Ostatnie kuszenie Alicji

Ostatnie kuszenie Alicji

Alicja Hargreaves, wdowa po panu Hargreavesie, należała do tego rodzaju staruszek, które podczas spacerów często zaczepiały młode matki z dziećmi i rozpływały się nad rumianymi policzkami niemowląt. Ciekawie zaglądały do wózków i łapały dzieci za stópki, piejąc peany pochwalne nad ich urodą. Kochała dzieci i bardzo dobrze się z nimi rozumiała, najprawdopodobniej dlatego, że pomimo swojego podeszłego wieku, nie zatraciła dziecięcego pierwiastka, który wciąż pozwalał spoglądać jej na świat jak na coś fascynującego.


Mimo upływu lat nadal było jej ciężko na myśl o dwóch synach, którzy zginęli w Pierwszej Wojnie Światowej. Starała się też nie myśleć o trzecim z nich, który mimo że żył, nie utrzymywał z nią prawie żadnego kontaktu. Bolało ją to dotkliwiej niż jakakolwiek doznana w przeciągu całego życia uraza.

Czasami zastanawiała się nawet, czy to dlatego, że się jej wstydzi…

Wtedy bez wahania przyznawała, że starość jej dokuczała. Było jej niewygodnie we własnym ciele, którego części składowe po kolei odmawiały posłuszeństwa. Właśnie dlatego we wtorek, po podwieczorku spędzonym w gronie swoich rówieśniczek, postanowiła odejść.

Kraina, którą wymyślił dla niej Charles, przez całe jej życie istniała tuż obok niej. To ocierała się o jej bok, to znów pulsowała pod powiekami w czasie drzemki… Tym razem wystarczyło całkowicie przejść na drugą stronę i już nie wrócić. Śmierć nie była niczym pewnym, nikt nigdy nie wrócił stamtąd wołając: „Hej! Chodźcie, nie bójcie się. Mają tam wspaniały tort czekoladowy!” Toteż Alicja Hargreaves nie ufała śmierci, natomiast ufała Krainie Czarów…

Dokładnie się wykąpała, usiłując zmyć z siebie charakterystyczny dla starszych ludzi zapach, po czym przywdziała jedną ze swoich wyjściowych sukien o nieco staroświeckim kroju. Ułożyła się wygodnie na wytartym, pluszowym fotelu, wyciągnęła nogi w stronę kominka i uśmiechnęła się z zadowoleniem. Lokajowi oznajmiła, że zamierza się zdrzemnąć i poprosiła by jej nie przeszkadzano. Wypiła filiżankę doskonałej herbaty.

To była idealna chwila, by odejść.
Zamknęła powieki i zasnęła.

Tym razem nie towarzyszyło jej żadne uczucie spadania. Po prostu zrobiła jeden duży krok i znalazła się w długim, pustym korytarzu, a następnie w sali, w której wszystkie drzwi były zamknięte na klucz. Rozejrzała się wokół, licząc, że napotka gdzieś wzrokiem klucz, tak jak ostatnio, ale nigdzie nie było ani szklanego stolika, ani klucza.
Pani Hargreaves odchrząknęła głośno, wyrażając tym swoje niezadowolenie. Zbadała dokładnie wszystkie zamki i w końcu zniecierpliwiona, ale nie tracąc rezonu, o czym świadczył figlarny uśmiech błądzący na jej ustach, wyciągnęła z włosów metalową wsuwkę, umiejętnie ją odgięła, jakby nie pierwszy raz przychodziło jej to robić, i w skupieniu pokręciła nią w złotym zamku. Drzwi po chwili ustąpiły i otworzyły się z przeraźliwym skrzypieniem.

Nic nie było takie, jak zapamiętała…
Znalazła się w samym środku lasu, teraz jakby ciemniejszym i obcym. Las był pusty i mimo iż krążyła po nim od dobrych trzech kwadransów, nikogo nie napotkała. Mijała znajome miejsca, ale wszystkie były opuszczone. W końcu zrezygnowana opadła na krzesło przy całkowicie zastawionym stole. Spora ilość filiżanek leżała również pod stołem i wokół niego.

– Gdzie jest Marcowy Zając? Gdzie się podział Kapelusznik? Gdzie są wszyscy?!

Miała ochotę tupnąć nóżką z niezadowolenia jak mała dziewczynka, ale pomyślała, że to nie uchodzi w jej wieku. Nagle usłyszała chichot, którego źródło musiało się znajdować gdzieś w pobliżu.

– Kot z Cheshire?
– Zgadza się – wyraźnie usłyszała odpowiedź gdzieś po swojej prawej stronie i mimo iż go nie widziała, miała pewność, że uśmiechnął się szerzej.
– Gdzie się wszyscy podziali? Co się z nimi stało?
– Och, są tu przecież. Nie mieli gdzie odejść.
– Nie widzę ich.
– Oni też cię nie widzą.
Pani Hargreaves zaczynała się irytować.
– To może powiesz mi – spytała przesadnie słodkim tonem – co mam zrobić, żeby ich zobaczyć?
– Możesz na przykład na powrót stać się dzieckiem. To najbezpieczniejsza droga – tym razem chichot dobiegł gdzieś z lewej.
– Och tak, to rzeczywiście cudowny pomysł, ale niestety niemożliwy do wykonania.

– W takim razie proponuje powrót do pluszowego fotela, przed kominek.
– Ale ja chcę tu zostać. Kocham ten świat. To moje dzieciństwo.
– Skoro tak bardzo tego chcesz… napij się herbatki.
– Słucham? – oburzyła się pani Hargreaves. – Prosiłam o pomoc, a nie o…
– Powiedziałem raz, a nie zwykłem powtarzać.

Pani Hargreaves uciszyła swoje trajkotanie i spojrzała na stojącą przed nią filiżankę, która stanowczo wyglądała jakby ktoś już z niej wcześniej pił. Podnosząc do ust płyn, przypomniała sobie, że bajki raczej ostrzegały przed spożywaniem jakichkolwiek pokarmów w świecie obok, ale przecież jadła tu i piła, gdy była dzieckiem.
Świat cofnął się do wielkości główki od szpilki po czym gwałtownie powrócił, ale już z gwarem żywych istot. Kapelusznik zamarł z otwartymi ustami i podniesionym palcem. Najwyraźniej był w trakcie perswadowania czegoś Marcowemu Zającowi.

– Przepraszam, co pani tutaj robi? Nikt pani nie zapraszał.
– To ja Kapeluszniku, Alicja. Nie poznajesz mnie?
– Znacie jakąś panią Alicję? – spytał konspiracyjnym szeptem Kapelusznik.
Marcowy Zając zaprzeczył, Suseł zachrapał.

– Przykro mi, ale musiała nastąpić jakaś pomyłka. Teraz jeśli pani pozwoli, chcielibyśmy wrócić do naszej rozmowy. – Kapelusznik spojrzał na nią znacząco, czekając aż odejdzie.
– Ależ nie! To nie tak. Znacie mnie przecież. Jestem Alicja! Alicja Liddell. Byłam tu jako dziewczynka.
– Och… – to było wszystko, co zdołał z siebie wydusić Marcowy Zając. – Och obawiam się, że Ona już wie.
Pani Hargreaves nie zdążyła zapytać o to kto i co wie, bo usłyszała donośny głos przedzierający się przez drzewa. Nadchodziła Królowa Kier.
– Kot, ten beztułówny, a czasami bezgłowy kot powiedział, że ktoś wdarł się do mojego królestwa. – Spojrzała z niesmakiem na stałą trójkę obradującą przy popołudniowej herbatce, (Suseł mamrotał coś przez sen) po czym jej wzrok spoczął na pani Hargreaves.
– Aha! – zakrzyknęła uradowana. – A więc to ty, tak? Za mną! – Rozkazała.
– Ale, ale…
– I milczeć! – Dodała, słysząc jąkania starszej pani.
Pani Hargreaves pochyliła głowę i pozwoliła zaprowadzić się na pole do krykieta. Królowa spojrzała na nią krytycznie.
– Jesteś za stara na grę – stwierdziła z wyrzutem. – Będziesz robić za bramkę. UWAGA! – Krzyknęła tak głośno, że wszyscy obecni zakryli uszy. – Zaczynamy grę.

Nie dość, że pani Hargreaves była bardzo zdenerwowana, to jeszcze do tego wszystkiego poczuła nieprzyjemny ból w krzyżu, który odzywał się zawsze, gdy stała zbyt długo w jednej pozycji. Jednak za każdym razem, kiedy próbowała usunąć się niezauważona, któryś ze znudzonych strażników, przyprowadzał ją z powrotem na miejsce.
Zauważyła szeroki uśmiech między liśćmi pobliskiego dębu. Pogroziła palcem białym kłom.

– Nie mówiłeś, że tak to się skończy!

– Nie pytałaś, jak się to skończy…

– Chciałabym wrócić… – oznajmiła pani Hargreaves, pociągając nosem.
– Obawiam się, że to niemożliwe!

– Jak to? Weszłam tu sama, dlaczego nie mogę wyjść?!
– Już do śmierci należysz do tej Krainy.
– Więc jeśli umrę, będę mogła stąd odejść, tak?
– Tak.
– W takim razie chcę umrzeć!

Cała postać kota zmaterializował się na drzewie.
– Dobrej drogi, Alicjo…

Pani Hargreaves zobaczyła drwa w kominku, które już niemal do końca się wypaliły.
Świat zakręcił się i rozmazał.
Poczuła bolesne kłucie w piersi.
Miała nadzieję, że będzie na nią czekała naprawdę duża porcja tortu czekoladowego…

Koniec

Tekst: Małgorzata Podstawa

One thought on “Ostatnie kuszenie Alicji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *