Nie cierpię (rozdział 10)

Rozdział 10: BEZ PRZEDAWNIENIA

– I ten twój koleżka, tenjakmutam matoł z fiutem zamiast mózgu! – z „me” wjechała na „mine”. – Nie dało się znaleźć większego idioty? Połowę czasu spędza uganiając się za dupami, a drugą na dogadzaniu im i sobie. Aż dziwne, że ma czas, żeby pisać te swoje durnowate historyjki. Muszę ci to przyznać, jest jeszcze gorszy od ciebie, pewnie dlatego się z nim tak zaprzyjaźniłeś, bo przy nim to wychodzisz na pieprzonego Dżojsoszekspira! I od razu lepiej się czujesz, megazajebisty i powszechnie szanowany.
(Rzeczywiście, po przeczytaniu kilku akapitów dowolnej książki Dominika moja samoocena nieco wzrasta. Ale nigdy nie powiedziałbym, że to jest podstawa naszej przyjaźni. Nie powiedziałbym, bo za cholerę nie wiem, jaka jest podstawa naszej przyjaźni.)

***

Nie cierpię:
Nie cierpię, gdy ktoś zaczyna rozmowę od „musimy pogadać”.

Kiedy kobieta jednego z moich bohaterów rozpoczyna rozmowę w ten sposób, oznacza to dwie rzeczy: a) chce z nim zerwać; b) jest w ciąży. Pierwsza sytuacja z reguły kończy się błaganiem na klęczkach, obiecywaniem złotych gór albo wyruszeniem na wyprawę w odległe strony. Druga – poważnymi kłopotami, a gdy jestem w odpowiednim humorze – natychmiastowym zejściem nieszczęśnika na zawał.

W moim własnym życiu usłyszałem te znienawidzone słowa siedem razy (zanim wypowiedziała je Ola). Spieszę wam donieść, że w żadnym wypadku nie miała miejsca sytuacja B. Póki co, póki co, Ola jeszcze nie zdążyła rozwinąć swojego zagajenia.
Autorką wszystkich siedmiu musimypogadać była – ależ niespodzianka! – Weronika. Najpierw chodziło o moją niezdolność do (nieudolność w) wyrażania uczuć. („Mógłbyś być troszeczkę bardziej wylewny”, powiedziała, swoim zwyczajem siedząc wyprostowana jak rekrut na musztrze. „Zawsze muszę się domyślać, co ci się właściwie podoba, a co nie.” Drogi czytelnik raczy zauważyć, że spędziłem siedem lat domyślając się, na co miała ochotę, na co nie, bo przecież powinienem wiedzieć.) Potem miała pretensje o to, że to ona zawsze wszystko organizowała, a ja nie kiwałem nawet palcem w bucie, zapominając przy tym o milionie imprez branżowych, na które trzeba ją było ciągnąć siłą, jeśli w ogóle mi się to udawało. I jeszcze parę innych rzeczy, o których nie warto wspominać. Za siódmym razem musimypogadać otworzyło nie rozmowę, a monolog. Ten monolog poznajecie w całości, kawałek po kawałku, więc nie wymaga dalszego komentarza.

***

Musimy pogadać, to pogadajmy.
– Coś się stało?
– Nic się nie stało, nie teraz przynajmniej. Jezu, ciężko to tak nagle poukładać w jedną całość.
Prowadzę ją do jej ulubionego fotela. Siada, a ja klękam przed nią. Milczy, zbiera siły. Pochyla się ku mnie. Czuję jej oddech na swojej twarzy. (Jest słodki, musiała poczęstować się przyjściem do mnie czekoladą, jak zawsze kiedy natrafia na coś trudnego, jakąś przeszkodę, która na pierwszy rzut oka wydaje się niemożliwa do przeskoczenia.)
– Spróbuj. Spróbować nigdy nie zaszkodzi.
– Chyba, że się nie uda.
– Jeśli się nie spróbuje to tak, jakby się nie udało. Słuchaj moich rad, ja takie mądrości sprzedaję regularnie dziesiątkom tysięcy małolatów. I niedługo będzie mnie stać na domek na przedmieściach.
Uśmiecha się. Dobrze. Mój czar jeszcze działa. Sytuacja A raczej odpada. Czy to oznacza, że niedługo zostanę ojcem?
– Orajt, orajt, już dobrze. Muszę uważać na moje zajady, okej?
– Okej.
Dżek podfruwa do nas, katowicki, sepleniący Ikar; jego mina (język wystający w kąciku ust, szeroko otwarte oczy) mówi, że i jego zainteresował wstęp Oli. Nie odzywa się i za to jestem mu wdzięczny.

– Znam twojego dziadka ze starych czasów… to znaczy, nie ja, nie osobiście… fak! Od początku: za komuny mój tata, Ryszard – wszystkie Ryśki to równe chłopy, przemyka mi przez myśl, ale mina Oli każe mi spoważnieć – działał w opozycji – znam tę historię, znam! Kończy się źle, nie może inaczej. – Jeden Koniecpolski się na niego zawziął w osiemdziesiątym drugim. Posadził go na dwa miesiące… nie, źle to opowiadam. Chodziło mu o kogoś innego. Ten drugi nazywał się Szczygieł i był ważną osobą w związku w Katowicach. Jak wybuchł stan wojenny, zaczął się ukrywać i nie mogli go znaleźć. Tata był jednym z tych, którzy mieli z nim kontakt, więc Koniecpolski postanowił pójść po nitce do kłębka… W tym czasie moja mama ciężko chorowała, serce, ja miałam siedem lat, Jurek dziesięć. A tata w więzieniu. Koniecpolski wykorzystał sytuację. Pociągnął za parę sznurków i mamie odwołali operację. Nie miał wyjścia: albo mama, albo Szczygieł. Koniecpolski dobrze to rozegrał, tata się zgodził. Mama dostała miejsce w szpitalu górniczym w Sosnowcu, dla niepoznaki, a chirurgów ściągnęli z Zabrza. Operacja się udała… Ale przy aresztowaniu Szczygieł wpadł w panikę i wyskoczył przez okno z ósmego piętra. Trup na miejscu. Napisali w gazecie, że był pijany. Nie wiem, może był, nieważne. Tata się bardzo tym przejął… to już normalnie nie był ten sam człowiek, w ogóle stracił chęć do życia. Siedział sam, po ciemku, do nikogo się nie odzywał. A przedtem zagadywał wszystkich dookoła. Nic na niego nie działało, próbowaliśmy wszystkiego… i któregoś dnia, w kwietniu osiemdziesiątego czwartego… Jurek go znalazł… mama była w pracy, ja w szkole, on skończył wcześniej… Tata wisiał w łazience, zaraz obok wanny… Dwa lata umierałam ze strachu, kiedy byłam tam sama. Uśmiałbyś się, jakbyś zobaczył, jak szybko potrafiłam się wykąpać. Nikt nigdy nie stał za drzwiami, rycząc, żebym się pospieszyła… To zresztą zostało mi do dzisiaj. Później przeprowadziliśmy się i było łatwiej… ale wcale nie łatwo.

Wierci się, podkurcza nogi, krzywi. Ja dalej klęczę nieruchomo, czekam. Ola ma jeszcze coś do dodania.
– Wszyscy znaliśmy to nazwisko: Koniecpolski. Koniec Polski. Tata nam o wszystkim opowiedział. A raczej Jurkowi i mamie, bo ja byłam za mała. Ja dowiedziałam się już po tym, jak tata… Koniecpolski… ile razy marzyłam, że dostanę go w swoje ręce… i coś mu zrobię… a teraz… nie wiem… ten pierwszy raz, kiedy się przedstawił w twojej kuchni, nie uwierzyłam, nie chciałam uwierzyć, że jeszcze żyje, że to właśnie on. Pogadałam z Jurkiem, on ma dojścia w Ipeenie, jeden z jego profesorów z Usia tam pracuje, pogmerał trochę i wyszło na to, że to powinien być on. Wcześniej się tym nie zajmował, do głowy mu nie przyszło, że on jeszcze żyje, stary pryk, ile on ma lat?
– Dziewięćdziesiąt dwa.
– Dziewięćdziesiąt dwa. Kurwa, mój tata, gdyby żył, miałby pięćdziesiąt dwa. Kurwa.
Przeklina, lecz bez wykrzykników. Słowa wychodzą z jej ust płaskie, wyzute z emocji. Pewnie wszystkie je już zużyła, stary ubek Koniecpolski na więcej nie zasługuje.
– Przykro mi – mówię, bo nic innego do głowy mi nie przychodzi. Wszystkie moje głupie rozważania sprzed kilku chwil są już daleko, daleko.
– A jednak, a jednak – ciągnie, nie zwracając uwagi na moje wtręty. – To on. Twój dziadek. Powiedziałeś, że pracował w milicji.
– Taka jest wersja oficjalna. Nikt nie chodzi i nie przedstawia się, że pracował w UB, SB, czy jak tam to się nazywało.
– Co im nie przeszkadza pobierać ładnej emerytury.
– Pieniądze nie śmierdzą, zwłaszcza ludziom z taką przeszłością.

***

Przeszłość. W tym kraju (tj. w Polsce, drodzy czytelnicy) przeszłość nigdy nie chciała odejść w przeszłość. Zawsze wraca (albo wraca się do niej). Tutaj partie rozróżnia się nie poprzez to, jak widzą przyszłość, co chcą zrobić z palącą teraźniejszością, ale przez to, jaki mają stosunek do przeszłości (prawicowi socjaliści i lewicowi socjaliści, pierwsi postsolidarnościowi, drudzy postkomunistyczni; liberałowie niebiescy i zaróżowieni, ze strzępami partyjnych książeczek w czeluściach szuflad; umoczeni i nieumoczeni, tajni, utajnieni i zupełnie jawni; agenci, kontakty, wtyczki, świadomi i nieuświadomieni; z podpisani i bez). Niech inni, zachodniwschodni, martwią się globalnym ociepleniem, kondycją człowieka w postindustrialnym społeczeństwie, mechanizacją, robotyzacją, internetyzacją, cybernetyzacją, wszystkimi innymi -yzacjami. My wam powiemy, kto wygrał tę cholerną wojnę, kto ją przegrał, kto wywołał, kto w niej ucierpiał, kto był bohaterem, kto wrogiem, kto zdrajcą, kto służył w Wehrmachcie, kto w AK, a kto w czerwonej armii wyzwolicielskozniewalającej.

A terroryzm? Wybuchające samolotyautobusypociągi? A przeludnienie? A dziura ozonowa? A nasilające się suszepowodziehuragany? A szczerzące kły, zbrojące się coraz bardziej poskręcane łańcuchy DNA wirusy? A rozpływająca się i przechodząca w czystą agresję tożsamość nastolatków?

A nie, bo NKWD i masowe groby, a nie, bo SS, trupie czaszki na czapkach i były niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny, a nie, bo granice przesunięte, ziemie utracone i traktat podpisany (jak jeszcze wcześniej pakt) ponad naszymi głowami, a nie, bo my jedyni mamy blizny.

***

(Walę głową w ścianę, bo szersze tło miało mi nie bruździć, miałem grać w teatrze jednego aktora, a za mną jedynie biała płachta i statyści…
Widać w tym kraju tak się nie da. Porównajcie Keatsa i Shelleya do prowincjonalnych Mickiewicza i Słowackiego. Zobaczycie, jak wysoko można polecieć, kiedy dupska nie obciążają zwłoki matki ojczyzny.)

***

Wzdycha. Znowu na jej twarzy maluje się to wyczerpanie. Ciężkie powieki, worki pod oczami, ruchy powolne, ospałe.
– Chcesz się położyć? – pytam.
– Nie, nie, mam jeszcze w domu kupę testów do poprawienia – mruczy.
– No co ty? Przecież są wakacje.
– Łups. Chyba za często używam tej wymówki i zaczęła wyskakiwać automatycznie.
– Zapamiętam.
– Punkt dla ciebie.
– Okej. Czyli po prostu chcesz iść?
– Tak. Chcę być sama. Wziąć prysznic, obejrzeć jakiś film, wykasować na chwilę tę całą historię z pamięci.
– Dobra, nie ma problemu. Do mnie zawsze możesz mówić wprost, nie potrzebujemy żadnych pieprzonych wymówek.
– Sorry. Przepraszam. Nie jestem przyzwyczajona.
– Jeśli mam być szczery, to ja też nie. Z Weroniką stosowałem tyle wymówek, że praktycznie oduczyłem się tłumaczyć innym, dlaczego nie chcę czegośtam robić. To nawet nie są kłamstwa, tylko takie standardowe teksty, że mam termin, muszę nad czymś popracować, jak ty z tymi twoimi testami. Najzabawniejsze jest to, że z reguły nie mijam się bardzo z prawdą, bo zawsze jest jakiś dedlajn, coś do poprawienia, przeredagowania…
– Czyli że nie będziesz mi miał za złe, jak ci powiem, że serio chciałabym już się zmyć?
– Za złe, nie, ale oczywiście będę nieco zraniony – żartuję, a ona łapie żart i odsłania kilka hollywoodzko białych zębów.
Całuje mnie w usta, zostawia mnie bez jednego słowa więcej. Wcale go nie potrzebuję. Potrzebuję tylko jej.

***

O, Jezu, kiedy nauczyłem się puszczać takie teksty bez zmrużenia oka i w dodatku wkładając serce w każdą sylabę?

***

Sztuka leczy; gdy ci źle, zacznij tworzyć; pisanie jako terapia, lepsza niż psychoanaliza i psychotropy w jednym.
Siadam więc do komputera i zaczynam (Marek od tygodni męczy mnie telefonami na temat nowej powieści, chciałby mieć ją na biurku, najlepiej jeszcze w sierpniu, optymista). Wracam do mojej ukochanej Amigerth.

Natychmiast pojawiają się dyktatorzy, despoci, opanowani rządzą władzy szaleni naukowcy. Ale nie ci dobroduszni (czyli tacy, którzy mimo tego, że ścinają ludzi na potęgę, torturują ich i dosłownie miażdżą w trybach tyranii, unoszą się w mgiełce nierealizmu wystarczająco gęstej, by czytelnik z lekkim dystansem dowiadywał się o ich postępkach, kibicując zmierzającemu do nieuchronnej wiktorii rycerzowi na białym rumaku), tylko ci przerażająco żywi, trójwymiarowi, zanurzeni we własnych racjach, pół-ofiary, pół-kaci, niebezpiecznie blisko naszych własnych antybohaterów; specjalizujący się nie w malowniczym rozwieszaniu opozycji na każdej wystarczająco mocnej gałęzi, lecz w upadlaniu, degradacji, wykorzystywaniu najczarniejszych części ludzkiej duszy i udowadnianiu, że każdego można złamać, z każdego można uczynić zdrajcę, wystarczy tylko nacisnąć odpowiedni guzik, zaoferować odpowiednią nagrodę. Bardziej Wielcy Bracia, niż Sauronowie Wielcy.

Nie podoba mi się to. Kasuję każdy akapit, każde słowo. To zbyt osobiste, ja w ten sposób nie piszę. Zgoda, zdarza mi się od czasu do czasu jakaś aluzja, humorystyczny prztyczek skierowany ku komuś znajomemu, Weronice, Didżejowi, Markowi, jednak traktuję je jako przyprawy, przyczynek do serii żartobliwych kłótni na imprezach branżowych czy w domu. Nic poza tym nie ma prawa wyjść spod moich palców.

(Chyba że jako stuprocentowa pseudoautobiografia, którą macie teraz przed sobą.)
Wyłączam komputer. Dżek wiruje wokół mnie w szaleńczym tańcu na rękach, szczęśliwy jak świnia w gównie. Naprawdę nie jestem w nastroju, żeby go oglądać z wyszczerzoną gębą. Zerkam na zegarek, dwunasta dwadzieścia trzy. Dominik powinien już być na nogach. A nawet jeśli nie, to powinien, więc pobudka dobrze mu zrobi. Biorę klucze ze stołu z wątłą nadzieją, że Dżek nie będzie się za mną ciągnął. Chwilę później Dżek udowadnia, że wątłość mojej nadziei była uzasadniona.

***

Zmuszenie pana DJ do otworzenia drzwi zajmuje mi prawie trzy minuty. Staje w progu w samych bokserkach i ziewa na powitanie.
– Co ty tu robisz o takiej fakniętej porze?
– Przejeżdżałem i pomyślałem, że wpadnę. Mogę?
– Pewnie, rozgość się, gość w dom, tenjakmutam w dom – kolejne ziewnięcie.
Przeciskam się przez zagracony przedpokój i siadam na kanapie przed trzydziestoiluśtamcalowym telewizorem panoramicznym. Otaczają mnie kolumny systemu Dolby Digital® i zdjęcia katastrof lotniczychsamochodowychkolejowych rozwieszone na wszystkich ścianach.

(Didżej kolekcjonuje nieszczęście. Jego twardy dysk pełen jest reportaży z płonących budynków i zalanych miast, ludzi wrzeszczących o pomoc, płaczących nad zwłokami, wygrażających pięściami niebiosom. Przegląda je często, porównuje, opatruje komentarzami. Przez Internet wymienia się z innymi maniakami, zawsze ma najświeższe, soczyste kawałki. Jedenastego września nic tylko siedział z nosem w telewizorze i nagrywał, nagrywał, na kasety wideo i bezpośrednio na komputer, za pomocą specjalizowanej karty telewizyjnej. Jeśli go zapytacie, dlaczego to robi, skąd wzięła się ta niezdrowa pasja u tak epikurejsko nastawionego do życia osobnika, odpowie – jeżeli akurat jest w nastroju na podszytą drwiną powagę – że widok ludzkich tragedii jest dokładnie tym, co pomaga mu cieszyć się każdą sekundą życia, przez czysty kontrast, memento mori, ergo carpe diem. Ja natomiast, z wrodzoną upierdliwością, wskazuję na drobny – lecz istotny – szczegół z jego życiorysu: wypadek, w którym, kiedy miał szesnaście lat, zginęli jego rodzice.)

Podchodzę do barku, nalewam sobie Martini (Dominik trzyma zawsze butelkę specjalnie dla mnie) do długiej szklanki, robię duży łyk, znowu siadam.

Z sypialni niepewnie wychyla się jakaś dziewczyna. Długie blond włosy w artystycznym nieładzie, obfity biust ledwie zakryty bluzką z wyjątkowo głębokim dekoltem. DJ staje za nią, popycha ją lekko do przodu.
– Ej, myślałem, że zasada numer jeden to nie przyprowadzać panienek do domu – rzucam po drugim łyku.
– To nie jest żadna panienka. To… – trzysekundowa pauza – Ewa.
– Ewelina – poprawia go dziewczyna.
– Miło mi cię poznać. Podszedłbym i uścisnął ci rękę, ale z tej kanapy ciężko jest wstać – mówię i kończę moje wino. Trzeba będzie jednak wstać po dolewkę.
– To miałem na myśli. Ewelina. Ewelina mieszka z rodzicami, a byliśmy akurat niedaleko, więc jakoś głupio byłoby lecieć szukać hotelu…
– Więc zdecydowałeś się przyprowadzić ją do swojej świątyni.
– Właśnie. A teraz… Ewelina… no, zajefajnie było.
Pozwolicie, że przetłumaczę na nasz język: do widzenia.
Ewelina patrzy na niego nierozumiejącymi oczami. Właśnie dlatego, Dominik myśli – wiem o tym, wiem! – obowiązuje zasada numer jeden.
– On czeka, aż sobie pójdziesz – zwracam się do ogłupiałej (mam tylko nadzieję – wątłą, wątłą – że to ogłupienie jest tylko czasowe, a nie permanentne, spowodowane przedawkowaniem Idolów, Bigbraderów, Emtiwi) nastolatki. – Sio!
Dziewczyna łapie swoje sandały, leżące w przedpokoju i wybiega z mieszkania. Poza zapachem rozczarowania dorosłym życiem, nie ma już po niej śladu.
– A ty coś od rana w takim pojebiście walniętym humorze od rana?
Irytuje mnie jego slangujący język, jego próby na siłę pozostania złotym chłopcem, czasem mocniej, czasem słabiej. Dzisiaj mocniej.
– Po pierwsze jest popołudnie, a po drugie należała się cipie nauczka za głupotę. Jaka idiotka idzie z obcym facetem do jego mieszkania?
– Pijana – odpowiada DJ z krzywym uśmiechem. – A poza tym nie jestem żadnym obcym facetem, tylko znanym pisarzem, nie zapominaj o tym.
– Jasne. Sorry. Zapomniałem. Dolejesz mi?
– Sługa uniżony.
– Acha. I przestań mi świecić po oczach, co? – piję do jego skromnego ubióru.
– Coś jeszcze, maharadżo?
– Nie. Na razie wystarczy.
Napełnia moją szklankę i chowa się w sypialni, z której po chwili wychodzi w krótkich bojówkach i tiszercie z napisem „Przeleciałem pół świata, masz ochotę dołączyć do tej połowy?”, niewątpliwie jego pomysłu.
– Dobre! Dobre! – Dżek zarykuje się ze śmiechu. – Też taką chczę!
To se kup.
– Teraz opowiesz wujkowi Didżejowi, co się stało? – jego głos brzmi protekcjonalnie, ale nie mam siły, żeby go zbesztać, udziela mi się wyczerpanie Oli. Zresztą, nawet Dominika nie można besztać w nieskończoność, on też ma ograniczoną tolerancję.
– Gadałem z Olą. Wczoraj.
– Brzmi jak problem w sam raz dla wujka Didżeja. Zaraz wyciągniemy notesik i znajdziemy rozwiązanie…
– Zamknij się i daj mi dokończyć. Świat nie kręci się dookoła dup…
– Nie mów tak. Moja wizja świata wali się w gruzy, Jezu, chyba pójdę do spowiedzi! Boże, wybaczysz mi moją rozwiązłość? – teatralnym gestem rzuca się na kolana i wbija wzrok w sufit.
Pozostaje mi tylko przeczekać przedstawienie, co też cierpliwie czynię.

(Ci literaci, musicie teraz myśleć, to straszni dziwacy. Macie całkowitą rację. Społeczeństwo daje nam dużo więcej swobody niż innym, przeciętnym swoim członkom. My tę przestrzeń skwapliwie wykorzystujemy, rozrastamy się we wszystkich kierunkach, przyjmując niecodzienne kształty. Kurwimy się, pijemy, ćpamy, rozwodzimy co dwa tygodnie, nawet pedałujemy. Jedyną reprymendą jest zwykle pogardliwie wypowiedziane słowo „artyści”, pojemne, wszystkomówiące. No i okazjonalne totalne zbluzganie na antenie radia Maryja, czy na łamach „Naszego Dziennika” – ale to się przytrafia większości porządnych ludzi, którzy są choć trochę znani w kraju, więc na to nie ma co narzekać.)

– Odpokutuj, a Bóg się do ciebie odezwie – mruczę.
Podnosi się z kolan, z kuchni przynosi sobie puszkę Żywca, rozwala się w fotelu naprzeciwko mnie.
– Oki. Już jestem poważny. Mów.
Opowiadam mu o wczorajszej rozmowie z Olą, przytaczam jej słowa jedno po drugim. Efekt terapeutyczny jest dużo lepszy niż w przypadku próby oddania się sztuce. Czuję się lżej. Dosłownie. Niech żyją połączenia psychosomatyczne! Niech żyją!
– Łał, czeławiek, z tego by się dało film zrobić. Zborowski zagrałby twojego dziadka…
– Za młody.
– Nie szkodzi. Zrobiłoby mu się mejkap. Ojca Oli zagrałby oczywiście Żebrowski.
– Oczywiście – ironizuję.
Dzwonek mojej komórki. SMS od Oli. Tylko dwa słowa: gdzie jestes? Odpisuję: u DJ, czemu? Odpowiada: niewazne, przyjade wieczorem jeszcze raz. Lepiej zebys był w domu. I jeszcze raz ja: dobra. Luv ya! Bez odpowiedzi.
– Kontrola?
– Coś w tym rodzaju.
– Słuchaj… – tak poważnej maski na jego twarzy dawno nie widziałem. – Ona nic ci nie powiedziała, co dalej chce z tym zrobić?
– O tym chyba pogadamy wieczorem.
– Powodzenia.
– Dzięki. Ale mam się ochotę nawalić…
– Wiesz, że ja się raczej nieswojo czuję w roli głosu rozsądku, ale lepiej się powstrzymaj.
Dominik w roli mojego głosu rozsądku… Dokąd zmierza ten świat? Dokąd zmierzam ja?

***

Ironia, światem rządzi ironia…
Gdyby ojciec Oli nie zabił się z poczucia winy, dzisiaj byłby tajnym i świadomym współpracownikiem, wisiałby na liście niechcianych przez jaśnie panującą nam III RP.
Panie i panowie posłowie, senatorowie, wszystkie bardzo ważne persony! Puknijcie się od czasu do czasu w swoje makówki. Podobno dobrze robi na krążenie wewnątrzczaszkowe.

***

Wieczór jest ciepły, jak to lipcowy wieczór. Siedzę na krześle w kuchni. Przede mną kubek ziołowej herbaty (miętowej), za mną tykający stanowczo za głośno zegar. Spóźnia się. Nie on, ona.

Za to mam czas poukładać sobie całą tę makabrę w głowie. Co nie znaczy, że idzie mi to łatwo, lekko i przyjemnie. Zawsze byłem lepszy w robieniu porządków w umysłach innych, mówieniu innym, co powinni myśleć. Prawda, głównie dotyczy to postaci fikcyjnych, nimi najprościej jest manipulować. Sadza się takiego delikwenta na przydrożnym kamieniu (książki fantasy, w przeciwieństwie do realistycznych, pełne są przydrożnych kamieni tylko czekających, by na nich usiadł strudzony wędrowiec) i otacza wspomnieniami, najlepiej mrocznymi. Ich sekwencja musi być ściśle ustalona, tak żeby doszedł do z góry upatrzonego wniosku. Alternatywę stanowi sytuacja, w której bohater ma podjąć ważną życiową decyzję. Wtedy fakty rozbija się na pro i kontra, podsuwa mu do powąchania… Scena gotowe, postać wybawiona z dylematu, z umysłem czystymjasnym, zdolna do działania…

A ja? Zamiast zająć się swoim problemem wdaję się w teoretyczne rozważania na temat natury kreacji procesów myślowych bohaterów literackich… W ten sposób nigdy nie dojdę do tego, czy ten zły jest do końca zły i nie zasługuje na moje uczucia, gdzie leży granica, za którą nie ma odwrotu, czy słowo „rodzina” neutralizuje pojęcia takie jak moralność, dobro, sprawiedliwość.
A może jednak lepiej się zalać?

Pukanie odpowiada na to ostatnie pytanie ze stanowczością nie pozostawiającą pola do interpretacji. Wpuszczam ją do środka, sadzam przy stole. Zapalam światło, żeby lepiej widzieć jej oczy.
– Jak leci? – zagaduje. W jej głosie kryje się… co? Zdenerwowanie? Żal? Złośliwość? – Wszyscy zdrowi?
– Ciężko powiedzieć. Nie miałem ostatnio kontaktu ze wszystkimi.
Kiwa głową.
– Powiedż jej, że u mne szystko okej – wtrąca Dżek. – Trochę boly mne głowa, ale poza tym typ top.
Nie teraz.
– Przyszłam się o coś zapytać…
– Pytaj.
Pytania. Wszędzie, zewsząd pytania. Przyciągam je jak pieprzony elektromagnes. Nawet nie potrafię usiąść w spokoju, żeby samemu paru nie zadać. Tylko dlaczego unikają mnie odpowiedzi? Kurwa, kolejne pytanie.
– Będziemy próbować założyć mu sprawę. Posadzić go. Chociaż na pięć minut. Tak żeby się przekonał, jak to jest. Żeby sobie usiadł i się zastanowił, co zrobił tylu niewinnym ludziom.
Pełno w tej scenie siedzenia i rozmyślania.
– Za co?
– Obojętnie. Za tatę się nie uda. Nie ma świadków, a na dodatek kto by się przejmował, że jakiś te-wu się powiesił? Jeszcze by na niego naszczekali…
– Rozumiem.
– Jesteś z nami?
To pytanie z tych klasycznych. Do której bandy należysz? W którym kierunku będziesz strzelał? Jakiego koloru szmacie będziesz oddawał cześć? Przy jakiej piosence staniesz na baczność? W końcu albo jesteś przeciwko terrorystom, albo z nimi…
Czeka. Muszę coś powiedzieć, cokolwiek.
– A co ja mam z tym wspólnego? – postanawiam zyskać na czasie.
– Mógłbyś nam pomóc.
– Jak?
– Jurek znalazł jednego faceta, którego Koniecpolski pobił. Osobiście. Będzie zeznawał, ma bliznę na łuku brwiowym, wszystko się zgadza.
– No to w czym problem?
– Koleś twojego dziadka ze starych dobrych czasów dał mu alibi.
– Trzymają się razem…
– Dziwisz się? Ręka rękę myje, jakby teraz jeden drugiemu nie pomagał, to mieliby przesrane, a nie emerytury mundurowe.
– Okej. Ale dalej nie rozumiem, co ja mógłbym na to poradzić.
– Pogadasz z nim o tym. Tobie ufa. Przyzna się, a ty to nagrasz.
– Mam się zabawić w Michnika?
– Dokładnie.
Uśmiecham się mimo woli.
– Zaraz. Ja nawet nie słyszałem o tej całej sprawie. Mam tak po prostu pójść do niego i zapytać? W życiu się na to nie złapie. Po tylu latach w służbach wyczuje na kilometr, że coś kombinuję.
Wzrusza ramionami.
– Będziesz musiał coś wymyślić. Poradzisz sobie. Jesteś w końcu pisarzem, czy nie? Użyj swojej słynnej wyobraźni. Napisz jakąś wiarygodną historyjkę, jeśli ci to pomoże…
– Ja umiem tylko takie o czarodziejach i smokach, za procesy byłych ubeków jeszcze się nie wziąłem.
– Najwyższy czas. Tutaj – wyciąga z obszernej torebki plik dokumentów – masz potrzebne info. Poczytasz sobie do poduszki.
– Jeszcze się nie zgodziłem.
Zamiera, patrząc na mnie swoimi oczami – pożyczając porównanie od Wojciecha Waglewskiego – koloru kawy. Zastanawiam się, czy potrafię jej odmówić. Zaraz się przekonamy.
(Nie cierpię, kiedy stawia się mnie w sytuacji typu: kogo kochasz bardziej, tatusia, czy mamusię? Pieprzyć sprawiedliwość dziejową, wszystkie wzniosłe ideały po kolei! Ilu z was sprzedałoby własnego dziadka za cenę słodkiego poczucia bycia po właściwej stronie barykady? Tutaj jednak nie chodzi o słuszność, tylko o ludzi. O to, czy dalej będę mógł patrzyć w te oczy koloru kawy.)
Wzdycham.
– Kiedy to musisz mieć?
Oddycha z ulgą.
– Pod koniec sierpnia.
– Spróbuję – mówię, chociaż już nie trzeba.
Wstaje od stołu.
– Dzięki – szepcze. – Już zaczynałam się bać.
– Zostań – proszę cicho. – Chyba że masz jakieś testy do poprawienia.
– Nie mam. Co chcesz robić?
– Spić się do nieprzytomności. Kochać się do utraty sił.
Śmieje się, pochylając nade mną. Jej dłonie przesuwają się delikatnie po mojej błyszczącej łysinie, spotykają na karku.
– I jak chciałbyś tego dokonać jednocześnie?
– Jestem człowiekiem wielu talentów…
– O pliz! Bo szę zrzygam!
Wiesz, gdzie jest łazienka.
– Oki. Lets traj – rusza w kierunku kredensu z kieliszkami.
– Chwila – zatrzymuję ją. – Między nami wszystko git?
– Git.
To mi w zupełności wystarcza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *