Nie cierpię (rozdział 13)

Rozdział 13: PARU GNIEWNYCH LUDZI

– A ja nic tylko chodząca cierpliwość. I wiesz co? Skończyła się moja cierpliwość. Dość tego! Straciłam nadzieję. Jaka ja głupia byłam, że myślałam, że się zmienisz, coś cię walnie w łeb i zaczniesz się zachowywać jak normalny człowiek – to jest chyba lajtmotyw tego przemówienia: moja nienormalność. – Łykałam tabletki, zapijałam wódką i jakoś mi przechodziło. Ale z tym już koniec! Nie będę dłużej tego znosić! Znajdź sobie jakąś bezmózgą kretynkę, może to wytrzyma. Ja stąd spadam.
(Wreszcie konkluzja! Wreszcie może mi pociemnieć w oczach i mogę bez przytomności zwalić się na podłogę, by po jakimś czasie ocknąć się z Dżekiem na karku. I rozpocząć tę szaloną odyseję, o której czytacie.)

***

Nie cierpię:
Nie cierpię Polsatu. Kropka.

***

– Joł-joł! – woła Dominik, wyginając ręce, jakby występował w hip-hopowym teledysku.
– Zabawne, ale nie słyszałem pukania – rzucam, w moim mniemaniu kąśliwie.
– Taki stan rzeczy może mieć dwa wyjaśnienia. Albo nie pukałem, albo do reszty ogłuchłeś.
Skąd taki dobry humor u niego przed południem? Skąd u niego w ogóle humor przed południem? Jak tu dotarł? Po co?
– Te, luknij ty no na zegarek.
(Powoli zarażam się jego słownikiem. Nie mam na to rady. Nawet ponowne przeczytanie Trylogii – oczywiście w boskim tłumaczeniu Skibniewskiej – nie pomogło.)
– A co?
– Bo się boję, że mam zwidy.
– Całkiem możliwe.
Jeszcze jedna zmieniająca oblicze świata konwersacja. Aż dziw, że po takiej ich liczbie Fidel jeszcze nie abdykował.
– I… co tam słychać w szerokim świecie?
Siedzę przed komputerem, na ekranie trzydziesta szósta strona „Czynnika C5”, scena w której Quipork przekracza granicę z Krajem Nadwistulańskim i usiłuje dogadać się z dwoma celnikami, którzy w mało dwuznaczny sposób wymuszają na nim opłatę manipulacyjną (eufemistyczne, ogólnonarodowe określenie zwykłej łapówki). Bawię się, ciągnąc absurdalny dialog w nieskończoność, coraz mocniej zbliżając się do montypythonowskiej rzeczywistości. Muszę przyznać, że sprawia mi to dziką satysfakcję. Niech sobie Marek płacze, ile chce, ja chyba właśnie odnalazłem dla siebie nowy głos.
– Spoko, spoko… piękne kobiety przechadzają się wtęiwewtę… tylko znaleźć sobie wygodną ławeczkę i lukać.
– Tylko lukać? Co to, jakiś paraliż? Zakazane słowo na „i”?
Szczerzy się jak naładowany morfiną. Doskonale znam ten wyszczerz, tylko nie z tej gęby. Do tej gęby to on nie pasuje. Ta gęba i ten wyszczerz to zupełnie inne bajki, zupełnie inne gatunki literackie, romans i testosteronowy horror, Danielle Steele i Stephen King. Nie wierzę.
– No, nie ściemniaj!
– Przecież nic nie powiedziałem – mówi, nie przestając się szczerzyć.
Ogarnia mnie przemożna ochota, by go strzelić w ten durny łeb. Jako niepoprawny kobieciarz był o wiele łatwiejszy do zniesienia.
– Ona ma jakieś imię?
– Aneta.
– Aneta… Aneta Lisiecka? – pytam, całkiem bezwiednie, oczekując odpowiedzi negatywnej, innej być nie może.
(Aneta Lisiecka, jedyna autorka w stajni Marka i jedyna Aneta, jaką obaj znamy; jest, tak ją zawsze kojarzyłem, żeńskim odpowiednikiem pana DJ. Nieraz miałem wrażenie, że swoimi ekscesami grali w jakąś pokręconą grę, erotycznego ping-ponga, w którym zamiast piłek liczyło się partnerów i obyczajowe skandale.)
– Acha.
– Aneta Lisiecka?! Z czym tyś się na łby pozamieniał?! Trzydzieści lat rwania dup, pierwsza miłość, a ty się zakochujesz właśnie w niej?!
– A kto powiedział, że się zakochałem? Przeleciałem ją wreszcie i tyle. Życie jest piękne.
Wraca do swojego wyszczerzu.
Uff. Fałszywy alarm. Świat jednak jest taki, jak się wydaje. Są w nim jakieś punkty odniesienia, nie wszystko się zmienia.
– Skąd wiesz, że to ty ją przeleciałeś, a nie ona ciebie?
– Takie rzeczy się wie.
– Założę się, że ona teraz siedzi u jakiejś swojej kumpeli i nawija to samo – nie mogę sobie odmówić tej drobnej złośliwości.
– O co? – chwyta haczyk razem z ciężarkiem.
– Dominik, zdajesz sobie sprawę, że nie ma możliwości rozstrzygnięcia tego zakładu…
Kiwa głową.
– Ale założyć się można.
No, niby tak…
– Okej. O skrzynkę Żywca. Stoi?
– Stoi.
Zagląda mi przez ramię. Odruchowo zamykam laptopa. Nie cierpię, kiedy ktoś czyta pierwszą wersję moich powieści. Czuję się wtedy bezbronny, zupełnie nagi, jak nowonarodzone dziecko.
– Dobra, dobra, już nie będę. Nie odgryź mi niczego!
– Sorry. Wiesz, że nie lubię…
– Wiem. Jak tam przygotowania do procesu? – zmienia temat. – To już jutro…
– Nie musisz mi przypominać.
– Aż tak źle?
– Źle.
Dominik wreszcie (wreszciewreszcie!) wymazuje ze swojej twarzy ten bezmózgi wyszczerz. Marszczy brwi w głębokim frasunku.
(Czasem wyobrażam go sobie jako aktora w niemym kinie. Nadawałby się rewelacyjnie. Jego miny są tak wyraźne, tak łatwe do odczytania, że nikt nie musiałby czytać kart dialogowych, żeby zrozumieć, co aktor Dominik Jaroszewicz właśnie przekazywał. Szkoda, że urodził się jakieś siedemdziesiąt lat za późno. Dzisiaj byłby legendą, gdzieś między Charlie Chaplinem, a Busterem Keatonem.)
– Hej, mam pomysł! – rozjaśnia się nagle; żałuję, że nie mam pod ręką okularów przeciwsłonecznych. – Zróbmy sobie próbę generalną. Ja będę prokuratorem i obrońcą, a ty będziesz sobą.
– Super! Tylko może zrobilibyśmy to na odwrót? Byłoby ciekawiej. Ja ciągle jestem sobą… to trochę nudne…
– Domyślam się. Bycie tobą dwadzieścia cztery godziny na dobę musi być nudne… – odbija mój sarkazm ze zręcznością, o jaką go nie podejrzewałem.
– Okej, wygrałeś.
– Danke – łaskawie przyjmuje moją kapitulację. – Ty siądziesz sobie tam, na fotelu.
– To ja będę sędżą, czo? – wtrąca się Dżek.
Rób co chcesz. Dla mnie możesz być nawet księciem Karolem i księżną Dianą w jednym, mam to gdzieś, bylebyś nie przeszkadzał.
Podskakuje pod sufit, wirując z obłąkańczą prędkością, jak w jakiejś kreskówce. Kiedy miękko ląduje na podłodze, ubrany jest w sędziowską togę, z nieodłącznym łańcuchem na szyi.
– I jak? Pywnyk szę może chowacz, ne?
Lepiej ty się chowaj.
– Adamie Berger, czy przysięgasz mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, tak ci dopomóż Bóg? – zaczyna Dominik.
Z trudem powstrzymuję się przed wybuchnięciem śmiechem.
– Przysięgam.
– Kiedy… straciłeś dziewictwo? Przypominam świadkowi, że zeznaje pod przysięgą.
Tego powinienem się spodziewać.
– Chcesz w mordę?
– Panie Berger, bo będę zmuszony ukaracz pana za obrazę sądu.
Fak of.
– Bardżo dobrze. Czydżeszczy dny aresztu.
– Panie prokuratorze – DJ zwraca się do powietrza po swojej prawej stronie. – Proszę zwrócić uwagę swojemu świadkowi na powagę sytuacji.
– Jestem świadkiem oskarżenia, więc najpierw zadaje mi pytania prokurator – z satysfakcją wytykam mu błąd.
– To mój sąd i ja deczyduję, kto pierwszy zadaje pytana – wtrąca się Dżek.
On cię nie słyszy, matole. (Staram się, by ta ukierunkowana myśl brzmiała jak najbardziej zgryźliwie. Wierzcie mi, nie jest to łatwe, kiedy mięśnie mimiczne z oczywistych względów muszą udawać, że o niczym nie wiedzą.)
– Sorry. Zagalopowałem się. Zaczniemy jeszcze raz?
Zgadzam się, głównie po to, żeby mieć już tę farsę za sobą. Drugi, schowany głęboko, powód jest taki, że ta farsa wzbudza u mnie niepokój. Nawet u siebie w domu, przed idiotycznie zachowującym się Jaroszewiczem mam problem z opanowaniem się. Co będzie jutro, z całą masą gapiących się na mnie gęb?
– A więc… jaki jest stosunek świadka do oskarżonego?
– Jest moim dziadkiem. Od strony matki.
– I często rozmawiacie o pracy oskarżonego w Służbie Bezpieczeństwa?
– Nie, nie często. Raczej się tym nie chwalił.
– Ale tym razem się pochwalił?
– Nie. Nie całkiem.
– W takim razie proszę opowiedzieć wysokiemu sądowi, jak przebiegła pana rozmowa z oskarżonym drugiego sierpnia bieżącego roku.
– Usłyszałem o tej sprawie od swojej dziewczyny…
– Nie, no coś ty! Nie możesz tak powiedzieć w sądzie.
– A jak? Od mojej konkubiny?
– W ogóle o niej nie wspominaj, bo to będzie podejrzane, wyjdzie na jaw, że ona chce go wsadzić za swojego ojca. Ola nie ma nic wspólnego z tą sprawą i tej wersji będziemy się trzymać.
– To skąd się dowiedziałem?
– Od niego samego. Narzekał, że go ciągają po sądach i pociągnąłeś go za język.
Niezłe. Gnojek ma jednak talent do wymyślania wiarygodnych ściem. Lata praktyki zrobiły swoje.
– Okej. Usłyszałem o tej sprawie od dziadka. Narzekał, że znowu go ktoś oskarżył. Zainteresowało mnie to, więc zapytałem o szczegóły.
– Jakie szczegóły?
– Kto go oskarża i o co. Usiedliśmy i zaczęliśmy rozmawiać. Opowiedział mi o poszkodowanym. Był na niego bardzo zły. Miał mu za złe, że wyciąga tę sprawę po tylu latach. Wtedy zapytałem, czy to naprawdę zrobił. Popatrzał na mnie i tylko się uśmiechnął. Zapytałem jeszcze raz. On z kolei zapytał, po co mi to wiedzieć. Ja na to, że jestem ciekawy, nic poza tym. Coś tam mruczał, że moje pokolenie nic nie rozumie, co się działo w tamtych czasach, że oni robili to, co musieli. Znowu zapytałem, czy to zrobił, a on na to, że tak, ktoś musiał i akurat wypadło na niego.
– Nie mam więcej pytań. Świadek do dyspozycji obrony.
Obrona (DJ zmienia minę) szykuje się do wzięcia świadka w krzyżowy ogień pytań. Lecz nim ma ku temu okazję, rozlega się głośne, gwałtowne pukanie do drzwi.
– Komornik? – rzuca Dominik. – Znowu brałeś na kredyt?
Zrywam się z miejsca, otwieram. Kogo widzę? Panią Zofię Bułecką-Koniecpolską. Nie wygląda, jakby miała zamiar zaprosić mnie i Olę na uroczystą kolację.
– Właśnie się dowiedziałam. Co ty wyprawiasz? Jego to zabije! – atakuje bez zbędnych wstępów.
Cofam się pod jej naporem w głąb przedpokoju. Trzaskają drzwi, aż trzęsą się wszystkie szyby w oknach. Nawet Dominik niepewnie przestępuje z nogi na nogę, a Dżek chowa się w kącie, chociaż akurat jemu nic nie grozi (chyba że zostanę fizycznie unicestwiony).
– Ja nie… eee… nic nie wyprawiam…
– A jutro gdzie się wybierasz? Na wesele Figara?
– Dobre – DJ odzyskuje głos i swoje wyczucie chwili.
Uświadamiam sobie żałosny komizm tej sytuacji. Ja posuwający się rakiem, jakby do mieszkania wtargnęło trzech uzbrojonych po zęby opryszków, ona, sześćdziesięciokilkuletnia kobieta napierająca z furią kocicy broniącej swoich małych. Triumf ducha nad materią…
– A ten co za jeden?
– Ko-kolega. Wie o wszystkim.
– No to niech kolega też posłucha. Jeśli jutro pójdziesz do tego sądu, to nie masz się co u nas pokazywać.
Jesteśmy już w dużym pokoju. Dalej idę tyłem, a ona za mną, choć przede mną. W końcu zatrzymuję się, obijając się o stół.
– Niech pani siądzie.
– Miałeś mi mówić po imieniu – upomina mnie, ale siada na kanapie.
DJ przygląda się nam z progu. Jest zaciekawiony jak rzadko.
– Dobrze. Zapomniałem. Przepraszam.
– Nic nie szkodzi.
Atmosfera jakby ciut lżejsza. Ciut.
– Ja – zabieram się do wyjaśniania, lecz słowa, zwykle mi posłuszne, umykają. Nie mogę złapać choćby jednego więcej.
– Chcesz przeciwko niemu jutro zeznawać. Czemu?
– Bo mu się należy – wystrzeliwuję i to właściwie podsumowuje racjonalną część mojej motywacji. Oli nie zamierzam w to mieszać.
– Należy mu się… należy się starszemu, schorowanemu człowiekowi iść do więzienia?
– Dziadek to najzdrowszy człowiek, jakiego znam. Przeżył moją babcię i mamę. Ciebie też pewnie przeżyje.
– On właśnie chce, żebyś tak myślał.
– Tak? A co mu jest? – w moim głosie brzmi niedowierzanie, ale też i (dziwne, dziwne) niepokój.
– Wątroba, nerki, serce. Z apteki wychodzimy dosłownie z reklamówkami lekarstw.
– Niech weźmie zwolnienie od lekarza i będzie miał spokój.
– To samo mu powtarzam, ale nie chce słuchać. Wiesz, jaki on jest, kiedy się uprze. Mówi, że całe życie załatwiał swoje problemy sam i nie będzie się teraz ukrywał.
Pięknie. Teraz jeszcze się mam martwić, czy przypadkiem nie kipnie na sali sądowej. I oczywiście to byłaby moja wina, tylko i wyłącznie moja.
– Już jest za późno. Nie mogę się teraz wycofać – mówię, nie patrząc jej w oczy.
– Rozumiem… ale przemyśl to jeszcze.
Chcę opowiedzieć jej wszystko, wyjaśnić. Nie potrafię się jednak przełamać. Ona wstaje, już bez tej energii, z którą wkroczyła do mieszkania, a ja tylko odprowadzam ją wzrokiem.
– Przepraszam – mamroczę w dywan. – Nie mogę inaczej… naprawdę.
– Rozumiem – powtarza, nie odwracając się do mnie. – Nie przejmuj się. Rób, co uważasz…
To lepsze, niż dwugodzinna tyrada. Socjotechnika na najwyższym poziomie. Patrzcie i uczcie się, panowie politycy.
Zostaję sam z Dominikiem (któremu przeszła ochota na odgrywanie scenek) i Dżekiem (do którego dotarło tylko tyle, że bezpośrednie niebezpieczeństwo w postaci mojej babochy odeszło). Nic, tylko upić się ze szczęścia.

***

Kiedyś, dawno temu, jeszcze zanim wymyśliłem sobie Dżeka, na nerwy pomagało mi gorące kakao. Przyrządzałem je sobie sam, sypiąc stanowczo za dużo tych słodkich, brązowych granulek, które moi rodzice kupowali w Peweksie. A potem zamykałem się w moim pokoju, otulonym ciszą pary pracujących zawzięcie prawników i marzyłem.
Wymyślałem niestworzone historie, pełne smoków, dzielnych rycerzy, nadobnych niewiast, hobbitów, trolli, orków. Czyli mniej więcej to, za co mi teraz płacą, tyle że bez zapisywania efektów tych sesji. To było lepsze niż telewizja, w której zresztą niewiele wtedy się działo. Szedłem spać z głową pełną radośnie zakończonych przygód, błogo oddalony od jutrzejszego sprawdzianu.
Od tamtych chwil minęło wiele lat, zmieniło się tyle, że już nie rozpoznałbym siebie w tamtym pokręconym dzieciaku. Stare metody przestały działać, choćby z tej prostej przyczyny, że jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych rozwinęła się u mnie nietolerancja laktozy. (Stąd kawa zawsze czarna; gorzka, bo cukier do kawy bez śmietanki jakoś mi nie pasuje.)

Teraz, w sierpniu dwa tysiące czwartego, raczę się mocnym drinkiem (Jack Daniels wymieszany ze Spritem). Stukam w klawisze i przepycham mojego Quiporka przez następny etap jego podróży, pościgu za nieuchwytnym, demonicznym Mortonem Knoxem. Jest to wędrówka o tyle bezpieczna, że znam jej kres, sam tworzę jej zakończenie. Nikt mi nie powie, że ma rozwinąć się tak i tak.
(Dobra, mądrale, gdyby Marek zaparł się nogami i zażądał poprawek, pewnie bym się ugiął. Nie jestem Gombrowiczem i nigdy nie będę, nikt nie traktuje mnie jako poważnego artysty. Produkuję tanią rozrywkę, na tym zarabiam i raczej nie chciałbym stracić tej kapitalnej roboty. Poza tym, nawet gdyby do druku poszła wersja z przetrąconym kręgosłupem, na moim twardym dysku zostanie ta właściwa, moja własna, jedyna, która się dla mnie liczy.)

Nerwowość odchodzi, znika. Nie ma na nią miejsca w świecie, w którym możliwe są klimatyczne rewolucje i wieczny czerwiec nad Romsfordem, w świecie, w którym z jedną kobietą (choć czarownicą) można spędzić całe życie.

(Całe życie: między zakończeniem „Perły”, a początkiem „Czynnika C5” Quipork i Nika Nob biorą ślub, rzecz, która wcześniej w moich powieściach dotyczyła tylko rodów królewskich poprzez strategiczne małżeństwa pilnujących swoich interesów i prostych wieśniaków, którzy nie mieli nic ciekawszego do roboty, jak tylko mnożenie się ku chwale jaśnie pana i dostarczanie mu mięsa armatniego na wypadek wojny. Prawdziwi bohaterowie romansowali. Kurwili się, jak to wytknęła mi Weronika. I żyli długo i szczęśliwie, ale nigdzie nie było powiedziane, że w stałych związkach. W końcu mieli następne przygody przed sobą, następne panny do odratowania, następne bale do przetańczenia. Wielki psychoanalityk Dominik Jaroszewicz stwierdził, że w ten sposób moja podświadomość chciała dać mi do zrozumienia, że pora wreszcie pozwolić tej nieznośnej Weronice odejść, bo tyle fanek do zadowolenia… że takie filistyńskie życie to nie dla mnie. Ciekawe, czy teraz wygłosiłby tezę odwrotną… Dojrzałeś, bracie, do rzeczy ostatecznych. Zaobrączkuj ją, póki jest jeszcze wolna!
Tia.)

***

Wieczorem, niezapowiedziana, pojawia się Ola. Witam się z nią bardziej wylewnie, niż usprawiedliwiałaby to nasza kilkunastogodzinna rozłąka. Rozklejam się wręcz obrzydliwie. Tych dwóch najważniejszych słów jednak nie wypowiadam. Za wcześnie, przynajmniej dla mnie.
– Denerwujesz się? – pyta nad herbatą.
Wzruszam ramionami.
– Nie bardziej niż przed wydaniem każdej nowej książki. Taka trema, wiesz, jak ludzie zareagują.
– A myślałam, że nie czytasz recenzji.
– Nie czytam. Ale jak będą jakieś złe, to Marek od razu mi przeczyta. Mówi, że to po to, żebym nie stracił kontaktu z ziemią.
– Może ma rację… – mówi ostrożnie.
– Pewnie, że ma rację. Tylko że to jest kurewsko nieprzyjemne. Człowiek siedzi ze trzy miesiące nad jakimś tekstem, a potem jakiś niedorobiony gryzipiórek, co sam napisał ze dwie odrzucone, używa sobie na tobie. A zdarza się, że sugeruje, żeby autor zmienił zawód. Ciekawe, na jaki. Może na krytyka literackiego?
– Pierwsi recenzenci Keatsa napisali mu, żeby wrócił do aptekarstwa.
– Widzisz. A ty skąd masz takie wiadomości?
– Miałam przecież literaturę angielską na studiach.
– Acha. Zapomniałem. Jesteś wszechstronnie wykształconą nauczycielką.
– Śmiejesz się z mojego wykształcenia?
– Nie ma się z czego śmiać. To bardzo poważne wykształcenie. Słyszałem, że na filologii to nic tylko zakuwanie od rana do wieczora. Prawo w porównaniu to małe piwo przed śniadaniem.
– Dlatego się zerwałeś?
– Dokładnie. Nie chciałem iść na łatwiznę.
– Ambiciak.
Odkładam mu kubek, obejmuję ją, przyciągam do siebie. To jest ten moment?
Nie.
– Ale z czebie czepłe kluchy szę zrobyły – woła Dżek, rozłożony na segmencie.
Ignoruję go. Ciepłe kluchy, czy żeberka na ostro, nieważne. Ola jest za blisko, żeby to zmarnować na głupie kłótnie z samym sobą.

***

Jak zwykle, kiedy czeka mnie coś ważnego, budzę się wcześnie. Tym razem przed szóstą. I nic nie poradzą liczone barany, wyobrażanie sobie plażę z miarowo bijącym o nią, szumiącym oceanem, wywoływanie uroczych wspomnień. Muszę wstać.
W kuchni kawę omijam szerokim łukiem. Kofeina jest ostatnią rzeczą, jakiej mi potrzeba. Ręce będą mi się trzęsły i po herbatce z melisy, którą sobie parzę.

Włączam radio, a tu prezenter mówi, że liczba inwestycji w to i tamto podwoiła się prawie dwukrotnie. Zastanawiam się dobre trzy minuty, co to właściwie oznacza. Dochodzę do wniosku, że na zrozumienie takiej kwestii potrzeba głowy tęższej niż moja. Żałuję, że Ola wieczorem wróciła do siebie. Ona być może byłaby w stanie mi to wytłumaczyć.

Włączam komputer. Zagłębienie się w świecie Amigerth to jedyny sposób, jaki znam, na wydostanie się z bieżących spraw, przeskoczenie myślami na zupełnie inne tory.

Quipork dociera do stolicy Kraju Nadwistulańskiego, Wawy. Brama miasta i kolejna para strażników wyciąga ręce po opłatę manipulacyjną. Mag płaci bez zbędnego targowania się. W duchu już rozważa zastosowanie się do lokalnego zwyczaju i zabranie się samemu za pobieranie opłat. Wszędzie dookoła widzi przepływ pieniędzy z rąk do rąk, tutaj nie ma nic za darmo. Chcesz wiedzieć, która godzina, który dzień, wręczasz miedzianą monetę pierwszemu napotkanemu przechodniowi z zegarkiem.

Nadwistulanie robią to bez szemrania, bo wiedzą, że za kilka chwil sami znajdą się po przeciwnej stronie strumienia pieniędzy, bilans się wyrówna, a może nawet poprawi. Quipork jednocześnie zachwyca się tym skrajnym merkantylizmem i jest nim przerażony. Ja mam problem z dwukrotnym podwajaniem, on z wolą płacenia za najdrobniejszą przysługę. Jedyne wyjaśnienie, jakie przychodzi mu do głowy, brzmi następująco: ci ludzie nie traktują tego jako płacenie, tylko jako odpowiednik uśmiechu (Nadwistulanie raczej się nie uśmiechają), uściśnięcia ręki, zwykłego „dziękuję”. Dziwny kraj, ten Kraj Nadwistulański.

***

Nie cierpię:
Nie cierpię czekania. Jeśli coś przykrego ma przyjść, niech przyjdzie teraz. Niech trafi mnie od razu, bez ceremonii, ceregieli, odroczeń w ostatniej chwili. Mam zbyt bogatą wyobraźnię, żeby tak po prostu zabić czas pozostający do egzekucji. Potrafię stworzyć dla siebie piekło bez pomocy nawiedzonych kaznodziei i spędzić w nim gorące godziny, by później okazało się, że w rzeczywistości nie było się czego bać, czekało mnie zwykłe gówienko.

***

Do sądu wezwanie mam na jedenastą. Dojazd (samochód już dawno wyklepany i wylizany) zajmie mi jakieś piętnaście minut. Plus piętnaście na nieprzewidziane okoliczności. W sumie jeszcze dwie godziny do wyjścia.

Garnitur, koszula, krawat leżą na łóżku, przygotowane, wyprasowane (Weronika nauczyła mnie tego, odmawiając jakiegokolwiek majstrowania przy moich ubraniach). Zdążyłem już wziąć prysznic, ogolić się, zjeść, napisać prawie dwa tysiące słów. Nieźle, jak na ósmą trzydzieści rano. Ale gdybym tak działał codziennie, musiałbym zacząć się zastanawiać nad epitafium.

Nawet Dżek jest nerwowy. Przechadza się po mieszkaniu z rękami zaplecionymi z tyłu, jak wojskowy dokonujący przeglądu swoich podkomendnych. Z tym wyjątkiem, że on nie przeklina.

Walczę z pokusą, żeby zadzwonić do Oli. Pewnie jeszcze śpi. Dobrze, niech się wyśpi, ją też czeka ciężki dzień. Postanawiam znowu zabrać się za pisanie.

Przeskakuję z narracją do zakładników, Ziemian, Michała i Marioli uwięzionych przez Knoxa. Planują ucieczkę. Mariola ma uwieść pilnującego ich krasnoluda, Michał ma mu przyłożyć i odebrać klucze. Pomysł świetny, gorzej, że krasnolud akurat nie gustuje w ludzkich kobietach, są dla niego stanowczo za mało owłosione. Jak można lecieć na kobietę bez wąsów i brody?

Tutaj kończy się moja inwencja, źródełko słów wysycha. Mam straszną ochotę się napić. Powstrzymuję się jednak, w sądzie raczej nie byliby zachwyceni, gdybym pojawił się śmierdząc alkoholem, względnie lekko się zataczając.

Telefon. Saved by the bell, jakby powiedziała Weronika. Ola być może też by tak powiedziała, ale jej nie znam jeszcze na tyle, by twierdzić to z całą pewnością.

– Słucham?
(Jakoś nie potrafię się przekonać, by odbierać telefon, wołając do słuchawki „Halo?”. Za bardzo kojarzy mi się to z filmami z lat osiemdziesiątych i siedemdziesiątych, na których się wychowałem. Wydaje mi się to bardzo pretensjonalne, a ja nie cierpię pretensjonalności)
– To ja.
– Klaudia? – silę się na żart.
– Siur. Powiedziałeś już o nas tej swojej jakjejtam, Oli?
Tego mi było trzeba: rozmowy o niczym.
– Ależ kochanie, to jest bardzo wrażliwa dziewczyna, nie chcę jej zranić.
– Trzeba było o tym pomyśleć, zanim wlazłeś z butami do mojego łóżka.
– O ile pamiętam, to ściągnąłem buty, a nawet skarpetki.
Po drugiej stronie rozległ się dźwięczny śmiech.
– Prawdziwy dżentelmen z ciebie.
– Wiesz, chciałbym móc powiedzieć, że z ciebie prawdziwa dama…
– Cziki bastard. Jeszcze się policzymy!
– Nie obiecuj.
– Przyjechać?
– Jasne. Jakoś wcisnę szybki numerek w mój napięty harmonogram.

***

Dawno, dawno temu, kiedy naszym pięknym krajem rządziła koalicja AWS-UW, napisałem przydługie opowiadanie oparte na pomyśle „debaty balonowej”.

(Jeśli nie wiecie, o co chodzi, śpieszę z wyjaśnieniem: otóż do pewnego balonu na rozgrzane powietrze wsiadło kilka znanych postaci, obojętnie, czy są to politycy, pisarze, czy artyści estradowi; ważne jest jedno, a mianowicie to, że balon jest uszkodzony i nie dowiezie wszystkich do celu podróży; kogoś trzeba wyrzucić za „burtę”; zadaniem uczestników debaty jest zadecydowanie, kogo.)

Pięciu osobników postanowiło wybrać się na wycieczkę balonową po kraju. Niestety, awaria zmusza ich do podjęcia drastycznych kroków zaradczych, inaczej zginą wszyscy. Moi podróżnicy, prawdziwi demokraci, postanawiają głosować; ten, który okaże się najmniej popularny wypada z tej pokręconej gry, jaką jest życie. Jasne, przejrzyste reguły, ograniczony czas. Nie mam możliwości zmowy, każdy musi napisać jedno imię na karteczce, anonimowo. Karteczki zostają zliczone, kto trzeba usunięty. Ale los okazuje się złośliwi i balon dalej spada. Procedura jest więc powtórzona i to dwa razy. Bez skutku. W koszu są już tylko dwie osoby i głosowanie nie ma sensu. Kobieta i mężczyzna patrzą sobie głęboko w oczy i rozpoczynają walkę o życie, w jej ferworze doszczętnie niszcząc aparaturę balonu. Giną oboje.

Czemu wam to opowiedziałem? Ano dlatego, że czuję się jak jeden z pasażerów tego pieprzonego balonu, w dodatku ten, którego nikt nie lubi, pierwszy do odstrzału.

***

Nie cierpię:
Nie cierpię tych trzydziestoletnich pisarzy-cierpiętników, którzy piszą o cierpiących pisarzach w ich wieku. Żalą się, że niczego nie osiągnęli, czują się niedocenieni, materialistyczny, zmakdonaldyzowany świat odrzuca ich wysoką sztukę, bo nie da się jej zeżreć z keczupem i frytkami. Nurzają się w używkach, zalewając łzami, rzucając przy tym ironiczne teksty na temat życia i współczesności. A w wywiadach dla niskonakładowych magazynów literackich nic tylko zaprzeczają, że materiał jest autobiograficzny.
Kochani! Jeśli już musicie pisać i to w dodatku pisać o trzydziestoletnich pisarzach, nie ściemniajcie, że nie piszecie o sobie. Nie bądźcie żałośni.

***

Już w garniturze, krawacie i całej reszcie patrzę w lustro. Kim jest ten przerażony facet gapiący się na mnie, jakbym miał mu wpasować nóż pomiędzy żebra? Tak, tak, ten w lustrze to niestety ja… śpiewa w mojej głowie Grzegorz Ciechowski. Przerażenie w oczach tego drugiego rozpływa się w ironiczny uśmiech. By po chwili powrócić z butą, która zdaje się mówić, że więcej żadnej piosence nie da się przegonić.

– Utopiłeś się tam? – to Ola krzyczy przez drzwi łazienki. Nie cierpię, kiedy ktoś to robi. – Pospiesz się, zaraz wychodzimy.
Wydaję z siebie potakujące pomruki. Ten w lustrze zaczyna się trząść. Wychodzę.
– No, wyglądasz bijuuuutyfel – mówi Ola. – Tylko poluzuj krawat, bo zrobił ci się lekki wytrzeszcz.
Błyskam jednym, dwoma zębami. Będzie musiało wystarczyć za uśmiech. Ola kiwa głową, rozumie.
– Jedziemy moim czy twoim?
– Twoim.

***

Rzeczywistość przybiera atrybuty snu. Obrazy przed moimi oczami zmieniają się z zaskakującą prędkością, czasem nawet zlewają w jedną wielobarwną plamę. Głosy ludzi są przytłumione, jakby dochodziły przez niewidzialne ściany. Czegoś ode mnie chcą, gestykulują, prowadzą mnie z pomieszczenia do pomieszczenia. Tracę z oczu Olę, tonie w odświętnie ubranej masie. Jestem sam, chociaż otoczony ludźmi.

Wreszcie wizja się wyostrza. Siedzę na miejscu dla świadków, mam widok na całą salę. Panuje uroczysta cisza.
Rozglądam się dookoła. W zasadzie jest wszystko, czego się spodziewałem: drewniane ławki, mdłe kolory ścian, wytarty, wymagający wymiany parkiet. Publiczność jest w większości w wieku emerytalnym (miny tych widzów wyrażają pogardę i potępienie; w życiu nie zgadlibyście, że są gorliwymi katolikami i dziennie słuchają ultrakatolickiej rozgłośni radiowej). Dostrzegam kilka prymitywnych tabliczek z hasłami (obowiązuje cisza, więc to jest jedyny sposób na wyrażenie swojej opinii o procesie i oskarżonym) krótkimi, treściwymi: HAŃBA! Na pohybel zdrajcom! PZPR – Płatni Zdrajcy Pachołki Rosji. Przychodzi mi na myśl, że ci waleczni dziadkowie i te waleczne babcie rozczytane są w Sienkiewiczu i klasykach naszego politycznego oszołomstwa.
Gapię się na publiczność głównie dlatego, że tak łatwiej jest mi unikać wzroku dziadka. I udaje mi się to dość długo. Jestem świadomy jego obecności, kątem oka widzę ławę oskarżonych, na której siedzi. I omijam ją szerokim łukiem, koncentruję się teraz na twarzy Oli. Nieco się uspokajam.

Zaczynają się pytania: najpierw te standardowe, chcą mnie najwyraźniej bliżej poznać. Mój zawód nie działa na moją korzyść jako wiarygodnego świadka. Trudno. Nie wyprę się go.

Podchodzi do mnie oskarżyciel. Porusza się sztywno, jak żołnierz podczas parady przed panem prezydentem. Wyprostowany, wysoki, chudy sprawia wrażenie ofiary czekającej tylko na swojego kata.

– Co łączy pana z oskarżonym? – pyta ze świetną dykcją.
– Jest moim dziadkiem od strony matki.
– Wie pan coś o jego przeszłości?
– Wiem, że pracował w służbach specjalnych PRL. Był oficerem.
Moje odpowiedzi są równie sztywne, co prokurator. Staram się mówić językiem relacji telewizyjnych z procesów lustracyjnych. Mam nadzieję, że dodaje mi to w oczach sędzi (czarnowłosa dama rocznik około 1960, ale przebieg – ze względu na atrakcyjność i wykonywaną pracę – dużo większy niż wskazywałby na to kalendarz) choć trochę wiarygodności.
– Opowiadał o swojej pracy?
– Raczej nie.
– A o poszkodowanym Ryszardzie Piątku?
Spuszczam głowę. Przechodzi mi przez myśl, żeby powiedzieć „nie”, uciec jak najdalej stąd, zapomnieć o tej sprawie. Ale zaraz też pojawia się myśl o Oli, jej oczekiwaniach…
Dlaczego nie może tak po prostu zapomnieć? Wybaczyć? To stało się tyle lat temu, w zupełnie innym świecie. Czemu ci wszyscy ludzie tutaj przyszli? Nie mają nic innego do roboty, jak tylko patrzeć, jak sądzą starego człowieka, człowieka, który już niedługo nie będzie pewnie mógł się samodzielnie poruszać po mieście? Co im to da, jeśli wsadzą go do więzienia? Będą lepiej spać w nocy?
– Panie Berger – upomina mnie sędzia. – Proszę odpowiedzieć na pytanie.
– Przepraszam, proszę wysokiego sądu – bąkam, zastanawiając się, jak właściwie powinienem się do niej zwracać. – Raz o tym rozmawialiśmy.
– Kiedy to było?
– Na początku sierpnia. Dowiedziałem się o tym procesie i postanowiłem go wypytać o szczegóły. Na początku nie za bardzo chciał, ale potem jakoś zmienił zdanie.
– I co dokładnie powiedział?
– Że ten cały proces to farsa, że nic na niego nie mają, że stary kolega załatwił mu alibi i niedługo będzie miał spokój. Mówił w taki sposób…
– To znaczy jaki?
– Z takim lekceważeniem. Jakby to była tylko taka lekka uciążliwość.
– A czego się pan spodziewał?
– Nie wiem… że będzie zły albo oburzony, że ktoś go niesłusznie oskarża. A on nic takiego nie powiedział, więc go zapytałem wprost, czy to zrobił.
– Co odpowiedział?
– Na początku nic. Zmienił temat. Ale zapytałem go jeszcze raz i nie miał wyjścia. Przyznał się i zaraz dodał, że nic wielkiego mu nie zrobili, tylko chcieli go nastraszyć, że facet się stawiał i trzeba mu było pokazać, co jest co, że tacy jak on rozumieją tylko jak im skopać tyłek.
Sala wrze. Widownia wznosi okrzyki, klaszcze, buczy. Sędzia tłucze młotkiem, wzywa do zachowania ciszy, grozi opróżnieniem sali i kontynuacją procesu za zamkniętymi drzwiami. To skutkuje. Okrzyki milkną. Jednego krewkiego siedemdziesięciolatka wyprowadza ochroniarz. Staruszek wyrywa się, krzyczy „hańba, hańba!”, ale nikt nie zwraca na niego uwagi. W jej centrum znajduję się ja.
Ola wydaje się nie tyle szczęśliwa, co uspokojona. Myśl, że stosuję podwójne standardy moralne, inne dla niej, inne dla reszty domagających się kary dla dziadka, odbija się ode mnie i ląduje w koszu. Reszta mnie nie obchodzi, dla mnie mogłyby nadlecieć amerykańskie bombowce i zrzucić na nich napalm, nie przejąłbym się specjalnie.
– Proszę kontynuować przesłuchanie – sędzia zwraca się do prokuratora.
– Już skończyłem, wysoki sądzie.
– Bardzo dobrze. W takim razie proszę obronę o przesłuchanie świadka.
Teraz się dopiero zacznie zabawa. Wyrwie mi kręgosłup razem z korzonkami i zrobi sobie z nich naszyjnik.
Adwokat mojego dziadka, siwiejący, otyły jegomość, całkowite przeciwieństwo prokuratora, zupełnie jakby ci dwaj mieli wystąpić w castingu do nowej wersji „Flipa i Flapa”, ciężko rusza się z miejsca. Ale nie udaje mu się ta sztuka do końca. Zatrzymuje go pomarszczona ręka zaciśnięta na jego ramieniu.
Mój wzrok wędruje po tej ręce, po popielatym materiale marynarki, przez łokieć i bark; przeskakuje przez kołnierz i zatrzymuje na twarzy. Na której maluje się zawód. Nic więcej, tylko zawód. Zero złości, pretensji, chęci zemsty.
– Obrona nie ma pytań do świadka – mówi adwokat dziadka i siada.
– Bardzo dobrze. Świadek jest wolny.
Wolny. W tej sytuacji brzmi to dziwacznie. Nigdy nie będę wolny od tego spojrzenia, tego wyrazu twarzy. Zostanie ze mną, gdzie bym nie pojechał, ile lat by nie upłynęło od tego momentu.

***

– Teraz co?
Siedzimy, ja, Ola i Dżek w kawiarence na Stawowej. Miejsce pełne jest ludzi, pospiesznie wychylających swoje filiżankiszklanki, pędzących gdzieś do przodu, nie zastanawiających się po co. A ja znowu wpadam w ten dziwny nastrój, gorzko-refleksyjny, kwestionujący wszystko dookoła.
– Czekamy na wyrok. To już koniec. Nie ma żadnych więcej świadków, dowodów, nic.
Ola zdaje się dzielić mój humor. Zdarza się nam to podejrzanie często. Nadajemy na tych samych falach, chociaż to straszny banał, wart trzydziestu batów, zwłaszcza wypowiedziany przez kogoś, kto nazywa siebie pisarzem. Wystawiam plecy, bijcie, ile chcecie, ale nie obiecuję poprawy. Być zakochanym to pieprzyć banały na skalę masową, prowadzić ich dystrybucję i hurtową sprzedaż. No, kto uderzy pierwszy?

– Możemy pogadać? – szepczę, przysuwając się do niej i pochylając.
Robi to samo. Wyglądamy jak para bardzo kiepskich szpiegów, jakby ktoś wyciągnął nas z filmu „Johnny English”.
– Okej. Co się stało?
Biorę głęboki oddech. Ogarnia mnie nagła ochota, wręcz potrzeba, żeby uciec od tego stolika, zapomnieć o niej, wrócić do mojego dawnego życia. Życia, w którym nikt nie wymagał ode mnie takich trudnych wyznań.
Dobra, Ola też nikogo do niczego nie zmusza. Siedzimy i rozmawiamy, żadnych zobowiązań. Alealeale ja czuję, że ona na to zasługuje i że jeśli nie zdecyduję się na to teraz, mogę tego nigdy nie zrobić.
– Wiesz, że cię kocham – wychodzi z moich ust. Prawda: nie tak mocne, bezpośrednie, jak „kocham cię”, nawet powiedziałbym obrzydliwie zmiękczone, zupełnie jakbym tylko powtarzał słowa, które wypowiedziałem już setki razy.
– Zabrzmiało, jakbyś ze mną zrywał – Ola uśmiecha się, dotyka mojej dłoni, głaszcze ją.
– Rzeczywiście. Ja to już mam taki talent.
A może by tak rewanż?
– Wiesz… ja mam ten sam problem.
– Chcesz o tym porozmawiać?
Atmosfera rozjaśnia się. Wolno nam już żartować, przekomarzać się.
– Pewnie.
– Więc…
– Wiesz, że cię kocham…
– Dobre, dobre, nie najgorsze. Cwana z ciebie bestia.
– Fenks. A wiem, że mnie kochasz, bo inaczej nie zeznawałbyś dzisiaj.
– Taki jestem oczywisty?
– Jak każdy facet.
– Hm…
– Możesz hmmmać, ile chcesz, nic to nie zmieni.
Krzywię się, ale nie dlatego, jak ona sądzi, w geście udawanego solidaryzmu ze szkalowaną właśnie moją płcią, tylko dlatego, że uświadamiam sobie, że pozostaje jedna rzecz, z której jeszcze się jej nie wyspowiadałem: Dżek.
– Nycz jej ne powiesz! – kwiczy.
Do tej pory przysypiał na krześle przy sąsiednim stoliku; teraz unosi się wprost nad moją głową, przerażony, wściekły.
To się zaraz zobaczy, bracie.
– Ne!
Zamierza się na mnie. Jeśli trafi, będę jego. Wyciągam rękę bez większej nadziei na zablokowanie jego ciosu. Dzieje się jednak coś dziwnego: czuję go jak żywą osobę, jego pięść nie przechodzi przez moja, a odbija się od niej. Syczy z bólu, nieprzyzwyczajony do takich wrażeń. Patrzy na mnie zdziwiony, ląduje na podłodze, odsuwa się.
Ogarnia mnie słodka pewność, że mam wreszcie sposób na pozbycie się tego pasażera na gapę. Szczerzę się jak imbecyl. (I pewnie wyglądam jak imbecyl, walczący z powietrzem, robiący głupie miny do kogoś, kogo wcale nie ma. Wyjaśnienie – jestem wariatem, kochanie – jest już prawdopodobnie niepotrzebne, Ola jest wystarczająco inteligentną dziewczyną, by odczytać symptomy i wyrobić sobie zdanie na temat stanu mojej psychiki.)
– Jest jeszcze coś – mówię.
– Tak? – Ola pyta ostrożnie; widać, że boi się odpowiedzi.
– Tak. Nie ma dobrego sposobu, żeby to powiedzieć, więc powiem to tak po prostu. Od kiedy rzuciła mnie Weronika mam przywidzenia… to znaczy… nie że tracę kontakt z rzeczywistością… no, raz się zdarzyło, ale to nieważne akurat… ja po prostu widzę tego kolesia, którego nie ma…
– Znaczy masz niewidzialnego przyjaciela? – upewnia się Ola.
Zastanawiam się, czy czasami nie spotkała się w pracy z takimi indywiduami. To w końcu – przekonują amerykańskie filmy – przypadłość dość częsta wśród dzieci, zwłaszcza tych, których rodzice się rozwiedli.
– Można to tak nazwać…
– Jest tutaj?
– Jest… – rozglądam się za nim, lecz nie ma go w zasięgu wzroku. – Był przed chwilą. Schował się gdzieś.
Nie. To nie to. Jego normalnie nie ma. Nie istnieje.
Nie, nie wierzę. To za łatwe. Jedna krótka rozmowa i Dżek robi baj-baj? Niemożliwe.
– Pewnie się wystraszył.
– Tylko czego?

***

Niektórzy z was zapewne (mniejszość, mam nadzieję) dość cynicznie jest przekonana, że wiara Oli, że zeznawałem w sądzie tylko i wyłącznie, ponieważ ją kocham, jest naiwna. Że zrobiłem to, żeby mieć na nią haka, kiedy sprawa Dżeka ostatecznie wyjdzie na jaw. Że to ja cynicznie zahandlowałem losami mojego dziadka i uczuciami mojej dziewczyny.
Cóż… wierzcie, w co chcecie. Nic, co powiem, nie sprawi, że zmienicie zdanie. Poprzestanę więc na tym, że mi was szkoda.

***

Dobra. Należy się wam cała prawda: to był jeden z powodów, dla których zdecydowałem się na zeznawanie. Zadowoleni?

***

Idziemy do mnie. Dżeka dalej nigdzie nie widać. Przychodzi mi do głowy straszna myśl, że znowu stworzył dla mnie superrealistyczną iluzję, że w dalszym ciągu jestem w tej kawiarni, tylko nieruchomy, niemy, śliniący się na obrus, katatoniczny, siedemdziesięciopięciokilogramowa kalarepa.
Ale: czy potrafiłby odtworzyć delikatność skóry Oli, sposób, w jaki wydyma wargi, kiedy dotykam jej policzków, ciepłą słodycz jej oddechu? Kolejne pytanie bez odpowiedzi. Pozostaje mi tylko żyć i ufać. Czego nie cierpię.
– Jest jedna rzecz…
– Acha?
Mnie bardziej zajmują guziki jej bluzki, niż poważne kwestie, które ona najwyraźniej chce podnieść.
– Czy jak się kochaliśmy, to on patrzył?
Łapię się za głowę.
– No… akurat w takich momentach to o nim nie myślałem.
– Czyli patrzył?
– Podejrzewam, że tak.
– Hm…
– Co?
– Nic. Jakoś dziwnie się czuję.
– Spoko. Już go nie ma.
– Jesteś pewny?
– Skoro ja go nie widzę…
– Dobra. To mnie trochę uspokoiło.
Dzwonek. Telefon.
– To mój – mówię.
Wygrzebuję mojego starego Sagema z teczki. Na wyświetlaczu widnieje Dominik J.
– Lepiej, żeby to było coś ważnego – mruczę do słuchawki.
– Żebyś wiedział, jestem w tym barze na chorzowskiej i chyba zagadałem do nie tej dupy, co trzeba, bo paru kolesi się wkurzyło i czekają na mnie na zewnątrz. Nawet nie dobiegnę do samochodu. Możesz przyjechać?
Historia jakby znajoma.
– Ola, nie uwierzysz. Ten kretyn znowu się władował…

***

Nie cierpię rozwlekłych zakończeń, więc takiego wam nie zaserwuję. Zostawię was z obrazkiem mnie i Oli w moim mieszkaniu, Dominika w tarapatach, dziadka z wiszącym nad nim wyrokiem. Inaczej mogłoby się zdarzyć, że musiałbym napisać, że polazłem ratować pana DJ i straciłem przy okazji przednie zęby; że Dżek jednak nie zniknął tylko dlatego, że opowiedziałem o nim Oli i że udało mi się go pozbyć dopiero po półtora roku intensywnej terapii u dr Puzon; że adwokat dziadka zastosował sprawdzoną strategię i kara dwuletniego więzienia została mu bezterminowo zawieszona ze względu na zły stan zdrowia; że następne wybory parlamentarne wygrali Pisacy, premierem został Kaczyński, prezydentem został (dla odmiany) Kaczyński, a do rządu weszli Giertych z Lepperem; że wojna w Iraku trwa w najlepsze pod troskliwym okiem wybranego ponownie Dżordża. Że – ogólnie rzecz ujmując – świat z dużą prędkością zmierza donikąd.
Bardzo martwi mnie takie niebezpieczeństwo. I choć wiem, że to tylko moja paranoja, że tak tragiczny splot wydarzeń jest mało prawdopodobny, nie będę ryzykował. Kończę. Miłego życia.
-A.B.

EPILOG

Mijają lata, zostają piosenki…
(Jak ja nie cierpię tej audycji!)
…zostają też łyse miejsca, na których niegdyś rosły włosy, zdjęcia (na których rzeczone włosy jeszcze były), wspomnienia. Wspomnienia to akurat pamiątka dosyć płocha, lubiąca płatać figle. Ja im nie ufam. Dlatego piszę, dlatego dopisuję, dnia pierwszego września 2006, sześćdziesiątileś lat po wybuchu wojny, trzydzieści jeden z kawałkiem od moich narodzin, dwadzieścia cztery godziny do mojego ślubu z Olą.

W zasadzie ograniczam się do skreślania cierpkich komentarzy, poprawiania interpunkcji, co bardziej oczywistych byków ortograficznych. Nie żeby one mnie specjalnie raziły, po przeczytaniu kilku forów internetowych jestem uodporniony nawet na „który” przez „u” i „życie” przez „rz”. Czytam i poleruję, bo za chwilę ten skromny (choć bogaty w słowa, słów sobie nie żałowałem, słowami, które właśnie przeczytaliście można by obdzielić kilka podobnych historii) tekst przekażę Oli, niech sobie przejrzy, zanim powie nieodwołalne „tak”.

Ręce mi się trochę trzęsą, ale nie ma odwrotu. Już jej obiecałem. Trzymajcie kciuki. Liczę na was!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *