Nie cierpię (rozdział 12)

Rozdział 12: GRACZ NAGRYWACZ

– Żebyś chociaż w łóżku nadrabiał! Ale nie! Twoje pojęcie o kobiecym orgazmie pochodzi gdzieś z połowy lat pięćdziesiątych. Wiesz, że dzwonią, ale nie wiesz w którym pieprzonym kościele. Jak bym ci nie pomagała, za rękę nie prowadziła jak pięciolatka na rekolekcje, to byś pewnie i nie trafił, gdzie trzeba, niedojdo ty! I te komedie, te miny, pięć kamer jednocześnie filmowało, jak dochodzisz, jedna z przodu, jedna z tyłu, dwie po bokach i jedna z góry, sprawna inaczej gwiazda porno…

(Zdaje się, że kończyły się jej pomysły; kiedy ktoś nie wie, jak kogoś ugodzić, sięga po seks, oręż jednakowo skuteczny pod każdą szerokością geograficzną. Smutne.)

***

Budzi mnie stukanie. Nie pukanie, tylko stukanie. Różnica semantycznie jest subtelna, lecz akustycznie – kolosalna. Sąsiad z góry, zdaje się, dzisiaj ma na drugą zmianę. Owijam głowę poduszką, ściskam na wysokości uszu. Bez rezultatu. Stukanie przedziera się przez grubą warstwę piór i uderza wprost w moje bębenki. Zwijam się w pozycję embrionalną, wyobraźnią wybiegam na zieloną polanę w pięknym, dębowym lesie. Ale i tu stukanie mnie dopada: dzięcioły, szukając korników, walą jak szalone w pnie drzew. A odgłosy, jakie wydają, sprawiają wrażenie, jakby robiły to za pomocą młotków.
Wstaję wściekły i idę do kuchni zrobić sobie kawy.

***

Nie cierpię:
Nie cierpię artystów-majsterkowiczów, tych wirtuozów wiertarki elektrycznej, którzy chyba tylko dla sportu borują dziury w betonowych ścianach od świtu do zmierzchu. I dłużej: w każdej wolnej chwili, zabijając te drobiny ciszy, które jakimś cudem przybłąkują się od czasu do czasu nawet na osiedla z wielkiej płyty.

Oglądasz film, słuchasz muzyki, pracujesz nad powieścią i nagle słyszysz mordujące twój słuch zzzzzziiiiii, przetykane granym staccato łupłupłup, niosącym się w górę i w dół, omijając rysy i pęknięcia pomiędzy kondygnacjami. Myślisz sobie (jeśli doświadczenie życiowe jeszcze nie zamknęło takich myśli gdzieś w malutkim, ciemnym pokoiku na samym dnie piwnicy twojego umysłu), Boże, ten to musi mieć piękne mieszkanie. Twoja żonadziewczyna patrzy na ciebie z wyrzutem, że ty to nigdy się nie ruszysz, nigdy nie zrobisz niczego dla domu. I już jesteś we własnych czterech kątach ofiarą dźwiękowej napaści, a także leniem, beztalenciem i życiowym nieudacznikiem. Ale kiedy idziesz do faceta i oglądasz te wspaniałości, te owoce tańców z narzędziami, okazuje się, że to wcale nie rezydencja godna Kwaśniewskich, tylko zwykłe mieszkanko człowieka, który jakoś nie może zdecydować się, gdzie ma wisieć ten cholerny obrazek kupiony na rynku za dwadzieścia pięć złotych. Wtedy dopiero cię zatyka. I zastanawiasz się nad jedną rzeczą: jakby mu ten obraz wepchać w gardło, żeby się przywitał z jego dwunastnicą.

***

Dżek przysiada się do mnie i głośno wącha moją czarną, gorzką.
– Mmmmm, pachne super. Zrobysz my też?
– Podłącz się do moich kubków smakowych. Na jedno wyjdzie.
Patrzymy na siebie jak kobra i mangusta. Tylko kto tu jest kobrą, a kto mangustą?
– Czosz ty taky burklywy dżyszaj?
– Mam zły dzień.
Na tym rozmowa się kończy. On przysuwa się uchem do radia (leci jego ulubiony hip-hop, banda zespołów, których nazwy brzmią jak akronimy nazw partii politycznych; lista przebojów z ich udziałem musi wyglądać jak wyniki przedwyborczego sondażu), ja odpływam w zamyślenie.

***
Jak walczyć z wrogiem, który rezyduje w twojej głowie?
Nie walczyć. Poddać się. Rozpuścić go w sobie. Zagłaskać na śmierć.

***

Co za dzień! Mój umysł dryfuje od wątku do wątku, bezładnie. A (podobno) zawsze byłem chwalony za spójność, płynne przejścia między wątkami, precyzyjną organizację tekstu. Cóż… wtedy nie miałem jeszcze gadającej halucynacji na karku.

Pora ułożyć jakiś plan. Choć on w zasadzie już istnieje, naiwny w swojej prostocie. Wejdę do jego mieszkania, cyfrowy dyktafon w kieszeni (prezent od Jurka), namówię go na zwierzenia, wyjdę z nagranym przyznaniem się do winy. Koniec.

Szczegóły, szczegóły, najważniejsze są szczegóły, w nich tkwi ten koleś z widłami. Siadam przy biurku, kładę przed sobą kartkę czystego papieru, do ręki biorę moje ulubione pióro. I nic. Kartka pozostaje czysta, pióro dalej ma pełny zbiorniczek atramentu. Żadnych pomysłów na otwarcie miłej konwersacji o starych, dobrych czasach. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to zadzwonić do Dominika i poprosić o pomoc. Rezygnuję jednak z tej możliwości. Zanim zmusiłbym go do jakiegoś poważnego wysiłku umysłowego, minęłyby ze trzy godziny, a moje nerwy, nadwerężone wydarzeniami ostatnich piętnastu miesięcy, trafiłby szlag.
Pozostaje mi improwizować.

***

Moja pokiereszowana gęba zmieniła mnie w tarczę dla całej serii dociekliwych pytań. Ola wystrzeliwała je z prędkością pistoletu UZI, a celowała jak rasowy snajper. Na nic zdały się uniki. Trafiała raz za razem.

(Nie chciałbym być w skórze ucznia, który jej podpadł, obojętnie z jakiego powodu. Nie wykręci się, choćby wił się jak piskorz, nie pomoże nawet spektakularne padnięcie na podłogę i udawanie umarlaka. Ola rozszarpie go na kawałki, a biedakowi pozostanie tylko przyznanie się do winy i liczenie – zazwyczaj próżne – na niski wymiar kary.)

Nie miałem wyjścia jak tylko skorzystać z mojego narracyjnego daru i wysmażyć jej historię na tyle fantastyczną, by wyjaśniała każdy siniak z osobna, i na tyle wiarygodną, żebym sam nie został usmażony. Wytężyłem się, naprężyłem wszystkie mięśnie i wydaliłem z siebie, co następuje:

– Robiło się późno i już miałem się położyć spać, kiedy zadzwonił telefon. To był oczywiście Didżej – zapamiętać: przedzwonić do Dominika i uzgodnić z nim jedną wersję tych fikcyjnych wydarzeń. – Dzwonił z jakiejś knajpy…
– Jakiej? – Ola nie zamierzała zrezygnować z roli śledczego. Ani oddać za darmo choćby piędzi ziemi.
– Tej nowej na Chorzowskiej, nie pamiętam nazwy.
– Okej. Mów dalej.
– No i błaga, żebym po niego przyjechał, bo sam się boi wyjść na zewnątrz. Pytam go dlaczego, a on na to, że złożył niemoralną propozycję, jeśli wiem, co ma na myśli, nie tej dziewczynie co trzeba i jej facet z paroma kolesiami czekają na niego zaraz za drzwiami, nie dadzą mu nawet dojść do samochodu.
– Typowe. Niech on kiedyś pójdzie do baru i nie złoży jakiejś dupie niemoralnej propozycji – Ola znowu mi przerwała, zgrabnie przemilczając fakt, że ona sama była kiedyś taką dupą i ową niemoralną propozycję skwapliwie przyjęła.
– A co ja na to poradzę, pytam. – kontynuowałem nie zwracając uwagi na jej komentarze. – Podjedziesz i razem jakoś się wydostaniemy. Jęczę, jęczę, ale się zgadzam. Najlepszego przyjaciela ma się tylko jednego, nie?
– Myślałam, że to ja jestem twoim najlepszym przyjacielem – prowokowała mnie.
– Najlepszą przyjaciółką – odparłem i wróciłem do opowiadania: – Zajechałem najbliżej jak się dało i dzwonię do niego z auta. Biegnij tu, silnik chodzi, nawet się nie skapną, kiedy odjedziemy. Nie. Chce, żebym wszedł do środka, ma już inny, lepszy plan. Co było robić? Wlazłem i słucham tego genialnego planu: pójdziemy do kibla, wymienimy się ubraniami, mamy przecież ten sam rozmiar, on wyjdzie pierwszy i odjedzie moim. Ja wyjdę parę minut później i wrócę jego. Proste. On wymknie się niepostrzeżenie w moich szmatach, a mnie przy bliższym obejrzeniu puszczą bez niczego. Przekonał mnie. Musisz przyznać, że brzmiało to dość rozsądnie…
– Rozsądnie? To chyba mamy inne definicje rozsądku.
– Wszystko szło według planu – ach te plany! Żeby tylko wszystko poszło według mojego! – Wyszedł niezauważony i pojechał. Ja siedziałem całe dziesięć minut w kiblu, potem jeszcze pięć kręciłem się po pubie, żeby wszyscy mogli zauważyć, że ja to ja, a nie Didżej. Kiedy już byłem w miarę pewny, też wylazłem. I tu niespodzianka: trzech panów rzuciło się na mnie, nie pytając o dowód tożsamości ani nie przyglądając mi się specjalnie. Ta jego śliczna żółta marynarka wystarczyła im za paszport i dowód osobisty w jednym. Dopiero po tym, jak już mnie trochę pokancerowali i leżałem na wznak w błocie, jeden z nich burknął do drugiego, że to chyba nie ten. Jak to nie ten? Tamten miał włosy, nie? Kurwa! Spierdalamy!
– Kto by pomyślał, że kiedyś uratuje cię ta twoja urocza łysinka…
– A widzisz, gdyby chciało mi się chodzić do dermatologa, może dzisiaj miałbym uroczą sztuczną szczękę.
Roześmiała się. Udało się. Zostałem skreślony z listy podejrzanych o zbrodnie przeciw naszemu związkowi. Miałem znowu pełny dostęp do jej ust.

Chociaż… z tym pełnym dostępem to jednak lekka przesada. Przez ostatnie tygodnie, odkąd wypłynęła na powierzchnie sprawa mojego dziadka, Ola zachowywała lekki dystans, często odpływała myślami, rzadziej się uśmiechała. Nie wiem, czy takie traktowanie zarezerwowane było dla mnie, dla WNUKA, czy też po prostu w takim była nastroju, niezależnie od tego, z kim przebywała w jednym pomieszczeniu. Bałem, boję się zapytać. Przyjdzie na to czas, kiedy to wszystko będzie za nami.
Zresztą, ona też jeszcze nie wie wszystkiego o mnie. Kiedyś będę musiał powiedzieć jej o Dżeku.

***

Dyktafon na miejscu, ustawiony na pełną automatykę. Włączy się, jak tylko zaczniemy rozmawiać. Pamięci wystarczy na ponad trzy godziny, dość, żeby przyznał się nie tylko do swoich występków, ale i do zbrodni połowy swoich kolegów. Będzie dobrze. Albo jak zwykle.

Dzwonię do domofonu i już po chwili wbiegam po schodach, butelka wina na dobry humor pod pachą. Od progu zalewa mnie po kolana po pas po szyję, słowa tryskają z jego ust jak woda z grzbietu wieloryba. To wino chyba niepotrzebne.

– Co jest, bratku, co tak przychodzisz ni z gruchy, ni z pietruchy? Nudziło ci się samemu, twoja pani puściła cię kantem? No, gadaj, co tak stoisz? Wy, młodzi, nie wiecie, co to znaczy spędzić z kimś całe życie. Jak tylko na horyzoncie pojawi się jedna chmurka, spieprzacie, gdzie pieprz rośnie. A życie polega na tym, żeby rozwiązywać problemy, nie od nich uciekać…
Wujek dobra rada widać w świetnej formie.
– Tak przyszedłem pogadać, co, nareszcie potrzebuję powodu, żeby wpaść? – pokazuję mu butelkę.
– O, świętujemy czy zalewamy smutki?
– Ani to, ani to. Możemy normalnie usiąść i pogadać. Tak o życiu… – o życiu?! Normalnie usiąść i pogadać?! Będę musiał się bardziej wysilić, żeby na dyktafonie zostało coś godnego uwagi wysokiego sądu.
– No to siadajmy. Zosia wyskoczyła właśnie na zakupy. Jak ją znam, to zejdzie jej ze dwie godziny. Żebyś ty wiedział, ile czasu ona potrafi wybierać zwykłe jabłka. Bierze je do ręki jedno po drugim, ogląda, wącha, maca… aż się ludzie gapią… co za kobieta! Ale jak już wybierze, to mucha nie siada – w dobrym nastroju dziadek uwielbia lecieć slangiem młodzieżowym z epok minionych. Coś jak „Stawiam na Tolka Banana” zmieszane z „Podróżą za jeden uśmiech”. Urocze. – Tylko mi się czas ciągnie jak guma od majtek.
I jak tu przeskoczyć na proces Koniecpolski kontra pan X?
– Poszukam korkociągu.
– Jest na półce w kredensie, drugie drzwiczki od lewej.
– Okej.
Wychodzę do kuchni, ale jemu to nie przeszkadza w prowadzeniu konwersacji z dużego pokoju. Podkręca tylko natężenie swojego zdartego, lecz wciąż silnego głosu.
– A jak tam urocza Ola? Jeszcze cię nie rzuciła?
– Jeszcze nie. Mnie kobiety rzucają średnio co siedem lat, więc ma jeszcze trochę – odpowiadam, mocując się z korkiem. Mam wrażenie, że ktoś dla kawału przykleił go butaprenem.
– Czasy się zmieniają. Musisz być czujny jak na warcie. Pamiętam, jak w wojsku w trzydziestym drugim zrobiliśmy kawał jednemu kapralowi, co lubił sobie pospać na warcie. Podkradliśmy się do niego, związaliśmy mu sznurówki, zabraliśmy mu karabin i na jego miejsce podłożyli miotłę. A nad głową zawiesiliśmy mu wiadro z deszczówką. Potem jeden wyskoczył i bach! Walnął butem o przykrywkę od garnka. Kapral jak się nie zerwie, jak nie kałamutnie w to wiadro. Wiadro przerdzewiałe, więc jak chluśnie na niego woda. Ten już w ogóle nie wie, co się dzieje, łapie za szczotkę i leci przed siebie. I oczywiście od razu ląduje na pysk. Mówię ci, ubaw potem miała z niego cała kompania przez trzy miesiące. Szkoda tylko, że nie mieliśmy wtedy tych waszych aparacików…
(Tak na marginesie: trochę wstyd się przyznać, ale talent do pisania najprawdopodobniej odziedziczyłem właśnie po Stanisławie Koniecpolskim. Gen odpowiedzialny za potrzebę regularnej literackiej konfabulacji jakoś ominął moją matkę i trafił do mnie. Dziadek jednak nie uważał zdolności pisania za coś nadzwyczajnego; w młodości coś tam skrobał od czasu do czasu, bez większego przekonania o sensowności takiej formy spędzania wolnego czasu. Za to po wojnie przez ładnych parę lat prostytuował swój talent, płodząc socrealistyczne koszmarki o przodownikach pracy, murach pnących się do góry, o narodzie odbudowującym swoją stolicę. Potem górę wzięła żyłka detektywistyczna, zamiłowanie do czystej akcji, uzależnienie od adrenaliny. No i lekki sadyzm.)
– Niezłe – mruczę z uznaniem, niosąc kieliszki i wino. – My coś podobnego zrobiliśmy jednemu na obozie harcerskim. Za karę musieliśmy robić po pięćdziesiąt żabek z plecakami.
– Dyscyplina musi być.
– Ordnung muss sein.
– Jak zwał, tak zwał. W każdym razie, wyszło ci na zdrowie.
– Nie do końca. Skręciłem kostkę i trzy tygodnie w gipsie siedziałem.
– Poświęcenia muszą być. Ofiar nie da się uniknąć…
Jest, jest, jest! Moja szansa!
– Tak sobie powtarzaliście w SB?
Jego twarz tężeje.
– Nie gadaj o sprawach, których nie możesz zrozumieć.
– Właśnie chciałbym zrozumieć.
– Akurat. Wy, młodzi, tylko potraficie oceniać. Ten był zły, a tamten dobry. A tu nie ma tak. My mieliśmy swoje racje, oni mieli swoje.
– Relatywizujesz – rzucam jeden z jego „ulubionych” argumentów.
– Co relatywizujesz, co relatywizujesz?! Absolutysta się znalazł. Jakbym tego waszego papieża słuchał.
– Nie, no, bez przesady – poprawiam się na fotelu, sprawdzając jednocześnie położenie dyktafonu w mojej kieszeni. Od tego wszystko zależy. W porządku. – A ten twój proces?
– Jaki proces?
– Ten o pobicie.

Mierzy mnie wzrokiem, jakbym właśnie zdradził się, że znam tajne dokumenty stanu wojennego.
– Skąd o tym wiesz? Nic ci o nim nie mówiłem.
– Przeczytałem w gazecie, skojarzyłem fakty i wyszło mi na to, że Stanisław K to właśnie ty.
– W jakiej gazecie?
– W lokalnym dodatku „Wyborczej”. Taka wzmianka tylko. Były oficer SB oskarżony o ciężkie pobicie opozycjonisty. Dwa akapity w sumie. Niestety, prawdopodobnie nie zostaniesz sławny.
– Pismaki… za moich czasów potrafiliśmy ich kontrolować. Wychylił się który, to od razu dostał w łeb i był spokój przez parę miesięcy. A teraz klepią co im ślina na język przyniesie.
– Ale przecież prawdę napisali, nie?
– Prawdę… ty mi tu z takimi abstrakcjami nie wyjeżdżaj. Prawdę napisali… a od kiedy to w dziennikarstwie o prawdę chodzi?
– Myślałem…
– W tym problem. Jedni myślą, a inni robią.
To nazwałbym bardzo dużym problemem. Zwłaszcza, jeśli ci co robią, a nie myślą, rządzą krajem.
– Ty robiłeś…
– Ja robiłem. I wiem rzeczy z doświadczenia, nie z jakiśtam książek. A tym gryzipiórkom się wydaje, że pozżerali wszystkie rozumy, bo poszli za nasze pieniądze na studia.
– Czyli nie powinni pisać prawdy?
– Coś ty się tak tej cholernej prawdy uczepił? Tu nie chodzi o takie bzdety jak prawda czy nieprawda. Chodzi o opakowanie. Jedna gazeta ci napisze „nieszczęśliwy wypadek”, a druga „tragedia na drodze”. I gdzie jest ta twoja prawda?
– W szczegółach.
– Nikt nie czyta szczegółów. Po to wymyślili nagłówki, żeby każdy głupek mógł powiedzieć, że wie co się na świecie dzieje. A gówno wiedzą.
– Ale ja chcę po prostu wiedzieć…
– Co wiedzieć?
– Czy zrobiłeś to, czy nie.
– Po co ci to wiedzieć? Zajmij się lepiej swoimi sprawami.
– Po prostu chcę sobie wyrobić opinię.
– Ty już sobie wyrobiłeś o mnie opinię. Nic, co bym powiedział, cię nie przekona.
Moje ciśnienie skacze, całe ciało pulsuje w rytmie serca. Trzęsę się, zaciskam pięści, zagryzam wargi. I pytam:
– Zrobiłeś to czy nie?
– Nie!
Kurwa! Wyczuł mnie? A może się wstydzi? Nie, na pewno nie. Więc czemu? Czemu?
Emocje opadają. Nic więcej już od niego nie usłyszę. Nic godnego uwagi w każdym razie.

***

Ola już w progu zarzuca mnie pytaniami.
– I jak było? Udało się? Masz?
Kręcę głową. Nienienie.
– Nie. Powiedział, że nie miał z tym nic wspólnego. Męczyłem go i męczyłem, ale się nie przyznał. Chcesz posłuchać?
Kładę dyktafon na stół. Błyszczy tam, piękny, chromowany i absolutnie pozbawiony jakichkolwiek ważnych informacji. Ola wyciąga rękę i zaraz ją cofa. Chce i nie chce. Być może zastanawia się, czy przesłuchanie tego durnego nagrania nie będzie wotum nieufności wobec mnie. Wierzy mi, a jednak ma ochotę przekonać się sama, usłyszeć na własne uszy, spotkać się z jego głosem.
– Może później. Nie mam teraz do tego głowy. Muszę powiedzieć Jurkowi. Będzie bardzo zawiedziony.
– A ty?
– Co ja?
– Jesteś zawiedziona?
– Jasne. Liczyłam na to, że to wreszcie się skończy i będziemy mogli normalnie żyć dalej…

Kiedy jest taka poważna, znikają te jej wszystkie anglicyzmy. Zamiast siur jest jasne, proste i sztywne.
Powinienem umieć ją rozbawić, wyprowadzić ją z tego podłego nastroju… Ale mi też czegoś brakuje. Sam się pogrążam i potrafię tylko wzdychać. Robię jedyną rzecz, jaka przychodzi mi do głowy, jedyną, do której jestem zdolny. Przyciągam ją do siebie, obejmuję ramieniem. Teraz nie potrzeba nam słów. Po chwili przenosimy się na kanapę, kładziemy się i tak trwamy nieruchomo, minutę, godzinę, rok.

***

Nie mogę spać. Dżek się wierci, miota po ciemnym pokoju. Niecierpliwi się: kiedy ja odjadę, on będzie mógł posurfować, znowu przygadać sobie jakąś niebezpieczną dupę, wybrać się na wizytę do nocnego miasta. Mam go gdzieś. Zajmuje mnie co innego…
– Szestan o tym myszlecz, bo nygdy ne zasznesz – mruczy.
– A co cię to obchodzi?
Porusza przez moment ustami, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Potem z rezygnacją macha ręką.
– Jestesz beznadżejny. Po tym szystkym, szez czo razem szeszlyszmy…
Nie no, takie teksty o wpół do pierwszej są ciężkostrawne. Krzywię się i przekręcam na bok. Ale on nie daje za wygraną. Jest gdziekolwiek padnie mój wzrok, przenika przez powieki, gdy decyduję się zamknąć oczy. Nie ma przed nim ucieczki.
– Czego?! – drę się, siadając na łóżku. – Myślałem, że czekasz, aż zasnę.
– Ne poproszysz mne o pomoc?
– A w czym tym mógłbyś mi pomóc? Chyba w przenosinach do czubków. Jeszcze parę takich dni i będę gotowy…
– Mam pomysł, jak załatwycz dżadka w sądże – mówi, unosząc się nade mną.
– Pewnie. Pięciu prawników się nad tym głowi ze dwa lata, a ty tak po prostu masz pomysł.
– Ne chczesz nawet usłyszecz?
– Coś czuję, że usłyszę, czy chcę, czy nie chcę.
– No to słuchaj. Pójdżesz do sądu na szwadka.
– Ja? Zwariowałeś do reszty? Co ja mam z tym wszystkim wspólnego? Jak to się wydarzyło, ja chodziłem na czworakach. Wysoki
Sądzie! Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Dziadek wziął mnie na komendę, żeby pokazać, jak wygląda jego praca. No i siedziałem sobie na stołeczku i patrzyłem, jak dziadek z jeszcze jednym funkcjonariuszem skopali tyłek poszkodowanemu.
– Skonczyłesz?
– Skończyłem. Masz jeszcze coś do powiedzenia?
– Mam. Pójdżesz do sądu i powiesz, że dżadek szę czi do szystkiego szyznał.
Hm…
– On ma alibi…
– Komu uwierzą, znanemu pysarzowi, czy jakiemusz staremu ubekowy?
Łechta moją próżność. Całkiem rozsądnie. Próżności nigdy mi nie brakowało.
– Zastanowię się.

Zastanawiam się. Teraz to dopiero przechodzi mi ochota na sen. Rozgrywam w myślach wszelkie możliwe scenariusze rozwoju wypadków: sąd mi wierzy, dziadek trafia do pierdla na parę lat; sąd mi wierzy, dziadek dostaje zawiasy; sąd wierzy bardziej koledze dziadka, ja dostaję dwa lata za składanie fałszywych zeznań… Wyobrażam sobie jego minę, kiedy dowiaduje się, że zamierzam przeciw niemu zeznawać. Zdrajca, mówi. Zdrajca. Dla przeciwwagi koncentruję się na Oli. Ona jest mi wdzięczna. Dla niej jestem bohaterem, rycerzem w lśniącej zbroi na białym rumaku. Kolesiem z jednej z moich powieści.

(Nadludzkim wysiłkiem woli udało jej się przebrnąć przez „Ostatnią tajemnicę” z 1997. Powiedziała, że podobała jej się historia, ale też, że powinienem popracować nad moimi heroinami, bo „nic, tylko piszczą jak podniecone pensjonariuszki albo puszczają się jak dziewczyny z Bankowej”. Z tą ostatnią uwagą na pewno zgodziłaby się Weronika.)

I tak do rana… Bez szansy na ostateczną decyzję. Poza tą, że trzeba sprawę omówić z Olą, zapytać ją o zdanie. Zrzucić ciężar podjęcia decyzji na jej barki.

***

Podnoszę słuchawkę i wystukuję jej numer domowy. Odbiera po czwartym dzwonku.
– Słucham?
– Cześć, to ja.
– Cześć. Czemu tak wcześnie? Stało się coś? – jej głos jest pełen autentycznego niepokoju.
– Nie, nic, w zasadzie nic. Ale coś mi przyszło do głowy, taki sposób na to, jak zakończyć ten proces…
– Co masz na myśli?
– Wydaje mi się, że wiem, jak go skazać.
– Mów jaśniej.
– Nie przez telefon – włącza się moja paranoja i tysiące kryminalnych scenariuszy, szpiegowskich filmów pełnych agentów rządowych podsłuchujących rozmowy telefoniczne…
– Dobra, przyjedź do mnie. Kaśka wyjechała na parę dni, będziemy mieli spokój.
(Kaśka to współlokatorka Oli; jeśli sądzicie, że z nauczycielską pensją, choćby powiększoną o pieniądze za pracę w szkole językowej można samodzielnie wynająć mieszkanie w Katowicach, to jesteście w błędzie.)
– Okej, tylko się ubiorę i lecę. Pa!
– Pa.

Ubieram się, lekko, bo na zewnątrz – mimo wczesnej pory – gorąc straszny. Portfel, klucze, sandały i już biegnę do windy. Tam spotykam sąsiadkę z góry. Mówię jej dzień dobry, ona mi dzień dobry, pełna kultura. Tylko jej usta wykrzywione, jakby miała do czynienia z pospolitym opryszkiem. Prawda mieszkałem siedem lat z kobietą bez ślubu, a ona Radio Maryja na cały regulator cały dzień całą noc. Kilka dni temu przyłapała mnie na klatce z Olą… gdyby spojrzenia mogły zabijać…

Pędzę przez miasto (jeśli w przypadku Katowic nie jest to oksymoron), nie zważając na biedne zawieszenie mojej Astry. Z niewyspania ledwo widzę, mój czas reakcji przypomina ten właściwy drajwerom na podwójnym gazie, z których kilku mijam po drodze, śmigających po imprezie do domu. Nie przeszkadzają mi, traktuję ich jak katastrofy naturalne na kółkach, zmotoryzowane powodziehuragany. Szit hapenz, jak mawia Weronika, kiedy gówno przytrafia się innym. Nie cierpię wielu innych rzeczy, ale pijani kierowcy jakoś nie załapali się na tę listę, nie potrafię wyjaśnić czemu. Pewnie dlatego – podpowiada mi moje niezawodne sumienie – że sam nie raz i nie dwa jechałem po spożyciu. Moje niezawodne sumienie już niedługo będzie miało ważniejsze sprawy na głowie, cały stos dylematów moralnych do rozstrzygnięcia. Czy to etyczne kłamać, żeby udowodnić winę winnego człowieka? Czy ważniejsza jest lojalność wobec członków rodziny, czy wobec miłości życia? I takie tam.

Na skwerku przy parkingu starszy pan obserwuje, jak jego piesek wydala. Ten niezwykły widok zapija piwem prosto z puszki. Każdy łyk kwituje bolesnym westchnięciem, domyślam się, że to poranne uzupełnianie płynów nie ma nic wspólnego z normalnym metabolizmem, a raczej z substancjami połkniętymi dnia poprzedniego. (Nie cierpię pijaczków dogadzających sobie na świeżym powietrzu, wprost rzygam, kiedy widzę jednego z drugim, śmierdzących, chwiejących się na nogach, bełkotliwie rozprawiających na tematy, które przerastają ich o dwie głowy – choć co dwie głowy, to nie jedna; za każdym razem mam ochotę rozjechać takie towarzystwo, zrobić z nich mokrą, czerwoną plamę na chodniku.)

Naciskam guzik na domofonie i momentalnie przypomina mi się, że jest zepsuty. Dzwonię więc z komórki i cud, przebóg, cud! Brzęczyk brzęczy, ciągnę za gałkę umocowaną na drzwiach, dostaję się do środka.

(Mój humor w ciągu dziesięciu minut uległ dziwnemu przeobrażeniu. W takim nastroju nasi przodkowie łamali kołem heretyków, ogniem posyłali czarownice wprost do piekła po gorącą dokładkę. Nie wiem, co mnie tak nadepnęło i tylko liczę, że spotkanie z Olą wszystko zmieni.)

Wpuszcza mnie do środka, tego wygodnie urządzonego M3, w którym widać nie jedną, a dwie pary kobiecych rąk. Aż przyjemnie odetchnąć.
– Napijesz się czegoś? – proponuje Ola.
Wygląda uroczo, rozmemłana, bez makijażu, w rozciągniętych spodniach od dresu i takiej też podkoszulce. Nic tylko przytulić.
– Ja bym szę napył – odzywa się Dżek. – Z czukrem i podwójną szmetanką, jeszly można proszycz.
Zamknij się.
– Tylko tyle? Gdże twoja elokwenczja?
Nie dzisiaj.
– Heloł? Łejki-łejki! – woła Ola. – Śpisz?
– Co? Nie. Sorry. Zamyśliłem się – rzeczywiście czuję się jak dopiero obudzony.
– Więc?
– Kawy, pliz. Mocnej.
– Dwa razy kawa pliz mocna. Się robi.

Jej humor, dziwne połączenie pogody i rozespania, podnosi mnie na duchu. Jestem gotowy opowiedzieć jej o moim – no, nie do końca moim – planie, przekonywać ją do upadłego, że to jest właśnie najlepsze, jedyne rozwiązanie, nie ma żadnego ryzyka, moja wiarygodność jest dużo większa, niż jakiegośtam kolesia, który sam ma kilka spraw założonych, do tego przecież są zeznania tego pobitego faceta, dwa do jednego, awans naszej drużyny do samego finału.

Przy dymiącej kawie w kuchni, naprzeciwko wpatrzonej we mnie Oli jest to już dużo trudniejsze. Samo rozpoczęcie tematu, w tej miłej, niemal sielskiej atmosferze (myśl, że tak mogłoby być każdego dnia, aż do końca, sprawia, że rozklejam się, rozchlapuję, zanika moja struktura kostna) wydaje się niemożliwe.

– Gotowy? – zagaduje i pociąga drobny łyk ze swojego kubka z napisem „My decision is maybe!”. Nad jej górną wargą pojawia się brązowawy cień, kawowy wąsik.
– Zawsze gotowy. A do czego? – udaję, że nie rozumiem, o co jej chodzi. Nie chcę jeszcze zaczynać, nie chcę łamać magii tej chwili.
– Do tego, żeby mi powiedzieć, o co chodzi. Co tam wykombinowałeś. Dżizys, wyglądasz strasznie. Gadaj!
I już nie mam wyjścia.
– Mieliśmy mieć nagranie, nie? Jako dowód, że on przyznał się do winy…
– Dobre użycie czasu, past simple, przeszły prosty.
– Ale, pomyślałem, co by było, gdybyśmy zamiast kasety użyli człowieka?
– Żywy magnetofon? – podnosi prawą brew.
– Świadek. Ktoś, kto powie, że słyszał, jak dziadek się przyznał.
– Świadek? – brew powraca na swoje miejsce. – A skąd wytrzaśniesz świadka?
Pokazuję palcem na siebie.
– Ty? Przyznał ci się?
– No, nie całkiem. Ale wyczułem, że to zrobił. Nie musiał nic gadać.
– I to chcesz powiedzieć w sądzie? Coś czuję, że twoje uczucia nie wystarczą.
– Powiem, że się przyznał otwarcie.
Wstaje od stołu, nie odrywając ode mnie wzroku.
– Zrobiłbyś to? – pyta, kręcąc niedowierzająco głową. Jej odstające na wszystkie strony włosy tańczą. Jest piękniejsza niż kiedykolwiek.
– Zaszedłem już tak daleko, że w sumie czemu nie?
– Żartujesz? Za fałszywe zeznania mogliby cię posadzić.
– Ciekawe, jak by mi udowodnili, że kłamię?
To kończy dyskusję.
– Jesteś pewny?
– Nigdy w życiu nie byłem niczego bardziej pewny – kłamię, patrząc jej w oczy. Muszę się wprawiać, już niedługo czeka mnie wielki dzień, zaśpiewam przy publiczności. Marek powinien się ucieszyć, nic tak go nie uszczęśliwia jak darmowe publicity.
Niespodziewanie opada na swoje krzesło, zakrywając twarz dłońmi. Szlocha. Ja, kompletny emocjonalny idiota (któregoś dnia poczytałem sobie – dla poprawy samopoczucia – kilka starych recenzji; nawet te ogólnie bardzo pozytywne zaznaczały wyraźnie, że głębi emocjonalnej to moje postaci nie mają, zachowują się nieraz zupełnie nieprzewidywalnie, popadając w stany skrajne bez dostatecznych powodów, jak marionetki szalonego lalkarza), zupełnie nie wiem, jak zareagować. Spróbuję przytulić, może powiedzieć, żebym jej nie dotykał (Weronice się zdarzało). Nie przytulę, będzie miała za złe, że trzymam się na dystans (Weronice… jarzycie, nie będę się powtarzał). Jak poznać różnicę? Jak do cholery przeniknąć przez tą gmatwaninę delikatnych włókien, jaką owijają się kobiety?

***

Nie cierpię:
Nie cierpię tych podchodów, tego niemówienia, o co chodzi, zmuszania nas do domyślania się, bezsensownego, bezskutecznego wytężania się, kiedy dałoby się sprawę załatwić łatwo lekko przyjemnie. Gdzie tu rozsądek? Gdzie efektywność?
Jeśli chcecie mi teraz zarzucić hipokryzję i niekonsekwencję, że ja sam chowam się ze swoimi uczuciami, nigdy wyrażam ich wprost, każę innym się ich domyślać, powiem wam jedno: mężczyźni i kobiety nie są zbudowani z tej samej gliny, skład chemiczny naszej odmiany jest prościutki, struktura banalna, do przejrzenia przez średnio rozwiniętego szympansa. A poza tym, jesteśmy od kołyski kondycjonowani do panowania nad sobą, wytresowani jak pieprzone psy Pawłowa: na widok emocjonalnie trudnej sytuacji mobilizujemy siły, tłumimy naturalne odruchy, pokazujemy zimną, kamienną twarz, zachowujemy się jak mężczyźni.

***

Kurwa, ale to zabrzmiało nieprzekonująco!

***

Na szczęście (kocham tę dziewczynę, kocham! Jest, powiedziałem to, nie może zostać od-powiedziane, wisi już w powietrzu, unosi się nade mną, nad nami, między nami; pytanie, kiedy wypowiem te słowa na głos…) Ola rozwiązuje mój dylemat. Wyciąga do mnie rękę, opiera ją o moje ramię. Kilka niezgrabnych (z mojej strony) ruchów i tulimy się do siebie. W milczeniu, bo słowa niczego nowego by nie wniosły.
Mógłbym tak trwać w nieskończoność. Ja, ona, pusty pokój. Cisza. Nawet Dżek nic nie mówi, siedzi w kącie i patrzy.

***

Popołudniu dzwoni Marek i pyta o postępy w pracy nad nową powieścią. Powinienem już kończyć pierwszą wersję.
– Wiesz, Piter, ja nie za bardzo… eee… – zająkuję się.
– Co nie za bardzo?
– Nie za bardzo mam do tego teraz głowę.
Wzdycha, co przez telefon słychać jak przechodzący po drugiej stronie kabla huragan. (Nie cierpię, kiedy ktoś tak dmucha w mikrofon, nie cierpię!)
– O, nie za bardzo do tego masz głowę. A do czego ją masz?
– Wiesz…
– Nie, nie wiem. Powiedz mi.
– Sprawy rodzinne.
– Sprawy rodzinne? Ty nie masz spraw rodzinnych. To nie w twoim stylu.
– Przestaniesz po mnie powtarzać? Nie cierpię tego.
– Sorry. Podkurwiłem się. Już pozałatwiałem wszystko z drukarnią, zrobiłem przedpłaty na reklamy w magazynach, a ty mi tu mówisz, że nie masz do tego głowy. Wiesz, ile trwa cykl wydawniczo-dystrybucyjno-promocyjny?
W tym momencie uaktywnia się Dżek. Kica po ścianach, wiruje, woła:
– Dżek pomócz Adam, Adam poczebowacz Dżek!
Tego mi tylko brakowało.
– Wyobraź sobie, że wiem.
– To weź dupę w troki i zabierz się do roboty.
– Hej, nie słyszałeś, że nie popędza się artystów? Sztuka musi mieć czas żeby się organicznie rozwinąć…
Udaje mi się go rozbawić. Aż krztusi się ze śmiechu.
– Dobre. Ale ktoś powinien ci przypomnieć, że klepiesz historyjki fantasy, a nie pieprzone Ulissesy.
I znam swoje miejsce w szeregu. Jestem zwykłym klepaczem historyjek fantasy. Okej, przecież sam nie brałem tego tekstu o sztuce na poważnie.
– Nie musisz być taki dosadny.
– Właśnie, że mam wrażenie, że muszę. Potrzebowałeś kopa w dupę i twój kochany wydawca właśnie ci go zapewnił.
– Dzięki.
– I jeszcze jedno. Żadnych wygłupów, jak w tej „Perle”. Wracasz do korzeni. To ma być normalna powieść w twoim stylu. Dla starych fanów.
To by było na tyle, jeśli chodzi o swobodę twórczą.
– Jawohl, Herr General!
– No. We wrześniu pierwsza wersja jest u mnie na biurku. Każdy miesiąc zwłoki to piętnaście procent z twojego honorarium.
– Hej…!
– Jest w umowie. Poczytaj ją sobie kiedyś do poduszki.
Teraz jestem już zły. Powinienem sobie sprawić agenta, jak Terry Pratchett albo Stephen King. Wtedy może traktowałby mnie z większym szacunkiem.
– Dobra, wyrobię się, nie bój się.
– Trzymam za słowo. Cześć.
– Cześć.
Pięknie, cudnie, wspaniale.
– Dżek pomócz Adam?
Liczę do dziesięciu, potem do dwudziestu. Ale dopiero przy stu pięćdziesięciu jestem gotowy z nim rozmawiać.
– Tak, jak wtedy? Chcesz sobie poczytać recenzje?
– Mówyłem czi, że to ne moja wyna była. Ja tylko odblokowałem twoje mocze twórcze…
„Mocze twórcze” rozbrajają mnie. Ze śmiechu wręcz dostaję drgawek. „Mocze twórcze”, to mu się udało.
– No czo?
– Nic.
– To ty mne wymyszlyłesz z takym akczentem. Nycz ne poradżę.
A może powieść o nim? Wymyślony przez jakiegoś samotnego dzieciaka pół-Amerykanin, pół-Polak, wciągający go w coraz to nowe kłopoty. Materiał prawie na serial. Dodałoby się mu tylko trochę magicznych zdolności, jakąś telekinezę albo coś. Miałby swoje ciało, tyle że niewidzialne dla wszystkich poza tym chłopcem, nazwijmy go roboczo A… Aleksem. To miałoby potencjał komiczny, ludzie odbijaliby się od niego, przewracali i przeklinali własną nieuwagę, ewentualnie oskarżali siły nieczyste. Niezłe. Tylko potrzebuję jeszcze głównego wątku. Czegoś, co dałoby tej historyjce kręgosłup. Istnienie tego… niech będzie Dżeka… narusza równowagę we wszechświecie, Aleks musi znaleźć sposób na odstawienie go do domu, do innego wymiaru. To by nam dało szansę na wzruszające zakończenie.
Hm…
– Gotowy? – słyszę nad sobą.
Gotowy na co?
Ale nie dany mi jest czas na zastanowienie. Opada na mnie ręka Dżeka, lecę w dół znanej mi już studni.
Kiedy się budzę po historii Aleksa i Dżeka nie ma śladu. Za to jest nowa, zupełnie inna. Powrócił Quipork, jego żona Nika Nob, cała banda zwariowanych czarodziejów, łącznie z obłąkanym adwersarzem Quiporka, który tym razem otrzymuje w prezencie od pijanego boga Solsuna magiczną księgę z recepturą kosmicznie wybuchowego preparatu. Do jego produkcji nasz szwarccharakter potrzebuje krwi specjalnie wyselekcjonowanej grupy, zawierającej tytułowy (bo w mojej głowie jest też i tytuł) czynnik C5. Podczas swojej misji Quipork (tym razem bez Herlakusa i pegaza Zygusia, za to z zakochaną w nim wiewiórką Mają) napotyka wiele niebezpieczeństw (w tym dla jego przysięgi wierności małżeńskiej pod postacią elficy cokolwiek lekkich obyczajów), zostaje nawet zamieniony w ciętą różę. No i odwiedza wreszcie mityczny Kraj Nadwistulański, w którym oficjalnym sposobem na załatwienie czegokolwiek jest łapówka, a przepływająca przez stolicę rzeka Wistula jest tak gęsta od zanieczyszczeń, że nie da się w niej utopić.

Marek nie będzie szczęśliwy. Jeszcze tylko pierwsze zdanie i zabieram się do pisania. Jest!
W niedużym pokoju na czwartym piętrze wieżowca stojącego w dużym przybliżeniu pionowo na osiedlu Paderewskiego w Katowicach leżało szerokie, małżeńskie łoże.
Cóż, nie do końca poważnie się to zaczyna. Jak będzie dalej, zobaczę, kiedy napiszę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *