Warcholstwo w Big Brotherze

Były idiotyczne sitcomy. Były też programy, w których gwiazdy tańczyły na przeróżnych powierzchniach. Oglądałem i myślałem, że to odkrywanie kolejnego dna infantylizmu musi się kiedyś skończyć. I stało się. Producenci programu Big Brother V tym razem ustawili poprzeczkę na szokująco niskim poziomie.

Poszło o niejakiego Józefa W. – byłego mistrza świata w kick boxingu, niedoszłego radnego z ramienia koszalińskiego odłamu Samoobrony. Ten człowiek, który wśród lokalnej społeczności jest synonimem troglodyty, sprawił, że po raz kolejny będziemy się zastanawiać nad etycznymi granicami wyznaczanymi przez widowiska telewizyjne.

W piątkowy wczesny poranek (zapewne po zakrapianej alkoholem imprezie) Józef W. z niewyjaśnionych dotąd przyczyn wpadł w furię i rzucił się z pięściami na uczestników telewizyjnego show. Sytuacja zapewne szybko zostałaby opanowana przez samych domowników, gdyby nie fakt, że większość z nich to uprawiające „shopping” młode i jędrne dziewki, góral prosto z karczmy na Krupówkach, mięśniak-transseksualista i ewidentny gej noszący pseudonim zarezerwowany dla disneyowskiej syrenki. Jak widać, rekrutacja do programu przebiegała dość niespodziewanymi torami.

Jeśli do tej grupy dodamy wspomnianego wyżej Józefa W. o absolutnie unikalnych cechach osobowościowych i fizycznych, to otrzymamy niemal gotowy materiał na telewizyjny hit na miarę XXI wieku.

Co ciekawe, ten polski Chuck Norris, który zamiast dyskutować woli wykonać cios z półobrotu, był już w swym rodzinnym mieście kilkakrotnie karany za pobicia. Nie było to jednak wystarczającą przesłanką dla Szanownej Komisji Weryfikacyjnej, by zrezygnować z proponowania Józefowi W. udziału w programie. To pozwala nam domniemywać, że producenci, chcąc ratować program przed rażącym niedoborem widzów, świadomie wpuścili wspomnianego osobnika do tego skansenu Bezsensu i Bezmyślności.

Na udostępnionym przez twórców programu materiale mogliśmy obejrzeć migawki z porannej zadymy. Widzieliśmy przerażonego mężczyznę średniej budowy ciała uciekającego przed rozpędzoną krzyżówką pitbulla i rosyjskiego czołgu. Doprawdy trudno się dziwić, że uciekał, bo w kwestii budowy fizycznej ich podobieństwo dotyczyło jedynie genotypu, a jakakolwiek werbalna konfrontacja oznaczałaby dla niego niezwykle poważne urazy mechaniczne. Całe zajście musiało trwać co najmniej kilkanaście minut.

Na razie nie wiadomo jak zakończyła się cała historia. Uczestnicy najpewniej zostali ewakuowani ze skansenu tylnymi drzwiami, a ochrona starała się jakoś obezwładnić rozwścieczonego zwierza. To widowisko zarezerwowane było jednak dla wtajemniczonych z ekipy BB, którzy obserwowali całe zajście poprzez sieć kamer.

Na stronach Głosu Koszalińskiego czytamy relację Józefa W.: – Spokojnie spałem sobie w sypialni, gdy podszedł do mnie „Góral” (czyli Janusz Strączka) i powiedział: Józek, wstawaj idziemy się bić. Zignorowałem go, a on usiadł na moim łóżku i pochylając się w moją stronę powtórzył: chcę się z tobą lać. No to chwyciłem go za szyję. Polała się krew. Wówczas do pokoju wpadli inni i zaczęli mnie kopać. To mnie rozwścieczyło na dobre. Wygląda zatem na to, że mieszkańcy skansenu po dobrej imprezie postanowili zapolować na prawdziwą zwierzynę, stosując atak znany raczej z filmów dokumentalnych o kanadyjskich wilkach, niż z programów typu reality show. Owszem, dochodziło już wcześniej do rękoczynów, ale były to raczej drobne wyskoki, a nie zmasowany atak rozwścieczonej grupy zwyrodniałej młodzieży na starego, poczciwego misia.

Nikt jednak przy zdrowych zmysłach w tłumaczenia Józefa W. nie uwierzy. Oglądając wcześniejsze migawki z programu można było się doskonale zorientować w intelektualnych możliwościach naszego bohatera, dla którego najlepszym argumentem jest porządny sierpowy na szczękę rozmówcy. Szokujące, że producenci programu nie zdecydowali się usunąć Józefa W. już dzień wcześniej, kiedy dopuścił się on przemocy fizycznej wobec wspomnianej już małej syrenki.

Sprawa będzie miała zapewne szersze konsekwencje. To, co wydarzyło się w skansenie BB podlega pod Kodeks Karny, a działania zarówno Józefa W., jak i producentów programu wyczerpują znamiona czynu zabronionego. W moim przekonaniu w równym stopniu winne są bowiem obydwie strony.

W tej kwestii mnożą się również pytania: jakie były prawdziwe przyczyny i przebieg akcji? Dlaczego program na własne życzenie opuściła jedna z uczestniczek? Jak szybka była interwencja ochrony? Co się stało z Józefem W.: czy do zajścia wzywana była policja?

Wydaje się, że w najlepiej rozumianym interesie producentów jest jak najszybsze rozwianie powyższych kwestii. W przeciwnym razie możemy się spodziewać zdecydowanych reakcji ze strony KRRiTV ze zdjęciem programu z anteny włącznie.

Prawda jest jednak taka, że producenci (zapewne po konsultacji z prawnikami) w niedzielnym programie pokazali dokładnie tyle, ile mogli, nie narażając się przy tym na zarzuty o gloryfikowanie przemocy w programie, który oglądają głównie osoby niepełnoletnie. Dlatego prezenterzy z idiotycznym uśmiechem bagatelizowali całą sprawę, choć nadmuchany już kilka dni wcześniej medialny balon dawał widzom jasno do zrozumienia, że w programie na żywo dowiedzą się CAŁEJ prawdy, a nie tylko tej, którą już znali od piątku.

Okazuje się, że twórcy skansenu BB potrafią zarobić nawet na aktach wandalizmu i przemocy: przecież już od trzech dni było wiadomo, że Józef W. (który był karnie nominowany do opuszczenia skansenu) nie jest już w programie. Dlaczego w takim razie na stronie internetowej nadal figurował jako aktywny uczestnik programu? Dlaczego tuż obok jego gęby pojawiały się zachęty do smsowego głosowania na swojego faworyta do wyjścia ze skansenu?!

Pomyślałem sobie, że osoby odpowiedzialne za aktualizację strony najpewniej pojechali sobie radośnie na weekend za miasto. Tymczasem w czasie programu na żywo, kiedy prowadzący przekazał informację o anulowaniu głosowania z powodu piątkowych zajść, gęba Józefa W. w jednej chwili przestała być okraszona belką „nominowany”. Wychodzi więc na to, że widzowie niepotrzebnie trzaskali smsy przez trzy dni. Przecież to jest najnormalniejsze złodziejstwo! Ci, którzy dali się nabrać na ten przekręt powinni otrzymać swoją kasę z powrotem, a producent jest im winien przeprosiny.

Z czym można zatem porównać poziom niedzielnego programu na żywo? Z niczym. Jakiekolwiek porównanie będzie tak dalece krzywdziło tę drugą stronę, że z czystej przyzwoitości nie pokuszę się o żadną kwiecistą wypowiedź w tej kwestii. Bo zachowanie producentów skansenu BB jest, trzeba przyznać, dość pionierskie w dziedzinie otępiania publiczności.

Trochę tylko żal, że uczestniczyłem w tym jarmarku debilizmu do samego końca, świadomie podnosząc oglądalność tego koszmarnego show. Ale spokojnie – to był pierwszy i ostatni raz.

Szkoda też miasta Koszalina, które wcześniej kojarzyło się z Lepperem, a teraz jeszcze na dodatek zacznie kojarzyć się z Warchołem. Całe szczęście, że reszta Polski ma do czynienia z warcholstwem jedynie za pośrednictwem telewizji.

Michał Stankiewicz

3 thoughts on “Warcholstwo w Big Brotherze

  1. Z wielką przyjemnością oddaję się sporządzonemu łojeniu intelektualnemu tej chorej brei. Taka przemoc (intelektualna) powinna być emitowana w dzień i w noc, żeby trochę odtumanić to skapcaniałe, bezmózgowo zamerykanizowane społeczeństwo. Ja już nawet nic nie słyszałem o tym skisłym, kiłą cuchnącym „skansenie”, od lat.

  2. Najbardziej zaskakujące jest to, że ludzie chcą w tej „imprezie” brać udział, a reszta bez przymusu ogląda.. i to nie tak jak autor tekstu- myśląc przy tym, poddając krytyce i ironii, ale biernie się fascynując i czekając na każdy następny odcinek..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *