Nie cierpię (rozdział 11)

Rozdział 11: NALOT NA KUKUŁCZE GNIAZDO

– A twoja rodzina to już dopiero cyrk i ogród zoologiczny w jednym. Jakby im ktoś petardy w dupy powsadzał i podpalił, to zrobiliby oburzone miny i powiedzieli, ach przepraszam, czy mógłby panpani, niepotrzebne skreślić, przestać manipulować przy moim odbycie? Serio, nigdy w życiu nie widziałam większych sztywniaków, uniesienia emocjonalne godne pary patyczaków, nic dziwnego, że ty najprostszych uczuć nie potrafisz wyrazić. Co nie znaczy, że cię to usprawiedliwia, nie będę do końca życia cierpieć i słuchać, że to wszystko przez to, że twoi starzy są jeszcze bardziej porąbani…
(Cios poniżej pasa. Bez komentarza.)

***

Trzeciego sierpnia, w dniu na który wyznaczyłem sobie moją szpiegowską misję, budzę się obolały. Podnoszę się i z trudem docieram do łazienki. Tam patrzę w lustro, odwracam się i znowu patrzę. To nie moja twarz. Na mojej twarzy z pewnością nie ma żadnych siniaków pod oczami. Moja twarz nie ma też pękniętej wargi i opuchniętego nosa. Z kim ja się zamieniłem ciałem?
– Dżek!
Mój wymyślony pseudoprzyjaciel, pogwizdując jak gdyby nigdy nic, przychodzi.
– O czo chodży?
– Wyjaśnisz mi, skąd się to wzięło? – pokazuję na ślady, których na pewno nie uda mi się zmyć.
– Ooo – Dżek robi wielkie oczy, większe niż pozwalałaby to ludzka fizjonomia. – Byłesz szę?
– To ty mi powiedz.
– Ja nycz ne wiem.
– Pewnie spałeś, co?
Chwila zawahania.
– N-no. Spałem. Ja też muszę spacz – tłumaczy się.

Tracę panowanie nad sobą. Rzucam się na niego, usiłując złapać go za gardło. (Ulegam iluzji jego cielesności, mając przed oczami obrazek z animowanego serialu „Simpsonowie”, gdzie głowa rodziny, Homer, dość często poddusza swojego krnąbrnego synalka, Barta. W telewizji, gdy ręce Homera zaciskają się na tchawicy Barta, łobuz komicznie wywala na zewnątrz język i przewraca oczami, wydając z siebie nieartykułowane dźwięki, podczas gdy jego ojciec wrzeszczy, ty mały…! Przepełnia mnie ochota, by ulżyć sobie w dokładnie w ten sam sposób. Skupia się na nim napięcie ostatnich tygodni, każda najdrobniejsza frustracja odłożona przeze mnie na półkę. Ale – używając wszczepionego mi przez Weronikę angielskiego idiomu – widzę czerwień. Nic więcej.) I lecę na kafelki mojej łazienki, bo Dżek jest oczywiście rzadki jak powietrze, pojedynki z „Podziemnego kręgu” są niemożliwe. Walczę z iluzją i zimno podłogowych płytek mnie o tym przekonuje.

– Szeszło czi? – Dżek pyta ostrożnie, nachylając się nade mną.
Potakuję, przegrany, zbierając się.
– Jak? Jak to się stało?
– Szedłem z moją dżewczyną…
– Z twoją dziewczyną? Ty masz dziewczynę? – nie wierzę, nie chcę wierzyć. To się nie dzieje naprawdę, zwariowałem i zmyślam to sobie…
– Wariat ne wie, że jest wariat, ne? A zdrowy to wie; pozorne, pozorne zaszeczene to jest…
Jeszcze mi tu Kazika parafrazuje.
– Dobra… tylko wyjaśnij mi to…
– Lepiej sobie usządż na czymsz miękym.
Pierwszy dobry pomysł tego dnia. Opadam na kanapę i wpatruję się w Dżeka, który przyjmuje pozę surowego nauczyciela, z rękoma zaplecionymi z tyłu i miną przywołującą na myśl przemawiającego Hitlera.
– No? Mów!
– Na imię ma Asza i poznalyszmy szę szez Internet.
Niespodzianka.
– Na początku – kontynuuje, nie ruszając nawet palcem – ne chczałem szę z ną spotkacz w realu… ale ona nalegała… i… mówyła, że jak ją kocham, to szę zgodżę…
– Powiedziałeś jej, że ją kochasz?! – ja tego nie zdążyłem jeszcze powiedzieć Oli, poza zdawkowym, esemesowo-netowym, niewiele znaczącym luvya.
– Takjakby… gadalyszmy sobie raz na Skype’ie i tak jakosz szę wymknęło. Też powiedżała, że mne kocha… i że muszymy szę spotkacz na żywo. Wysłała my swoje zdjęcze, ja wysłałem jej swoje…
– To znaczy moje – przerywam mu ostro.
– Ja to ty, więcz czo za różnycza?
Właśnie: co za różnica? Dlaczego ja-ja miałby mieć większy dostęp do tego ciała niż ja-on? BO JA TO JA, A ON TO ON, JA JESTEM CZŁOWIEKIEM, A ON WYPRYSKIEM NA MOJEJ OSOBOWOŚCI, USTERKĄ TECHNICZNĄ, KTÓRĄ TRZEBA BĘDZIE W KOŃCU USUNĄĆ!
(Powoli, powolutku, formuje się decyzja, by jednak przespacerować się do psychiatry, porzucić wstyd i przyznać się, nazywam się Adam Berger i jestem wariatem. Zanim będzie za późno, zanim podczas jednej z jego nocnych eskapad ktoś wbije mi nóż pod żebro.)
– Ne muszysz szę tak unoszycz od razu – mówi urażonym tonem. – Też mam swoje uczucza.
– Dobra, sorry, opowiadaj dalej.
– Szeproszyny szyjęte – kiwa głową. – Zaproszyła mne do tej knajpy na Jagielonskej. Czałkiem nezła. Potem mielyszmy iszcz do nej, bo mieszka nedaleko, ale jakysz czech dresów szę szypałętało i nas zaatakowało… na szczęszcze jej daly spokój i skupyly sze na mne. Trochę dostałem, zabraly my telefon… Asza poleczała po pomoc. Po jakymsz czasze udało my szę wyrwacz i uczekłem do samochodu. Jakosz dojechałem do domu…

Zrywam się i podbiegam do okna. Nawet z wysokości siódmego piętra widzę zbity reflektor, pęknięcia na przedniej szybie i wgięcia na masce. Wyobrażam sobie dopełniające obrazek uszkodzenia błotnika.

Sięgam do schowanego daleko z tyłu głowy rezerwuaru przekleństw. Używam sobie przez ponad pięć minut, robiąc tylko przerwy na złapanie oddechu. Padają słowa powszechnie uważane za wulgarne, te spowszedniałe i te jeszcze wywołujące jakieś emocje; te, za które można mandat i te, za które nie łaja się już nawet dzieci.

– I czo szę tak denerwujesz? Ubezpieczene czi zapłaczy za naprawę…
Jezu, ja naprawdę tego teraz nie potrzebuję, zwłaszcza teraz…
– Na twoym miejszczu czeszyłbym szę, że ne jestem seryjnym morderczą.
– Dzięki Bogu za drobne łaski.
Kolejne angielskie powiedzenie. Mój mózg jest już chyba do cna wyprany anglosaskim proszkiem.
– To o której idżemy do dżadka?
Jeszcze to… Boli mnie głowa, bolą mnie mięśnie, ledwo widzę na lewe oko. Jak mam się pokazać w takim stanie komukolwiek? Będą zadawać pytania, Ola będzie zadawać pytania…
(Pytania, pytania…)
Nagle uderza mnie straszna myśl.
– Widział cię ktoś?
– Jasne, że mne trochę ludży wydżało, ne jestem szeczeż newydżalny, ne? – Dżek zdaje się świetnie bawić.
– Ktoś z moich znajomych… z tą dziewczyną… widział nas ktoś razem?
– Czo szę tak rzuczasz? Nycz wielkiego razem ne robylyszmy, parę poczałunków…
Ciemnieje mi przed oczami. Jeżeli ktoś nas widział, jeżeli dojdzie to do Oli… Nie chcę nawet o tym myśleć. To się musi skończyć. On musi zniknąć. Jakoś, jakoś, obojętnie jak.
Ściągam z półki książkę telefoniczną, przeskakuję pod służbę zdrowia, gabinety psychoterapeutyczne.
– Czo robysz? Ne muszysz wczale tego robycz, ja już ne będę szę za cziebie podawacz, jak będżesz spacz… rozwiążesz swoje problemy i ja czałkiem znykne, zobaczysz…
Mógłby mnie walnąć tak jak wtedy, myślę, pozbawić przytomności. Dlaczego tego nie robi?
Słabnie. Trzyma się za głowę, osuwa na podłogę. Dlaczego nie zdecydowałem się szukać pomocy wcześniej?
Wybieram pierwszy z brzegu. Dr Joanna Puzon, lekarz medycyny, psychiatra i psychoterapeuta. Adres i numer telefonu. Dzwonię. Dżek nierucho leży na podłodze, jęczy. Nie ufam mu. Dla mnie mógłby sobie wyjęczeć całą Deklarację Praw Człowieka i Obywatela.
– Puzon, słucham.
– Dzień dobry.
– Dzień dobry.
Czuję się niepewnie, jakbym rozmawiał z jasnowidzem.
– Ja… chciałbym się umówić na wizytę…
– Na kiedy? – głos pani doktor jest suchy, rzeczowy. Ciekawe, czy tak samo brzmi podczas sesji terapeutycznych…
– Jak najszybciej… dałoby się na dzisiaj?
– Na dzisiaj? To jakaś kryzysowa sytuacja? Pacjent ma jakiś napad?
– Nie… to znaczy… ja jestem tym pacjentem. I chciałbym jak najszybciej się z panią doktor zobaczyć… eee… im szybciej zacznę leczenie, tym lepiej, prawda?
– Prawda – odpowiada. I pewnie w myślach dodaje: pacjent nie zatracił zdolności logicznego myślenia; wydaje się zdenerwowany, ale panuje nad odruchami. Czy coś w tym rodzaju, cokolwiek psychiatrzy myślą sobie podczas rozmów z nowymi klientami. – Jedna czterdziestopięciominutowa sesja kosztuje sto dwadzieścia złotych. Mogłabym pana przyjąć dzisiaj popołudniu, o trzynastej piętnaście. Pasuje panu?
– Pa-pasuje – zająkuję się. – Dziękuję. Do widzenia.
– Moment, moment. Proszę o pana nazwisko i numer kontaktowy.

***

Jadę, Dżek, bladosiny, zwija się na tylnym siedzeniu. Skończył już z apelami do mojego humanitaryzmu, nazywaniem swojego losu nowym holokaustem, próbami uduszenia mnie gołymi rękami (muszę przyznać, że te ostatnie były czynione bez przekonania, półgębkiem, ze świadomością, że nie jest to najlepszy z pomysłów). Teraz bierze mnie na litość, udając ofiarę średniowiecznych tortur.
– Oj, przestań już, drażnisz mnie. Słyszysz?
Nie reaguje.
– A wal się – warczę. – Mam cię dość.
Gabinet pani doktor mieści się w świeżo odrestaurowanej kamienicy. Ale na elewacji już są próbki graficiarskiej maestrii okolicznej młodzieży. HWDP. Ania P. to suka i daje karzdemu. Ruch ruch chorzowskie psy. Powieszona na szubienicy litera L w zgrabnym kółeczku. I bardziej egzystencjalno-polityczno-religijne: Aborcja TAK. Twój płód może zostać księdzem.
Wchodzę do środka. Dżek ciągnie się za mną jak niechętny pies na smyczy. W ciemnym przedsionku odnajduję właściwe drzwi. Pukam.
– Proszę.
Naciskam klamkę i jestem już w gabinecie. Olbrzymie biurko po środku, na nim telefon, komputer, stos papierów; za nim zgrabna szatynka niewiele starsza ode mnie. Uśmiecha się zapraszająco.
(Ten uśmiech ma zapewne przećwiczony na setkach wariatów. Mówi: spokojnie, tylko spokojnie, jesteś wśród przyjaciół, wyrzuć to ostre narzędzie i porozmawiajmy.)
– Dzień dobry, ja dzwoniłem wcześniej… Berger Adam.
– Tak-tak, pamiętam. Proszę się rozluźnić, usiąść wygodnie.
Staram się to zrobić, ale już na początku natrafiam na problem: gdzie? Do wyboru mam krzesło (dość przyzwoite) stojące na wprost biurka i kanapę ustawioną przy ścianie, po prawej stronie. Kanapa czy krzesło? Na wszystkich filmach (amerykańskich), które widziałem, bohaterowie z problemami rozkładali się na kozetkach i w pozycji leżącej opowiadali o swoim dzieciństwie snach pożyciu. Ale lepiej chyba poczekać, aż ona to zasugeruje? Jakoś głupio tak wchodzić i od razu rozwalać się jak u siebie w salonie. Decyduję się na krzesło.
– Na czym polega problem?
Mój problem stoi przy drzwiach i robi głupie miny.
– Wczale ne głupie, tylko bolesne.
A może powinienem jej pokazać problem uskuteczniając przykładową konwersację z Dżekiem? Zorientowałaby się w czym rzecz od razu. Jeśli oczywiście te wszystkie dyplomy wiszące w ramkach za plecami pani doktor są cokolwiek warte.
– To jest… eee…
– Problem osobisty? Intymny? Proszę się nie krępować, wszystko, co pan tu powie zostanie między nami. Tajemnica lekarska.
Co to znaczy: problem intymny? Ma mnie za jakiegoś zboczeńca? Pani doktor, bo mi się podobają małe dziewczynki i nic nie mogę na to poradzić?
– No… eee… nie całkiem. Ja… widzę… – i jak tu dokończyć takie zdanie?
– Widzi pan?
– Widzę… osobę, której tam nie ma…
– Rozumiem. Kiedy zaczęły się te halucynacje?
Halucynacje. To brzmi dużo poważniej niż wyimaginowany przyjaciel. Za kogo mnie ona bierze? Za Blake’a? Myśli, że spędzam popołudnia oglądając z wywieszonym jęzorem niestworzone rzeczy, komunikując się z Absolutem, odkrywając sekretny porządek rzeczy?
– To nie tak, że halucynacje… ja widzę jedną osobę… cały czas. Kolegę z dzieciństwa.
– Ma pan kontakt z tym kolegą w rzeczywistości?
– Eee… nie… on jest… wymyślony…
– Widzi pan wymyślonego kolegę z dzieciństwa?
– Tak.
– Rozumiem.
Marszczy brwi, zapisuje coś w mojej nowiutkiej kartotece.
– Ale przez piętnaście lat go wcale nie widziałem, dopiero pojawił się coś ponad rok temu.
– Rozumiem, że coś poważnego wydarzyło się rok temu.
To jej rozumiem zaczyna mnie dobijać. Na studiach nie mówili jej, żeby nie wkurzać wariatów?
– Tak. Dziewczyna mnie rzuciła po siedmiu latach.
– Acha.
Czyli do czegoś dochodzimy.
– Nic się nie spodziewałem. To był szok. I jeszcze na odchodnym taką scenę mi zrobiła, że zemdlałem.
– Uderzył się pan w głowę?
Dobre pytanie. To by wiele wyjaśniało. Szkoda, że…
– …nie pamiętam. Obudziłem się na dywanie. I Dżek już tam był.
– Dżek?
– Tak ma na imię. To Amerykanin, ale mówi po polsku, tylko że z akcentem – zupełnie bez powodu jest mi trochę wstyd.
– Rozumiem.
– Jak byłem mały, to nam się wydawało, że wszystko co amerykańskie jest kul. Chociaż wtedy akurat nie używaliśmy tego słowa.
– Mógłby pan dokładniej opisać… Dżeka?
Odwracam się do niego i puszczam do niego oko.
Pani doktor chce wiedzieć, jak wyglądasz.
– Ne rozmawiam z tobą – odpowiada z rękami założonymi na piersi.
Nie obiecuj.
– On ma dwanaście lat – zwracam się do pani doktor, jednocześnie uświadamiając sobie z przerażeniem, że mogłaby po takim wstępie wziąć za utajonego pedofila. – Ale zachowuje się jak dorosły. Przeważnie. Rudy, piegowaty, w podkoszulce i szortach.
– Jest tutaj?
– Jest. Łazi za mną wszędzie. Zwariować można.
Nie najlepszy dobór słów, kopię się w kostkę i szczerzę obłąkańczo, starając się obrócić to w żart.
– Domyślam się.
Jest między nami dystans. Ja po swojej stronie biurka, ona po swojej. Nie próbuje nawet wyciągnąć do mnie ręki, zbiera tylko fakty, notuje je, analizuje. Czuję się jak przypadek numer któryśtam. A może to taka strategia? Kreowanie autorytetu? Profesjonalne podejście?
– I gada. Gęba mu się nie zamyka.
– Teraz też coś mówi?
– Teraz się dąsa. Obraził się, że przyszedłem do pani doktor. Powiedział, że chcę go wyeksterminować jak Niemcy Żydów podczas okupacji, zdeptać jak karalucha i takie tam.
– To chyba normalne odczucia, zgodzi się pan?
– Normalne?
– Musi się pan postawić na jego miejscu. To jest istota z samoświadomością, a żadna świadoma swojego istnienia istota nie cieszy się z perspektywy swojej śmierci.
Dziwny tekst, jak na kogoś, kto zajmuje się pozbywaniem się takich właśnie istot.
– Racja – mówię bez przekonania. Dżek, jak Balcerowicz, musi odejść.
– Nie powiedział mi pan jeszcze, dlaczego zdecydował się pan po ponad roku na tę wizytę.
Pochylam się w jej kierunku.
– Widzi pani te siniaki? To przez niego.
– Proszę wyjaśnić.
– Kiedy śpię albo jestem nieprzytomny, on może przejąć kontrolę nad moim ciałem. Normalnie to siedzi przed komputerem i czatuje przez Internet. Do tego się już przyzwyczaiłem. Jestem trochę niewyspany, ale da się przeżyć. Ale wczoraj przesadził. Umówił się z jedną dziewczyną na mieście i na dodatek dał się obrobić, i rozbił moje auto. Koniec. Stwierdziłem, że muszę się go pozbyć, bo zrujnuje moje życie. Czy wie pani, co by było, jakby moja dziewczyna albo ktoś z naszych wspólnych znajomych zobaczył mnie z tą… drugą? – mam wielką ochotę na użycie słowa „zdzira”, ale ją opanowuję.
Potakująco kiwa głową.
– A więc ma pan silną motywację, żeby podjąć leczenie.
– Zdecydowanie.
– Znakomicie. Teraz proszę opowiedzieć o swoim życiu. Czym się pan zajmuje, o swojej dziewczynie, rodzinie.
Wydaje z siebie ledwo słyszalne westchnienie, kiedy przyznaję się do swojego zawodu. Dobrze to czy źle? Fantasta, na pewno myśli, płacą mu za zmyślanie, używanie swojej wybujałej wyobraźni. Nic dziwnego, że w końcu posunął się trochę za daleko i teraz ma problem.

Za to historię mojego związku z Olą, jej tragicznego powiązania z moim dziadkiem, naszych planów w stosunku do niego, przyjmuje jak komedię romantyczną skrzyżowaną z political fiction. Ciekawe, czy uznaje chociaż jeden z wątków za wiarygodny. Strasznie dużo przypadków, zbiegów okoliczności, niespodziewanych zwrotów akcji. Przerywa mi tylko krótkimi acha i uhm, i ciągle notuje. Klasyfikuje mnie, kataloguje, przyporządkowuje do jednostek chorobowych.

Wreszcie dochodzę do nieszczęśliwego finału, trochę zawstydzony brakiem interesującej pointy czy choćby prawidłowego morału. Kończę profesjonalną zagwozdką, psychiatrycznym problemem do rozwiązania dla mojej pani doktor.

– Rozumiem. Przepiszę panu coś na uspokojenie i na poprawę humoru, co pan na to?
– Na pewno mnie to uspokoi i poprawi humor. Ale czy pozbędę się tego drania? – rzucam zaskakująco żartobliwym tonem.
– Wszystko w swoim czasie. Taka terapia musi potrwać, w psychologii nie można niczego popędzać.
– Wierzę pani doktor na słowo.
Biorę moją receptę, żegnam się grzecznie i zmierzam do drzwi. Głośnie chrząknięcie przywołuje mnie do porządku: za sesję trzeba zapłacić. Wyjmuję więc portfel, w którym jest podejrzanie dużo pieniędzy.
(Normalnie nie noszę ze sobą więcej niż dwieście złotych w gotówce; przygoda sprzed trzech lat, kiedy to straciłem przeszło dwa tysiące dwadzieścia metrów przed sklepem komputerowym, nauczyła mnie korzystania z karty płatniczej przy każdej sposobności i paru innych pożytecznych zwyczajów.)

Patrzą na równo ułożone setki, starając się skojarzyć, jakkiedypoco je tam włożyłem. Nic. Pustka. Mam portfel wypchany gotówką i absolutnie nie wiem, dlaczego. Wzruszam ramionami. Pieprzyć to. Jestem wariatem, mam przerwy w świadomości. Pewnie to bogactwo zawdzięczam Dżekowi. Nieważne. Pani doktor dostaje zapłatę za swoje trudy, ja odzyskuję wolność i wychodzę na świeże powietrze.

Zaraz! Czy do gabinetu nie wchodziło się przez taki ciemny korytarzyk? Śmierdzący kocimi szczynami, jeśli można mi dodać? Czyżbym posunął się aż tak daleko? Ale… czy mój samochód nie stał po drugiej strony ulicy? Sam pomysł wyjechania na miasto autem z jednym reflektorem wydaje mi się teraz szalony, nie w moim stylu.

W ogóle wszystko jest nie tak: pogoda, ruch uliczny, przechodnie. Czegoś brakuje. Nie potrafię tego określić inaczej niż: realności. Życia. Tej unikalności, która charakteryzuje każdą sekundę naszego pobytu na ziemi. Naturalności. Ludzie poruszają się jak roboty, wydają z siebie stereotypowe odgłosy, powietrze to stoi, to zrywa się jak student za wszelką cenę starający się udowodnić, że nie przysypia na wykładzie.

Zatrzymuję się na środku ulicy. Jadący wprost na mnie Polonez zatrzymuje się, jakby rąbnął w szklany mur; pisk opon odzywa się z minimalnym, lecz odczuwalnym, opóźnieniem. Jak dźwiękowy efekt specjalny w filmie akcji klasy B.
– Chczesz nas obu zabycz?! – denerwuje się Dżek.
Krzyczy, ale jego krzyk też razi sztucznością. Nie jest wcale zły, nie jest wystraszony. Krzyczy, bo tak nakazuje jego rola. Ten film robi się coraz gorszy i gorszy. Rzeczywistość już niemal prześwituje przez dekoracje.
Z Poloneza wyskakuje czerwonolicy kierowca. Czuć od niego wódką. Jak udało mu się tak gwałtownie zahamować? Bełkocze, wymachuje rękami, chwieje się na nogach; prawie błaga o potraktowanie go alkomatem i dodanie do rosnącej statystyki.
Statystyki. Mam do czynienia z bandą statystów, kiepsko opłacanych, marzących o szybkiej karierze w tym pożerającym ludzi przemyśle, o limuzynach, o przyjęciach w drogich restauracjach, o czających się na nich wszędzie paparazzich. Ich kostiumy są słabo dopasowane, ich postaciom brakuje przeszłości. Unoszą się na czystej iluzji, że nikt na nich nie patrzy, nikt ich nie widzi.
– Co się tu dzieje? – mamroczę do Dżeka.

– Nycz szę ne dżeje, czo ma szę dżacz? Jedżemy do domu – odpowiada, dopiero teraz wkładając w swoją kwestię więcej uczucia.
Naprawdę nie dzieje się nic. Przymykam oczy, dalej stojąc na środku ulicy. Ryk klaksonów rani moje uszy. Boli mnie głowa. Mam ochotę rzucić się pod tramwaj, ale pewnie też zatrzymałby się tuż przed moim nosem.

Ktoś mnie popycha, potykam się o krawężnik. Raptownie podnoszę powieki. Przez świat przebiega fala, jakby cały ten miejski krajobraz namalowany był na płachcie płótna zawieszonej na lince do suszenia i igrał z nią silny wiatr. Ludzie, budynki, samochody stają się płaskie, dwuwymiarowe. Pojawia się drugi obraz, przenika ten pierwszy; nakładają się na siebie, mieszają, tworząc abstrakcyjną całość. Ten drugi to zdjęcie mojej sypialni; rozpoznaję tapetę, szafkę nocną, łóżko.

Słyszę wrzask Dżeka:
– Ne! Jeszcze ne!
Ale to już, przychodzi mi na myśl nie wiadomo skąd. Już.
Mam wrażenie, że kończy się przedłużony sztucznie sen. Wlewa się we mnie świadomość, z bólem, mdłościami i całą resztą.
Siedzę na podłodze, mokry od potu, słaby. Chce mi się rzygać. Obok mnie siedzi Dżek i rozpacza, że się nie udało, nie udało, chociaż prawie. Przejrzałem go, przejrzałem przez jego wyrafinowaną iluzję.
– Od kiedy? – pytam; moja intonacja jest płaska, głos chrapliwy.
– Czo od kiedy?
– Od którego momentu odpieprzałeś tę szopkę? I nie kłam, będę wiedział.
– Od tego telefonu. Ne miałem wyjszcza, rozumiesz…
– Rozumiem.
Spoglądam na zegarek. Dwadzieścia po pierwszej. Pani doktor musi przeklinać w swoim gabinecie. Ciekawe, jak wygląda w rzeczywistości?
– Pójdżesz?
Wzdycham.
– Boli mnie łeb.
Ta odpowiedź zdaje się go satysfakcjonować. Sadowi się na fotelu, nogi opiera o półkę pod biurkiem.
Dzwoni telefon. Odbieram po piątym dzwonku.
– Pan Berger?
Dopiero teraz uświadamiam sobie, że podałem pani doktor Joannie Puzon mój numer.
– Tak, słucham?
– Był pan umówiony na wizytę o trzynastej piętnaście…
– Tak, tak, przepraszam, coś wypadło mi w ostatniej chwili, spotkanie w pracy i nie zdążyłem odwołać. Przepraszam.
– Rozumiem. Chce pan umówić się na następną wizytę?
– No… eee… ale nie w tym tygodniu.
– W porządku. Wtorek panu pasuje?
– Eee… pasuje.
– Taka sama godzina?
– Może być.
– Dobrze. W takim razie do zobaczenia we wtorek. I tym razem proszę przyjść.
– Tak. Do widzenia.

One thought on “Nie cierpię (rozdział 11)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *