież w naszym kraju nikt nie dorównuje Pistis Sophii, a zwłaszcza w jej własnym gabinecie…

Błyskawicznie odwrócił się i niespodziewanie objął lekarkę, całkowicie ignorując gniewny grymas na jej twarzy. No tak. Nie było już nikogo, kto nie chciałby go zabić, bo Lamia nie kryła swojego zniesmaczenia.
– Ale w Zoa pewnie jesteś najpiękniejsza! – dodał słodko, mocno ściskając Sophię, nie zwracając uwagi, że próbowała się oswobodzić.
– Pewnie tak – odparła chłodno księżna.
– Patrzcie go! Podrywacz się znalazł! Jak słoń w składzie porcelany! – odezwał się w końcu Uriel, jakby zrobiło mu się żal tego idioty. – Panienki prędzej popełnią przez ciebie samobójstwo niż się tobą zainteresują!

– Jak możesz! – Mika parsknął śmiechem, a do mnie w zwolnionym tempie wreszcie dotarło, że przez cały ten czas napierdalał się ze wszystkich, w tym również z siebie. – Jak się zabiją, to ja razem z nimi!
– Nikt się nie będzie przez ciebie zabijał! – prychnęła Sophia, przestając się bronić. – Zabij się sam!
– Właśnie – poparł ją baron i wstał z łóżka.
– Ależ się uśmiałem! – skomentował rudy. – Po prostu przednie! Urielku, może ci pomóc?

– Nie zbliżaj się do mnie i mnie nie dotykaj!!! – oburzył się od razu baron, dziarskim krokiem ruszając w stronę drzwi. – Dziękuję ci, Pistis! – skinął głową w stronę lekarki, która zdążyła się oswobodzić z objęć Miki. – Do widzenia! Żegnam również panią! – dodał, uśmiechając się do obrażonej Lamii.

Szarmancko pocałował obie kobiety w rękę, mnie zignorował, jak robiła to większość pacjentów i wyszedł, nie oglądając się na Michaela. Zrobił na mnie dobre wrażenie, bo trzymał w ryzach szurniętego braciszka Lucyfera. W ogóle cała jego osoba była godna podziwu. Poruszał się jak prawdziwy arystokrata: wyniośle i z godnością, która nie pasowała do jego młodego wieku.

– Musiałeś go bardzo zdenerwować… – zauważyła Pistis, już nieco udobruchana i rozpogodzona – zazwyczaj nic nie jest w stanie sprowokować Uriela…
– No właśnie. Ciebie też… – Mika uśmiechnął się znacząco.
– Tylko nie mów mi, że wyłącznie o to ci chodziło!
– Cha! Cha! Cha! A jeśli tak, to co? No, cóż. To ja też lepiej pójdę… Uriel zbyt długo beze mnie nie wytrzyma! – zerknął na ponuro milczącą księżną. – Pani Lamio, przecież to tylko takie żarty!

Teatralnie się przed nią skłonił, a następnie pocałował Pistis w policzek. Lekarka odetchnęła z ulgą, że wreszcie się go pozbędzie.
Był już przy drzwiach, kiedy rzucił ostatnie spojrzenie na gabinet i… zauważył mnie!!! Skurwiel mnie zauważył!!! Patrzył prosto na mnie zdumionym wzrokiem. Nie wiadomo dlaczego moje serce zaczęło bić przyspieszonym rytmem, jakby zaraz zamierzało wyskoczyć z piersi. Jeszcze bardziej go za to znienawidziłem. Byłem w szoku, że zwrócił na mnie uwagę. W napięciu czekałem, co się teraz wydarzy, ale on po prostu uśmiechnął się tym swoim kretyńskim uśmiechem i powiedział:

– O! Ty też tutaj byłeś? Czemu cię nie dostrzegłem?! Stałeś obok mnie!
Nie czekając na moją odpowiedź, odwrócił się do drzwi.

– No to cześć mały!!!
***
Wieczorem, kiedy Sophii udało się również spławić Lamię, zapytałem, kim dokładnie byli ci dwaj aniołowie. Rzecz jasna bardziej interesował mnie bezczelny rudzielec.

– Ach, to byli Michael i Uriel. Mika to taka gwiazdeczka, jak pewnie zauważyłeś. Nie można do końca traktować go poważnie – wyjaśniła Pistis, popijając herbatę z małej filiżanki.

Siedziałem naprzeciwko niej, także sącząc herbatę.

– Ale wiesz, Mika nie jest zły. A na pewno jest zupełnie inny niż jego chorobliwie ambitny i zarozumiały brat Lucyfer. Jeśli Lucyfera wszyscy się obawiają i darzą szacunkiem, to Michaela odwrotnie – wszyscy uwielbiają, ale i przez to lekceważą. Nie ulega wątpliwości, że jest znany dzięki swojemu… hm… oryginalnemu sposobowi bycia. Kocha wnerwiać barona Uriela, bo on jest znowu bardzo zrównoważony, wręcz oschły i niedostępny. Cóż… Ja osobiście uważam, że Mika jest w stanie sprowokować każdego, mając wystarczająco dużo czasu i możliwości!

Sophia wiedziała, co mówi. Choć w chwili, gdy wypowiadała swój osąd o Michaelu, nie przypuszczałem, że będą to słowa prorocze! I że kiedyś Mika uczyni mnie swoim królikiem doświadczalnym…

Koniec

Tekst: Magdalena Pioruńska

Rysunek: Pangea

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *