MEFISTO, ZAGRZMIJ! – czyli odnowa biologiczna „Fausta”

Pośród mitów literackich przenoszonych na grunt opery, „Faust” znajduje się bez wątpienia w absolutnej czołówce. Został odmieniony w tysiącu odcieni głosu w rolach doktora oraz Mefistofelesa przez: począwszy od naszego basa Edwarda Reszke przez Beniamino Gigli, Bryna Terfela, Jose Carrerasa, Placido Domingo i wielu, wielu innych.

Opera Gounoda znosi jak dotąd cierpliwie wszelkie udziwnienia i interpretacje. Skoro Mefisto nie spalił jeszcze żadnego gmachu opery, to doktor Faust po tym, co grono Filharmonii Poznańskiej miało okazję usłyszeć w piątek 05.12, z pewnością już obrócił się w grobie ze czterdzieści razy. I NIE chodziło bynajmniej o stronę muzyczną!

Dzięki gościnności przyjaciół – znawców opery – miałam ogromną przyjemność usłyszeć w Poznaniu samego Samuela Rameya, wspaniały amerykański bas-baryton. Nie tylko błysk w oczach, piękna postawa i grzywa włosów świadczą o tym, że czas o Mr Rameyu zapomniał. Jego silny, bogaty głos rósł i czarował najmocniej w drugiej części występu (świetne partie z „Atylli” i „Don Carlosa” Verdiego ) oraz na bis: „Faust” – Vous qui faites l’ endormie (Gounod) i „Cyrulik sewilski” – La Calunnia (Gioacchino Rossini). Mistrz otrzymał zasłużoną owację na stojąco dodatkowo podgrzewaną okrzykami zachwytu.

I byłoby niemal jak w bajce, gdyby nie pewien zgrzyt. Nie był to dyrygent (w przerwach musiał odpoczywać po nieco zbyt silnej pracy ramion, które pomimo rozpiętości i tak nie spięły w całość mocnej poznańskiej orkiestry) realizujący swoją własną koncepcję. Zgrzyt ów był irytujący podwójnie, bo powracał podczas każdej przerwy. Jeszcze bardziej przykre, że zgrzyt nosi nazwisko znanego i powszechnie szanowanego reżysera. Jego lingwistyczne popisy (z japońskim włącznie) były jeszcze uzasadnione, w końcu aula gościła nie tylko Polaków. Niezależnie od nacji wśród widowni przeważały dwie frakcje – „podziwiaczy” i „prychaczy”. Język językiem, ale we wszystkich równo został poszargany Faust, charakter bardzo mi bliski.

Perora prowadzona napuszonym tonem trochę sobie a muzom obudziła mnie w pewnym momencie czystym dźwiękiem imienia „Mefistofeles”. Niestety, kolejne tony były już fałszywe i nie wiedzieć czemu błądziły jedynie koło Mefista. Czyżby komuś doskwierał kryzys, czy może czegoś pozazdrościł? Pan reżyser – entertainer pomógł mojej irytacji w osiągnięciu punktu kryzysowego, gdy rozpoczął wywód o upadłych i niechcianych autorytetach. Usłyszałam o młodych pokoleniach, które nie potrzebują bohaterów i doskonale się bez nich obywają. W domyśle, że autorytety zaginęły w akcji albo wycierają bruk czy jak?

Jako reprezentant młodego pokolenia mówię, że MNIE NIKT O ZDANIE NIE PYTAŁ, co także zgodnie potwierdziła frakcja młodszych „prychaczy”. Moje ideały mają się znakomicie, rosną z każdą chwilą, a nawet wydają kwiaty!

Utwierdzałam się w przekonaniu, że prowadzący sam nie bardzo wie, o co mu chodzi i co chce przekazać. Jak zatem, jeśli nieprzemyśleniem albo niezręcznością nazwać zawleczenie Fausta/Mefista do dentysty albo gabinetu odnowy biologicznej? Zamiast doszukiwać się analogii na linii dentysta-doktor Faust (poza oczywistą), przyczyny nie-do-końca strawnej mowy należy szukać w koncepcji. Jak słowo daję, do tej pory nie wiem, czemu służyć miało owo wystawienie na mróz bohaterów po to, by za chwilę o nich wspominać. Co do Fausta – nikt nie powinien się kłócić, że jest bohaterem wielowarstwowym, a za czym i znakomitą pożywką do wszelkich interpretacji. Ale robienie hero z Don Carlosa to już przesada. Ten hiszpański infant, któremu własny ojciec buchnął wybrankę serca, wplątujący się w masę intryg po to, by na samym końcu ujść cało (i do tego mało spektakularnie) nie budzi we mnie żadnych większych emocji. Budziła natomiast interpretacja Mr Rameya (gorąco polecam).

Pozostaje zawsze wiara, że sławny reżyser chciał porównać Mr Rameya do Mefistofelesa. A może nie Rameya? Czekam nieustannie na oświecenie w tej kwestii. Szatan może władać wszelkimi językami, ale to nie wystarczy. Wielkie nazwisko to równie wielkie obciążenie. Skromność jest zaś taką piękną zaletą… A Muza jest wybredna i nie każdego chce w czoło całować…

Izabella Karter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *