Kiepsko opowiedziana historia

Kontrowersyjny, inspirujący i nieznośny. Tak w skrócie można ocenić „33 sceny z życia” Małgorzaty Szumowskiej – film o zaskakująco mało atrakcyjnej powierzchowności i jeszcze bardziej zaskakującej sile przekonywania.


Nasza rodzima kinematografia zdaje się rozkwitać tylko jeden raz w roku. Dwa lata temu szlachetnym kwiatem okazał się „Plac Zbawiciela” Krzysztofa Krauze, a rok temu – „Katyń” Wajdy. W tym roku wszystkie pieniądze przeznaczone na promocję polskiego dorobku filmowego przeznaczono na najnowszy film Małgorzaty Szumowskiej „33 sceny z życia”.

Czy było warto? Z ekonomicznego punktu widzenia wygląda na to, że tak. Jeśli jednak chodzi o wartości artystyczne – z tym można już, moim zdaniem, polemizować.

Z pewnych względów natury osobistej mam pewien problem z oceną tego filmu. Podobnie bowiem jak główna bohaterka na własnej skórze doświadczyłem koszmaru umierania najbliższej mi osoby. Wiem, co to znaczy usłyszeć od lekarzy diagnozę będącą wyrokiem, znam też smak tzw. opieki paliatywnej. Wreszcie: Julia, główna bohaterka, na moje podobieństwo, również miała okazję być przy śmierci swojej matki.

Dlatego zdaję sobie sprawę, że moje spojrzenie na filmowe wydarzenia może być nieco inne, niż spojrzenie tzw. „typowego” widza, który miał szczęście nie przechodzić przez taką tragedię w wieku dwudziestu lat. Warto jednak dodać, że ukazane w filmie wydarzenia są również w pewien sposób tożsame z osobistymi przeżyciami autorki, choć trudno „33 sceny…” nazwać filmem autobiograficznym.

Dla porządku wypadałoby wspomnieć nieco o fabule dzieła. To historia szczęśliwej, kochającej się rodziny, która w wyniku jednego wydarzenia zostaje zmuszona do całkowitego przewartościowania swej dotychczasowej egzystencji. Bohaterowie dramatu to w przeważającej części niespełnieni bohaterowie świata kultury: Julia – artystka nowoczesna i jej mąż – początkujący awangardowy kompozytor oraz Barbara i Jurek: pisarka i twórca opozycyjnych filmów. Ci pierwsi swoje dni chwały mają przed sobą, a ci drudzy to raczej epigoni, minionych już, „dobrych czasów”.

Szumowska buduje dramaturgię swojego nowego dzieła przedstawiając swoisty absurd cierpienia i lęku przed nieuchronnością losu. Początkowa scena sielskiej uczty na wsi to właściwie ostatnia chwila, kiedy wszystkie sprawy wyglądają dokładnie tak, jak powinny. Piękno zostaje tu zastąpione przez brzydotę i stanie się przerażającym symbolem moralnego upadku bohaterów: Julia wykorzysta obraz komórek rakowych z ciała własnej matki, aby zbudować dzieło sztuki, które miałoby wynieść ją na piedestał europejskiej sztuki nowoczesnej.

Z kolei agonia chorującej na raka Barbary (nota bene kapitalna i przejmująco sugestywna rola Małgorzaty Krzysztofik) stanie się przyczynkiem do medytacji na temat sensu istnienia nie tylko dla niemogącego pogodzić sobie z jej odejściem męża, ale również dla jej córki, która z zakochanej żony szybko przeistoczy się w łaknącego fizycznego kontaktu podlotka.

Największym problemem „33 scen z życia” jest brak konkretnego bohatera. Determinuje to w tym wypadku pewną niespójność fabuły. Otwierające film sceny rodzinnego spotkania nie staną się, wbrew pozorom, przyczynkiem do wielowątkowej opowieści o nobliwym rodzie. W zasadzie jest dokładnie odwrotnie: autorzy swobodnie przeskakują od bohatera do bohatera, nie pozwalając widzowi na nawiązanie jakiejkolwiek więzi emocjonalnej z uczestnikami wydarzeń.

W tym kontekście trudno oprzeć się wrażeniu, że najnowsze dzieło Małgorzaty Szumowskiej to piękna i dramatyczna, ale niestety kiepsko pokazana historia. Właściwie wszystko dzieje się bez jakiegokolwiek tempa i dramaturgii. Bohaterowie snują się po ekranie, upijają, rozmawiają i wreszcie umierają, a wszystko to na oczach niewzruszonego widza.

Zawiodły elementy czysto filmowe: dialogi, montaż (konia z rzędem temu, który wytłumaczy sens trzech przeszło trzydziestosekundowych ściemnień!) i, co najważniejsze,  narracja. Trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że w filmie kilku scen po prostu zabrakło, a luki informacyjne są na tyle duże, że cała historia staje się w pewnym momencie dość banalną opowieścią marnie naśladującą europejskich klasyków z Krzysztofem Kieślowskim na czele.

Być może jednak w tym szaleństwie jest pewna metoda: niezaprzeczalnym plusem „33 scen z życia” jest niezwykle sugestywne i zręczne ukazanie absurdu życia i śmierci. Tutaj zarówno „być”, jak i „nie być” zdaje się przynależeć do jednej semantyki, wskazując na nieodłączne strukturalne powiązania pomiędzy dwoma porządkami. Śmierć należy do życia dokładnie tak, jak życie należy do śmierci.

„33 sceny…” to brawurowe zmagania z powszechnym w naszej kulturze tabu śmierci. Autorka filmu zdaje się krzyczeć, że nie można uprawiać kultu życia, nie pamiętając o umieraniu. Należy również zgodzić się z autorką, że poważne życiowe traumy wymuszają na młodych ludziach swoistą wolę istnienia.

U Szumowskiej bohaterowie, na podobieństwo bohaterów gier komputerowych, mają kilka żyć. To swego rodzaju mnożenie alternatywnych światów, w których rytm zmian odmierza sama śmierć. Jakże pokrętny jest taki punkt widzenia: życie staje się zbiorem mikrohistorii ograniczonych silnymi, traumatycznymi wydarzeniami.

Życie nie jest logicznie powiązanym ciągiem zdarzeń: wybucha i rozkwita zupełnie nieoczekiwanie i w podobny sposób gaśnie, znikając z pola widzenia na podobieństwo spadających gwiazd, których z takim uporem wypatrują członkowie rodziny podczas wspólnej kolacji na wsi.

W tym kontekście należałoby zatem postulować mówienie o życiu wyłącznie w liczbie mnogiej, co samo w sobie jest przecież dość zaskakującą konkluzją. Cóż za brawurowy zamach na taką, wydawałoby się, oczywistą oczywistość.

Michał Stankiewicz

0 thoughts on “Kiepsko opowiedziana historia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *