Poufna korespondencja

Chociaż żołnierska knajpa Varcyon była dzisiaj wyjątkowo zatłoczona, zauważyła go już od progu. Siedział sam przy najlepiej widocznym stoliku z nogami swobodnie wyłożonymi przed siebie. Na pierwszy rzut oka nie wyglądał na zmartwionego. On nigdy nie wyglądał na zmartwionego. Był najpogodniejszą i najbardziej beztroską osobą, jaką znała. I nie tylko ona tak uważała. Cała Emanacja miała go z jednej strony za pocieszną atrakcję, a z drugiej za męża stanu, który pokonał Lucyfera i przywrócił spokój i praworządność w państwie.

Wielu zatwardziałych konserwatystów krytykowało go jednak za krzykliwy sposób bycia, wręcz przysłowiową ignorancję oraz kultywowanie ludzkim, a czasem wprost demońskim obyczajom. Nawet mimo to udawano, że nikt nic nie wie o gorszących libacjach alkoholowych, urządzanych w jego zamku

Vala, a także o niejasnych powiązaniach rajskiego bohatera ze ściganym listem gończym przemytnikiem ludzkich towarów Idraelem. Niektórzy trwożliwie szeptali, że jak dotąd Idrael pozostaje nieuchwytny, bo ma zagwarantowaną ochronę tej niezwykle ważnej, choć barwnej persony.

Dostrzegł ją i uśmiechnął się szeroko. Swoim uśmiechem był w stanie roztopić lód. Poczuła pokrzepiające ciepło na sercu. Nic dziwnego, że rajski palatyn na tak wiele mu pozwala. On był po prostu kochany i uroczy. Rozbrajający i słodki. Na wszystkich otwarty. Zdecydowanie najjaśniejsza rajska gwiazda – minister wojny w rządzie palatyna Metatrona i Głównodowodzący Armii Anielskiej, generał Michael.

Podeszła do jego stolika, zwinnie wymijając grupki zażarcie dyskutujących żołnierzy. Niektórzy ją poznali i uprzejmie jej zasalutowali Odpowiedziała tym samym przy okazji odnotowując, że Michael pozwolił serwować nielegalny alkohol w barze sąsiadującym z jego zamkiem. Bardzo lekkomyślne zagranie. Pokręciła z niesmakiem głową. I tak w okolicy Vala i Akademii Wojskowej było dość niebezpiecznie, gdyż generał nie trzymał zbyt restrykcyjnej dyscypliny. Żołnierze nie są też najłagodniejszą grupą zawodową w Emanacji, więc teraz może zapanować tutaj prawdziwy bałagan. Jak wiadomo, alkohol podsyca spory i rozgrzewa emocje…

Mika bezceremonialnie wskazał jej miejsce ręką. Usiadła naprzeciwko niego i splotła palce, kładąc dłonie na blacie. Wciąż się uśmiechał, przymrużając oczy, jak to miał w swoim zwyczaju.
– Oto moja doskonała Amitiel – powiedział. – Punktualna i solidna dziewczynka.
– Oto mój niedoskonały przełożony – zakpiła w odpowiedzi. – Roztargniony i niesolidny chłopiec!
– Nie będę się z tobą sprzeczał, bo jak zwykle masz rację, anielico prawdy! – mrugnął do niej porozumiewawczo.
Jego duże, turkusowe oczy rozjaśnił blask szczerego rozbawienia. Na chwilę jej uwagę przyciągnęła intensywna barwa jego prostych, lekko sterczących włosów. Sięgały mu do końca karku i były zafarbowane na mocny kasztan. Wcześniej były rude tak, jak jego starszego brata Lucyfera, ale po jego buncie i upadku, Michael zaczął się farbować, żeby uniknąć niewybrednych porównań. Amitiel zdawała sobie sprawę, że to właśnie Lucyfer był jednym, lecz za to największym kompleksem jej niepoprawnego szefa. I że jeśli chciało się podtrzymać jego dobry nastrój, lepiej nie wspominać przy nim o obecnym królu Zoa. Za to nie mogła się powstrzymać od tego komentarza:
– W końcu ci się dobiorą do skóry za ten alkohol, Michaelu.
– Phi! A kto konkretnie? Może nasza święta, rajska „Inkwizycja” Gabriel?
Na samą wizję, że ten wredny obłudnik – minister kultury i dobrych obyczajów Gabriel atakuje jego warownię w Vala, Mika parsknął niepohamowanym śmiechem. Aż się zgiął w pół. Lubiła obserwować jak się śmieje. Wtedy nabierała ochotę, aby do niego dołączyć, nawet nie ze względu na przyczynę całej wesołości. Michael po prostu zarażał śmiechem. Przez chwilę dawali więc upust swojemu rozbawieniu, choć każde z innego powodu.
– O, cholera! Aż mi się słabo zrobiło! – wykrztusił w końcu, wycierając łzy z oczu.
Amitiel skinęła głową, wciąż nie umiejąc opanować nerwowego chichotu. Bolały ją mięśnie brzucha.
– Ale ja jestem durniem! – skwitował celnie i wyszperał paczkę papierosów. – Będzie ci przeszkadzać, jeśli zapalę?
Pokręciła głową, że nie. Obserwowała jak wybiera papierosa i go przypala, a następnie obficie się nim zaciąga.
– Za to też cię w końcu zamkną – zauważyła z uśmiechem, wskazując na papierosy.
– Co ci się dzisiaj stało, Amitiel? Bawisz się w Gabriela?
– Świnia.
– Nie, tylko Mika!
Znowu zachichotał, ale tym razem szybko spochmurniał, jakby przypomniał sobie coś istotnego, a zarazem nieprzyjemnego. Nic dziwnego. Dla Michaela wszystko, co było istotne, zawsze okazywało się nieprzyjemne. Oblizał wargi, przekładając papierosa do lewej dłoni. Prawą podparł brodę i obrzucił anielicę uważnym, zatroskanym spojrzeniem.
– Cholera, nie wiem czy mam prawo ci to robić…– uniósł papierosa do ust i powoli wypuścił dym. – Ale sam się tam nie wybiorę, choćby mi Metatron zapłacił i nawet zwolnił Gabriela z jego funkcji.
– Hmm…– uśmiechnęła się domyślnie. – Czyżby palatyn znowu wysyłał cię z rozkazami do Serafinów?
– Niech ich zaraza pochłonie! – uderzył pięścią w stół, wykrzywiając twarz w nadąsanym, gniewnym grymasie. – Ostatnim razem ten szczawy lis Serafiel tak mnie wyprowadził z równowagi, że miałem mu ochotę do dupy nakopać! Ale gdzie tam! Nie wolno! On jest wielce święty! Rozmawiał z Bogiem, więc czuje się nietykalny! Też mi rewelacja! Jaśnie Świętobliwy i Jaśnie Ognisty przebiegły sukinsyn!
– Oj, Mika, Mika! Ty byś chciał tylko wstrzymać burdy – wzruszyła ramionami. – Serafini są wycofani z naszego życia, wiodą spokojny, pustelniczy żywot na obrzeżach stolicy w zamkniętym dystrykcie Palambron i do niczego się nie wtrącają. Daj im spokój. Jeśli chcesz, zawiozę im te rozkazy, a ty przestań się niepotrzebnie unosić.
Michael ze świstem wypuścił powietrze. Zmarszczył brwi i bez słowa zajął się kończeniem papierosa. Przyglądała mu się w napięciu, niepewna czy aby go nie uraziła swoim przemówieniem. Kiedy Michael się gniewa, bardzo nie lubi, gdy ktoś nie zgadza się z jego opinią. Bodaj jako jedyna, decydowała się wtedy podejmować z nim dyskusje. Nawet jego najlepsi przyjaciele – marszałek Uriel i chorąży Anielskiej Armii Konstant

woleli się wówczas z nim nie sprzeczać.
Nie, wcale nie była brawurowo odważna ani tym bardziej głupia. Po prostu nie wahała się prezentować swojego zdania bez względu na okoliczności, również przed rozwścieczonym szefem. On o tym wiedział. A ona wiedziała, że ją za to szanuje.
– A miałaś wcześniej jakiś kontakt z Serafinami? – zapytał po wymownej chwili milczenia.
– Boisz się, że sobie nie poradzę?
– Owszem.
– Nie jestem wystraszoną gąską, mój drogi.
– Może nie, ale Serafiel to rasowy drapieżnik.
– Przesadzasz.
Michael zaśmiał się głucho. Nie spodobało jej się złowrogie brzmienie jego głosu. Mimowolnie zaczęła podzielać sceptyczne nastawienie szefa wobec tych najstarszych i zarazem najpotężniejszych przedstawicieli anielskiej rasy. Słyszała, że Serafini stanowili zamkniętą kastę, potępiali wszelkie, liberalne nowinki oraz byli przeciwni cielesnemu kontaktowi pomiędzy aniołami, który podobno powodowało jakieś głupie uczucie miłości. Ich zdaniem anioły powinny kochać tylko i wyłącznie Boga oraz skupiać się na oddawaniu mu czci, nawet mimo tego że dawno temu opuścił Emanację i więcej nie sygnalizował swojej obecności.
Amitiel, tak jak wszyscy w Raju, darzyła Serafinów szacunkiem oraz podświadomym strachem. Byli bowiem na tyle mocarni, by w razie ich głębokiego niezadowolenia lub kategorycznego sprzeciwu, bez trudu pozbyć się palatyna Metatrona i przewrócić do góry nogami obecnie panujące w Emanacji zwyczaje. Podobno Metatron był z resztą ich wychowankiem i choćby dlatego czasem musi ustępować Serafielowi w jakichś drażniących Serafinów kwestiach. Właśnie dlatego wyczulony na punkcie niezależności Michael nie znosi Serafiela, a Serafiel nie pozostaje mu dłużny, publicznie potępiając go za awanturniczy tryb życia i zbytnią skłonność do próżnych, ludzkich nawyków.
– Amitiel, nie chcę cię rzucać tym draniom na pożarcie, ale z drugiej strony…
– Nie masz też ochoty na niemiłą wizytę w Palambronie – dokończyła za Mikę, wytrzymując jego ciekawskie, przenikliwe spojrzenie. – Dla mnie to naprawdę nie problem cię w tym wyręczyć. Zaufaj mi. Z resztą jak Serafini zobaczą, że przybyła do nich kobieta, pewnie od razu mnie odeślą po odebraniu rozkazów.
Michael jeszcze sekundę się wahał. W końcu odetchnął z ulgą i aż z zadowolenia sięgnął po następnego papierosa. Włożył dłoń do kieszeni swojej skórzanej kurtki i wyciągnął z niej pogniecioną kopertę zalakowaną godłem palatyna.
– W porządku. Masz to przekazać Serafielowi. Życzę ci powodzenia!

***

W drodze do Palambronu Amitiel rozważała wszystkie informacje na temat Serafinów. Nie zwykła cofać się z raz powziętego przedsięwzięcia, ale tym razem czuła nieprzyjemny niepokój, który jeszcze wzrastał im bliżej stolicy się znajdowała. Zamek Michaela, Vala, zwany też srebrnym zamkiem, ponieważ jego dach zrobiono ze srebra, był położony na wschodzie kraju nad rzeką Chiddekel. Była to jedna z czterech głównych rzek Emanacji. Każdy z czterech ministrów palatyna posiadał zamek, usytuowany właśnie nad jedną z tych rzek. Stolica zwana Empireum znajdowała się dokładnie w centrum Emanacji, a Palambron, siedziba Serafinów tuż przy ujściu rzek na obrzeżach stolicy.

Amitiel miała więc spory szmat drogi do przebycia. Jechała utartą trasą, mijając olśniewające krajobrazy Emanacji oraz pobliskie miasteczka i wsie. Okolica Vala utrzymywała się z żołnierzy, którzy równocześnie byli jej prawdziwym przekleństwem. Dlatego proste anioły pozostające pod opieką Michaela, również były zahartowane we wszelkich bojach i przyzwyczajone do niekończących się awantur. Nic dziwnego, że okręg Vala słynął jako militarna stolica Emanacji. Ona również tutaj mieszkała. Prowadziła zajęcia dla kobiet w Akademii Wojskowej oraz stała na czele elitarnego oddziału złożonego prawie z samych anielic. Utworzono go przy Anielskiej Armii tuż po buncie Lucyfera. Metatron gorąco popierał ten projekt, gdyż wierzył w równouprawnienie kobiet i mężczyzn. Poza tym sądził, że kobiety lepiej sprawdzają się w wywiadzie wojskowym i są bardziej przebiegłe. Jego przewidywania się potwierdziły, bowiem oddział Amitiel odnosił same sukcesy, a mężczyźni musieli przyznać im wyższość w dziedzinie szpiegostwa.

Osobiście odczuwała ogromną dumę ze sprawowanej funkcji oraz z zaufania, którym darzył ją Michael. Chociaż bardzo kochała szefa, bo jego nie dało się nie kochać, niezmiennie twierdziła, że był kiepskim zarządcą i organizatorem. Gdyby nie ona i jej kobieca ręka, już dawno Vala rozpadłaby się z hukiem, a Michael stracił kontrolę nad wojskiem. Pewnie zapanowałaby wtedy ogólna anarchia. Zachichotała, wyobrażając sobie Mikę w podartym mundurze, wyrzucanego z zamku przez Metatrona. A właśnie! Michael nie będzie serwował alkoholu w ich barze! I tak mieli dość problemów! Jak wróci od Serafinów, kategorycznie zażąda, żeby zrezygnował z tego pomysłu. Zadowolona z siebie ukłuła brzuch konia ostrogami i przyspieszyła tempa. Jechała na dostojnym, białym pegazie, w zależności od nastroju przebywając drogę w powietrzu lub na ziemi. Bez wątpienia w powietrzu było o wiele szybciej. Gdyby tylko leciała, pokonałaby całą odległość w jakieś cztery godziny. Pegazy były bowiem bardzo szybkimi zwierzętami. Na zwyczajnym koniu ta sama trasa wynosiła dwanaście godzin, nie licząc postojów.

na_co_sie_gapisz_ver2.jpg

Jej podniebny rumak miał na imię Thel. Ponieważ zwykła ubierać się w czarne stroje, a w dodatku była ciemną szatynką, ona i Thel wyglądali razem jak szachownica. Oczywiście Michael nie omieszkał jej tego zakomunikować. Ba! Robił to przy każdej okazji, gdy tylko ich wspólnie zobaczył. Amitiel ze stoickim spokojem znosiła jego fanaberie i szalone koncepcje, które, o zgrozo, nie wahał się wprowadzać w życie. Z natury była radosna i wyrozumiała, ale także niezwykle uparta i konsekwentna w działaniu. Z powodu tych cech charakteru dojeżdżała właśnie do okazałej warowni Serafinów. Po pierwsze wyświadczyła szefowi przysługę, a po drugie miała gotowy argument w batalii o zniknięcie alkoholu z Varcyon. W końcu ona się tak dla niego poświęciła, wybrała się do strasznych Serafinów, a on nie chce ustąpić jej w takiej małej sprawie…? Uśmiechnęła się do siebie. „Dwie pieczenie na jednym ogniu” – pomyślała.

Zatrzymała Thela obok osobliwego, niewielkiego jeziorka, na którego białym dnie rosły karłowate drzewa. Wysuwały swoje korony upstrzone zielonymi liśćmi znad powierzchni krystalicznie czystej wody. Przez chwilę podziwiała ten niespotykany widok, a potem niespiesznie ruszyła w stronę surowych wrót Palambronu. Z oddali od razu rzuciły jej się w oczy budynki przypominające medresy z kopułowymi dachami oraz kilka wieżyczek o charakterystycznym kształcie minaretów. Dostępu do twierdzy Serafinów bronił wysoki mur. Nie miała już czasu zastanawiać się, co ją za nim czeka…

***

Przybycie kobiety wywołało ogólne poruszenie wśród jego zazwyczaj spokojnych, a nawet nieco flegmatycznych braci. Zaalarmowali go o jej obecności i aroganckich żądaniach spotkania się z nim osobiście w celu przekazania jakiejś poufnej korespondencji od samego palatyna. Rozgadali się na temat impertynenckiego zachowania Metatrona, który był przecież ich wychowankiem i choćby dlatego powinien szanować ich obyczaje i poglądy, a nie przysyłać im anielicę! I to jeszcze jaką anielicę! Skandal! Potwarz!
„Tak, tak, tak. Oczywiście, panowie, macie rację. Porozmawiam z Metatronem o jego czarnej niewdzięczności, ble, ble, ble… Nie, nie. Wcale nie czuję się aż tak oburzony, aby nie przyjąć tej kobiety. Jak zwykle jestem twardy i nieustępliwy! – pomyślał znużony – Zawsze to samo. I tylko tak da się z nimi rozmawiać! Swoją drogą rozumiem, że sama obecność anielicy mogła ich podrażnić, ale nigdy nie reagują aż tak gwałtownie… Ciekawe, o co tak naprawdę chodzi…”
Serafiel, enigmatyczny przywódca Serafinów uznawany za najpotężniejszego anioła w Emanacji, był zaintrygowany nietypową sytuacją, wywołaną przez niefortunną posłanniczkę. Uchodził za osobę dociekliwą i bystrą, a także mocno zdystansowaną do świata i rządzących nim zasad. Możliwe, że ten dystans był powodem jego specyficznego poczucia humoru, które przekraczało hermetyczne rozumienie jego współbraci, więc starał się go przed nimi nie ujawniać. Jego wyostrzony dowcip na wstępie uczyniło z niego wroga Michaela, a także niezmiennie wzbudzał niepokój Metatrona. Jego kochany wychowanek źle je sobie interpretował. Gdy na przykład Serafiel żartował, że jak mu się będzie nudzić spali Empireum, biedny Met wpadał w prawdziwy popłoch. I bardzo dobrze. Przynajmniej nie musiał się szczególnie starać, aby utrzymać palatyna w ryzach.
Znajdował się w swojej dziennej komnacie. Była przestronna i słoneczna z jednym podłużnym oknem kończącym się w szpic oraz dodatkowym wyjściem na dziedziniec wewnętrzny. Jak przystało na Serafina, pomieszczenie to nie było wyjątkowo bogato wyposażone ani tym bardziej zdobione, poza czterema kamiennymi kolumnami wmontowanymi w ściany. Były błękitne oraz udekorowane różnobarwnymi wzrokami, skręconymi ze sobą niczym lina. Z daleka wyglądały jak spływająca z sufitu woda. Symbolizowały wiecznie płynące cztery rzeki Emanacji, zajmując ścianę adekwatną do położenia rzek na mapie. Natomiast podłogę pokrywały błyszczące, błękitne płytki, jakoby odzwierciedlając morze Udan-Adan, w którym wody kończyły swój bieg.
Serafiel zdążył usadowić się w swoim ulubionym fotelu i założyć nogę na nogę, kiedy drzwi gwałtownie się otworzyły i do środka wpadła zarumieniona ze złości wysoka, ciemnowłosa anielica. Oczywiście hipotetycznie ze złości. W jego mniemaniu kobiety rumieniły się tylko z dwóch powodów: albo z miłosnego uniesienia, albo ze złości. Serafiel miał podstawy przypuszczać, że w ich odpychającej twierdzy nie spotkała nikogo, kto mógłby wywołać ten pierwszy rodzaj rumieńca. Więc musiała być zła. Nic dziwnego, zważywszy na to, jak ją potraktowano.
Patrzyła na niego z wyczekiwaniem, niewątpliwie gotowa wygłosić kazanie, jakimi to sztywniakami są Serafini i jak to tym razem ona jest oburzona i zniesmaczona… Taa.
Przyglądał się jej w zadumie, szukając w jej wyglądzie powodu ożywienia wśród swoich braci. Ów powód znalazł. Ba! I to niejeden… Anielica mogła uchodzić za urodziwą, a nawet dość uwodzicielską. Odpowiadał za to jej wyzywający strój złożony z czarnego, skórzanego gorsetu na ramiączkach z głębokim dekoltem, spod którego wystawał jeszcze fragment białej koszuli oraz jej długie, obcisłe rękawy, kończące się w czarnych, skórzanych rękawiczkach do połowy ramienia. Do tego miała na sobie czarne, dopasowane spodnie i oficerki za kolana. Dopełnieniem tego wizerunku był czarny pas ozdobiony srebrnymi ćwiekami z przyczepioną do niego bronią.
„Pani jest z wojska” – stwierdził.
Nie tak zamierzał zaczynać tę rozmowę, ale po prostu mu się wymsknęło:
– Ach tak. To przez ten dekolt.
Zamrugała z dezorientacją, a potem uśmiechnęła się znacząco.
– A więc Serafini nie są aż tak silni, jak się o nich mówi, skoro wpadają w panikę na widok fragmentu kobiecej piersi – odpowiedziała melodyjnym głosem i bezceremonialnie podała mu dłoń. – Jestem Amitiel.
Zaskoczyła go. A to rzadka sztuka! Niedawno wręcz wydawało mu się że nic nie było go w stanie zaskoczyć. A tu proszę – niespodzianka!
– Czy chce mnie pani zmusić do złamania reguł? – zapytał z przekąsem.
– Proszę mi wybaczyć. Nie wiedziałam, że uściśnięcie kobiecej dłoni oznacza dla Serafina złamanie jakiejś ważnej reguły – odparła z najuprzejmiejszą miną na świecie. – Postawiłam pana i siebie w niezręcznej sytuacji.
Nie cofnęła ręki. Serafiel był coraz mocniej zdumiony i bardzo mu się to podobało. Ostatnimi czasy zdecydowanie brakowało mu zdumienia. Z nieco większym zainteresowaniem spojrzał w twarz anielicy. Miała lekko skośne, morskie oczy, prosty nos i wąskie usta. Ale trochę szminki powinno pomóc. Na czole nosiła łańcuszek z błękitnym kamieniem, który z tyłu podtrzymywał jej długie, falowane włosy barwy głębokiego brązu.
Podsumowując – odważna, całkiem ładna pani z wojska, w dodatku najprawdopodobniej pojmująca jego sarkazm. Stanowczo mogła mu się spodobać. Czasem zdarzało się, że tak jakby podobały mu się jakieś kobiety i nie widział w tym nic złego. Na podobaniu się kończyło i już.
Pod wpływem wcześniejszego zdziwienia, wyciągnął rękę i lekko uścisnął jej dłoń. Była mało kobieca, ukryta w skórzanej rękawiczce. Amitiel odpowiedziała mocnym, typowo męskim uściskiem, co również wprowadziło go w konsternację.
– No cóż. Niektóre reguły można od czasu do czasu łamać – skomentował. – Proszę usiąść pani Amitiel – wskazał jej sąsiedni fotel. – Jak się pewnie pani domyśla, nazywam się Serafiel. Co panią do mnie sprowadza?
– List w staniku.
Tym razem pozwolił sobie na uśmiech.
– Naprawdę tam go pani ukryła?
– A gdzie byłoby lepsze miejsce?
– Pani Amitiel jestem Serafinem, to okropne jak się pani do mnie zwraca! Jestem zdruzgotany!
– A nie wygląda pan…

***

Wyzywająco patrzyła mu w oczy. Podświadomie zdawała sobie sprawę, że przekroczyła wszelkie możliwe granice dobrego wychowania, a już zwłaszcza mistyczny dystans okazywany Serafinom. Ale on ją do tego sprowokował i co więcej odnosiła wrażenie, że bawiło go to tak mocno jak ją. „Rasowy drapieżnik”, jak go celnie określił Michael, rzeczywiście miał w sobie coś niepokojącego. Może sprawiały to jego pewność siebie i lekceważący sarkazm, wyczuwalny tylko jeśli ktoś był na tyle inteligentny, by wyłapać go w pozornie nic nie znaczącym zdaniu? Wprost okazywał rozmówcom, że jest świadomy swojej przewagi i potęgi, jaką dysponuje. I jeśli będzie miał taki kaprys, nie omieszka z niej skorzystać, żeby spalić wszystko na popiół. Zarazem robił to w tak subtelny sposób, że nie sposób było mu cokolwiek zarzucić.
Z niechęcią przyznała, że była pod wrażeniem Serafiela. Również z powodu jego aparycji. Zazwyczaj anioły były delikatne i zniewieściałe, no może nie licząc niektórych wojskowych. Właśnie dlatego szef podobał jej się wizualnie, bo przy wszystkich swoich wadach i szaleństwach przynajmniej nie przypominał kobiety. A jak zdążyła zaobserwować, Serafini także wyglądali jak stuprocentowi mężczyźni. Przepisowo golili głowy i nie nosili żadnych ozdób, gdyż twierdzili, że nie muszą paraliżować urodą, żeby być dobrymi sługami Boga. Poza tym zbytnie przywiązanie do cielesności uważali za demońskie, czyli godne potępienia.
Gdyby Serafiel mieszkał za bramami Palambronu, pewnie doskonale odlazłby się w Vala. Był dobrze zbudowany, miał regularne, choć dość ostre rysy twarzy i duże, paląco niebieskie oczy, których uważny spokój sprawiał, że czuła się nieswojo.
– Hmm…– mruknął w końcu, a na jego sercowatych ustach pojawił się cień uśmiechu.– Nie wyglądam? A więc powinienem się postarać być bardziej przekonywujący… Dziękuję pani za cenną uwagę.
Ton głosu i niezłomny wyraz jego oblicza nie wskazywały, że to miała być drwina. Wręcz przeciwnie.
– No, proszę – odparła równie dwornie. – Jednak kobiety mogą się do czegoś przydać. Podobno jesteśmy bardzo spostrzegawcze…
– Nie będę się z panią sprzeczał. Ale wracając do tematu, czy mogę uzyskać korespondencję, którą pani przywiozła?
Wzruszyła ramionami. Sięgnęła dłonią do swojego stanika i wyciągnęła z niego list. Udało jej się wyłapać jego na poły zdezorientowane, a na poły jakby zmieszane spojrzenie i poczuła miłą satysfakcję.

tadam_ver2.jpg
– Jest pani bezczelna – stwierdził i dosłownie wyszarpnął jej list z ręki.
Wstał z fotela i podszedł do okna. Także podniosła się ze swojego miejsca, przekonana że tym razem rzeczywiście go rozgniewała. Odwrócił się do niej plecami i szybko przeczytał wiadomość od Metatrona.
Był ubrany w prostą, długą szatę koloru alabastru, spinaną szerokim, skórzanym pasem, na środku ozdobionym rubinem. Ten rubin był zatopiony w złotym ornamencie, ciągnącym się przez cały pas. Wcześniej zauważyła, że nosił również złoty pierścień z rubinem na serdecznym palcu prawej dłoni. Domyśliła się, że były to symbole jego zwierzchnictwa nad Serafinami, gdyż jego współbracia nie nosili żadnych ozdób.
Wyjął pióro z szuflady małego biurka i na stojąco skreślił kilka słów na kartce, a następnie wsadził ją do koperty i zapieczętował swoim pierścieniem. Obserwowała go w ponurym milczeniu, coraz bardziej żałując swojego lekkomyślnego zachowania. Powinna posłuchać Michaela i być ostrożniejsza.
W końcu odwrócił się w jej stronę, ale zamiast po prostu podać Amitiel list, bardzo blisko do niej podszedł i bez żadnego zażenowania złapał ją za przód skórzanego gorsetu i wsunął jej kopertę do stanika. Zamarła z wrażenia, nie mogąc powstrzymać dreszczu podniecenia.
– Oto odpowiedź – rzekł beznamiętnie z wyćwiczonym opanowaniem, spoglądając anielicy prosto w oczy. – Tak się składa, że ja też jestem bezczelny. Mało serafińska cecha, ale za to całkiem przydatna. Żegnam panią.

***

Tak oto kobieta spłonęła rumieńcem. Tym razem nie ze złości. Pokiwał głową z typowym dla siebie stoickim i zrezygnowanym zrozumieniem.
„Naprawdę są tylko dwa powody, dlaczego kobiety się rumienią – pomyślał, obserwując przez okno, jak Amitiel odjeżdża z wewnętrznego dziedzińca na białym pegazie. – Właściwie to nie jest godne pożałowania, a raczej wyrozumiałego uśmiechu…”

KONIEC



Tekst:Magdalena Pioruńska

Ilustracje:Julita Mastalerz- więcej prac autorki na stronie: http://joolita.deviantart.com/

2 thoughts on “Poufna korespondencja

  1. Świetne opowiadanie.:) Te rysunki są po prostu cudowne! Zarówno te na Apeironie, jak i na tej podanej stronce pod tekstem!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *