Nie cierpię (rozdział 8)

Rozdział 8: W NIEZNANE

– Ty emocjonalny popaprańcu, ty związkofobie – Weronika poleciała panną Jones. – Nic się nigdy nie mogłam dowiedzieć. Siedem lat razem, a traktujesz mnie jak byle pizdę z ulicy. Zero zaufania. Mogłam pytać i pytać i zapytać się na śmierć, a ty że nic, nie wiesz o co mi chodzi, co się czepiam, lepiej żebym się zajęła czymś pożyteczny, wszystko jest w porządku, cacy, tiptop – Freud to chyba nazywał projekcją. – I sru wylewać żale na komputer. Myślisz, że nie wiedziałam, że mnie obsmarowywałeś w tych swoich pożalsięboże powieściach? Wszyscy znajomi się ze mnie śmiali! Nie było tygodnia, żeby ktoś nie rzucił jakiejś aluzji. Byłam tą, tą i tamtą, ale oficjalnie niczego nie rozumiałam, nic do mnie nie docierało.

(Tutaj muszę przyznać się do winy. Prawda, Weronika stanowiła dla mnie niewyczerpane źródło inspiracji. Szczegóły z naszego (po)życia przenikały na kartki moich powieści, opowiadań. Z tym, że ja traktowałem je jako smaczki, przyprawy, którymi mogliśmy cieszyć się w zamkniętym gronie. Z drugiej strony, jak na kogoś, kto nie doczytał żadnej do końca, Weronika miała podejrzanie dużo pretensji do ich zawartości.)

***

Idę tam, gdzie idę, nie idę, gdzie nie idę, idę tam, gdzie lubię, nie idę, gdzie nie lubię…

(Zgadnijcie, jaki jest mój ulubiony artysta estradowy.)
Idę do mojej Astry przez parking, na którym ciągle ktoś się kręci, zwłaszcza wieczorami. Mijam panienkę w czerwonej, obcisłej sukience, która kończy się gdzieś pomiędzy jej kroczem, a kolanami, bliżej krocza, niż kolan, ale mnie to nie obchodzi, ja mam swój cel, ćwierkam pilotem zamka centralnego i alarmu i jestem już odcięty od tego miejskiego folkloru.
Na Warszawskiej wyprzedza mnie jakiś szaleniec w pamiętającym socjalizm BMW. Kozak niemal ociera się o mnie, odbija od krawężnika i skręca w Korfantego. Krzyżyk na drogę. Na rondzie nie będziesz miał tak łatwo.
Przejeżdżam trzy skrzyżowania z dziwną łatwością, jakby nikomu nigdzie się nie spieszyło, ludzie, jest sobota wieczór, pora dobierać się w pary, szaleć, szaleć, szaleć!

Uspokajam się. Wchodzę do „Fortepianu”, siadam w rogu, twarzą do drzwi. Nie przeoczę jej, choćby nie wiem, co próbowała. Rozpoznam ją po tym, że ona rozpozna mnie. Tak. Zaczepi na mnie wzrok i będzie udawać, że jestem jej kompletnie obcy. Odwróci głowę, by zaraz z uśmiechem do mnie podskoczyć, powiedzieć to ja z szerokim gestem i oczekiwać zaskoczenia. Ale zaskoczenia nie będzie, nie będzie…

Podchodzi kelnerka z wielką tacą, menu i kartą win. Kłania się nisko, prosi, żebym wybrał. Wybieram czerwone Martini, słodkie, pieprzyć świętoszków od piłeś, nie jedź, na mieście i tak nie ma nigdy kontroli, ja jeżdżę spokojnie, co by się nie działo.

To jakiś ekspres bar, po minucie już mam w dłoni kieliszek, łykając wino obserwuję drzwi. Otwierają się, wchodzi parka japiszonów, on w jedwabnej koszuli, ona w sukience, z której parę minut wcześniej pewnie zwisała jeszcze metka. Siadają na tyle blisko, że łapię strzępki ich błyskotliwej konwersacji. Szkoda, że nie jestem pisarzem-realistą, bo mógłbym je wykorzystać, materiału by nie zabrakło, plotkują na całego, biurowa winorośl działa bez zarzutu.

Powracam wzrokiem na drzwi, bo słyszę zgrzyt klamki. W progu staje znajoma postać. Odnajduję w pamięci imię, krótkie, trzyliterowe. Ola. Dziewczyna, którą z ogromnym trudem udało mi się spławić jakiś czas temu. Kulę się, żeby mnie nie zobaczyła, ale ona odnajduje mnie, jakby po to właśnie się tu zjawiła. Nie ma wyjścia, muszę się przywitać.

– Adam, kopę lat, co tu robisz? – dosiada się do mnie, nie czekając na ewentualne zaproszenie lub protest.
– Cześć – burczę, mając nadzieję, że właściwie zinterpretuje sygnał. – Jestem umówiony. Na ósmą.
– No popatrz! Ja też! Poczekamy razem?
Pomysł szalony, mam ochotę ją udusić. Brakuje jednak argumentów przeciw. Ola kiwa ręką na kelnerkę i w tym samym ekspresowym tempie zostaje obsłużona.
– No to opowiesz mi o niej? – zagaduje, mrużąc oczy.
Gdyby nie nerwowość, która nade mną całkowicie panuje, cieszyłbym się widokiem jej ślicznej twarzy, zwłaszcza ust, którym brakuje pełności ust Angeliny Jolie, lecz które mają w sobie coś więcej, wyraz, znaczenie, charakter. To usta do mówienia, całowania, nie obnoszenia się z nimi przed obiektywami aparatów.
– Co chcesz wiedzieć?
– Jak ma na imię, jak wygląda, jak się poznaliście, wiesz, standardowa deskrypcja.
Milczę. Moje wargi poruszają się, gdy ja szukam jakiejś sensownej odpowiedzi, która nie byłaby jednocześnie kłamstwem. Ja, urodzony kłamca, zmyślacz profesjonalny, odczuwam nagłą awersję do zwykłej, pospolitej towarzyskiej ściemy. Lacrimosa, nie wiem, przez net nie przejdą mi przez gardło. Kicha.

– Jak wejdzie, to ją sobie obejrzysz i przepytasz – bąkam niepewnie.
O dziwo, taka odpowiedź jej odpowiada, wydaje się odpowiednia.
– Spoks. Utniemy sobie taki krótki gerltugerl czat. Kobieta kobietę zawsze zrozumie. No, chyba że pomiędzy nie wejdzie facet. Ale ty nie będziesz wchodził pomiędzy nas?
– Gdzież bym śmiał.
– Dobrze. Bo mógłbyś tego pożałować.
– Nie wątpię.
Sączy swojego drinka podejrzanie nieprzejęta upływem czasu. Ja coraz bardziej rozpaczliwie zerkam na te cholerne drzwi. Mojej cudownej Lacrimosy jak nie było, tak nie ma.
– Boisz się, że cię wystawiła?
– Nie, no coś ty, ona nigdy by mnie nie wystawiła – mówię bez przekonania.
Dżek jest tu ze mną, gdzieś w zasięgu wzroku, lecz poza polem widzenia. Moja uwaga skupia się na tym, co chcę zobaczyć, on może być i może nie być, lepiej nawet, gdyby go nie było. Dobrze chociaż, że siedzi cicho, nie próbuje przedrzeć się na pierwszy plan. Dzięki mu za to.
– Tak dobrze ją znasz?
– Wystarczająco dobrze.
– Zazdroszczę ci tej pewności. Bo mój to chyba mnie wystawił. Cóż, taki jest los podchodzącej pod trzydziestkę nauczycielki angielskiego. Na szczęście mam jeszcze ciebie… chociaż do czasu, aż twoja lejdi się pojawi.
Kiwam głową, że taktak, aż się pojawi, potem żegnaj, mała, każde zajmie się swoimi interesami.
– Masz jej numer?
Mam jej numer. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałem? Wymieniliśmy się nimi dzisiaj rano, dżast in kejs, jak powiedziała. Dziesięć po ósmej chyba kwalifikuje się jako kejs…
Wyciągam komórkę, wybieram jej nika ze spisu. Naciskam klawisz z zieloną słuchawką, przykładam telefon do ucha. Sygnał.
I dzwonek w formie uroczej przeróbki „Living La Vida Loca”.
– O, no popatrz, do mnie też ktoś akurat dzwoni. Może to ten mój niewierny? – Ola śmieje się i sięga do torebki. – Słucham?
Słucham w mojej słuchawce i słucham tuż przede mną, schizofreniczne stereo, głos zniekształcony, głos czysty; któremu odpowiedzieć?

Świadomość pierwsza spływa na Dżeka, który wyłania się spod stołu, właściwie to przenika przez blat, wynurza się jak spod powierzchni wody. Ja wolę nie wiedzieć, odrzucam oczywiste fakty. Pozwolicie, że jeszcze trochę się pookłamuję, dobrze? Tak? Nie?
– To ty… – mówię słabym głosem. Potrzebuję czegoś dużo mocniejszego niż marne Martini.
– To ja – przyznaje, zadowolona. – O boj, o boj, szkoda, że nie widziałeś swojej miny. Ale należało ci się. Za tamtą noc. Jak głupia leciałam z domu, a ty wywinąłeś mi taki numer, jak ostatniej zdzirze z Bankowej.
– Nie wiedziałem…
– Że się w tym wszystkim pokapowałam? Że chciałeś tylko się mnie pozbyć, żeby startować do tej drugiej? I czemu akurat do niej? Nie jestem wcale gorsza…
(W przypływie idiotycznej szczerości, podczas jednej z naszych internetowych rozmów, wyspowiadałem się jej, wtedy jeszcze Lacrimosie, z akcji Ola-Olga. Wtedy nie wydawała się specjalnie oburzona.)
– Jasne, że nie jesteś – zapewniam ją pospiesznie i szukam ucieczki w kieliszku.

Przypomina mi się moja pierwsza randka. Miałem piętnaście lat i też uciekałem w szkło. W szkle była Coca Cola, ale to nie zmienia faktu. Tchórzyłem wtedy i tchórzę teraz. Wtedy skończyło się na machnięciu ręką na pożegnanie i nieprzekonujących zapewnieniach, że było fajnie i na pewno to jeszcze powtórzymy; na czym skończy się teraz? Przy odrobinie szczęścia tym razem może niczego na moją towarzyszkę nie wyleję.
– A zresztą… zostawmy to. Było, minęło. Co ty na to?
– Racja, racja – potakuję.
Jeśli w ciągu następnych pięciu minut nie odnajdę mojego rozumu zagubionego gdzieś między falami strachu, to będzie naprawdę źle.
– To zjemy coś, pisarczyku?
Olśnienie, piękne, proste, quasimistyczne olśnienie.
– Zarazzaraz – groźnie wznoszę wskazujący palec. Jej wzrok koncentruje się na idealnie przyciętym paznokciu. – Czy ty czasem nie mówiłaś, że twój były pisał horrory? I że mieszkaliście razem?
– Całkiem możliwe. Czemu?
– Ha! – wołam i dla efektu okrzyk powtarzam: – Ha!
– Co za „ha” znowu?
– Didżej pisze science-fiction, nie horrory. I z nikim nigdy nie mieszkał! Ściemniałaś.
– A co za różnica? Sajens fikszyn czy horror, jedna kiła. A że nie mieszkał… no… zanocował parę razy. Prawie to samo… dobra: raz.
Co do punktu pierwszego, zgadzam się z nią, w głębi duszy i z całego serca; SF i horror to gatunki pośrednie w stosunku do fantasy, każdy to wie, King Tolkienowi nie godzien rzemyków u sandałów zawiązywać. Punkt drugi jakoś mniej mnie interesuje.
– Może i jedna, ale…
– Żadnych możeale, pomyliłam się i tyle. Di end. Mam ochotę na pizzę, podobno robią tutaj dobrą. A ty co weźmiesz? Może weźmiemy jedną na spółkę, wyjdzie taniej.
– Eee… – wybiła mnie z rytmu i nie mogę go odzyskać. – Pewnie, czemu nie? Byle bez oliwek. Nie cierpię oliwek.
(Nie cierpię też wszelkiej maści słodkich dodatków do pizzy. Jeśli kiedyś ktoś będzie usiłował nakarmić mnie hawajską, hawańską, indyjską albo aragońską, gorzko tego pożałuje.)
– Dobra, ale musi być ananas, uwielbiam pizzę z ananasem.
Wrrrrrrr.
(Tydzień spędzony na rozmowach przez sieć nauczył mnie tego jakże prostego i jakże efektywnego sposobu przekazywania negatywnych emocji. Czatownicy są tak blisko natury, że Papuasi mogą im pozazdrościć.)
– Wiesz co? Skoro tak lubisz, to dostaniesz też moją porcję – oświadczam wspaniałomyślnie, Adam altruista.
– Nienie, nie chcę cię objadać.
Następną kwestią powinno być: „ależ nalegam”.
– Nalegam – wybieram kompromis pomiędzy imperatywem narracyjnym, a jakością naszego dialogu.
Ola wybucha śmiechem.
– Słyszałam, że aktorzy i pisarze po jakimś czasie zaczynają gadać, jakby czytali teksty z książek albo scenariuszy. Im się wydaje, że ludzie na serio tak rozmawiają. Całe szczęście, że ty jesteś inny.
– Całe szczęście – doceniam jej żart szerokim uśmiechem i dodaję: – Przypomnij, żebym cię zatrudnił do poprawienia dialogów z mojej nowej książki.
– Napisałeś coś nowego?
Prawda jest taka, że nie napisałem niczego (a przynajmniej niczego, co miałoby ręce i nogi) od czasu „Perły”. Megapozytywne recenzje wcale nie pomogły.
– Zabieram się za jedną rzecz – odpowiadam.
Nie skłamałem. Zabieram się za tę jedną rzecz, robię to od prawie pół roku, z mizernym skutkiem. Dobrze, że chociaż chęci mi nie brakuje.

(Za każdym razem, kiedy już-już coś miałem, gdy powstawał fragment, z którego mogła wyrosnąć prawdziwa powieść, jakieś osiemdziesiąt tysięcy słów połączonych w jedną logiczną całość, pojawiały się pytania, wrednie niebezpieczne. Czy aby jest w tym jakiś grubszy sens? Co właściwie chcę przez to powiedzieć? Odpowiedzi że nie, że niewiele, że to ma być zwykła rozrywka, odrzucały mnie, przyprawiały o napady przygnębienia, zniechęcenia, beznadziei. Czy tak właśnie rodzą się poważni pisarze? Czy właśnie przemieniam się w jednego z nich? Pierwszy objaw, słaba sprzedaż „Perły”, już się pojawił. Jeszcze parę takich objawów, a z Astry przesiądę się do Seicento. Wtedy będę mógł z dumą obnosić się z moją niezależnością i bezpardonową niekomercyjnością, jednocześnie nerwowo zerkając na zestawienia przysyłane co miesiąc przez bank.)

– Wam to dobrze. Siedzisz sobie na dupie i czekasz na inspirację. A normalni ludzie w tym czasie od rana do wieczora przy taśmie…
– Ty chyba przy taśmie nie robisz.
– Jak to nie? Zapomniałeś już, jak wygląda liceum? To gorsze niż fabryka Forda. Tłuczemy, tłuczemy, a i tak wypuszczamy siedemdziesiąt pięć procent bubli. Dzięki Bogu nikt nie żąda od nas napraw gwarancyjnych. Dopiero byśmy mieli przesrane.
– I tak mamy przesrane. Ty, ja, tamta pani w różowych stringach, społeczeństwo.
Wreszcie coś zabawnego. Chyba odzyskuję moje cojones. Będzie dobrze.
– Bulzaj – uśmiech. – Jak sobie pomyślę, jakie wybraki dostają teraz maturę, to mi się słabo robi…
Rozmawiamy sobie, miłoprzyjemnie, coraz milejprzyjemniej, konsumujemy naszą wspólną pizzę. Udaje mi się jej wmusić wszystkie kawałki ananasa, za które ona wpycha mi swoje pepperoni. Karmimy się nawzajem, nasze dłonie dotykają się, dotykają ust policzków ramion. Pojawia się między nami bliskość, ta bliskość z gadu-gadu, już i werbalna, i pozawerbalna. Głos Dżeka w prawym uchu mówi mi, że dżyszaj zalyczę, nawet my ne uda szę tego spiepszycz. Ale nie o zaliczenie mi chodzi dziś wieczorem, Ola wypełnia mnie we wszystkich miejscach, które wypełnienia potrzebują, jak dobrze założona plomba sprawia, że znów mogę cieszyć się posiłkiem.
– Zaprosisz mnie do siebie? – pyta przy deserze, lodach firmowych z polewą czekoladową i bakaliami.
– A chcesz, żebym cię zaprosił?
– Siur że tak. Każda kobieta lubi, gdy się ją zaprasza, choćby wcale nie chciała iść. To zwykły komplement, jak masz niezłe cycki albo ten tyłek mogłabyś odlać w brązie i postawić w Sevre.
– Za takie komplementy to się normalnie dostaje w mordę.
– W przeciwieństwie do zaproszenia do czyjegoś mieszkania. Tylko pliz nie zapraszaj mnie na herbatę. Nie cierpię takich wulgarnych eufemizmów.
Kiedy to herbata została wulgarnym eufemizmem? Za moich czasów to była wielce interesująca kolekcja znaczków pocztowych, myślę i zbieram się, by dokonać wreszcie tego zaproszenia.
– Miałabyś ochotę przejść się do mnie?
– Miałabym.
Proste pytanie, prosta odpowiedź. Właściwa odpowiedź.
Ręce zaczynają mi się trząść. Oczekiwanie wypełnia mój umysł kolorowymi, panoramicznymi obrazami, kombinacją moich własnych doświadczeń, scen z setek obejrzanych filmów, moich najdzikszych fantazji. A po możemy jeszcze usiąść i porozmawiać, napić się tej nieszczęsnej zwulgaryzowanej herbaty. Ola, olé!
– Wiesz, liczyłem na większe wyzwanie – żartuję nerwowo. Nerwowość zwykle wyzwala we mnie nieodpartą ochotę na strojenie sobie żartów ze wszystkich i ze wszystkiego.
– Sorry. Ten egzemplarz jest bardzo prosty, łatwo go rozebrać i złożyć z powrotem.
– Wielu go już rozebrało?
– Wystarczająco, by nie było się czym chwalić.
– Acha.
– Co miało znaczyć to „acha”?
– Nic. Przyjąłem do wiadomości.
– Tylko tyle?
– Dokładnie tyle.
Chmury na jej twarzy rozwiewa wiatr mojej bezczelności. Uśmiecha się.
– Lubię cię, mój ty grafomanie. Ale jak będziesz często tak pogrywał, to możesz stracić zęby.
– Dam twój numer mojemu dentyście. Będzie chciał ci podziękować osobiście.
Kiwam na kelnerkę. Przychodzi bez przesadnego pośpiechu, a ja proszę o rachunek. Zostawiam spory napiwek, co robię dość rzadko. Wychodzę z założenia, że widok odrobiny pieniędzy nie zaszkodzi formującemu się związkowi.
– Bierzesz swój samochód? – pytam na parkingu.
– Jap. Jak się nie spiszesz, będę chciała jak najszybciej wrócić do domu. I na pewno nie będę prosić cię o podwiezienie.
– Nie wiesz, że na mężczyznę nie należy nakładać presji, bo może zawieść hydraulika?
– Presja musi być, bo by nie było motywacji. A bez motywacji nie ma wyników. Tak przynajmniej uczyli nas na metodyce.
Wyłączam alarm, odblokowuję drzwi auta.
– Jestem ciekawy, czy uczyli was też jak rozluźnić zestresowanych dwudziestodziewięciolatków.
– To akurat moja specjalizacja. Tytuł mojej pracy dyplomowej: „Techniki rozluźniania i odstresowywania i ich wpływ na performens dwudziestodziewięciolatków”. Może być?
– Czekam na praktyczną demonstrację – rzucam i wsiadam do samochodu. Ola idzie moim śladem.
Podczas jazdy nieustannie gapię się w lusterko wsteczne. Ludzie na przejściach dla pieszych pierzchają w popłochu przed czerwoną Astrą prowadzoną najwyraźniej przez pijanego szaleńca. Nieważne. Ważne, że Ola za mną jedzie i trzyma się blisko.
Ostatni ostatnie skrzyżowanie, ostatni zakręt. Parking przed moim blokiem. Gaszę silnik, światła, włączam alarm. Ola stoi oparta o swoją zieloną Corsę. Uśmiecha się zapraszająco. Korzystam z zaproszenia i podchodzę.
– Witam w mojej okolicy.
– Ładnie tu. Super beton, śliczna kostka brukowa i nawet lumpy pod tamtą klatką jakieś takie atrakcyjne.
– Wiedziałem, że ci się spodoba. Idziemy na górę?
– Prowadź!
Prowadzę. Winda trzeszczy, jęczy, stęka, ale sunie w górę w jednostajnym, uspokajającym tempie. Nie drażnią mnie nawet napisy na jej ścianach, wymalowane nieścieralnymi markerami. Love Beata, Beata to suka, Gieksa pany, GKS hools żądzą (zawsze zastanawia mnie, o jaką tu żądzę chodzi i co hooligani z Gieksy mają zamiar z nią zrobić), Legia żydy, paderewa wita butami. Ola marszczy brwi, wyciąga z torebki flamaster i przerabia „ż” na „rz” GKS hools już rządzą.
– Mamy zalecenie, żeby dbać też o polską ortografię – wyjaśnia.
– Polskiej ortografii już nic nie pomoże.
Moje mieszkanie: bałagan straszny, burdel na kółkach, co chcecie. Wychodząc na spotkanie z Olą nie spodziewałem się, że wrócę w towarzystwie i ktoś obcy (choć już nie tak obcy) będzie zmuszony to oglądać.

(Od dziecka miałem graniczące z obsesją zamiłowanie do porządku. Sprzątałem regularnie, czyściłem szorowałem każdy zakamarek, żaden płyn proszek emulsja nie był mi obcy. W ciszy mojego domu rodzinnego ze szmatą w rękach jeździłem kolanami po podłodze łazienki, robiłem rajdy odkurzaczem przez drogie dywany i wykładziny, wskakiwałem na stołek i, niebezpiecznie się wychylając polerowałem okna. Wszystko bez próśbgróźb moich rodziców, z własnej inicjatywy, wszystko, by nie słyszeć złowrogiego szelestu dokumentów, skrobania piór, rytmicznego stukania maszyny do pisania, tylko akcentujących głuchą ciszę, jaka mnie otaczała otulała dusiła.

Przy Weronice dalej robiłem swoje, szczotką szmatą mopem, ale moja potrzeba czystości wyszła na zewnątrz, została wyciągnięta ze mnie na światło dzienne, ogolona i postawiona na baczność przed swoim kapralem. Kapralem była ona, ona wydawała rozkazy, nie musiałem sięgać do rezerw drzemiących w mojej osobowości, miałem ją, a ona mówiła mi co mam robić. Po jej odejściu, po zniknięciu źródła rozkazów okazało się, że potrzeba zniknęła razem z nią. Coś jak zamiana ukochanego hobby w pracę: po godzinach już nam się nie chce.

Skutek był oczywisty, ład udał się na wakacje, chaos zadomowił się u mnie na dobre.)
– Ojej, ale tym masz dużo koszul. A ile krawatów! – woła Ola.
– Sorry. Nie spodziewałem się…
– …że okażę się taka łatwa?
– Właśnie. Sama jesteś sobie winna.
– Przynajmniej poznałam cię od gorszej strony. Już się bałam, że jesteś mister perfekt, a tu rewelacja, bałaganiarz na całego.
Daje o sobie znać Dżek.
– Rusz sze, na czo czekasz? – mówi i lokuje się na suficie.
(Robi takie rzeczy od czasu do czasu, głównie mi na złość, żeby przypomnieć mi, że coś z moją mózgownicą jest nie tak, że ciągle mam problem.)

***

Nie cierpię:
Nie cierpię scen erotycznych w książkach, które uważają się za realistyczne. Narrator rozpływa się nad gruczołami, reakcjami, wydzielinami, a czytelnik ma zachować do tego wszystkiego chłodny (nie jest to wszakże pornografia dla śliniących się nastolatków) dystans. Podkreśla naturalność odruchów, całej sytuacji, miotając się – z braku odpowiedniego w naszym cudownym, purytańsko-obelżywym języku arsenału – pomiędzy wulgaryzmami a słownictwem stricte medycznym; tylnym wejściem wkrada się balansująca na granicy kiczu poezja (ach te miłosne wzgórki, ach te doliny rozkoszy!). Jedynym rozsądnym wyjściem wydaje się przeskoczenie nieporadnych akapitów, po co się męczyć? I tak właśnie zwykle robię.

***

Ola podnosi stos koszul z łóżka i rzuca je na fotel. Okazuje się, że pod spodem leży kilka par spodni i niezliczona ilość podkoszulek.
– To lepsze niż ruskie matrioszki – rzuca pogodnie. – Zaraz się okaże, że ukrywasz gdzieś tu jakieś zwłoki.
– Nie, coś ty, zwłoki zawsze chowam w łazience. Tak jest higieniczniej.
Dalej czyści moje łóżko, energicznie przerzucając wszystko, co znajdzie na fotel.
– Pomóc ci?
– Spoks. Jak znajdę pod spodem jakieś pisemka, to możemy pooglądać razem.
Kończy. Wreszcie widać kołdrę prześcieradło poduszkę. Dopada mnie paniczny strach. Mam ochotę uciec, odwlec chwilę próby, choćby o pięć minut.
– Napijesz się czegoś?
– Nie, jest mi dobrze tak, jak jest.
– Może jednak? Ja się napiję. Zaschło mi w gardle.
Idę do drugiego pokoju, nalewam sobie pół szklanki wódki, zapijam herbatą stojącą na stoliku od rana. Przyjemne ciepło rozlewa się po całym ciele. Moje ruchy stają się jakby pewniejsze, bardziej płynne. Przebiega mi przez myśl, że zbyt wiele problemów rozwiązuję za pomocą chemii, ale odrzucam ten wyrzut. Mam teraz ważniejsze sprawy na głowie.
– No chodź! – Ola krzyczy z sypialni. – Obiecałam ci sesję relaksacyjną!
Wlewam w siebie ostatnią kroplę alkoholu, poprawiam się, chrząkam, idę. Widok, jaki ukazuje mi się, kiedy przekraczam próg, na pewno nie jest relaksujący. Ona podnosi się, podbiega do mnie na palcach, całuje w usta. Pozostaje mi tylko zacząć rozpinać guziki. W czym ona mi pomaga.
Pozwolicie, że do tego, co jest i tego, co się dzieje podejdę analitycznie. Jest wszystko, co potrzeba: całe oprzyrządowanie, sprawne i nasmarowane (że się tak wyrażę mechanistycznie), naturalna lubrykacja (jak zgrabnie ujmuje to Ola w swoim nauczycielskoangielskim dialekcie); są okolicznościowe słowa, pełen ich zestaw (czego oczekujecie, gdy do łóżka trafią specjalista od słów pisanych i specjalistka od słów obcojęzycznych?); dźwięki paralingwistyczne, od prostych jęków po wyrafinowane w swojej strukturze westchnienia; ruchy podłużne, poprzeczne i ukośne, wygięcia, zgięcia, rozciągnięcia, zarówno wprawne, wyćwiczone, jak te i zupełnie przypadkowe, wynikające z emocji chwili; wzrost temperatury, ciśnienia, szybkości bicia serca; zaróżowienie, wilgoć, czerwona z gorąca kula emocji. Ja ją, ona mnie. Bez końca.
Zasypiam bez jednej myśli, spokojny, z przeczuciem, że jutro rano obudzę się przy niej i tylko przy niej.

***

– Nie przeszkadzajcie sobie, gołąbeczki, ja zrobię kawę.
Otwieram jedno oko, a po nim drugie. Nie, to nie był sen, Ola leży obok mnie, wymięta i niewyspana, lecz dalej piękna, nawet piękniejsza niż z makijażem i z idealną fryzurą.
– Nic nie mówiłeś, że mieszkasz z dziadkiem.
Wpatruje się we mnie intensywnie, jakby starała się przyłapać mnie na kłamstwie.
– Bo myślałem, że się już wyniósł.
Na domiar złego Dżek zwisa z sufitu jak nietoperz, tuż nad moim łóżkiem. Mimo iż wiem, że to on nagina prawo grawitacji, mam uczucie, że to ja jestem po niewłaściwej stronie i zaraz spadnę. Kręci mi się w głowie, z trudem powstrzymuję mdłości.
Ej, złaź stamtąd!
– Okej, myszczu, już schodzę.
Wykonuje zgrabne salto do tyłu i miękko ląduje na oparciu fotela naprzeciwko okna. Te jego ekwilibrystyczne popisy drażnią mnie. Zbyt wielu ludzi, upiorów kręci się po tym mieszkaniu.
– Jaką pijesz, kochana? – dziadek odzywa się z kuchni.
Robię się podejrzliwy. On nigdy nie jest taki miły, raczej bezczelnie żąda od innych, by mu zrobiono kawęherbatędrinka. Wstaję, ze stosu ubrań leżących na fotelu wybieram dżinsy i koszulę z krótkim rękawem. Ola – zasłaniając się ostrożnie kołdrą – podnosi z podłogi części swojego stroju i w pośpiechu ubiera się. Przyglądam się jej, mojej Wenus z Milo, mojemu angloangelowi.
– Dzień dobry – szepczę. – Jak ci się spało?
Przeciąga się, ziewa.
– Dobry. Całkiem nieźle. Nawet towarzystwo było spoks.
– No to kul.
(Nie cierpię tej całej trendynowomowy. Nie cierpię tych wszystkich przeszczepów z angielskiego, gwałcenia języka w imię mody, bycia na topie ogólnopolskiej pseudowarszawki. Nie cierpię starych kapci uważających, że jeśli tylko wcisną w swoje wypowiedzi odpowiednią ilość kulzwrotów będą wyglądać piętnaście lat młodziej i będą im pasować nastoletnie wdzianka.
Tylko gdy pojawiają się w jej ustach moja tolerancja wzrasta i mogę słuchać, i słuchać…)
– To jak? Cukier? Śmietanka? – dziadek nie daje za wygraną. Widać uważa, że negocjacje będą ciężkie.
– Dla mnie czarna i gorzka – odpowiada Ola, wchodząc do kuchni.
Podążam za nią jak pisklę za kwoką, pragnąc, by wzięła mnie pod swoje skrzydło.
– Dla mnie to samo.
Wymieniam z Olą krótkie, och-co-za-zbieg-okoliczności, spojrzenia. Mógłbym tak na nią patrzeć trzy godziny, zapominając o mruganiu.
– A teraz pora na oficjalne przedstawienie się – dziadek przerywa naszą intymną chwilę. – Stanisław Koniecpolski, do usług – kłania się szarmancko, wyciągając rękę.
– Koniecpolski?
– Nie inaczej.
Ściskają sobie dłonie.
– Dzionek. Aleksandra.
– Ola, Oleńka – dziadek Stanisław rozmarza się. – Piękne imię dla pięknej kobiety.
– Dziękuję.
– Szę porzygam zaraz – wtrąca się stojący w progu kuchni Dżek.
Na szczęście po twoich rzygowinach nie będzie śladów na mojej wykładzinie.
– Chyba że będę rzygał twoimy ustamy – rechocze.
Tylko spróbuj!
Coś dziwnego dzieje się na twarzy Oli. Wygląda, jakby zobaczyła ducha. Siada przy stole, ściska ucho swojego kubka, milczy.
– Teraz mi powiedz, co tu robisz – zwracam się do dziadka, dotykając jednocześnie ramienia Oli.
– To długa historia.
– Mam czas. W końcu wykonuję wolny zawód.
– Dzisiaj jest niedziela. Prawie wszystkie zawody mają wolne.
– Wyduś to z siebie wreszcie!
Opada na krzesło, zrezygnowany. Jego niespożyta energia gdzieś się ulatnia. Mam przed sobą zmęczonego starca, jedna noga w grobie, jedna na mojej podłodze.
– Zrobiłem, jak mi mówiłeś wczoraj.
– Jakbyś zrobił, jak ci mówiłem, to byśmy tu teraz nie siedzieli – nie wytrzymuję.
– Na początku szło według planu – ciągnie, nie zważając na mój wtręt. – Wyciągłem…
– Wyciągnąłem – poprawia go Ola. – Sory, zboczenie zawodowe.
– Nie szkodzi. A więc, wyciągnąłem te cholerne figurki z piwnicy, przytaszczyłem je na górę, rzuciłem jej pod nogi i przeprosiłem. A ona, że jak tak, to dziękuje, mogę sobie iść, gdzie oczy poniosą, jej to nic nie obchodzi.
Przełykam kawę, otwieram usta, ale Ola jest szybsza.
– Co dokładnie jej pan powiedział?
Dziadek Stanisław spuszcza głowę.
– No? – wzmacniam jej pytanie wykrzyknikiem.
– Że przepraszam, że ją tak nastraszyłem, figurkom nic się nie stało, że jak chce dalej babrać się w tych zabobonach, to jej nie będę przeszkadzał, wszystko mi jedno.
– Acha – staram się zawrzeć w tych dwóch sylabach całe moje oburzenie, potępienie, zdegustowanie. Dla pewności dodaję jeszcze: – Tego się mogłem spodziewać.

***

Dziadek Stanisław oczywiście zostaje na noc. Ja kładę się do swojego łóżka sam, sam, sam, myśląc o Oli zasypiającej u siebie, samej, samej, samej. W mojej głowie powstaje postanowienie, mocne, by jutro z samego rana przespacerować się do pani Bułeckiej-Koniecpolskiej i wyjaśnić jej parę rzeczy na temat mojego kochanego dziadziunia. Z tą myślą zasypiam.
Śnię o sobie i o Oli. Ona idzie przede mną, lekko stąpając, przeskakując kałuże, dziury w chodniku, psie odchody. Ja ciągnę się za nią, nogi z ołowiu, ścięgna sztywne jak stalowe pręty. Szczególny kłopot sprawia mi prawa noga. Schylam się, przypatruję jej i odkrywam zawiązany dookoła kostki łańcuch. Podążam za nim, dotykając każdego ogniwa z osobna. Na drugim jego końcu odnajduję ciało dziadka, na poły rozłożone, cuchnące zgnilizną, sztywne. Próbuję rozerwać to nasze dzwoniące połączenie, ale przegrywam z hartowanym metalem. Odwracam się do oddalającej się szybko Oli i wołam za nią. Mój głos jest słaby, charkotliwy. Nie słyszy mnie albo nie rozumie. Nawet nie ogląda się za siebie. Rzucam się za nią, ciągnąc te zwłoki, mocując się z ich ciężarem. Słabnę, ona znika, zostaję sam, ze śmiercią u nogi.

Budzę się zmęczony, spocony, zły. Opadają mnie obrazy ze snu. Jezu, co za symbolika, myślę, ubierając się, nie trzeba być doktorem Zygmuntem, żeby się domyślić, na czym polega mój problem.
– Twój problem polega na tym, że ne potrafysz szę wyluzowacz – podpowiada Dżek, rozłożony (gdzieżby indziej!) na ścianie przy łóżku, nad moją głową.
Zleziesz stamtąd, czy mam cię ściągnąć?
– No wyluzuj, bracze. To, że ty tak ne umiesz, to ne znaczy, że masz innym zabranacz.
Jego odkrycie, że wykwitów czyjejś (w tym wypadku mojej) wyobraźni nie obowiązuje prawo ciążenia już kilka dni wcześniej uznałem za jedną z najczarniejszych kart powojennej historii Polski.
– I czo? Idżesz tam do swojej babochy?
Przestaniesz ją nazywać babochą?
– A jak mam ją nazywacz? Nowa żona ojcza to maczocha, no to nowa żona dżadka to babocha. Logyczne.
Dobra, dobra, skończ już. Zjem śniadanie i idę.

Jem śniadanie – znacząco nie odzywając się do dziadka, przeżuwającego z namaszczeniem każdy kęs swojej kanapki – i idę. Dzień jest ponury, deszczowy, mimo radiowej prognozy zapowiadającej na całym Śląsku słońce, słońce i jeszcze raz słońce.
(Nie cierpię powieści, w których autorzy za wszelką cenę starają się przybliżyć warunki atmosferyczne panujące dookoła ich bohaterów. Skrobią coś o chmurach, wietrze, wilgotności powietrza, temperaturze, że aż człowiek łapie się na oczekiwaniu na krótkązwięzłą wzmiankę na temat niżów barycznych, średnich dobowych opadów i na komunikat dla meteopatów. A potem w wywiadach opowiadają banialuki o pogodowych metaforach, odbiciu stanu psychicznego postaci i kreowaniu atmosfery poszczególnych scen za pomocą sił przyrody.)

Podjeżdżam pod blok, w którym do niedawna jeszcze zgodnie (powiedzmy) razem mieszkali. Trzech chwiejących się na nogach typków puszkami piwa Dobre i Tanie wbija sobie klin między oczy. Na zdrowie. Omijam ich szerokim łukiem, ale nie udaje mi się ominąć roztaczanego przez nich wokoło zapachu. Na granicy omdlenia dopadam do domofonu. Dzwonię.
– Słucham? – odzywa się przyjemny, niski głos.
– To ja, Adam.
Cisza. I:
– Wejdź na górę.
Brzęczyk zamka. Winda zepsuta, drepczę po schodach na siódme piętro. Co za dzień!
– Ne dołuj szę! Mogłoby bycz gorzej – mówi Dżek, ciągnący się za mną jak cień.
Jasne. Mógłbym wleźć do tej windy i się zaciąć między piętrami.
– Na szykład.
Pukam. Nieśpieszne kroki obutych w laczki stóp, klap-klap, klap-klap. Moja babocha otwiera bez zwykłej u ludzi w jej wieku ostrożności. Przez szparę w drzwiach wypływa cudowny zapach pieczonego ciasta, zapach zupełnie obcy w moim domu rodzinnym, gdzie nikt nie miał czasu na takie zabawy, za to miał pieniądze na zakupy w cukierni na mieście.
– Dzień dobry – witam się, lekko kłaniając.
– A dobry. Ale ty coś niewyraźnie wyglądasz. Jadłeś śniadanie?
Wpuszcza mnie do środka, tonę w tym zapachu, zapachu.
– Jadłem.
– Pewnie mizernie. Wy, młodzi, w ogóle o siebie nie dbacie.
Zastanawiam się, czy tych „wy młodych” załapała od dziadka czy to naturalna maniera.
– Nie ma czasu. Takie czasy – odpowiadam.
– Siądź sobie. Zaraz coś ci przyniosę. Świeżo upieczone. Jaką kawę pijesz? – wyrzuca z siebie zdanie za zdaniem, nie pozwalając mi nic wcisnąć pomiędzy nie.
– Czarną i gorzką.

Znika. Rozglądam się po pokoju, schludnym, miękkim, przytulnym. Jest odbiciem jej ciepłej osobowości, jakby stworzonym, by siedzieć w nim na kanapie z kawą w dłoni i kawałkiem ciasta na talerzyku leżącym na kolanach, kiedy w okna biją grube krople deszczu, a na zewnątrz wyje przenikliwy wiatr. Zauważam przyczajone na meblach figurki, całe ich stada. Drewniane, gliniane, porcelanowe, metalowe, szklane, plastikowe. Główki Jezusa w koronie cierniowej, bez niej, Matki Boskie z maleńkim Jezuskiem w objęciach, całe Święte Rodziny nachylone nad becikiem. Patrzą na człowieka gdziekolwiek by się nie obrócić. Nic dziwnego, że stary ateista nie wytrzymał. Wszędzie czyhało na niego nieme oskarżenie: ja umarłem na krzyżu, a ty nawet we mnie nie wierzysz! Albo inaczej: i co? Całe życie ze mną walczyłeś, wykończyłeś psychicznie jedyną kobietę, jaką kiedykolwiek kochałeś, a teraz musisz przyznać się do porażki…

– Już jestem. Proszę, na zdrowie. Troszeczkę mięska potrzeba na tych kościach – szczebiocze, jakbyśmy rzeczywiście byli spokrewnieni.
Ciasto, parujący jeszcze jabłecznik, przyjmuję z wdzięcznością. Wygląda apetycznie. Nawet kawa wydaje się jakaś lepsza w tym przyjaznym, choć otoczonym boskimi desantowcami mieszkaniu. Z ustami wypchanymi ciastem staram się przemóc i rozpocząć rozmowę na właściwy temat.
– Wie pani…
– Mów mi Zosia. Trochę głupio byłoby, gdybyś miał na mnie wołać „babcia”, a „pani” jest dla mnie jakoś za oficjalna – przerywa mi łagodnie.
Wszystko co robi, każdy gest, każde spojrzenie jest łagodne. Takie gadające uosobienie przysłowiowej owieczki.
– Okej… ale trochę dziwnie się będę czuł…
– Przyzwyczaisz się. Człowiek potrafi przyzwyczaić się do wszystkiego. Moje pokolenie wie o tym najlepiej.
– W każdym razie spróbuję… Więc… Słyszałem, co się stało przedwczoraj… No i chciałem powiedzieć, że mi przykro… No i… wyjaśnić trochę.
– Zamieniam się w słuch – mówi, tak po prostu, bez czającej się w głosie ironii.
– On już taki jest… to znaczy… on nie potrafi się przełamać i powiedzieć, co tak naprawdę czuje. Boi się. Woli coś burknąć jak przeprasza, żeby do końca nie przyznać się do błędu. Trzeba się nauczyć czytać go między wierszami…
– Myślisz, że już do tego nie doszłam? Nie wyszłabym za niego, gdybym nie wiedziała o nim takich podstawowych rzeczy. Ale to jeszcze nie powód, żeby przechodzić nad tym do porządku dziennego. Przerabiałam to z moim poprzednim mężem, świeć Panie nad jego duszą. Stasiek musi się nauczyć poświęcać swoją dumę…
Zaskakuje mnie i przenikliwością, i otwartością. Kompletne zaprzeczenie dziadka Stanisława, który potrafi walić prosto z mostu, lecz tylko to, co mu się podoba, co stawia go w dogodnej pozycji, ewentualnie kogoś innego w pozycji nie do pozazdroszczenia.
– Obserwowałem go przez ten tydzień. Nic nie mówił, ale umierał z tęsknoty za tobą – tfutfutfu, ale kicz! W imię dobrej sprawy (mieszkania wolnego od emerytowanych ubeków) samogwałcę swoje poczucie smaku. – Sam fakt, że wrócił i takjakby przeprosił już o czymś świadczy.
– Jak uda mu się usunąć to takjakby, to pogadamy.
Miękka, lecz nieugięta. Ciekawe połączenie.
– Nie zmienisz zdania?
– Nie. Jestem stara i uparta – uśmiecha się. – Możesz mu to przekazać.
– Okej… Popracuję nad nim.

***
– Chyba ci się we łbie do reszty poprzewracało od tego ustrojostwa.
Wypuszczam głośno powietrze z płuc. Ta rozmowa jest trudniejsza, niż przypuszczałem. Ze ściany przygląda się nam Dżek, niewidzialny człowiek-mucha. (Przydałby się równie niewidzialny człowiek-pająk, żeby zrobić z nim porządek. Tylko kto zrobiłby później porządek z człowiekiem-pająkiem?)
– To jest jedyny sposób, pomyśl o tym! Przecież nie żeniłeś się na parę tygodni, nie?
– Nie będę się przed nikim płaszczył, wybij to sobie z głowy.
Jak zbuntowany szczeniak, zaplata ręce na piersi. Szkoda, że nie zacznie do tego jeszcze tupać. Sąsiedzi z dołu dawno nie narzekali na hałas.
– Och, przestań. Obaj wiemy, że zdychasz, żeby do niej wrócić. Łazisz i zrzędzisz jak stara baba. Mam tego dość.
– Ja też – woła Dżek, przeskakując na półkę z książkami. – Możesz mu to szekazacz.
Siedź cicho i złaź z tej półki, bo nie ręczę za siebie!
– Nic ci nie jest? – pyta dziadek, wyraz zatroskania na jego twarzy.
Jestem trochę nieostrożny, coraz słabiej maskuję moje utarczki z Dżekiem. To tylko kwestia czasu, zanim dziadek zorientuje się, że z moim zdrowiem psychicznym gorzej niż z jego prostatą.
– Nic. Jutro z samego rana pójdziemy do niej i ją przeprosisz, ale tak na serio, żadnego odpieprzania. Jak będzie trzeba, to padniesz na kolana i zalejesz się łzami.
– Nigdzie nie pójdę.
– Zobaczymy.

***

Domofon.
– To my, ja i Stasiek.
Zamiast odpowiedzi brzęczenie otwieranego zamka. Dobre i to.
Drzwi otwierają się, zanim kostki moich palców uderzają w nie.
– Wejdźcie.
Ten sam – no może nie ten sam, brakuje w nim cynamonu i jabłek – zapach. Jakby piekła tylko po to, by wytworzyć tę bajkową, ameliową atmosferę. Wiśnie! Tak, to placek z wiśniami, na pewno. Robię się głodny na samą myśl o filiżance kawy i kawałku ciasta w tym magicznym pokoju.
Stajemy twarzą w twarz z panią domu. Kopię dziadka w kostkę, by zaczął. Zdejmuje kapelusz, pochyla głowę.
– Zosiu, ja…
– Hm?
Następne kopnięcie. Czuję się jak treser w cyrku, który uderzeniem bata nakazuje tygrysowi wykonać kolejne sztuczki. Raz, dwa, trzy…
– …chciałem cię przeprosić… szczerze… nie powinienem był… nie powinienem był bez twojej wiedzy dotykać twoich rzeczy… przykro mi… się więcej nie powtórzy…
Jak dzieciak, który niecelnym strzałem wybił szybę i został zmuszony stanąć przed surową ciotką, ten potężny, chociaż teraz nieco zasuszony, przywiędły mężczyzna, płacze.
– Już dobrze, już dobrze – szepcze Zofia Bułecka-Koniecpolska. – Chodźcie, mam coś dla was.

***

Sam, sam, sam, niewątpliwie pozytywne „sam”, wracam do domu. Wreszcie jest on znowu niepodzielnie mój. (Dżeka traktuję jako element wyposażenia, zwierzaka domowego, którego dzięki Bogu nie trzeba wyprowadzać na spacer.)
Dzwoni telefon.
– No cześć, mała, jak tam?
– Spoks. Słuchaj, idziemy dzisiaj do mojej mamy na obiad. Poznasz wreszcie Jurka, on nie może się już doczekać, żeby cię zobaczyć.
– Oooo…kej – zgadzam się, mimo że wcale nie mam na to ochoty. Jeśli by o tym pomyśleć dokładniej, zgadzam się na wszystko, co zaproponuje. Adam Pantoflarz, tak powinienem widnieć na okładce następnej powieści.
Rodzina… Jezu, ona ma rodzinę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *