Pięć minut Pełzaka-Ameby

Pięć minut Pełzaka-Ameby

Urodził się w miejscu urodzenia dokładnie w dniu daty urodzin. Wylał się i początkowo myślano, że to wody płodowe, ale dalej nie było nic, a ponadto w temperaturze pokojowej stężał i przybrał aktualne trendy. „Ma na imię” i przybiera kształt ekosystemu zamieszkania. Rodziców miał, jakich miał, czyli jego matka była, jaka była, a ojciec też mało się od siebie różnił. Dzieciństwo miał takie, jakie go otaczało, w efekcie miał, jakie miał. Odebrał wykształcenie, jakie odebrał i wskutek tego jawi się jako niedokładnie zapisana tabliczka, na której jest jeszcze dość miejsca, żeby coś dobazgrać – czyli taki, jaki będzie. Zdarzało mu się, to, co się zdarzało – zawsze na określonym w zaistniałych warunkach poziomie zdarzalności. Ile trzeba, żeby był jak kropka nad „i”, jak dwie kropki nad u-umlaut?


– Toczka w toczkę pięć minut…
Kilka słów o wyglądzie zewnętrznym dla wzrokowców. Nie zawadzi przecież, żeby z jego pomocą mógł się lepiej w zbiorowej pamięci odcisnąć.

Od pośladków nie uciekniesz, choćbyś nie wiadomo jak szybko przebierał nogami, tak i od własnego wyglądu jest trudno – nawet przy pomocy przyklejonych wąsów, peruki czy operacji plastycznej. Kształtu, to on nie ma, ale wygląd, owszem – z tym, że głównie zewnętrzny. Wewnętrznego nie eksponuje, z tym że czasem mu na wierzch wychodzi jak przysłowiowa słoma z butów chochoła.

Ktoś, kto wyglądu zewnętrznego nie ma, jest już na starcie skończony – w każdym razie start takiemu jest utrudniony. Może przejść zupełnie niezauważony, ale on ma i to zarówno bujny jak i nieokreślony, czyli ma – jaki ma i trzeba zacząć od czegoś, od czego trzeba zacząć.

Najprościej byłoby zgodnie z szablonem, że „jest to osobnik wysoki średniego wzrostu” albo nawet i małego, ale już po kilku zdaniach musielibyśmy ramy szablonu opuścić, zmiąć rękopis i zacząć od początku, by w końcu dopiero metodą prób i błędów uzyskać możliwą do zaakceptowania charakterystykę.
Nie ma obaw, że z powodu metody rozrośnie się ona do rozmiarów opisu przyrody, które w czasach akcji są nie do zaakceptowania. Na szczęście do przyrody zaliczany być nie może, inaczej nie byłby więcej wart od małpy albo świni i trzeba by szybko i dyskretnie kończyć, żeby nie padło jakieś bezpodstawne pomówienie o zezwierzęcenie. Jednak jako coś więcej niż przyroda, może być bez obaw, na jej odsuniętym w głąb kadru tle, eksponowany.

Już czas, bo jego pora minie i będzie po wszystkim. Oczywiście jak każdy i on w jakichś układach tkwi, jakieś tkwią w nim i kiedyś komuś obiecywał, że ujawni układ moczowy, ale właśnie dużo olewał i bardzo go potrzebował. Nie należy liczyć zbytnio, że coś więcej na ten temat wyjdzie w praniu – no chyba, że cieknie z pralki.
Ileż to na temat jednostki można powiedzieć i to bez tła społecznego, uwarunkowań geopolitycznych, zarysu epoki i tak dalej i to zupełnie prosto bez metafizycznego dystansu – „kawa na ławę”, a nie „morda w kubeł”.

No, a twarz? Niestety będzie trochę dystansu, ale nie dużo – tak jak gdyby metafizyk patrzył w oczy, ale przez odwróconą lornetkę… A może jednak tę twarz odłóżmy na inny dogodniejszy moment? A to wiadomo czy aktualnie ma ją w papierach?
Nieważne pozostałe uwarunkowania, nieważne gdzie stoi metafizyk, nieważne, że okres jest przejściowy, że zbliża się początek jakiegoś końca, nie licząc wymiany dowodów tożsamości.
I tak, pozornie przypadkowo, dochodzimy do samego sedna. Jednostka powinna być charakteryzowana na tle porządnego dowodu tożsamości, żeby móc dane do kupy poskładać bez zbędnego przetwarzania.

Pięć minut – nie więcej. Nawet gdyby przedstawił zaświadczenie lekarskie, w świetle którego byłby usprawiedliwiony.
Każdy ma swoje pięć, które może wykorzystać zgodnie z upodobaniami i zdolnościami, trzeba tylko wiedzieć, które wybrać do realizacji, natrafić na właściwe, dobrze jest mieć jakiś harmonogram i to wszystko.
Nikt nie wie, dlaczego pięć i czy tylko – czy też aż. Może dlatego, że to jakaś magiczna liczba? Niby nie ma nic magicznego w tym, że mamy po pięć palców kończyn, ale akurat ani mniej – ani więcej… Dziwnym trafem to właśnie piątkę postawiono na szczycie skali doskonałości i dopiero niedawno została wyparta przez szóstkę, co mogłoby sugerować, że doskonałość stała się doskonalsza, ale to raczej chcemy mieć złudzenie, że następuje postęp i to w dodatku do przodu.
Pięć minut przetrwało i trzyma się dobrze. Na pewno nie zrobią szóstki, bo w kwestii pięciu minut, po prostu szkoda czasu. Są tacy, dla których też go szkoda, bo i tak przechlapią, ale niech mają dla równego startu. I tak oto każdemu swoje przysługuje, pełne ma do niego prawo i może nie wykorzystać albo nawet ostentacyjnie zmarnować. Nikomu nic do tego, chociaż może zostać niesmak i żal.

Czasami można odnieść wrażenie, że ktoś nie ma, ale to nie jest prawda. W kwestii pięciu minut sprawiedliwość istnieje i albo miał w bardzo wczesnym dzieciństwie, albo czeka na niego w późnej starości. Mógł przegapić w żłobku albo musi się wykazać cierpliwością po dziewięćdziesiątce. Jeżeli ktoś ma skrupulatnie udokumentowane CV z dołączonym aktualnym aktem zgonu i z tych dokumentów wynika, że nie wykorzystał ani sekundy, to też nie jest zupełnie tak. – Musiał mieć w życiu płodowym albo czeka na niego w niebie. Inna sprawa, gdy do nieba nie jest zakwalifikowany, ale jak sobie pościelił tak mu się upiecze i to w smole, a nie na grillu. Czas jest jedynym sprawiedliwym, z którym każdy, bez względu na stan posiadania, kolor skóry, stanowisko, autorytet czy poziom inteligencji, może obcować bezpośrednio i stąd ta sprawiedliwość w kwestii pięciu minut zaistnienia. Nie pomogą łapówki, dojścia, komisje i odwołania. Pięć dla każdego albo wynocha.
– Nie? – To nie. Bierz życie, jakie jest i spadaj. Ale trzeba sobie jasno zdać sprawę, że przysługuje tylko jedno „w kwestii” i nie pomoże żaden oscylator pomiędzy strefami czasowymi ani lot z prędkością światła, bo pierwsze to luka, drugie utopia.
Czasami to zdecydowanie za dużo. Sprinterowi starcza przecież dziesięć sekund, a i tak za wszelką cenę chce skrócić…

Ktoś nie zauważył leżącego miliona, a gdyby dostrzegł, byłby w stanie podnieść nawet i trzysta razy, przyjmując raz na sekundę, więc starczyć może sekunda, bo trzystu milionów nikt, ot tak, na glebę nie wykłada, choćby i w alei gwiazd.
Za nim szedł ktoś inny, podniósł obchuchał, obdmuchał i postradał zmysły, kiedy się okazało, że milion fałszywy.
– A nie bierz cudzego, nie twoje pięć minut! Gdyby tak gapcia dogonił, – „przepraszam, czy to przypadkiem nie pańskie minuty?” – zapytał – swego w zdrowiu mógłby doczekać, nie mówiąc, że mógł liczyć na zwyczajowe dziesięć procent znaleźnego.

A może właśnie zamierzał wykorzystać, nie podnosząc? Idzie i nonszalancko depce jak niedopałek papierosa, ale tak żeby wszyscy widzieli, a szczególnie piękne kobiety. Jedne z pogardą spluną, że „nieudacznik sukcesu” – tych on nie chce, inne pomyślą, że wydać milion dla niego jak splunąć – te w swoim czasie zaliczy w poczet zaliczonych. Zostaną te, które zdają sobie sprawę, że czasem nie podnieść jest sztuką – i o te mu chodzi. Od tego momentu to ficet, któremu wszystko przychodzi łatwo.

Było, minęło, najprawdopodobniej dla obu tych panów był to tylko czas próby, takie pięć minut na sucho, abstrahując od rocznego poziomu opadów. Nikt przecież prawdziwego miliona nie zostawia na chodniku do podziału…
Są tacy, którzy realizują swój czas na luzie, bez żadnego planowania i wszystko im działa samo (fago-ficeci). Można równie dobrze być idiotą jak i geniuszem, pracowitym i leniwym, szybkim i powolnym, wysokim i niskim, wielkim i maluczkim, pięknym i brzydkim i tak dalej. Przez całe życie nikt geniusza nie rozumie, nadchodzi mu pięć minut i wszystkim opada szczęka ze wstydu, że nawet „dzień dobry” nie mówili, chociaż to ich sąsiad dalszy lub bliższy. Debilowi też nic nie przeszkodzi, bo kiedy jego czas nadejdzie, nastąpi taki splot okoliczności, że popyt na debilizm zakasuje wszystko, co możliwe – i odczyty na uniwersytetach będzie wygłaszał. Padnie na pięknego, to bez problemu, a jak na szkaradę, to przemodelują kanon urody. Padnie na wysokiego – przejdzie z głową w chmurach, a niskiemu nadejdzie o głowę niżej. – Ale wysforujesz się człowieku naprzód, to może nadejść z tyłu i przegapisz…

Nawet skazańcowi w ostatnich chwilach przysługuje ostatni papieros.
Już idą, słychać kroki na kamiennej posadzce. Zgrzyta klucz w stalowym zamku.
– Czy już? – wstaje z pryczy, nie czekając odpowiedzi. Z okna widzi ponure podwórze ze ścianą, na tle której już wkrótce przyjdzie stanąć. Strzepnął ślad kurzu z bielutkiego kołnierzyka i nagle czas zaczyna płynąć szybko, że nie nadąża z myślami, a te chciałyby przebiec do końca wszystkie na raz.

Prowadzą przez ciemne korytarze. Idzie się powoli, a dochodzi szybko. Na dziedzińcu, uderza chłód poranka. Dokładnie oglądnął ściany i spojrzał w ciemne jeszcze niebo.
Podchodzi dowódca plutonu, oddaje honor komisji i czeka na pozwolenie. Komendant nieznacznie kiwa głową, biel gilzy, błysk ognia, obłoczek dymu, lekarz zagląda w źrenice.
– To był jego ostatni!
Sfrustrowany medyk otwiera torbę, wyjmuje zielony blankiet wykorzystania, komendant niedbale parafuje.
A przecież mógł nie zdążyć… Tak. Trzeba korzystać do samego końca.
Każdy wykorzystuje po swojemu – jeden tak – drugi inaczej. Przegapisz – przepada i realizowany jest pakiet domyślny, czyli najczęściej figa z makiem, ale nie zawsze.
Bo jak wytłumaczyć, że samobójca w ostatniej chwili umiera, morderca chcąc nie chcąc morduje, bogacz bezwiednie się bogaci, przy czym nie osiągają swego wytrwałością czy talentem.? – Po prostu taki mają pakiet domyślny i tyle. Im się poszczęściło. A co jeżeli figa z makiem? Być może już w niedalekiej przyszłości można będzie po prostu wykupić z datą i realizującym makrem? Może giełda? Wykupujesz jedną setną sekundy najbogatszego i starczy. Przecież oni całego nie wykorzystują, a nawet taki ułamek sekundy może ustawić na całe życie… Nie można przecież wydarzeń doniosłych zostawiać samym sobie.

A więc, po pierwsze, nie wszyscy na raz. Bo wyobraźmy sobie, że wszystkim idzie jak z płatka – i to jednocześnie – żadnego niedorajdy na pociesznie.
Ale tak się po prostu nie da. Brak infrastruktury i duże koszty.

Rozpatrzmy przypadek, gdy kolejno. – Modelowe pasmo sukcesów, czyli sukcesostrada… – Takiej kolejki nikt nie widział nawet w kumulacji wszystkich dotychczasowych komunizmów, a czasu nie starczy, bo przeliczmy sobie sześć miliardów chętnych razy pięć. Trzydzieści miliardów minut, a w godzinę, jedną po drugiej, można obsłużyć tylko dwanaście osób. Poza tym reglamentacja, spekulacja i temu podobne szwindle, na które czas by i tak się nie zgodził. Ale nie ma powodu katastrofizować.

Gdyby selektywnie, przykładowo na początek wyłącznie szczodrzy i skąpcy, to w porządku: nastąpi jedynie szybki przepływ dóbr od jednych do drugich, ale jeżeli zarówno policja, jak i przestępcy wykorzystają swoje jednocześnie, to może dojść do nieskończonej spirali sprawiedliwości i temu podobnych zapętleń. To tylko przypadkowo wybrane przykłady dowodzące, że planowana selektywność zawodzi.

Nie oznacza to jednak, że nie istnieje pięć minut grupowe. Jedzący margarynę mieli swoje trzydzieści lat temu, kiedy nienasycone kwasy tłuszczowe były niezbędne. Teraz nienasyconym zaleca się do woli jeść masło. Długo, długo swoje mieli chudzi, teraz grubi powoli dochodzą do głosu. Młodzi mieli swoją pionę, teraz nadchodzi podobno czasokres zasobów po czterdziestce. Przez pięćdziesiąt lat mieli komuniści i mają dalej w mniej pastelowym od czerwonego kolorze, bo nie wszyscy z nich przecież już zdążyli wykorzystać.

Jest losowo. Tworzy się rynek i już niektórzy równiejsi wiedzą, kiedy, jak i gdzie, bo wiedzą, że nawet w tej rzetelnej losowości pięciu minutom można pomóc i najlepiej, gdy się jest czterdziestoletnim brzuchaczem, wcinającym masło homofilem, czyli miłującym swój gatunek.
Trzeba jednak pamiętać, że pięć minut nie jest równe pięciu minutom i z wiekiem każde następne jest coraz krótsze. Dla marudnego stulatka, to tylko chwilka, a umiejącym żyć szybko więcej nie trzeba – zdążą umrzeć młodo.

*

Miał harmonogram, co do sekundy. Punkt pierwszy – zaistnieć on-line w realu. Nic do ukrycia, nago bez owijania w bawełnę i inne trykoty jedwabie i kevlary, a nawet i organy wewnętrzne na wierzchu. Wywrócić trzewia na lewą stronę. Niech kapie sperma i mleczko pokarmowe. Pokazać, co ma na sercu i wątrobie, a resztę wyrzygać. Niech wiedzą, ile razy i z kim. Jak duży jest mały, gdzie ma pieprzyk na jajach, orientacja, preferencje i jakie pornosy czytuje w klozecie. Prawo czy leworęczny, szczególnie, gdy jest sam intymnie ze sobą. Prawo czy lewo-jędrny, to znaczy, które jądro ma dominujące. W każdym razie lewo-nożny nie powinien rano wstawać prawą kończyną – choćby miał czterolistną, a nie pięciopalczastą.
– To byłaby pierwsza minuta, czyli „open reality on-line”.
Potem wypełnianie kuponu – trzydzieści sekund – i try miga na ogromne HWDP na bramie komendy głównej mętów. Tyle szczegóły i do końca zaliczanie lasek, też na żywo.

Nastał dzień, jak co dzień, więc egzystencjalnie wstał. To znaczy, że wszystko miał w dupie oprócz problemów własnej jednostki.
– Kurwa nie! Raz, dwa, trzy zamawiam! Znów się walnął na wyro i powoli jeszcze raz, jeszcze bardziej egzystencjalnie, dokładnie postawił nogę sprawdziwszy kurwa dokładnie czy prawa. Czyli można cofnąć czas? Można, tylko trzeba zamówić, ale niestety nie dotyczy to pięciu minut, te są nieodwracalne. Usiadł, zmierzył ciśnienie, temperaturę, poziom adrenaliny potem testosteronu i zrobił sobie zdjęcie. To wszystko komórą! Ale nie tą swoją jedyną dopasowaną jeszcze po nocy do kształtu wyra!

Pobieżnie umył ręce, lekko wygładził błonę komórkową twarzy, podrapał się w jądro i jak zwykle nie przeprowadził gimnastyki. Był zmęczony. Wczoraj była wigilia meczu, więc z kumplami zrobili wieczerzę i teraz wodniczki miał puste.
Pokręcił się bez celu i wtem nagle dzingiel! Weź człowieku dojdź skąd, kiedy nie wiesz, czy to z samego wnętrza czy z obok…
– No gdzie ja się kurwa wczoraj położyłem! Przecież mierzyłem adrę… i steron.
Gówniarzenie dzieli się na klasyczne i odtylcowe. Po bożemu byłoby Rolingi – odtylcowo Stonsi. Adra to zgówniarzona od frontu adrenalina, steron to odtylcowo przemolestowany testosteron.

Dzingiel coraz głośniejszy, a mimo to nie wiadomo skąd dochodzi. On ma to do siebie, że nigdy nie wiadomo skąd. Jest idealnie skalarny. Żadnego kierunku, zwrotu i punktu przyłożenia – atakuje ze wszystkich stron.
– Kurwa! – myśl o treści „kurwa” zawsze pomaga się skupić. To pobudza szarą, tak jak klepanie po udach pobudza sportowców, a po dupie laski. Tymczasem dzingiel coraz głośniejszy.
– Włączyłem „ciepło-zimno” czy nie?
Opcja ta informuje organizmy stałocieplne o swoim, czyli opcji, położeniu, dlatego rano należało mierzyć tempę. Zrobił krok w przód – zimno, w lewo – jeszcze zimniej.
– Chyba włączyłem?
Krok w prawo – cieplej, jeszcze jeden – gorąco!
– Masz gorączkę, masz gorączkę! – jego operator informował o stanie zdrowia.
– Nie tak kurwa szybko! – pomyślał.
– Krok kurwa w lewo i zimny kompres z piwa dowewnętrznie. – Teraz można. Krok w prawo, jeszcze jeden i jest!
Zwyczajnie leży w popielniczce za drugą butelką, kręci się i buczy, spokojnie emitując przeraźliwy dzingiel i wysypując pety.
– Och ty kurwa! Pocałował w szkiełko wyświetlacza i wylizał z popiołu.
To są już cztery minuty.
– Jeszcze zdążę – nacisnął. Gdzie jest kurwa jebany kupon – jeszcze kurwa zdążę…
Znalazł, ale teraz gdzie długopis? – Kurwa jest!
Chwycił i w tym samym momencie usłyszał komunikat nieprzyjazny.
– Dmuchnij w opcję alkomat.
– Pospiesznie dmuchnął, nie było przecież czasu.
– Jesteś wczorajszy – poinformował operator.
– Kurwa – pomyślał. Często tak właśnie myślał żeby odświeżyć szarą.
– Jestem wczorajszy? No to, co? Wczorajszy, to przecież nie to, co niedzisiejszy! Niedzisiejszy nie potrafi obsługiwać…
– Twoje pięć minut przesłano do poczty losowej – informował dalej Jego operator.
Włączył menu opcje. – Było tylko „wykasuj”. Żal mu kurwa było kasy na „edycję”.

*

Stara tymczasem siedzi. Próbuje odpowiedzieć na konkursowe pytanie, czy dwa i dwa to cztery i widocznie różnie może być, bo są cztery warianty. Skąd ma wiedzieć, jeżeli ukończyła arytmetykę tylko w zakresie liczenia bilonu, a ten jest tylko do pięciu, nie licząc drobnych.
a) Tak, jest równe
b) Wynosi cztery
c) Dokładnie
d) Owszem.

To jedna z konkursowych kwestii, gdzie pytanie nie różni się od odpowiedzi, ale ten dreszczyk emocji zawsze jest i lepiej się upewnić. Wszystko równo cztery, choćby nie wiadomo co, ale i tak nigdy nie wiadomo… W końcu z odpowiedzią nie ma kłopotu, bo w akcesoriach jej komóry jest szybki kalkulator o wielokrotnie większej mocy obliczeniowej niż wymaga stopień trudności, co daje wystarczający próg bezpieczeństwa, niemniej jednak… Teraz leży na kanapie i kaprysi.
– Ona ma swoje pięć minut zawsze – pomyślał z zazdroscią – tylko nigdy o tym nie wie, a ja jej nie powiem.
– Nie jestem zakręcona! – piszczała.
Nic nie pomagało. Ni kuchnia chińska, ni włoska, ni miłość francuska – ani nawet francuski klucz – ciągle nie była zakręcona.
– Ciebie byle co kręci i nic nie rozumiesz! – narzekała. Uważała, że on też ma swoje zawsze i za każdym razem kaszani.
– Wejdź na gadu-gadu – zaproponował – albo spadaj w real do sąsiadki.

Lubiła się pośmiać, na chwilę włączyła samośmiew. Miała podręczny odlotowy z pilotem, w toalecie odchodowy, a w łóżku kontaktowy z wibrującą wtyczką. Śmiech na żywo – nigdy z rechbeku.
– Słyszysz niedołęgo? W samoglądzie wysiadło lustro! – do oglądania miała samogląd.
Był automatyczny. Gdy zerkała w ekran, sam się wyłączał, gdy odwracała głowę, automatycznie się oglądał, tak, że nie było mowy o lukach w oglądalności. Włączyła samoszloch i pociekły łzy.
– Niezakręcona to i cieknie… – pomyślał.
Było źle. Mogła jej siąść psychika. Zapobiegawczo usunął krzesła i fotele, co jeszcze bardziej ją rozwścieczyło.
– Nie mam na czym siedzieć! – piszczała i z treścią tego pisku, od pewnego czasu łatwo się godził. Nie mogła mieć, bo ciągle się odchudzała.
– Postój trochę, nie wygnieciesz pośladków… – próbował łagodzić.
Wstała i popróbowała kroku modelki stawiając stopy po przeciwnej stronie nogi macierzystej. Oj, cóż by to było gdyby nogi się poskręcały – tragedia: szukająca miejsca siedzącego psychika, poskręcane nogi, a ona ciągle niezakręcona.
– Zrób coś! Ty niedołęgo! – krzyczała.
– Może się gdzieś pokręcimy? – zaproponował. Nawet nie spojrzała w jego kierunku.
– Ma niezrównoważony moment obrotowy – myślał i dlatego tak trudno ją nakręcić, a może w dzieciństwie nie chodziła na karuzelę? Błysnął biżuterią intymną – wszystko na próżno.
– Może jak będzie miała śrubę, to jej przejdzie? Zakręć i wal z gwinta – odkapslował, lecz mało nie rozbiła mu butelki o fryzurę.

Spróbował przykręcić śrubkę, ale wpadła w histerię.
– Tak cię zakręcę, że aż się przekręcisz! – zagroził – ale masz czas na ostanie życzenie…
– Skręta! – krzyknęła.
Nagle padła reklama. Jak strzał w dziesiątkę, jak wafel, jak kawka…
– Rodzicu! Zabieraj pociechy na karuzelę. Unikniesz dramatycznych sytuacji, których czasem nie daje się odkręcić.

Już zakręcona zapytała.
– Masz cztery złote? Musi być po dwa.
– Nie mam, wydałem na browary.
– Strzelam. Niech będzie „c” – powróciła do konkursu.
– Słuchaj stary! Ale kawał słyszałam! – mówili sobie po „staremu”, bo tak im dyktował aktualny savoir vivre i wiek nie miał tu nic do rzeczy.
Czasem mówiła „młody”, ale tylko wtedy, kiedy trzeba było wysłać po szlugi albo browca – wysyła się młodych albo koty.
– A miałeś kiedy ostry seks? – szybkie zmiany tematu były jej specjalnością.
– Miałem, ale dawno i nie z tobą… i nikt mi tego – cha, cha, cha – nie odbierze.
– A ja bym chciała teraz…
– Daj spokój. To już wolę ostry rygor… – Cha, cha cha!
Jeszcze tylko poda nazwisko i imię statystycznego ziomka. Z tym także kłopotów nie będzie, gdyż pójdzie po tom jego wydanej w PIWie (Państwowy Instytut Wydawniczy) encyklopedii w twardych okładkach albo swoją wydaną w KAWie (Krajowa Agencja Wydawnicza).

Zmęczony rozmową, ruszył do kompa. Od wczoraj ma o multum mega więcej od sąsiada.
Wdał się w interakcję i wychodzi zwycięsko, choć maszyna szybka. Teraz przystępuje do wciskania dowolnego klawisza. To jest wolność! Dowolny klawisz, a nie jakiś odgórnie narzucony. Może być ten albo tamten – na przykład „małpa”. Pierwszy komp obsługiwały doświadczalne małpy, a teraz już dawno jest na odwrót, z tym, że małpy nie są już demo.
U niego dowolny był największy i bez napisu, czyli dla zaawansowanych, bo nawet gdyby dobrze umieć czytać to i tak nie trzeba. Żeby nie było wątpliwości, stara na wszelki wypadek podpisała przyjaznym mazakiem drukowanymi literami, że to on – to znaczy dowolny. Przedtem napisała sympatycznym, ale nie było widać.

Lubi sport, a szczególnie „ten sport”. Full kontakt, może być w wersji WC. Teraz wchodzi na stronę. Strona „Heros i Spyche” – oboje bez tunik. Całe dwadzieścia cztery w czasie rzeczywistym. Jest już zmęczony oglądaniem tysięcy odcinków – tu odcinek jest jeden – bez początku i końca. Dawno skończyli rozmawiać i teraz opcja akcja.
Prawym przyspieszył i zatrzymał na ulubionym kadrze. Chwilowo nie widać oczu Spyche, ale widać na czym siedzi.
– Nie oglądasz? Leci „El jak love” – zapytała oczywiście nie Spyche. Do tego stopnia interaktywna, to ona w swej opcji nie jest.
– Nie teraz! – w takiej chwili tylko ona potrafi wszystko popsuć, nie Spyche oczywiście – i dlatego z nią tego sportu nie trenuje.
– Nie teraz! Rozumiesz? Tylko spróbuj się jeszcze raz, spacja, wtrącić!
– A wiesz, ile jeszcze masz orgazmów? – nie dawała za wygraną.
– Ile będę, spacja, chciał!
– Oj nie wiadomo… Zaraz zobaczymy: podaj miejsce przyrodzenia, intymne znamię zodiaku, czy boli w krzyżu… no i jeszcze długość nosa. Skorpion, to jak już nie może, to wsadza w łeb i wytrysk… chi, chi, ale ty chyba nie jesteś skorpion?
– Chyba łeb?
– Wytrysk jadu głupku! Ty już tego jadu nie masz… A baran wali w ścianę!
– Chyba w rogi!
– W rogi, to ciebie!
– A panna?
– Panna zawsze może – dumnie wydęła policzki górne.
– No widzisz? – napiął tatuaże.
– Niby, co?
– Jak to, co? Przecież ja jestem panna, tylko że płci męskiej!
Dotychczas zawsze mógł, ale niestety podobno według najnowszych badań ilość orgazmów jest jednak ograniczona… Przekraczasz limit, owszem dalej można, ale już bez tego.
– Słyszałeś? Podobno chińczyk ma wytrysk bez orgazmu…
– Orgazm bez wytrysku debilko.
Ona też zawsze mogła, ale chociaż była pełna energii, niepotrzebnie jej nie zużywała. Wolała się odchudzać.
– Mówiłeś, że cię boli w krzyżu… bo jak boli – odejmujemy pięćset, a potem ilość wykorzystaną…
– A skąd wiesz, ile miałem?
– Mam zanotowane. – To wychodzi… to wychodzi… to wychodzi…

Raz widać, raz nie, ale taki jest scenariusz. Może trochę monotonny, ale ważne jest tempo i wielu, nie tylko on, chciałoby zaistnieć u boku Spyche albo lepiej nad nią lub nawet pod nią. To byłby bliższy kontakt ze sztuką, jaką Spyche niewątpliwie jest. Tymczasem na ekranie dobrze jest widoczna część układu oddechowego aktorki, która wdycha czyste wirtualne powietrze.
Aby pojechać na wycieczkę na Łodygi i Badyle, trzeba jedynie wygrać konkurs i tylko wysłać odpowiedzi pod adres, który musi być właściwy. Odpowiedzi w granicach błędu i w całej tej skomplikowanej procedurze trzeba tylko wcisnąć dowolny klawisz.
Już to robił, gdy zadzwonił telefon. – Odebrała ona – nie Spyche oczywiście:
– Nie, partnerka. Aha… musi osobiście – rozumiem.
– Do ciebie! Musisz osobiście?
Muszla WuCetu to wspaniałe miejsce na refleksje, toteż rozpamiętywał końcówkę ostatniej rozmowy.
– Minus to, co z Landryną, to co z Bachorem i Marychą – wychodzi jednocyfrówa!
– Niech zadzwonią później, jestem w kiblu!
– Teraz nie. Jest w k…, to znaczy w WuCecie.
– Mówią, że musisz teraz, bo przepadnie!
– Co, przepadnie!?
– Nagroda!
– Trzeba było, spacja, od razu! Już lecę!
– Nie może przepaść, mam tylko kilka razy! – tego oczywiście lecąc nie wykrzykiwał. Może to nie był lot, gdyż musiał zamknąć dyszę, ale prędkość i czas były w normie.
– Słucham, osobiście. Tak! Cieszę się bardzo! Pozdrawiam wszystkich! Siema! Zamknij się! Oprócz ciebie! – zawsze w takich momentach przeszkadzała.
– Przepraszam, to nie do pani. Rozumiem – z osobą towarzyszącą. Tak. Jeżeli nie mam, organizator zapewnia. Jeszcze raz dziękuję serdecznie. Do zobaczenia. – Słyszysz? Na Badyle i Łodygi! Jaka jest stolica Łodyg? – ona rzuciła się do wydanej w KAWie encyklopedii i już odpowiada:
– Oazis Luz.
– No to do tej Oazis. Hotel Flagranti Inn, z osobą towarzyszącą.
– Oj stary, w co ja się ubiorę?
– Tam ciepło. Dużo nie trzeba! Niestety, chyba będzie musiał ją zabrać, ale postanowił bronić się do ostatka…

Ze złości ugryzł się w język – nie mógł sobie darować, że się wygadał. Mógł sobie wybrać interaktywną Spyche, a tak będzie musiał jechać z nią, która na dokładkę nie ma, czym przykryć nagości. Powoli się uspokoił i mimo wszystko bardzo się cieszył. Pomógł jak mógł znaleźć jakieś ubranie, potem z całych sił wychwalał, że pięknie wygląda.
Podróż była krótka. Flagranti Inn okazał się pięknym wieżowcem z metalu i szkła położonym blisko plaży. Wysiedli i powitał ich ogromny neon: „U siebie tubylcem – u nas jesteś Gościem!”
– To dobrze – pomyślał. – Stara będzie leżała na plaży, a ja… – zatarł ręce na myśl o Badylankach i Łodyżankach, których widok pląsał mu po komórkach pod szarą obudową z czaszki.

Pojechali prosto do hotelu, gdzie wszystko wydawało się bardziej kolorowe niż w dotychczas oglądanym realu, za wyjątkiem jego siedemnastu milionów kolorów.
Był wieczór, więc usiadł i odruchowo włączył kompa, który standardowo był na wyposażeniu i miał jeszcze więcej mega.
Jutro miała się rozpocząć przygoda. Ona na plaży, a on pozna Łodyżanki. Rozważał nawet zmianę osoby towarzyszącej, którą dopuszczał regulamin po odpowiednim umotywowaniu. Ona zaczęła się guzdrać przy rozpakowywaniu. Nagle złapała się za głowę i niemalże wpadła w histerię.
– Zapomniałam krzyżówek i okularów!
W takim razie katastrofa. Koniec marzeń. Teraz będzie się wszędzie za nim kręcić.
Spojrzał przez okno na błękitne morze, na żeglujące w zachodzącym słońcu żaglówki i jachty pięknych milionerek. Nagle odwrócił głowę i spojrzał na wygaszacz ekranu, który nie był mniej od morza błękitny. Palce same uderzyły w klawisze sterujące niczym w koło sterowe i rozpoczęło się żeglowanie.
Strona „Heros i Spyche”. Nieco zmartwił komunikat „’Hit’ i coś tam jeszcze”, lecz walnął pięścią i wszystko potoczyło się gładko, bo trafił akurat w dowolny klawisz. Po kilku minutach, po wyjściu z WuCetu już odbierał telefon z wiadomością, że wygrał konkurs na wycieczkę.
Tym razem już się w rozmowie kontrolował.
– Ale się wycwanili! Już bez osoby towarzyszącej – kłamał jak z nut.
– W stolicy? – zapytała.
– Tak.
– Jakiej?
– Naszej – tu nie kłamał.
– Jak jeszcze powiesz, że na naszej ulicy, to zostaję… – usiłowała niezdarnie kpić.
Nie było na ich ulicy, ale została.
– Pamiętaj, tylko przyślij! Aha… samiec krowy?
– Koń!
– Samica szczura? No jasne – przecież mysz!
– No, a kochanka Piotra pierwszego?
– Katarzyna druga! – Nigdy nic nie wie. Słowo daję! Czasami to można wyjść z siebie… Można, ale nie trzeba – sam do siebie zadowcipkował i zamiast tego wyszedł z Flagranti Inn, co wydało mu się dramatem z powodu rozstania z Lodyżankami i Badylankami, o których biodra niemalże się ocierał w obrotowych drzwiach.

Wsiadał do samolotu, a stara machała na pożegnanie. Miała jeszcze tydzień na Łodygach, a on tydzień wolnego w stolicy z wybraną osobą towarzyszącą. Wprawdzie stolica, to nie Oazis Luz, ale za to Spyche, to nie połowica.
Bezzwłocznie wysłał krzyżówki i zamierzał się udać pod adres, gdzie miał sobie poklikać na żywo.

– Och! Cóż za men! – powitała go piękna Spyche. Men to stadium osiągane przez larwy tylko nielicznych facetów. Z dumy mało nie ocipiał.
– Nie każdy dostaje po raz drugi – kontynuowała tajemniczo Spyche, uwodzicielsko głaszcząc piękne uda. Rozmowa toczyła się tak gładko, że zapomniał o upływie czasu, nie zdając sobie sprawy, że on ma tu znaczenie piewszorzędne.
– Twoje pięć minut właśnie mija – nagle półsłodkim już głosem wyszeptała Spyche i obciągnęła spódnicę maksymalnie.
Zza szafy wyszedł potężnie upakowany Heros i z jego otworu gębowego dobiegł czysto wytrawny głos zawodowca.
– Chyba że zdążysz frajerze w pięć sekund – spojrzał na zegarek i odczekał brakującą chwilę.
– W tej opcji dawaj kasę i wynocha – śmiał się elegancko upakowany Heros.
– Ale ja przecież wygrałem…
– Wygrałeś, ale nie wykorzystałeś, a domyślnie masz figę z makiem i wynocha.
Chcąc nie chcąc, spojrzał na sposób upakowania substancji mięśniowej Herosa, wyjął portfel, który od razu przejęła Spyche i po dokładnym opróżnieniu zwróciła.
– Ciesz się frajerze, że to były tanie minuty – na odchodne zarechotała.
– Jestem osobą towarzyszącą i towarzystwa dotrzymuję – dodała.
Tymczasem Heros wyrwał jej z ręki pieniądze, uderzył w buzię, rozdarł sukienkę, rozległ sie klaps, przewrócił na podłogę i znów wszyscy mogli oglądać słynne duo, aż do pięciu minut następnego szczęśliwca.

Myliłby się, kto myśli, że pojechała na Łodygi, żeby się opalać i rozwiązywać krzyżówki. Nie jest prawdą także to, że ma zawsze swoje pięć minut.
Zadzwoniła do recepcji by się upewnić, że odjechał i łapczywie wykręciła ten numer. Ten najwłaściwszy z właściwych. Swoje pięć minut zabukowała już dawno za wszystkie oszczędności i teraz tylko potwierdzała realizację.
– Halo, czy Ten Robert?
Ten Robert: Halo, halo, witamy „W twoich pięciu minutach”. Oto nasza aktualna szczęściara! Jak masz na imię?
– Belinda Jane.
W każdym razie takie zawsze chciała mieć. Nie wyobrażała sobie innego na wizji.

– Nie żałuj kartacza, nabij garłacza.
Zabij żarłacza.

– Zanuciła szlagier programu prawie nie fałszując.
Ten Robert:
– Stanąć oko w oko z maszyną do zabijania – mówi piękna Belinda Jane.
Po chwili już siedziała w swej podwodnej klatce i w napięciu obserwowała toń. Na razie adra – jak mawiała o adrenalinie – rosła szybciej niż algi i oglądalność.
– Gdzie te żarłacze? – niecierpliwiła się.
– Może wyjdę z tej klatki bez osłony aparatu oddechowego albo w samych płucach? – pytała Tego Roberta, ale był czymś zajęty.
Obok przepływają leszcze, a w algach ryba piła.
Leszcz do leszcza:
– Ale towar! Ostra. Trochę oścista. Jak porusza filetami! A jakie skrzela! – ma kawior… Bejbe! Aj law de łej ju mów! – modnie zakrzyknął.
Drugi:
– Rybka! Toż przecież pierwsza w rankingu maszyn stolarskich!
– Przepłynąłby, co?
– Nawet pod prąd z agregatu.
Nie zwróciły uwagi na Belindę Jane. Głupie leszcze nie wiedziały, że piła to samiec i też by nie tylko przepłynął, ale i przepiłował.
– Czy to one? Czy to żarłacze? – Jane w pośpiechu zaczęła przechodzić na płuca, by dobrze wypaść na wizji.
Ten Robert – reżyser:
– Zabierzcie te leszcze!
Piła odpiłowuje kapsel i rzuca na rafę.
– Za flotę rybacką, do dna! – duszkiem wychyla, aż wzdęło pęcherz pławny.
– To żarłacz! – szczebioce Belinda Jane, chwytając za sprzączki aparatu.
– Nie rób tego! – słychać głos Tego Roberta z centrali.
Ten Robert: – Ochrona! Co tu robi piła!?
– Docina pręty do klatki!
Piła niewyraźnie bulgoce spluwając. Po kilku chwilach jest nagazowana i zatacza się brzuchem do góry, a w płetwach ma śrubę.
Ten Robert:
– Ochrona! Gdzie szczupaki z ochrony!
Ochrona:
– Wzywamy Patrol Akwarium!
Zatrzymuje się szybki wodocykl.
Patrol:
– Ale nabrana… jak okręt podwodny!
Ryba piła:
– Co nabrana?! W słonej wodzie suszy!
Patrol:
– Staje okoniem. Robimy karpia i chuchamy albo płyniemy na krew…
Piła:
– Na rozgrzewkę! Jestem taka zimnokrwista!

Patrol:
– Łyczek i spływaj, bo zatrzymamy do odgazowania.
Patrol spuszcza pile gaz z pęcherza i ta, tarzając się po dnie, odpływa chciwie, łypiąc na opływowe kształty Belindy Jane. Niewiele brakowało, niechybnie przerżnęłaby kraty i przepiłowała Belindę.
Tymczasem Żarłaczy ni widu ni słychu. Belindzie spada adrenalina i nie znajduje się się dżentelmen, który by podniósł.
Dwa żarłacze poza zasięgiem kamer zbliżają się do klatki:
– Ale opływowa… Łyknąłby – pojawiają się w zasięgu wizji.
– To żarłacze! Jakie przystojne! – szczebioce Belinda Jane.
Podpływają do klatki.
– Nie bój się, będziemy cię chronić.
Ośmielona, bez osłony aparatu oddechowego, otwiera klatkę, by wypłynąć na spotkanie pierwszego stopnia.
– Co ona robi? – krzyczy Ten przerażony Robert.
– Nie bój żaby! Żaba w wodzie nie bodzie, a poza tym, jakby co, syreny zaalarmują – uspokaja ochrona.
– Bierzemy? – szepce starszy żarłacz.
Zabierają się do brania, gdy młodszy szepce:
– Stój! To przynęta!
W ostatniej chwili starszy wstrzymuje apetyt i miast kłapnąć, namiętnie całuje. Cieknie ślina, ale wokoło mokro i nikt nie zauważa.
Belinda Jane bulgoce i pozuje do dalszego całowania.
W okresie ochronnym żarłacze nie biorą. Za nieprzestrzeganie grozi oskrobanie, wbicie na hak, a nawet agregat elektryczny.
– Stop! Czas minął! Jak było? – Ten Robert pyta Belindy Jane i nie czekając na odpowiedź, niewybrednym gestem żegna.
– Won! – krzyczy, zasłania ręcznikiem piękne płuca Belindy i nie dając chwycić oddechu, wypycha poza wizję, na którą sam wchodzi.
– Tak, więc wśród maszyn do zabijania na pierwsze miejsce wyszedł Żarłacz Tępogłowy. Rekin młot jest na trzecim.

Wyprzedzili zdecydowanie AK 47, Leoparda i innych dotychczasowych faworytów.
Młot i tępogłowy – a więc nie na ostro, raczej na surowo.
A można przecież podłączyć kuchenkę do ciepłego, darmowego prądu morskiego i ugotować w osłonie argonu. Jeżeli już na surowo, to niech by to był choćby podwodny tatar z kawiorem i kiszonymi algami. Chyba dlatego nie tknęły ostrej przecież Belindy Jane, chociaż była niesurowa.
Może jednak z obawy przed ostrym nieżytem, a może z jakiegoś innego powodu? To zasada wzajemnej sympatii przeciwieństw – przecież protony nie pożerają elektronów, a i przeciwne bieguny magnesu czują do siebie rodzaj sympatii. Tak tu tępota lgnie do ostrości. Na pięć minut żegna was Ten Robert.

Koniec

Karol Józef

3 thoughts on “Pięć minut Pełzaka-Ameby

  1. Świetne opowiadanie, a przede wszystkim genialny język! Przyznam, że najbardziej podobała mi się pierwsza część (do pierwszej gwiazdki), może dlatego właśnie, że najwięcej jest tam zabawy słowem. Ale ogólnie super!

  2. Pytania o ostry sex i orgazm… Jak to jest, że z tymi sprawami tekst staje się o niebo ciekawszy i bardziej fascynujący. Chyba świat kręci się wokół jednego. Jestem za:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *