Rozrywka to nie wszystko

Wybierając się do kina na filmowy musical taki, jak „Mamma Mia”, nie oczekujmy intelektualnej uczty. Możemy za to spodziewać się dwóch godzin relaksującej rozrywki. Czy filmowe musicale zawsze muszą być banalne?

Kto może zostać potencjalnym fanem musicali filmowych? Na pewno musi to być osoba kochająca muzykę, śpiew i taniec jednocześnie. Te trzy elementy splecione ze sobą fabułą o charakterze komediowym, dają nam idealną charakterystykę tego filmowego gatunku. Człowiek, który nie lubi muzyki, nigdy też nie pokocha i nie zrozumie musicalu. Zdarza się jednak, że jego miłośnicy skazani są na opowieści mało oryginalne o dosyć tuzinkowej fabule, czego przykładem jest „Grease” czy popularna ostatnio „Mamma Mia”. W obu przypadkach scenariusz opiera się na dość prostej intrydze miłosnej. Ona kocha go, a on ją, ale mimo wszystko coś nie gra. W „Mamma Mia” dodatkowo pojawia się motyw zagadki, czyli nurtującego pytania – kto jest ojcem dziecka? – wplecionego w weselną uroczystość. Niestety, o ile muzyka w większości musicalowych przypadków jest kapitalna, to ogólne wrażenie  pozostawia intelektualny niedosyt, związany z niezaspokojeniem potrzeby obejrzenia czegoś ambitnego, co zmusiłoby do myślenia.

Interesującą fabułę odnalazłem w „Hair” Milosa Formana oraz w „Chicago” Roba Marshalla. Tyle, że „Hair” poza tym, że zajęło się modną jak na tamte czasy kulturą hipisowską i związanym z nią ruchem pacyfistycznym, nie porwało mnie do tego stopnia, żebym oszalał na punkcie tego musicalu. Powiem więcej. Zdarzyło mi się nawet przysnąć oglądając ten film i nie było to bynajmniej powodem mojego wcześniejszego niewyspania. Jakkolwiek lubię dzieła Milosa Formana, tak ten „owoc” był trochę dla mnie nadgniły. Takie same wspomnienia pozostawił we mnie „Skrzypek na dachu” Normalna Jewisona, który był dla mnie nudny, a niektóre piosenki wywoływały we mnie odruch ziewania.
Nie zawiodłem się za to na „Chicago”, które skłoniło mnie do licznych refleksji. Do dzisiaj mam przed sobą obrazek jednej z ostatnich scen, kiedy to gwiazda głównej bohaterki Roxie w oka mgnieniu spada z piedestału sławy.  Bez wątpienia mogę powiedzieć, że ten musical jest w pełni wartościowym filmem.

Nie mam wątpliwości, że są musicale, w których można odnaleźć przekaz i głębię. Jednak większość nie buduje klimatu zmuszającego odbiorcę do ciekawych przemyśleń. Głównym celem musicalu jest efektowne i rozrywkowe wprowadzenie widza na czas dwóch godzin w świat fikcji, dlatego autorom bardziej zależy na tym, żeby fabuła nie dominowała nad uwielbianymi przez publiczność przebojowymi piosenkami i brawurowymi scenami zbiorowymi, które przebijają się na pierwszy plan. Dlatego też, każdy, kto się decyduje na obejrzenie musicalu filmowego, powinien się liczyć z tym, że mądrzejszy z sali kinowej nie wyjdzie. Na pewno jednak wyjdzie uśmiechnięty, rozśpiewany i zrelaksowany.

Krzysztof Grosse

5 thoughts on “Rozrywka to nie wszystko

  1. ‚Lord, make me a great composer. Let me celebrate Your glory through music and be celebrated myself. Make me famous through the world, dear God. Make me immortal. After I die, let people speak my name forever with love for what I wrote. In return, I will give You my chastity, my industry, my deepest humility, every hour of my life. Amen.’

    Witam Pana Szanownego Krytyka,

    Oczywiście zna Pan powyższe słowa? Wypowiedziane zostały przez jednego z największych geniuszy muzyki – mianowicie Wolfganga Mozarta, a konkretnie wcielającego się w niego Toma Hulce’a w MUSIC HALLU „Amadeusz” Milosa Formana z 1984 roku. Film ten został uznany wielokrotnie muzycznym filmem stulecia. Forman Panu się podoba z „Hair”, oczywiście, młode pokolenie odnajduje tam masę smaczków dla siebie. Ze mną może Pan uderzyć w dyskusję, ale na Mozarta jako takiego mocnych jednak nie ma.

    Hm, pozwólmy sobie zatem na małe przemyślenie, bo szafuje Pan opinią z pewnością godną wytrawnego krytyka, zatem zakładam, że wiedza sięga co najmniej tak wysoko.

    Weźmy tu znakomitego reżysera Boba Fosse’a. Ten broadwayowski aktor, reżyser i choreograf potrafił oczarować Hollywood i nie tylko w czasie, gdy musical jako gatunek przestawał być na topie. Przypomnijmy „Słodką Charity” z Shirley MacLaine albo znakomity „Kabaret” z Liza Minelli i Michaelem Yorkiem. To klasyka gatunku. Gdy reżyser zachorował, wpadł na pomysł nakręcenia filmu o sobie – artyście, który by pozostawić ślad po sobie zapracowuje się na śmierć. Tak powstał „Cały Ten Zgiełk” z Royem Scheiderem. Choć bohater umiera, film nie kończy się źle. Pozostawia po sobie wielkie dzieło, swego rodzaju muzyczny i filmowy pamiętnik pod postacią swych dwu projektów.

    Czy nie można nauczyć się czegoś z tego filmu? Można. Widziałam go jako dziecko, widziałam później jeszcze dwa razy. Jest, zaręczam, znakomitą przestrogą i daje cholernie dużo do myślenia. Na pewno nie pozostawia widza obojętnym, a o to chodzi w sztuce, nieprawdaż? Ma pozostawiać ślad w psychice, umyśle czy duszy odbiorcy.

    Czy emocje nie są ważne przy odbiorze muzyki? To one przede wszystkim przepuszczają (do spółki ze zmysłami i poczuciem piękna) przez swój filtr każdy obraz jaki im się podda. A zaspokajanie potrzeby „śliczności” jest ze wszech miar godne polecenia jako odtrutka na ohydztwa serwowane co dzień w nadmiarze przez większość mediów. Tu polecam znakomity „My Fair Lady” czy „Zabawna Buzia” – doskonały Fred Astaire i prześliczna Audrey Hepburn. Jeśli odrobinkę przypomina mit „from rags to riches” to nic. W końcu ten mit też jest potrzebny.

    Pański „Chicago” słabo się broni, poza dobrymi K.Zeta-Jones i R. Zelwegger, ale zabrakło mu rozmachu, i to nie tego szołowego, bo to Hollywood potrafi zrobić, ale tego…czego, tej iskierki. Podobnie było z „Moulin Rouge”. Może po prostu w czasach, których epatowanie golizną nie jest niczym szokującym, a wręcz pożądanym piękne ciała w.w. pań są wystarczającym wabikiem. Nie odmawiając im absolutnie scenicznych zdolności!

    Tu chyba chodzi o coś innego. Może widz kiedyś był inny, i ja – mimo młodego wieku chcę wracać do świata jaki daje mi „Deszczowa Piosenka” (wg AFI musical wszechczasów), „Faceci i Laleczki” czy „Siedem Narzeczonych dla Siedmiu Braci”. One są łagodne i piękne, pokazują, oczywiście, że w bardzo naiwny czasem sposób, że można pięknie tańczyć, kochać, śpiewać i co – i jest fajnie. Czy z czerpania takiej radości nie można wyciągnąć nic dla siebie? Czy po wyjściu z kina na przykład za 5 minut zapomina się wszystko co przed chwilą przeżyło? Nic nie zostaje? Jeśli Pan – z całym szacunkiem – tak ma, to współczuję.

    Jeśli lubimy piękne ciała, uśmiechy i talent taneczny w jednym – mamy „Dirty Dancing”, „Gorączkę Sobotniej Nocy” czy też „Grease”. Godne polecenia:)

    Dla tych, którzy nie pozwalają, by uleciał z nich Piotruś Pan – jest „Czarnoksiężnik z Krainy Oz” czy moja ukochana „Tęcza Finiana”. To tak łagodny, dobry i piękny film z masą radochy dla miłośników Irlandii i mitów celtyckich, że nie można po nim nie nucić „How Are Things in Glocca Morra?” wyśpiewanej tu pięknie przez Petulę Clark.

    Do tego momentu jeszcze jestem się w stanie pobłażliwie uśmiechnąć. Ale gdy wsiada Pan na oklep i jeździ po „Mamma Mia”, kończą mi się nerwy. Czy przyjrzał się Pan sposobowi „urastania w wiek” tych wspaniałych kobiet? Ich niesamowitej wyzwolonej radości jako recepcie na czas? Ich solidarności i sile? Wiem, że każdy chciałby mieć w sobie choć cząstkę tej ułańskiej fantazji z jaką te panie idą przez życie. I to jest błahe, trywialne, i nic nie wnosi?…

    Cieszy mnie ogromnie, że nie zawarczał Pan tu na musicale sceniczne, choć paru się należą tęgie baty, zwłaszcza ich polskim wersjom.

    Wolność słowa to jedno, jak najbardziej ją popieram i szanuję. Jednakże autorytatywne „miuzikal nas nie umądrzy” jak pozwolę sparafrazować – to już przesada:).

    Oczywiście, że ile umysłów i jednostek, tyleż subiektywnych opinii. Jednakże gdy chce Pan wydawać tak mocne sądy, sugeruję jeszcze dziś iść do wypożyczalni i podleczyć swą musicalową edukację.

    A może w ogóle przerzucić się na inny gatunek, skoro tak dużo tu dziur, ha?

    Mocno pozdrawiam,

    Izabella Karter

  2. A Może Pani by tak porzuciła – swe zapędy dominacji, doszukiwania się sensacji w czysto subiektywnych ocenach innych? Być może to Pani chce narzucić innym swój przereklamowany bełkot?? W imię czego?
    Proponuje więcej pokory Madame…

  3. A ja, Monsieur, nie uprawianie prywaty i wyzywania sie na mojej osobie w tym miejscu, za dobrze sie znamy, prawda? Wolnosc slowa – slyszal Pan o czyms takim, poza tym? Ja tylko stoję i z miejsca gdzie stoję wyrażam jako felietonista mój poglad. Może go Pan przyjąć, lub nie…ale jeśli polemizuję, poproszę co najmniej 10 konstruktywnych punktow krytyki:)

    Zdrówka zycze:)

    I w imię tego, że własnie każdy może się wypowiedzieę, Drogi Panie:)

  4. Nie inaczej ma’am, 🙂 pragne wiec nadmienic ze takowo moja wypowiedz nalezy mierzyc tym samym metrem…
    Z calym szacunkiem ale nikt tu nikogo nie wyzywa, co tylko potwierdza moje wczesniejsze slowa… Proponuje wiec stonowac te ordynarne wrecz wypowiedzi w Pani wykonaniu i nabrac wiecej uznania dla osob ktore ma sie naprzeciwko,
    Uprawianiem prywaty?? Najwyrazniej cos mi umknelo, bo nie rozumiem znaczenia tego zdania, skoro tak dobrze sie znamy wie Pani doskonale dlaczego…
    Oczywiscie ze przyjmuje, to chyba oczywiste??
    10 KPK?? byloby ich wiecej Droga moja (jak tez do Pana autora), ale w przeciwienstwie do Ciebie rozumiem znaczenie „Dodaj komentarz” i watpie by ktos oprocz O.G. doczytal sie do konca Pani wypowiedzi…
    Streszczajac, mysle ze wyrazilem sie jasno – a punkt pokory uznaje za samo zadanie sobie pytania: „Kogo to obchodzi?” pytanie ktore watpie by czesto sie pojawialo w Pani rozumowaniu, asystujac przy tej wrecz smiesznej wymianie zdan z Panem K.G. ktory z calym szacunkiem o muzyce wie nie wiecej niz ja majac 4 lata…
    Jak to mowia: uwazaj klocac sie z „malo oswieconym” by nie byc wzietym za takiego…

    Madame,

    Now You…

  5. Tym samym, stosuję się do Pańskiej prośby i nie kłócę się z mało oświeconym, za to wygadanym nad miarę nie tu, gdzie trzeba. Szkoda tylko, że używajacym świetego imienia.

    Kiedy wreszcie zajmie się Pan czymś więcej, niż deptaniem mi po piętach?

    I proszę mieć to na uwadze, że nie życzę sobie zwracania się do mnie po imieniu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *