Około południa

Opowieści powiązane Luzem

Kiedyś oglądnąłem taki dziwny Western z Henrym Fondą, Claudią Cardinale i Bronsonem, który grał na harmonijce, chociaż, dzikus z zachodu, grać nie umiał. Co jakiś czas ruchy bohaterów stawały się jakieś płynne, jakby spowolnione. Na zbliżeniach twarzy etos przechodził w patos albo „wyluzowywali” z obawy o nadmierne przyspieszenie akcji, co mogło przedwcześnie zakończyć obraz ruchomy, na którym, jakby nie patrzeć, widnieli.
– A może lepiej niech się nic nie dzieje?

Wybierzmy sobie mapę i spójrzmy na jej lewą stronę. Powinien tam być zachód. A gdyby jeszcze był on, choć odrobinkę, tak dziki, jak wschód? Teraz tylko zoom i gotowe. Okaże się, że panuje tam prawo, a był czas, kiedy nagminnie tracono skalpy na rzecz Indian, głowy na rzecz kobiet, złoto walało się niepłukane, chociaż poszukiwaczy było nie mniej niż poszukiwanych, wieszano żywych lub martwych oraz strzelano w plecy nierzadko poniżej pasa. Krótko mówiąc, „działa się jakaś akcja”.
– A wiesz? Od ostatnich wydarzeń to zupełnie nic się nie dzieje… I tak już ma pozostać? – to wieczorem, przed snem, żona jednego z miejscowych barmanów narzekała, składając na męża winę za taki, nie inny stan rzeczy, a on wieczorem zmęczony nie był w stanie replikować ani ręką ani nogą.
– Słyszysz? Zrób coś! Nic się nie dzieje! – nie dawała biedakowi spokoju. – To prawdopodobnie z powodu stłoczenia w pojedynczym łóżku, które daje ssakom znać o sobie oznakami agresji obronnej.
– Wiesz złotko, podobno mają się zjawić White Bill Czyścioszek i Black Joe Brudas… znani rewolwerowcy – ostatkiem zasobu sił wymamrotał barman i zasnął, nie próbując tłumaczyć, skąd taka niedorzeczność przyszła mu do głowy. Rewolwerowcy nie przyjeżdżają przecież, gdzie nic się nie dzieje, a poza tym nie słyszał o żadnym brudasie ani czyścioszku, którzy w dodatku z zawodu mogliby być rewolwerowcami.
Być może to po prostu zmęczenie w obliczu nadchodzącego snu potrafi odsłonić pokłady fantazji, a może twarda poduszka nagle nacisnęła na któryś ze zwojów mózgu?
Przez chwilę było cicho, bo żona kontynuowała robienie kasy. – To taka ekonomiczna czynność, którą się wykonuje po codziennym zamknięciu dochodowego interesu albo nieprzerwanie przez całe życie ze zmiennym szczęściem i skutkiem. Ona robiła to w łóżku, bo akurat to ją podniecało, a nie stłoczenie z mężem, który był grubym barmanem i wywoływał dziką agresję zamiast, choćby i cywilizowanego, podniecenia.
– Sam byś się umył – już zamierzała rozpocząć wieczorny instruktaż, gdy niespodziewanie przerwała.
– Coś ty? Naprawdę? – zaczęła domagać się potwierdzenia wiadomości, ale zamiast tego zaczął chrapać.
Zamierzała palnąć w kark, ale zrezygnowana machnęła tylko ręką i o dziwo poskutkowało, bo nagle zaczął przez sen mówić, co ceniła wyżej od przechwałek na jawie. Nie umiał spać z umiarem. Nadużywał, zachłystywał się, krztusił, chrapał, dłubał w nosie, a bywało, że i bąki puszczał. To był czynny wypoczynek, bo czyż sen nie jest wypoczynkiem, a chrapanie i puszczanie bąków czynnością? Jeżeli ktoś gdzieś bardziej czynnie wypoczywał, to kto? Ale czy taki wypoczynek to już nie akcja? Mimo to w odczuciu barmanowej nic się nie działo.
– Za głowę każdego, żywego lub martwego, wyznaczono nagrodę – mruczał, przechrapując co któreś z rzędu słowo, ale unosiła wtedy pięść i od razu przestawał.
– Jak to za głowę żywego? Czyś ty zwariował? A co z resztą? – już miała na końcu języka elementy, z których miała się, jej zdaniem, reszta rewolwerowca składać, ale ich nie ujawniła. Zawsze potrafiła ugryźć się w język w odpowiednim momencie, bezkrwawo i bezboleśnie, a i spać potrafiła kulturalnie, z umiarem kontrolując sny. On chrapał, a ona wzdychała, śniąc w ramionach, rewolwerowców, których ze snu nie wypuściła, by nie tłoczyli się w łóżku razem z grubym barmanem. Odstąpiła nawet od agresji, choć w jednym śnie tłoczyli się we troje z czyścioszkiem i brudasem.
Kiedy rano barman wstał, okazało się, że znów nic, a nic się nie dzieje, on jest wykończony swoim aktywnym wypoczynkiem, na dodatek żona domaga się informacji na temat terminu pojawienia się rewolwerowców.
– No i gdzie oni są? – pytała.
– Kto? – zdziwił się.
– Ci twoi żywi lub martwi rewolwerowcy! – przypomniała, na myśli mając oczywiście żywych.
– Jacy do licha rewolwerowcy? – myślał, nie mogąc zupełnie przypomnieć sobie wieczornej rozmowy.
Każdemu przydarzyć się może jakiś zanik pamięci w natłoku zdarzeń, ale nie w sytuacji, kiedy nic się nie dzieje i nie ma nic do zapamiętania.
W tej chwili barman gotów był dostarczyć żywego rewolwerowca choćby bez głowy, byleby dała spokój, chociaż doskonale zdawał sobie sprawę z trudności w realizacji zamierzenia, gdyż głowa dobrowolnie oddzielić się nie pozwoli od rewolwerowcowego ciała. Zażąda ścisłej więzi z resztą, tak ważną dla małżonki, więc w rachubę wchodzi tylko całość – w dodatku po zęby uzbrojona.
Czasem się zastanawiał, czy między nimi jest tak dlatego, że ona jest połowicą, czy dlatego, że jest taką, a nie inną konkretną osobą z krwi i kości, określonym wyglądem, charakterem, imieniem, płcią i nazwiskiem, które jedyne nie budziło zastrzeżeń, jako jego własne.
– Za twoją głowę, nawet z calutką resztą, nie dałabym złamanego centa. Wyraźnie sygnalizowała, że jej zdaniem ciało miał niskiej jakości i jedynie głowa potrafiła jako tako liczyć pieniądze, chociaż znacznie lepiej robił to palcami. Tego na szczęście już nie słyszał, bo nie wiadomo, ale być może odzyskałby werwę do dyskusji. Nie miał przecież aż tak złego mniemania o swoim wcieleniu, choćby i nieużywanym od czasu ostatnich wydarzeń.

Zjadł śniadanie i teraz leniwie krzątał się za kontuarem. W lokalu było pusto, tylko w gorącym powietrzu monotonnie brzęczały muchy.
– No tak, nic się nie dzieje… – ziewnął, chcąc nie chcąc potwierdzając spostrzeżenie żony. W sytuacji, gdy się wokoło nic nie dzieje, oprócz rzeczy monotonnych i nudnych, brzęk tych much, pięknie z nimi harmonizował.
Na stoliku od czasu ostatnich wydarzeń leżała nienaruszona talia precyzyjnie znaczonych kart szulera Smarta powieszonego w ostatnich dniach, gdy się jeszcze coś niecoś działo. Przedobrzył i przejechał się znaczoną karetą prosto na Gallows street. Jego wysuszony szkielet ciągle dyndał obok suchego na wiór zewłoku bandyty Peacebreakera, który w czasie ostatnich wydarzeń właśnie popełnił swą ostatnią zbrodnię.

Od tamtego czasu nikt już nie umarł, więc przedsiębiorca pogrzebowy z braku stałego zajęcia powiesił się na trzeciego.
– Rzecz jasna, byłoby inaczej, gdyby się coś działo – zamyślił się barman.
Z talii świętej pamięci szulera sterczały czwórkami karety różnych karcianych nominałów, zaginęła jedynie ta, którą się przejechał.
W dziurce od klucza aresztu przez cały czas tkwiła ostra strzała Bladej Twarzy – czerwonoskórego albinosa. Dawno by ją ktoś wymienił, gdyby się coś działo… Ślepych naboi do łuku wojownik ten nie używał i sam już nie najlepiej widział. Ostatni skalp złupieżył podczas wydarzeń i nie mogąc zidentyfikować bez szamponu, złożył na grobie miejscowego nieznanego kowboja. Blada Twarz to ostatni dzikus z dziada pradziada i niepohamowanie gardzi farbowanymi.
W kałużach komu popadnie ślizgiem podkładały się zdziczałe wieprze, a Blada Twarz rozdzielał im kopniaki. Rozproszone bydło bez nadzoru pułkownika Bigmoutha obnosiło po prerii chudą wołowinę, podczas gdy jak na ironię losu kończyła się przydatność konserw pozostawionych do spożycia przez odchodzącą w stan spoczynku kawalerię, co skazywało konsumentów na suszone żeberka grzechotnika i to bez kapusty. Grzechotkę zabrała mu Ruda Kitty na wibrator, więc trudno go było zlokalizować. Nawet nędznym kojotom brakło padliny, bo nic a nic nie padało – taka zapanowała posucha.
Spocona upałem kukułka otwiera drzwiczki zegara by wietrzyć, to zamyka się w cieniu trybów i kołysze z nudów na sprężynie, co dodatkowo spowalnia czas, który w gęstej atmosferze prawie stoi jak zawsze, kiedy usiłuje poprzedzić wydarzenia doniosłe zarówno jak i błahe, chociaż od ostatnich na żadne się przecież nie zanosi.
– Coś musi się stać, choćby dlatego, że od rana nic się nie zdarzyło – myślał barman.
To tak jak z loterią: musisz wygrać dziś, bo takiego numeru jeszcze nie było, a jeżeli wygrałeś wczoraj, to dziś wygrasz prawem serii.
Wczoraj nic nie było, więc prawo serii odpada, ale chodzą coraz głośniejsze plotki, że do miasta zawitają White Bill Czyścioszek oraz Black Joe Brudas.
– Skąd ja to znam? Gdzieś o tym słyszałem… – nie mógł sobie przypomnieć barman. – Mówią, że mają na dobre oddzielić czarne od białego i posegregować charaktery.
– Na wahadłowych drzwiczkach, które tak były drzwiami jak stringi majtkami, widniał napis „Nie tylko dla białych”, co oznaczało równouprawnienie dla czarnych charakterów.
– W końcu czerwone będzie czarne – zamruczał, mając na myśli wybielony jego zdaniem charakterek Bladej Twarzy.
W plotki można wierzyć lub nie. Wierzący słucha zagłuszając nudę, praktykujący śmieje się z naiwnych, a niewierzący najczęściej jest smutny, bo jest mu z tym niedowiarstwem ciężko.
Naiwnych nie brak, ale w barze, na wszelki wypadek, wisi tabliczka „Nie strzelać do rewolwerowców” przybita starym zagwożdżonym rewolwerem w charakterze młotka. Czy jest sens nie strzelać do nieobecnych? Ale tablicę przybił, na wypadek gdyby przyszło strzelać.
Na chwilę wpadł szeryf, puszczając konfidencjonalnie oko, zamówił bezalkoholową lemoniadę i krzywiąc się po pierwszym łyku, przeczytał.
– Słyszałem Fred, że podajesz alkohol zawodowcom – nie miał oczywiście na myśli zawodowo pijących, tylko właśnie rewolwerowców. – Ostrzegam. Nie chcę awantur – błysnął groźnie służbową gwiazdą, odchuchnął i wyszedł, ślizgając się na ostrogach jak na wrotkach.
Najmłodszy mieszkaniec miasteczka od czasu ostatnich wydarzeń był po pięćdziesiątce, ale mało kto nosił czterdziestkę piątkę i wpadał do baru na setkę, toteż nie zastanawiano się jakiego rodzaju to pięćdziesiątka. – Czy ma związek z wiekiem, czy typową kowbojską literatką.
Młodzieniec ten codziennie przesiadywał przed knajpą, błyskając wyrzynającymi się złotymi ząbkami z wypłukanych pastą samorodków i taplał się w błocie przy poidle.
– Precz gówniarzu! – próbował przegonić młodocianego barman, ale ten nie zwrócił nawet uwagi, chlapiąc naokoło. – Może ktoś w końcu zrobi z nim porządek, niechby i rewolwerowcy – roił barman. Strzepnął błoto z fartucha i wrócił za kontuar.
Nagle skrzypnęły zawiasy nieoliwionych od ostatnich wydarzeń, wahadłowych drzwiczek, które tak były drzwiami, jak stringi majtkami, a do sali wtargnął bez wątpienia rewolwerowiec.
Takiego pozna nawet dziecko. Tylko on potrafi dać babrającemu się w błocie brzdącowi cukierka. Taki zawsze stoi w rozkroku na ugiętych nogach, by w każdej chwili amortyzować odrzut, a ręce ugięte w łokciach dysponują błyskawicznym dostępem do kabury jednej z drugą, jeżeli to oczywiście dwu-kaburowiec.
– Nie pchaj grubasie nosa między cukierek i papierek – wysyczał szkrab po pięćdziesiątce do barmana, wietrząc profesjonalne poparcie. Puścił wahadłowe drzwiczki, które są tak drzwiami jak stringi majtkami i te zaczęły się wahać, zdaniem barmana, wyjątkowo zdecydowanie. Innym razem sprawiłby gówniarzowi lanie, ale nie teraz. – Gnojek odważny, bo z cukierkiem.
– Skąd oni się biorą? – to znaczy rewolwerowcy. Otóż z błota i cukierków, tak jak myszy z kurzu kościelnego. Potem taki zainfekowany tą słodyczą młody człowiek z pewnością już zostanie zawodowcem bez względu na wychowanie. „Zawodowiec” to nie profesja dla piekarza, księgowego, brokera, dealera, a nawet lotnika i strażaka. – Ci mogą być amatorami bez ujmy dla zawodu.
Już nie wróci do piaskownicy i nie weźmie do rączki zabawki innej niźli naładowana klamka i jedynie na samym początku, przed inicjacją, zgodzi się żeby była na wodę albo kapiszony.
Z brzękiem ostróg, zostawiając ślady błota, rewolwerowiec podszedł do stolika w rogu i z łoskotem dwóch sprzężonych pasem kowbojskim rewolwerów uzbrojenia strzeleckiego zwalił się na krzesło, a jeszcze przed chwilą babrał się z najmłodszym mieszkańcem i dał mu dropsa. Oni dbają o nowe kadry jak nikt i nigdy dotychczas utalentowanego narybku nie brakło.
Smarknął gwałtownie, zatykając prawą dziurkę, a treść chlapnęła na podłogę przy samym barze i przez kilka sekund na jej deskach traconym impetem drgała razem z wahadłowymi drzwiczkami wejściowymi, które tak są drzwiami, jak stringi majtkami, po czym pod wpływem temperatury powietrza ścięła się na miękko i znieruchomiała.
– Sam wyplotkowałem – szepnął do siebie przestraszony barman, odzyskując niespodziewanie pamięć. Takie przebłyski zdarzają się najczęściej w tak zwanych sytuacjach ekstremalnych, do których niespodziewane pojawienie się rewolwerowca, nawet na dzikim zachodzie, z pewnością należy, bo skąd wiadomo, jakie nazwisko zawodowiec ma na blankiecie zlecenia?
– Trzeba mi było paplać? – klęczał schowany za kontuarem barman i z niepokojem obserwował gościa, czyli rewolwerowca, przez wywierconą w kontuarze strzelniczkę. – To coś takiego jak zapalniczka, z tym, że do ognia strzeleckiego, na wypadek gdyby przyszło otworzyć. Obok strzelniczki, jeszcze przed końcem ostatnich wydarzeń, leżał rewolwer, ale barman dobrze wiedząc, czym może się skończyć strzelanie do zawodowca, zagwoździł go i przerobił na młotek.
– Może to przywidzenie? Z tego gorąca…
– Nie gap się tak. Uszczypnij się w ucho, to się przekonasz – usłyszał nagle i stracił wszelką nadzieję.
Powoli wstał z rękami uniesionymi do góry, w jednej trzymał butelkę w białej do pewnego stopnia serwecie, która bielała w kontakcie z charakterem zawodowca, w drugiej typową kowbojską literatkę. Po chwili mógł już liczyć na biel serwety w charakterze znaku pokoju.
– Tak. W końcu białe jest białe… – ucieszył się.
– A więc to prawda. Oddzielą dobro od zła, wybielą białe i przyfarbują czarne.
– Ależ ja wierzę! – wyjąkał, jednak pod wpływem świdrującego wzroku zawodowca uszczypnął się posłusznie aż do pierwszej krwi.
– Lufa na drugą dziurę? – nieśmiało zaproponował mając na myśli nos oraz typową kowbojską literatkę jako synonim lufy.
– Czy jest gwintowana? – zapytał rewolwerowiec z zaawansowaną fachowością.
– My zawodowcy ciągniemy z gwinta, jest lżej – podziękował zimno i zrobiło mu się jeszcze goręcej niż było. Nie zwykł dziękować, robił to niezgrabnie, z wysiłkiem, więc się spocił.
– Wynalezienie gwintowanych literatek jest tylko kwestią czasu – wyjąkał barman, który wszystkie mądrości, które znał słyszał od żony. Była zdania, że nagwintowanie literatek znacząco zwiększy spożycie, a tym samym podniesie jej standard ekonomiczny.
– Poczekam – chłodno odparł zawodowiec, wyjął z pasa nabój, zębem odkapslował łuskę, zamieszał kolistym ruchem proch i zachylił donośnie, to znaczy, że nie doustnie. Następnie chwycił nos dłonią od góry i walnął z obu rur, które tak jak i typowa literatka niegwintowane nie charakteryzowały się dużą celnością. Rykoszety stłukły jedynie kilka butelek, ale barman już nie śmiał się odezwać. Zresztą, od czasów ostatnich wydarzeń stracił doszczętnie wymowność. Po prostu nie było do kogo otworzyć pyska – nie licząc żony, ale ta otwierała znacznie częściej tworząc ścianę dźwięku nie do sforsowania.
Zawodowiec zdjął chustę z szyi i skrupulatnie owinął grot wyciora. Jakiś czas leniwie patrzył na pełzające po stołach muchy. Niektóre pijane próbowały czołgać się na ośmiu, ale mając tylko sześć kończyn, bezradnie leżały przebierając nimi niezdarnie. Nagle błyskawicznym ruchem rozchlapał jedną o blat i wytarł rękę o spodnie, które w niektórych miejscach były aż do połysku wypolerowane. Tak. To legendarne blue poleruchy. Z kieszeni wydobył zapałkę, zaostrzył, obgryzając i długo dłubał między kilkoma zębami, wypluwając naokoło urobek i gasząc fosforową zapałkę za każdym razem. Splunął kilka razy na podłogę, potem celował do spluwaczki. Kątem oka spojrzał na barmana, ten jednak nic nie widział i nic nie słyszał. Zawodowiec skrócił umiejętnie kąt oka, ale nie pomogło, a nawet barman jeszcze bardziej ogłuchł i oślepł, więc zrezygnowany machnął na niego ręką.
– Słucham proszę pana? – na ten gest barman błyskawicznie odzyskał zmysły. Na machanie ręką był wyjątkowo wrażliwy, a przy tym kiedy macha ktoś taki jak rewolwerowiec, to nie to samo, co kiedy gest ten wykonuje autostopowicz albo nawet szeryf.
Nie zwracając pozornie na nic uwagi, rewolwerowiec przegrzebał popielniczkę, znalazł niedopałek, z którego nad parą własnego chuchu odwinął bibułkę. Zmiął i okręcił nią czubek zapałki, wyczyścił uszy, dokładnie, co jakiś czas oglądając narzędzie i ostrząc na blue poleruchach. Rozpiął koszulę i zabrał się do zdejmowania butów. Powoli zdjął i wylał sos po skarpetkach, z powrotem buty włożył, po czym podłubał wyciorem w nosie i zasnął.
Głośne chrapanie zwłaszcza muchom nie przeszkadzało, tak były zajęte poganianiem larw harujących przy przerabianiu sosu skarpetkowego na sojowy.
– Któż to jest? – zastanawiał się barman – chyba White Bill Czyścioszek… Jaki pedancik! No, no… – cmoknął cicho z podziwu i nieudolnie zabrał się do robienia kasy. Każdy na swój sposób usiłuje – kasiarz po swojemu, kasjerka w okienku, a kasownik zastępuje siłę żywą… Zaczął poważnie myśleć o opancerzonym kasowniku, który by jego siłę żywą teraz zastąpił. W końcu zostawił kasę żonie.
– A jeżeli tacy będą przychodzić codziennie? Nie zdążył dokończyć pesymistycznych rokowań, gdy za wejściowymi wahadełkami, które tak są drzwiami, jak stringi majtkami, rozległ się tupot, a następnie chlupot. Po chwili na progu znów stał dorodny rewolwerowiec. Toż to już drugi! Ilu jeszcze jeźdźców przygalopuje… – rozpaczał biedny barman na sposób apokaliptyczny.
Ten odcisków na podłodze nie zostawiał. Linie papilarne butów umył w kałuży przy poidle, gdzie przy okazji dał cukierka znudzonemu po ostatnich wydarzeniach szkrabowi po pięćdziesiątce i nauczył go „fuck you” paluszkiem. Tak zrobiłby każdy ścigany listem gończym – to znaczy wysterylizował linie butów. Teraz robił jedynie niewielkie rysy rozkalibrowanymi długą podróżą ostrogami.
Zatkał nos i na bezdechu skierował się do przeciwległego rogu sali, co jakiś czas odtykając w celu akomodacji powonienia. Po prostu był uczulony na niektóre feromony sosu skarpetkowego. Usiadł i po zdjęciu kraciastej chusty, wytarł buty, a potem czoło.
– Brudas… – pomyślał barman – tą samą chustą… Rewolwerowiec pogrzebał w skórzanej torbie, wyjął flakonik odorantu i odświeżył się obficie pod spoconymi pachami, co upewniło barmana, potem wyjął wonny smar, którym nabłyszczył włosy i tak wonne uczesał, co z powrotem wprawiło barmana w zakłopotanie.
– Sam nie wiem – myślał – przecież o higienę jednak dba…
Zawodowiec wyjął rewolwery i kręcił na palcach zmieniając cynglem liczbę obrotów, a kurkiem kierunek. Przełącznikiem ognia włączył udar, by zwiększyć siłę przebicia i wtedy gruby barman uznał, że będzie lepiej, jeżeli uda się do magazynu. Rewolwerowiec zmniejszył obroty i wyłączył hałaśliwy udar tak szybko, że biedny szynkarz nie zdążył zrobić nawet kroku, gdy usłyszał:
– Mała whisky i olejek! – znieruchomiały barman pierwszy raz słyszał o olejku na popitkę – może do smarowania zdrożonych końskich stawów? Szybko podał najmniejszą jaką miał whisky i o nic nie pytając, posłał po duży, po dwakroć duży, olejek. Rewolwerowiec przepłukał usta bulgocąc, wstał i kulturalnie wypluł zużytą whisky do spluwaczki, ale pod takim ciśnieniem, że się przelała. To już nie była whisky, a jedynie rozcieńczone popłuczyny. Po whisky zawsze dostawał ślinotoku i kaca, ale był zawodowcem, więc w pracy nie pił. Gdy znowu usiadł, olejek stał już na stole.
– Would you mind fucking it out, please? – poprosił, tym razem ze złości, zupełnie niekulturalnie, jak tutejszy – za przeproszeniem zachodni dzikus – wskazując brodą na buteleczkę olejku.
– Ma być dla niemowląt! – ze złości rewolwerowiec włączył udar, słusznie mniemając, że na tłustego barmana wystarczy przebijalność ustawić na tłuszcz.
Barman struchlał i w tym stanie nie potrafił wykonać nawet najprostszego ruchu.
– Zrezygnowany rewolwerowiec kiwnął na brzdąca po pięćdziesiątce, rzucił mu dropsa i po kilku sekundach olejek stał na stole. Zawodowiec wyjął złożoną perfekcyjnie chusteczkę, umoczył w delikatnym płynie i powoli z uczuciem zaczął czyścić oba swoje narzędzia pracy. Potem splunął na rękę, wytarł o poleruchy, w końcu doszlifował uzbrojenie na udzie. Załadował, pokręcił znów na palcach, włożył w olstra i zapalił cygaro, ot tak, dla zadymy.
Cisza zapanowała taka, że w uszach świstało i od tego świstu nagle zbudził się pierwszy z zawodowców, a barman ciągle nie wiedział, czy to Black Joe Brudas, czy White Bill Czyścioch. Szanujący się rewolwerowiec jest do świstu przyzwyczajony, szczególnie do świstu kul, i to do tego stopnia, że nawet kiedy pogwizduje, to ostrą amunicją. Co innego świst ciszy, a ta była taka, że nie było słychać pulsu.
– Taki nie ma serca, to i pulsu brak… Niektórzy usuwają już podczas inicjacji – domyślał się barman. Tyle wie każdy.
Zawodowiec spokojnie wyjął broń. Pogłaskał dłońmi i wysypał z luf niedopałki prochu. Napluł na rękaw i dokładnie wytarł, aż wszystko zaczęło błyszczeć, a ubrany przecież był w oryginalny komplet poleruchów…
– Tak wycierały się dżinsy… – rozrzewnił się w myślach barman, wspominając czasy, kiedy i jego rewolwer miał sporą siłę przebicia.
Wtedy pierwszy z zawodowców spojrzał bezczelnie drugiemu między oczy, a ten w odpowiedzi zmrużył powieki chłodno jak grzechotnik.
– To walka o przewagę optyczną – pomyślał barman.
Obaj zawodowcy stali w rozkroku, na ugiętych, co nie znaczy, że miękkich nogach, jak nakazywała kowbojska reguła i wychowanie.
– Podobno Brudas strzela w plecy poniżej pasa i dlatego zwany jest brudasem – w takiej sytuacji plotki coraz bardziej natrętnie kłębiły się pod czaszką barmana i zupełnie nie na temat. W rezultacie wolał znów przykucnąć za ladą.
Muchy przysiadły w szparach i cisza zaległa jeszcze większa od poprzedniej, a kukułka w zegarze przestraszona nie wytrzymała:
– Co jest grane? – wykukała…
Nagle huk… i dym prochowy zasłonił śmierdzący smogg cygara tlącego się dla zadymy.
– To znaczy chciałam powiedzieć strzelane… – usiłowała poprawić się kukułka.
Jak jeden strzał, padła salwa z czterech luf.
– Tylko bez jaj! – krzyknęła kukułka i z otwartym dziobem zamarła w przerażeniu.
– Bez jaj – mechanicznie ponownie wykukała, zamknęła dziób i zrozumiała, że to jej ni wyjście – ni wejście, bo wyjście z zegara, a wejście do akcji, posłużyło za sygnał. Oszołomiona nie zapomniała jednak o obowiązkach i tracąc na chwilę dokładność, dokukała, że jest mniej więcej około południa.
Pierwszy z zawodowców rozdeptał dymiące łuski, drugi swoje podniósł, wydmuchał i złożył wydmuszki w popielniczce.
– To może brudzia? – zaproponował pierwszy.
– To musi być brudas… – myślał barman – żeby aż tak czule wyrażać się o nieczystości (Czyścioch powiedziałby brudasa).
– Tfu – splunął.
– Niech będzie, ale dla mnie czysta… – padła odpowiedź.
– To czyścioch – barman przez cały czas starał się być na bieżąco.
– No to chlapniem – to brudas – czyścioch by nie chlapał… Nie było dane biednemu zidentyfikować zawodowców i nic dziwnego, bo cóż to za profesjonalista, który daje się rozpoznawać?
Wychylili po tak szybkim, że nikt nie zauważył. Wydawało się, że brudas zdążył nawet w międzyczasie postawić małego szkrabowi po pięćdziesiątce.
– Temu chyba już czas na inicjację – pomyślał barman o szkrabie.

Długo w gęstym powietrzu rozwiewał się prochowy dym zmieszany z tytoniowym smogiem. Kiedy można już było coś przez rzedniejącą zadymę dostrzec, okazało się, że w saloonie został tylko barman i muchy, a czas wyraźnie ruszył. Kukułka zdążyła wstawić w zegarze drzwi, a jej jaja leżały rozbite na podłodze. Od tego czasu już nie odważyła się wysiadywać, a właściwie chyba nie miała czasu, bo jakby coś drgnęło. Młodzieniec po pięćdziesiątce pochylił się niepewnie, podniósł bryłkę złota i zdążył podać wychodzącemu czyścioszkowi. Połknął bakcyla. Rewolwerowiec wypłukał bryłkę w poidle i schował do kieszeni.
– To czyścioch – pomyślał barman.
Z domów wyszli mieszkańcy, zrobili kilka kroków jak gdyby była dopiero szósta rano i kiedy za rogiem straciły ich z oczu żony, biegiem rzucili się w stronę saloonu.
Miasteczko znów ożyło. Na głównej ulicy zrobił się taki ruch, że pierwszy od ostatnich wydarzeń dyliżans potrącił mustanga, wskutek czego na głównym skrzyżowaniu dla bezpieczeństwa pojawiło się rondo sombrera Sancheza – złodzieja mustangów, który panicznie uciekał przed listem gończym pułkownika Bigmoutha, a ten już pędził bydło, nie spuszczając z oczu ani jednej sztuki, gdy nagle pojawił się ostatni bawół objęty ścisłą ochroną przed traperem Długą Strzelbą. Zwierz ten najwyraźniej uganiał się za jałówkami pułkownika, więc ten cofnął ochronę. Jak grom z jasnego nieba pojawił się Długa Strzelba i tak było po ostatnim dzikim zwierzu. Długa Strzelba mógł w końcu zmazać karby po whisky na swym odprzodowym buffalo killerze, regulując rachunek bawolim łojem. On nie brał na zeszyt, a jak na trapera przystało na kolbę. Oczywiście na kolbę swego odprzodowego długiego killera – nie kolbę kukurydzy, którą zaczęto uprawiać znacznie później. Na złamanej ostrej strzale Bladej Twarzy, wisiał już list gończy za przedsiębiorcą pogrzebowym. Podobno ten zboczeniec sfingował śmierć po dokonaniu gwałtów na pełnoletniej, po ostatnich wydarzeniach, młodzieży miejskiej, która dziś czekała na inicjację liżąc lizaki od rewolwerowców. Ci, dzięki niewiarygodnej szybkości, zdążyli poczęstować wszystkich zdolnych do obnoszenia się z bronią.
Znów miały się pojawić dziewice Kitty i jak kiedyś policzkować twardzieli po ryju.

Jak, pomimo celnych strzałów, nikt nie odniósł ran? Po pierwsze, to zawodowcy i celne strzały to dla nich nie pierwszyzna. Po drugie, brudas był bezczelny, czyścioch bez serca, które utracili już podczas inicjacji i kule trafiły w pustkę, raniąc jedynie muchy z pierwszych blatów.
A tak między Bogiem a prawdą, to strzelali na wiwat. Wynajął ich pułkownik Bigmouth, by ratowali zachód, więc przyjechali, ale kiedy się okazało, że mariachi Sanchez, z kapelusza którego powstało pierwsze w mieście rondo, kupił gitarę elektryczną, albinos Blada Twarz wyrzucił leszczynowy i sprawił sobie łuk elektryczny, którym teraz cechuje bydło pułkownika, to i samemu Bigmouthowi zrobiło się głupio. Do tego jeszcze Długa Strzelba usunął ostatniego dzikiego bawołu, a przedsiębiorca pogrzebowy powrócił w odpowiedzi na list gończy. „U mnie wszystko w porządku, czego wszystkim wzajemnie z całego serca życzę” – pisał. W takiej sytuacji Bigmouth wypłacił rewolwerowcom stawkę godzinową i kwita. Obiecali asystować przy inicjacji oraz wypoliczkowaniu na twardzieli.
To była piękna uroczystość. Niewiarygodnie szybki brudas zdąża przygotować schwytaną żywą lub martwą muchę, która następnie ma być krzywdzona przez adeptów. Czyścioszek zapina każdemu świeżą pieluchę, aby uniknąć zakażenia zarazkami roznoszonymi przez rytualnego owada. Mogą one przecież uszkodzić bakcyla połkniętego wraz z cukierkiem. Potem krzywdzą grupowo muchę do pierwszego bzyku. W punkcie kulminacyjnym wkracza pierwsza dziewica rudej Kitty i wypoliczkowuje kolejno po ryju. Na koniec defilada bydła. Równiutko czwórkami przechodzi przed szubienicą przerobioną w potrzebie na trybunę. Zdziczałe przez czas, gdy się nic nie działo, po ostrej musztrze już doszło do siebie i trzeba było widzieć równiutki rząd rogów po komendzie „Na prawo patrz!”.
Salwą z łuku elektrycznego uczczono pamięć ostatniego bawołu i wysłuchano hymnu regionu na elektrycznej gitarze.
Wieczorem w saloonie nostalgicznie pobili się Blada Twarz z Długą Strzelbą i wytargały się za włosy żona barmana z Rudą Kitty od dziewic. Podobno Kitty, zwana też czarownicą, bardzo mile wspomina White Billa Czyścioszka i czasem opowiada, jakie numery robiła z nim na miotle go-go, której mimo przeprowadzonej elektryfikacji nie zamieni na odkurzacz.
Połowa miasteczka gotowa jest iść o każdy zakład, że wie, który z rewolwerowców jest który, tylko barman – naoczny świadek – do końca pozostał bez pewności, ale już plotkuje, że za rok w rocznicę ostatnich wydarzeń w jego knajpie odbędzie się zjazd przedstawicieli zawodu zawodowca. Wszystkie zakłady są jeszcze nierozstrzygnięte. Jedni postawili na White Billa, inni na Black Joe, a wynik, jak się okazało, był remisowy, chociaż z powodu szybkości zawodników walka skończyła się przed czasem. Pułkownik się zagapił i dotychczas nie wie, na kogo wskazać.

– Cześć Fred. Czy się coś stało? – to szeryf znów leniwie siorbnął swoją lemoniadę, odchuchnął i na śliskich nogach wyszedł na ulicę.
– Eee, nic szeryfie.Od ostatnich wydarzeń nic.
– Słyszysz Emmy? To twoja wina, że znów się nic nie dzieje – biadolił wieczorem barman, zrzucając winę za niepowodzenia na płeć przeciwną.
– Od czasu, gdy zjadłaś zakazany owoc, jesteś przeciwko mnie…
– To ty zjadłeś mój niedojrzały – rozpłakała się niespodziewanie – ale nic straconego. Podobno przyjeżdża ruda Kitty z panienkami, mówią, że ma bardzo dojrzały.
Umiejętnie udał obojętnego na docinki i owocowe wdzięki, a na drugi dzień za wahadłowymi drzwiami jego knajpy, które tak są drzwiami jak stringi majtkami, już stała Kitty ze swymi panienkami.
No i niech ktoś powie, że nie należy wierzyć w plotki. Plotka to najrzetelniejsza informacja. W odróżnieniu od prawdy zawsze naga jak najczystsza pornografia, bo nie ma nic do ukrycia. Jest tania, a za krztę prawdy trzeba drogo płacić. Rozchodzi się we wszystkich kierunkach z prędkością myśli, która dotychczas uważana była za niedoścignioną. Przebija każdy beton i promieniuje przez wszystkie warstwy ołowiu. Przed nią jest przyszłość, bo myśleć coraz ciężej.
Myli się, kto uważa, że jest pomiędzy zainicjowanymi szkrab po pięćdziesiątce z wycinającymi się złotymi ząbkami – jego tam nie ma.
Widziano jak częstował dropsem rewolwerowca, a to stawia sprawę w jeszcze bardziej odmiennym świetle i może diametralnie zmienić sytuację na rynku mokrej roboty.
Albinos Blada Twarz pozostał myśliwym i zbieraczem, z tym, że zbiera złom i butelki, a z myślistwa to tylko dużo i ciężko myśli i z tej ciężkomyślności żadnego pożytku dla regionu nie ma. Długa Strzelba zrezygnował ze zbieractwa i produkuje puste butelki z pełnych, a pułkownik Bigmouth zakazał płukania złota i strzelania do dzikiej zwierzyny na miejscowym rynku w sensie gospodarczym – nie urbanistycznym. Po co hałas, gdy się nic nie dzieje?
I znów barman chodzi leniwie wzdłuż kontuaru. Ciągle nie wie, który brudas, a który czyścioszek. Teraz on rządzi i założył żonie tradycyjny kowbojski pas cnoty, po tym jak Joe Brudas próbował walnąć ją w plecy poniżej pasa.

I kolejny już raz Fool’s Gold tętniło swym normalnym życiem, to znaczy działo się tam niewiele. Właściwie do następnych wydarzeń nic, jedynie pojedyncze incydenty – niekwalifikowane jako wydarzenia. W pubie za kontuarem znów stał barman w którymś pokoleniu i wszyscy kupowali „na zeszyt”, już nie strzelbę, więc tylko sklep papierniczy, od czasu do czasu potrafił zaprosperować, gdy trzeba było zapisany wymienić, ale taka wymiana, to byłoby już wydarzenie.
Przed barem ciągle siedział szkrab, ale już po setce i niezmiennie babrał się w błocie. Leniwie częstował dropsami pojawiających się sporadycznie raz na na jakiś czas rewolwerowców i innych włóczęgów, a szeryf z burmistrzem Bigmouthem juniorem zachodzili w głowę, skąd w miasteczku taki spadek wydarzalności.
Dzisiaj burmistrz zwołał naradę. Szeryf zamówił, puszczając oko do barmana, zawsze tę samą chrzczoną bezalkoholową lemoniadę. Po pierwszym łyku odchuchnął, zjowialniał na twarzy i zabrał się do sprawdzania obecności.
– Pięćdziesiąt wystarcza, a mamy siedemdziesiąt pięć procent. W gremium – nie w whisky. Blada Twarz nie przyjdzie, bo mu rano piwa w zeszyt nie dopisałeś, ale jakieś licho musiało dopisać, bo faktycznie śpi. – To potomek Bladej Twarzy – dzikusa z dziada pradziada i jeden z pierwszych wstępnie ucywilizowanych, czego dotychczas żałuje i wypomina przy każdej okazji.
Właśnie nic się nie działo i burmistrz uważał, że jest najlepszy czas na wydawanie zarządzeń.
– No i dobrze, że nic. Do następnych wydarzeń można radzić.
Po knajpie rozległ się pomruk dezaprobaty barmana, ale nie miało to wpływu na przyszłe wydarzenia.
– Więc co, drodzy panowie? – zagaił burmistrz – czy nie uważamy, że nasze miejskie prawo jest przestarzałe?
– Weźmy na ten przykład paragraf: „Zabrania się strzelania do dzikiego zwierza”. Toż to anachronizm.
– Ależ Sam, przecież tylko z łuku i to leszczynowego – próbował bronić tradycji barman.
– No właśnie. Czy to ma sens? – nie dawał za wygraną burmistrz.
Ostatni taki łuk widziano u Bladej Twarzy, kiedy karmił z ręki ostatniego żywego zwierza, którego później zastrzelił za swoje długi Długa Strzelba, po cofnięciu ścisłej ochrony przez pułkownika Bigmoputha.
– W takim razie postawmy tryumfalny Długiej Strzelbie i pomnik zwierzowi – zaproponował barman. – Będzie w końcu łuk i zakaz będzie sensowny.
– Tak, to prawda, ale to godzi w wolność – walczył burmistrz.
– Zabrońmy z broni gumowej – upierał się barman by zabrać brzdącowi procę.
– Ale on strzela skoblami ugniecionymi ze szpalt Bullshit Express – teraz bronił burmistrz. Bullshit to sąsiednie wrogie miasto uchodzące w okolicy za większe.
– Nie zgadzam się, ale z drugiej strony, to przeciwwskazań nie widzę – zgodził się dla świętego spokoju burmistrz.
– A jak miałbyś widzieć, skoro jej niema.
– Czego niema?
– Drugiej strony…
– Jakiej drugiej strony? – nie kojarzył burmistrz.
– Bullshit Express jest jednostronicowy, a poza tym – tak w większych miastach mówią.
– Jak mówią? – czasem główny wątek niespodziewanie odsuwany jest na dalszy plan i trudno do niego powrócić.
– No, że „z drugiej strony”, że „bynajmniej”, „tudzież”, „po części” i tak dalej – to dodaje powagi. Mówią różnie, ale u nas wystarczy samo „z drugiej strony”, nie jesteśmy przecież tak dużym ośrodkiem, żeby aż tak się wyrażać.
– No taak – burmistrz zrobił tak poważną minę, że aż wszyscy zrozumieli, że zrozumiał i natychmiast sprowadził obrady do wątku podstawowego.
– Zaprotokołuj linijkę za moim ostatnim piwem. Pokaż. No nie procent, tylko „proc” – bez kropki! Chodzi przecież o procę gówniarza!
– To nie kropka. To muchy – sprostował barman.
– W takim razie all right. No, a co sądzicie o płukaniu złota? – tym razem, po całym zamieszaniu z porządkiem obrad, burmistrz zwrócił się do barmana w liczbie mnogiej, sugerując, jakoby zachowuje dystans w celu utrzymania dyscypliny, a nie po chrzczonej lemoniadzie widzi dwóch.
– Przecież to nonsens. Tu nie ma złota! No, może oprócz wyrżniętych świeżo ząbków brzdąca… Przestanie myć i nieświeżym chuchem wystraszy turystów.
– I tak ma nieświeży – oponował barman. Utrzymajmy w mocy. Niech myślą, że jest, poza tym zlikwidujesz i czego będziemy przestrzegać? Masz pomysł na zgrabny zakaz? Czego będziesz przestrzegał jako wzorowy obywatel?
– Dobra, niech zostanie – zgodził się zniechęcony burmistrz. To, co? Kończymy? Jeżeli masz jeszcze w zeszycie wolną kartkę, to stawiam linijkę – zeszyt dla bezpieczeństwa był w popularne w młodszych klasach szerokie linie.
I tak dalej wszystko, zarówno na miejscu jak i na wynos, powoli się toczyło i tylko czas płynął wartko, ale jedynie ten spoza Full’s Gold.
– Słyszycie? Podobno jedzie samochód! – wołał burmistrz od drzwi. – Nalej jedną – wysapał do barmana.
– Wierzysz w ploty? Pewnie znów masz dopisane, wtedy zawsze coś słyszysz, a wydarzeń jak brak – tak brak – wściekał się barman.
W pewnym momencie coś drgnęło, a była to karoseria starego cadillaca pismaka Golda z Bullshit. Kiedyś startował z piskiem opon i dziewczynek, teraz hamował z chrzęstem blach.
– Wyplotkowałeś! Wyplotkowałeś, krzyczał z wyrzutem barman, ale było już za późno. Wprawdzie pojawienie się pismaka nie kwalifikowało się jako wydarzenie, ale nic dobrego nie zwiastowało.
– Cześć! Jest tu jeszcze coś, czy bynajmniej tylko wy? – zakpił pismak, jako że z większego przybywał miasta. – Szukam szeryfa Papera.
– Pojechał na ryby – zdawkowo i wymijająco poinformował barman.
– W takim razie życzmy mu głębokiej wody pod spławikiem, a mnie dopisz głębszego – ucieszył się pismak.
– Ale zostawił alkomat – odgryzł się barman, otworzył zeszyt i wyjął ołówek – a poza tym nie mam wolnych kartek.
– Nie gadaj! Tu jeszcze jest miejsce – pokazał palcem – a alkomat jest rozładowany – blefował pismak.
– Nie tu! To protokół z sesji – umiejętnie protestował barman.
– Pokaż coście uradzili… No nie! Nie wolno płukać, nie wolno strzelać… Co u was wolno?
Pismak trzasnął drzwiami i wybiegł, a na drugi dzień na pierwszej stronie jednostronicowego Bullshit Express: „Full’s Gold wolność zagrożona!” i tak dalej i tak dalej.

Do miasteczka zbliżała się limuzyna. Pasażer z tylnego siedzenia wyjął telefon i wybulgotał tonowo numer i wzorowo wyartykuował:
– Cześć Bob.
– Dzień dobry panie senatorze – wyskrzeczał telefon.
– Czy w waszym parku jest dziki zwierz? – pytał senator.
– Nie. Jest jeden w Green Tree na wschodnim wybrzeżu.
– Cholera. Nawet helikopterem daleko. Dzięki mój drogi, to cześć – senator schował telefon.
– No widzisz stary? Nie ma szans, a obiecałem ambasadorowi polowanie. Dobra zatrzymaj tu i zobacz, czy da się coś zjeść.
Kierowca zatrzymał, wysiadł i pchnął drzwiczki baru, które tak niezmiennie tak są drzwiami, jak stringi majtkami.
– Hi! Da sie coś wrzucić na samare? – rzucił od drzwi, które i tak dalej, i tak dalej… – wchodzący kierowca.
– Dzień dobry. Kogo mam dopisać? – uprzejmie zapytał barman.
– Zupełnie się nie zrozumieli, ale kierowca przytomnie odpowiedział: senator Vilsky – kowboju! W tym wypadku „kowboju” nie miało żadnych powiązań z etosem, tylko znaczenie dosłowne, prawie zupełnie już zapomniane.
– Barman otworzył usta i czujnie zamarł ze złości, a kierowca rozejrzał się uważnie wokoło i spojrzał w końcu z ciekawością w otwarty zeszyt. Spojrzał raz jeszcze i sam niemalże zaniemówił. Szybko z głębszego zrobił płytszego, złapał oddech, odchuchając zmeliorował do dna i wybiegł na ulicę.
– Panie senatorze! Jest dziki zwierz!
– Co ty pleciesz? Tylko w statystykach i to sprzed stu lat…
– Sam widziałem! No, ale tak… Widzi pan, nic z tego. Oni zabraniają strzelania na obszarze rynku…
– Powtórz. Co? – dla miłującego wolność senatora to był absurd.
– No, mówię, że nic z tego, bo zabrania się strzelania na obszarze rynku w sensie gospodarczym.
– Co ty pleciesz? Rynek to ja! Jasne? Świetnie. Powiadasz jest? – senator wyraźnie się ożywił, bo co by nie mówić, to na dzikim zwierzu zawsze w jakiś sposób można zarobić.
A choćby i wiewiórka i nie musi być zupełnie dzika. Ucieka z rezerwatu i zagraża. Jest pościg, transmisja na żywo, nie chce się poddać i ginie od kul ochotników.
– Myślę, że skoro te pastuchy zabraniają, to znaczy, że jest. Szefie, tym prostaczkom nie przyszłoby do głowy zabraniać, gdyby nie było. I to chyba niedźwiedź.
– Widzę, że czasami potrafisz myśleć – senator poklepał po plecach kierowcę – nie odwrotnie. Daj telefon i zawracaj do Polis – niemalże zakwilił radośnie, bo przecież senator nigdy nie kwili, tak jak i mężczyzna nie płacze.
Tymczasem nastrój ożywienia w barze powoli wracał do normy. To już były wydarzenia. Kolejny raz powrócił pułkownik Bigmouth ze swym bydłem i szuler oraz bandyta Peacebreaker, wszyscy w kolejnym pokoleniu.
– Widziałeś Sam? Takim ciągle się gdzieś spieszy. Słyszałeś? Senator! Widziałem go w telewizji – nie mógł ochłonąć barman.

Tymczasem w Bullshit tamtejszy mafiozo Terror Incognito przeglądał codzienna prasę.
– Pokaż no Angel Diablo, co tam w kowbojkowie. Zobacz! Coś takiego! Zabrania się płukania złota na miejscowym rynku. Wykręcaj szybko Polisville i dawaj senatora.
– Panie senatorze! Słyszał pan? My wszędzie szukamy miejsca na pralnię, a tam w tym kowbojkowie, niech pan sobie wyobrazi, jest taki rynek, że zabraniają prać szmal. Mało tego. Oni tam płuczą brzęcząca monetę!
– Gdybym tam nie był, bym nie uwierzył Terrorito, ale coś na ten temat wiem. Zadzwonię pojutrze, kiedy wrócimy z polowania. My z tego zadupia zrobimy nowe „Las” – i to z niedźwiedźmi. Mówił „niedźwiedźmi”, uważając, że jest to ekscentryczne, wielkomiejskie ekskluzywne i w dodatku podoba się kobietom.
– Słyszałeś cymbale? Będziem prać ekologicznie, w lesie i to pełnym dzikiego niedźwiedzia. No, nie bój się. Niedźwiedź, goryl – dwa bratanki – Incognito pocieszył zdezorientowanego mafijnego sołdata… – i na dupy i do klamki – dokończył.
I tak, od ostatnich do następnych wydarzeń cyklicznie płynie czas wszędzie, nie tylko w Fool’s Gold. Między wydarzeniami oczywiście nic się nie dzieje i jest to dobry czas na konsumpcję. Wszystkie dotychczasowe próby spłaszczenia cyklu spełzły na niczym. Wielu chciało, żeby ciągle się coś działo, ale trafiali na bardzo silną opozycję tych, którzy chcieli konsumować w ciszy i spokoju. To właśnie zmagania tych dwóch frakcji generują cykl, a motorem i podstawowym mechanizmem jest plotka szumnie nazywana informacją. Trzeba jednak powiedzieć, że bardzo wyrównał się poziom higieny i zupełnie nie sposób odróżnić brudasa od czyściocha. Wzrosła dokładoność pomiaru czasu, bo Kukułka już się nie huśta na sprężynie. Zawodowiec nie pójdzie w zadymę bez kominiarki, a dzieci od amatora cukierka nie wezmą. Tymczasem, podobno miejski szkrab z Fool’s Gold w zamieszaniu podstępnie poczęstował samego Vilsky’ego, zaraził jakimś bakcylem, ten zwymiotował i cały legalny majątek przekazał na cele dobroczynne.
Ruda Kitty zapowiedziała, że w wigilię nadchodzących wydarzeń wystąpi w lokalu barmana, osłaniana jedynie wahadłowymi drzwiczkami saloonu, które tak przecież są drzwiami, jak stringi majtkami i otworzy je każdemu, kto zapłaci za hasło. Gruby Freddy junior już się na tę okazję ze swą Emmą pokłócił, a pułkownik Bigmouth obiecał na chwilę poluzować bydłu.
Każde wydarzenia najpierw są ostatnie, a następnie powoli, ale konsekwentnie z niezachwianą wytrwałością przesuwają się na początek, by nierzadko osiągać na stosie historii miejsca wysoko notowane.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *