Karolina Grządziel

kobieta na tle zielonej ściany

twoja twarz nic mi nie mówi
jesteś niezidentyfikowaną figurą
zamkniętą w obręczy łóżka
z której korzysta nawet światło

prześcieradło piersi i udo
reszta jako tło dla lakieru na paznokciu

krzyżujesz kolana wiedząc
że to zaostrza apetyt
psy pawłowa przychodzą punktualnie
o dziewiątej naciągasz materac

chyba nawet nie wiesz że patrzę
a może to tylko rodzaj perwersji

Nelly

nabiega krwią za zębami
niedomknięta furtka
przez którą będę cię odwiedzał

jakie to ma znaczenie
że spinasz włosy na wysokości
do której nigdy nie dotarłem

masz mnie na krótko
przed opuszczeniem ramiączek
za cenę cienia przy uchu
i tego poniżej co nazywają przypływem

nie będę kłamał
przecież
w oparciu o ścianę jesteś statyczną kobietą


erotyk pospolity

muzyka snuje się
po pokoju w twoich butach
układam sznurówki
i usta w dziwne pozy

jestem nie do powiedziana
staro i modna
a ty pachniesz mężczyzną

masz silne dłonie
i słoną skórę po północy
wolisz mnie
szeptem
a ja

tracę czucie przez uchylone drzwi


wyzwanie nocnego wędrowca

ani kroku bliżej
a przecież ciągle w ruchu
licząc gasnące światła ulic
odlewy stóp w ciepłym asfalcie
widma nocnych autobusów

przystanki dźwigają
zamroczone rozkłady jazdy
wiatr łapie mnie za ramię
zwołuje chmury

jeśli masz uderzyć
to teraz
w falochron mojego płaszcza


hazardzistka

kiedy mnie pierwszy raz
upuściłeś
w sam środek miasta szepcząc
na kościach kobiety zawsze wypada szóstka
nie wierzyłam szczęściu
przypadkom i kazaniom

szerokie źrenice
przepuszczały dużo światła
w kasynach
rolowałam pończochy
na podobieństwo kobiety
wypatrzonej z tłumu
grałam o wszystko

po trzykroć pas

zaczyna się ściemniać
nad partią kart
szuler wdycha kiery

czas do domu


mój mniejszy brat mężczyzna

wyszedłeś
z potłuczonym kolanem do babci
lepkimi krówkami usypaną ścieżką
po zapach spirytusu i bandaże
jak weteran wojny na ogryzki
po medal

za zakrętem wznieciłeś bunt
o paliwo papierosy i gin
w każdym porcie inna dziwka
żuła twoje imię nad gazetą

po wakacjach zostały
nawroty
prześcieradła jak całuny
religie w tabletkach
ołtarzyki ze zdjęć i mchu

moja ty
mrówkoważkobiedronko
wdeptana w asfalt


jednokierunkowa

dryfujemy między stolikami
odpierając falę dymu
wentylator znosi nasze twarze
ku sobie

przepowiadam kolizję
kieliszków
wymyślonych od ręki imion
przekręconych szwów

barman krzyczy przy drzwiach
dobranoc
i wyrzuca nas na brzeg
pościeli pachnącej krochmalem

mamy plecy po to aby się sobie oprzeć
i oczy do zawracania z drogi

starczy nas na godzinę
może dwie
potem w milczeniu rozejdziemy się autostradą


przyjacielu ja ci mówię

na kobiety
nigdy nie jest za późno
nawet wtedy gdy gasną sklepowe witryny
a w baku ostatni litr
skraca drogę

stary
dżins można przepalić papierosem
na tysiąc sposobów
a jej paznokieć na karoserii
pamiętasz w bezsenność
tak jak na motocyklu
wiatr lepiący się do ubrania

na kobiety
nigdy nie jest za wcześnie
nawet przed wschodem mleczarza
i gazetą w pysku

na kobiety
zawsze
nawet nago pod prysznicem gdy puka śmierć
pokojówka sprzątająca butelki i pety


happy endów chwilowo brak

na scenie lulu oswaja olbrzymy
rzęzi whisky
owiniętą wokół krtani

billy zginął o świcie
jedna kulka prosta droga param param
o dwa stoliki dalej
szeryf odwraca kartę
pójdzie w piach zanim splunie tytoniem
lulu gryzie wargi do krwi

kochanie tam nikt nie czeka
jedna kulka prosta droga param param
wisielec cień kładzie na progu
barman rozdziela miejsca
komuś braknie na podróż
lulu nie zna samotnych nocy param param

moja mała
na jednej historii
nie kończy się i nie zaczyna świat


ciało mężczyzny składa się z kobiet

kiedy stawałam się
pisałeś na maszynie długie opowiadanie
o tym jak żebro
strąciło drzewko cytrusowe z balkonu
boli najbardziej gdy ruszasz

odpadłam od ciebie jak tynk
w talerz zupy
nieproszona i nieoczekiwana
rysując patykiem wąwóz na czole
wszystko jedno podzielone
na dwoje

gdybyś wtedy zastał inną
w atelier u zbiegu dwóch rzek
to miałbyś siebie
całego
na zawsze


okrążanie stołu zielonym butem

rośniesz brzuchem do dołu
przeponą rozpiętą na sznurach
w jaskinie pełne jezior
sączki ciszy

za szybą słońce
przepala balustrady
dzieci krzyczą
gubiąc mleczne zęby w parkach

rozchodzisz się w światło
czubkami palców
zahaczając o sufit
tyle tu przestrzeni na sny

pod podłogą mrówcze kopce
przetaczają ziemię
chwytam cię na tlen
dłonią mniejszą od monety


śmiertelnie poważna złośliwość rzeczy martwych

Houston, we’ve got a problem

na równym oddechu chłodzenia
wytracamy prędkość
monitor spowiada przed drogą
mruga wstecznym

ty to masz kurwa szczęście James
przeraźliwa chęć papierosa zamyka mi usta
butla z tlenem coraz ciaśniejsza

a żona mówiła że sowa w ogrodzie
to taki omen
przypalony stek i niespokojne dzieci

radio nadaje siedemdziesiąte
do bazy
znów mamy fazę odlotów
pulpit morsem
będzie droga z przesiadką

zegarek stanął jedenastego kwietnia
i nie było w tym szczególnej złośliwości


ukruszanie

podzielić dwoje
kreską palca wskazującego na
tam (masz swoje ciało)
i tu (jest stygnąca pościel)

koncert życzeń na dobranoc
przed zatrzaśnięciem powrotu
zbite po mordzie kieliszki
szpilki które do krwi
tylko dla ciebie

muzyka schodzi z taśmy
szept wody w łazience
rozprasza
równomiernie
równocześnie

w nocy rozmawiam z głuchymi
telefonami


wytłumaczę ci siebie

wyciągam rękę i napotykam na kratę
twojej spódnicy
wyrzeźbionej kopułą kolana

mała maleńka
przechodzimy przez siebie na czerwonym
potrącani ramieniem dłonią językiem
przypadkowi

zawinięci w gazetę
przemykamy ławkami po plantach
w przejściach podziemnych
tuląc rękawy

na zakrętach
z walizkami i bielizną na zmianę
na zostań tu ze mną na noc

uciekamy z siebie
właśnie wracając


rozdwojenie

pościel pachnąca tobą klucze na szafce
światło przez szyby
ona we mnie chodzi bosa i naga
krzyczy kiedy milczę

budzi mnie z niego
kawą i seksem
przechodzeniem do porządku
naglących spraw

trzaskam drzwiami lodówki
zbijam szklanki
niech nam stopy kaleczą


miasto odbicia

idę prosta przed siebie
ulice odczytują kody
z metek
seryjnych bywalców okolicznych kin
na ławkach blade omdlenia
piją grosz za groszem
pod butem te same kartonowe wycieraczki

jakaś pierdolona siła wyższa
wykrada mi nocą z chlebaka ostatnią piętkę
pożycz mi na nóż

słaniają się światła
paskami udomowionej zebry
przemarsz do następnej poczekalni
między rogiem maślanym
a kawą i papierosami jarmuscha

noga przy nodze
wyprowadzana każdego dnia
w inne z pól
naszej dorosłej zabawy w berka


nastrajam się w tobie

odbijasz dźwięki od ścian
wsypujesz echo do szklanek

tłoczą się wtedy przy mnie
cienie małych dziewczynek
głodne zielonych wstążek
trójkołowe rowerki wirują podczerwienią
rozwożąc do domów zaciśnięte w piąstkach kasztany

lato przeciąga się jamnikami

narasta chirurgiczna precyzja
polerowania kafelków
od szczeliny do szczeliny
brudu coraz mniej
i marginesów paznokci
na refleksy myśli

a dzieci we mnie zbiegają się do kojca
na ulubioną zabawę w wahadło
przód – tył – milczenie


Zimmermana kilka ujęć

palcami o struny
między słowa
w ludzi

jestem tylko naganiaczem słów
pewnym tego że ruch warg
powstał na długo przed wprowadzeniem sejsmografu

nawet tajemnica zabicia goliata
trąci muchą o szybę
kiedy odetta sączy bluesa
w wąskim przejściu między stolikami

w pubach rozświetlają
polarne zorze papierosów

miałem pokój na poddaszu
drewniane ptaki pod łóżkiem
a dziś zbieram do kapelusza
platynowe protest songi i miedziaki na poranną gazetę


zasada somatyzacji miłości

wbrew pozorom
nie znikam
gdy wychodzisz z pokoju
nie ustaje oddech krew krąży
w łożysku tych samych naczyń
niezmiennie wypatruję opadania sufitu

czas utyka jednostajnie
uczono mnie że to jeden z objawów
cholera wie na co chromają zegary

powracając do tematu
prawa noga nie staje się krótsza od lewej
i źrenice zwężają się ku lampie konsensualnie
czytam twój zapach rozpisany na nuty
po dwóch pierwszych taktach cierpkawy

i nagle przychodzisz
przyspieszam do prędkości światła
jak w tej znanej teorii
rozpadając ciało pod dotyk
burzę świadomość


z dialogów w wersji mono

(jeśli) będziesz
rozsiądziesz się we mnie
rozprzestrzenisz
wiele kierunków wiele płaszczyzn

nigdy nie rozmawiałam z tobą
o przydatności składnia fragmentów lub
zaplataniu palców w drabinę po której wspina się myśli
obrazy też zawieszałam chaotycznie
na zasadzie przypadku

teraz rozumiem tylko tyle
ile zdołam się wspiąć na palcach
do okna do stołu
do twoich prostych doświadczeń

więc skoro już tu jesteśmy
a ja modlę się do kawy
przeprowadź mnie przez siebie kilka razy
a po wyjściu utrwal i opisz


studium do kobiety Modiglianiego

ech Dedo
(…) twoje galopujące suchoty

pewnie nabawiłeś się tej kobiety
w czasie wieczornego spaceru z Giovannim
kaszlała w tobie i pluła krwią

martwa natura z winem i sardynką
takiego ciebie nigdy przedtem
i nigdy potem
nie zachowały jej oczy
poszły za trumną
w czarnych pończochach
o których mówiłeś
dobre na akt przed południem

***

na myśl o tych wszystkich ruchach
taktyka wojenna wymaga przemyślanych manewrów
których uczą nieświadomie matki
tracę wątek

leży obok
szukam językiem powietrza
i martwi mnie skurcz łydki
któremu poddajesz myśli

zastanawiam się czy mogłam kłamać
upierać się
że geny silniej penetrują
w tej fazie świadomości
gdy oddalają nas godziny
a droga płynie poboczami

uwierz
wtedy najłatwiej
zejść lawiną na nasz dom


ostatnie śliskie podejście do pospiesznego

szkła przez które przybliżasz
matowieją w palcach
i jest na to osobne wytłumaczenie
w rozmowie z perspektywą
odejścia

zawsze zaczynają się tak samo
od jednego
do kilku kieliszków
w przełamaniu
spojrzeniu za siebie
za nas

nie żałuj kilku szklankom
odbitego od dna ognia

bo gardło zmieści w sobie krzyk
i wódkę odpaloną od papierosa


pierwsza ostatnia

na brzegu szklanki z krawędzi ust
i pod palcami
kiedy opierasz mnie o ścianę
w tylu miejscach
dotyk zamieniając na wilgoć
i każesz być
jaką nie byłam przedtem
salwą oddechu
i szturmem tętna

kobieta potrafi zmieścić w sobie
mężczyznę i jego strach
niesforsowanych granic


Autoportret z Patricią Preece

tu leży ta
której oddałem siebie
(za dwa dolary) bez reszty

tak na mnie patrzysz
jak gdybyś oparcie dawała fotelom
albo ścianą przechodzisz
w obojętną barwę tapety

nawet perspektywa nas nie zbliża
tylko ciasno zapina światło
na twoich piersiach

i linią schodzi
nieco niżej mojej twarzy
w grymasach zmęczenia
powolne wycofanie

kiedy kopiuję twoją nagość
tańszą od farb


intradialogi

pozorne sprawy nabierają głębi
i trudno mi usta tak otworzyć
żeby nie utonąć

kobieta pierwsza kobiecie drugiej

opadam na krzesło
z całego dnia

odchodzę warstwami
ze ścian
i staje wobec siebie
pustym pokojem

twarzą w stronę okna

kobieta druga kobiecie pierwszej

częściej słucham własnego milczenia
bo jest mi najbliższe
i jednocześnie najdalsze
ze słów

uczę się tych najprostszych
form przechodzenia
między zdaniami
doprawdy

obie jesteśmy jednym odbiciem


pod twoją nieobecność /Montale

‘nie wiem, czy moje nieistnienie zaspokaja twój los’
E Montale

kiedy opieram się o jego słowa
zamknięte jak hermetyczne pudełka
w których można przezimować chleb

tłumaczy
że w brzuchu konia świeci słońce
i morze otwiera się do wewnątrz

a południe jest jak jaszczurka
schowana pod kamienny próg
na którym stawała żona
pełna krzyku dzieci

i że jeszcze mamy czas
by znaleźć drogę
w nieobecność


pomiędzy

drzwi jeszcze trzymają
ani drgnie klamka
zamknięta w sobie
i na zewnątrz

a przecież oczy trzeba wyprowadzić na spacer
w zieloną miękkość trawy
zanim zajdą parą z herbaty
załzawią krajobraz

potem kolana naciągnąć
na wycieczkę podmiejskim
przespać kilka przystanków
przeczekać słońce

do ust wkładać kruche francuskie
i pisać

że niedalekie są nasze odejścia
tak jak bliskie powroty


bez ciszy bezdźwięk

żaden ruch dłoni
nie powie więcej
niż przenikliwość eteru improwizowana ciszą

jest inny rodzaj śnienia
kiedy ruch oczu zbliża do wysp
i nie oddala portu
a światła latarni wyglądają jak płaszcze
przewieszone przez gałęzie

dźwięk odpływa
pozostawia światy w równoległości
a nas w sobie

i tylko szczeliny są po to
by wiatr miał cieńszą talię
gdy kołyszą się w tobie liście
listy i lśnienia

oboje mamy powietrzne korytarze
i milczenie zatrzaśniętych drzwi


Femina

kiedy przechodzisz z formy siedzącej w kobietę
światło odwraca twarz

rysowana z uchylonymi ustami
każesz palcom rozmazywać miejsca
gdzie nawet bóg traci zimną krew
pulsuje

każde wejście w ciebie
to recytowanie języka zza warg
krajobrazów zza okien

coś jak powolne odcedzanie świata
z wilgotnych domów i światłoczułych drzew
dobieranie do kształtów słów
i pierwszych imion kobietom

którym mlecznych piersi nie ścina czas


fotomontaż

wpisz w swoje życie moją obecność

w roztargnieniu zrzuconego koca
stygnący brzeg filiżanki
naderwane ucho w które wślizgujesz język

nie pierwszy raz jest nam gładko
mówić o sobie w pojedynkę
bo statystycznie częściej kłamstwo podejmuje gości
porozsiadanych w fotelach już nikt nie liczy
nawet na seks jest zbyt ciasno
i pocą mi się kolana
gdy każdy ruch rozpisujesz na zaproszenie

do łóżka i do teatru
wchodzisz tak samo cicho


deszczowiec

w ciemnym i ciepłym
dłonie nie krępują
bardziej niż żyłki w kącikach okien
gdy wychodzisz poza oddech

godziny przeciekają prześcieradłem
słono i bezgranicznie
paznokcie wchodzą w skórę
coraz mocniej spina klamra zębów
zostaje głębiej niż sądziłam

wreszcie deszcz
choć nie słychać go jeszcze na parapetach
i tylko senność zsuwa się z twarzy
stale sprawdzam
czy ciało sztywnieje gdy przedawkuje się dotyk


ciasno na przejściu

na miliard uderzeń przed metą
twoje tony nagle cichną
w co najmniej pięciu przyłożeniach
mojej dłoni
brakuje by objąć oddech
porozsuwać ściany

może Levine powiedziałby coś więcej
zapytał czy masz zwrotną falę
albo lubisz chodzić po górach
ja nie mam odwagi

dla mnie okna mają mleczne szyby
kostnieją im klamki
w korytarzach roi się od przewężeń
gdy zaciskasz usta
sinieją

kieszenie pełne języków
bilety które gdzieś jadą

wszystkie akty współczesne
zebrane przy łóżku


dopracowanie w szczegółach

tobie najbliżej wychylenie bioder
i aromat herbaty

od jakiegoś czasu zamykasz
spojrzenia na drugą stronę ulicy
w gazetach nagłówkach na szpilkach
i płytach

ostatni kawałek stanowi koc
pod którym palczasto rozchodzi się dotyk
ciepło owija wokół kostek

masz rację
pozostawanie tu na dłużej jest ryzykowne
tak jak otwieranie butelek

7 thoughts on “Karolina Grządziel

  1. Karolino, umieszczając Twoje kolejne wiersze – sama pisząc i mając do czynienia z poezją z całego świata odkąd pamiętam – aż zakołysałam się z niemego uznania. Nieskończone pole do interpretacji. Pisz!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *