Z perspektywy poststudenta I

Życie często przypomina bajkę. A nawet rządzi się podobnymi regułami, które musiały niestety ulec pewnym modyfikacjom, by jakoś wszystko tworzyło zgraną całość. Mamy kopciuszka odwalającego całą robotę w biurze, ludzi uganiających się za karłami z garncem złota, a nawet takich, którzy się z nimi żenią, by potem móc odjechać białym Mercem ku zachodowi słońca. Otacza mnie też wiele śpiących królewien, które żyją w przekonaniu, że wystarczy być, by cała reszta zrobiła się sama. Ulice są pełne postaci z klasycznych opowiadań dla milusińskich jak i tych rysowanych w typie Marvela (Superman i Liga Całkiem Sprawiedliwych).

Takie przekonanie narodziło się, gdy zaczęłam pracować jako mistrzyni noża i salaterki. Stojąc za ladą w kraciastym mundurku miałam okazję zaobserwować różne chodzące przykłady współczesnej animacji. Na pierwszym miejscu pojawiły się słodkie lolitki wzorowane na długonogich uczennicach rodem z japońskiej (ale nie tylko!) mangi. Niestety, w większości wypadków nie odznaczały się intelektem Ami z kultowej Czarodziejki z Księżyca czy urokiem Video Girl. Buszowały między półkami w chichoczących hordach, mogących zaatakować każdego męskiego osobnika gradem przedziwnych pytań. Pozostawiały za sobą zwykle pewne spustoszenie, chaos i ogólny bałagan, z którym ktoś musiał walczyć. Najbardziej bolał fakt, że gdy ty wolny czas spędzałeś w kinie lub czytając jakąś w miarę ciekawie napisaną książkę, one przesiadywały na kolejnym burgerze lub wymieniając spostrzeżenia co do uczestników Big Brothera. A potem dochodziło do konfrontacji na parkiecie… W szpilkach, przepaskach na biodrach i opiętych kosmicznych kombinezonach trudno było nadążać za zmieniającymi się rytmami w tle (wiem, bo widziałam). Poruszały się niemrawie jakby po 15-kilometrowym maratonie i czekały na opcję zagadania właśnie do Ciebie (tu jesteśmy facetem). Gdy już się wymieniło parę ogólnie znanych fraz i dowcipów, następowała cisza. I każde odkrywało, że spotkanie jest jałowe i nieciekawe dla obu stron. I tak schemat się powtarzał w dość regularnych odstępach. Faceci nie są tak kolorystyczni, choć muszę przyznać, że swoimi nażelowanymi włosami mogliby zmiażdżyć niejedną puszkę. I te grzywki…

Może jestem za wredna i przestarzała. Życie, podobno, ma się tylko jedno i hasło Carpe diem jest tu jak najbardziej na miejscu. Jako nie pierwszej wiosny (a 22-giej już), wiem, że młodzież musi się wyszaleć i nacieszyć wszystkim. Jednak nie powinno to polegać na przytłaczaniu drugiej osoby do tego stopnia, że ta czuje się jak fresk na ścianie. I tu leży problem. Ja się płaska nie czuję, a widzę wiele osób w 2D, co jest raczej niezdrowym objawem w świecie podobno mającym aż cztery wymiary.

Ania Pospieszyńska

One thought on “Z perspektywy poststudenta I

  1. może frustracja, ale oddziaływaniem na autorkę tego innego spojrzenia na świat, spojrzenia płaskoplastikowego. nie widzę w tym nic złego, że piętnuje płytki tryb życia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *