Gdzieś na czeskich bezdrożach

Czescy twórcy już dawno przekonali cały filmowy świat, że na komediach znają się jak mało kto. Tym razem serwują nam „Młode wino” – razem z kobietami, śpiewem, tańcami i latającym Citroenem 2CV. Taka balanga po prostu nie mogła skończyć się źle.


Nie wiedzieć czemu to właśnie scenerię winnic upodobali sobie twórcy filmowi, aby przekonywać o minusach życia w miejskim zgiełku i plusach powrotu do natury. Zarówno „Bezdroża” Alexandra Payne’a i „Dobry rok” Ridleya Scotta to opowieści o wewnętrznej przemianie i powrocie do tego, co jakoby w życiu najważniejsze. I „Młode wino” w te tradycje próbuje się wpisać. Nie tylko tematyką i scenerią, ale także sposobem prowadzenia opowieści i, choć to stwierdzenie ryzykowne, puentą.

Ale po kolei. Bohaterami filmu są dwaj drobni oszuści. Z Pragi. Jak się szybko okaże ma to znaczenie kluczowe dla rozwoju fabuły. Honzę i Jirka bez wątpienia można nazwać oportunistami – i to w najbardziej przebrzydłym znaczeniu tego słowa. Ich cwaniactwo sięga nawet czeskiego parlamentu, w którym Honza sprytnie załatwi dwa bilety dyplomatyczne do Argentyny. Jednak okoliczności dosyć szybko rzucą bohaterów z dala od stolicy – na Morawy. I w tym nieco zapomnianym przez cywilizację regionie pełnym winnic, fanstastycznych widoków i dobrodusznych ludzi dopełni sie cała historia.

Dodajmy, że historia, która nie powali na kolana ani miłośników czeskich komedii, ani amatorów czeskiego wina. I tu paradoksalnie tkwi siła dzieła Bařiny. O ile bowiem „Samotni”, „Guzikowcy” czy choćby „Wycieczkowicze” bronili się kapitalną historią, „Młode wino” emanuje spontaniczną radością tworzenia. Prostota – zarówno realizacyjna, jak i scenariuszowa – sprawia, że ja ten film kupuję z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Młody Honza w Pradze utrzymywał sie wyłącznie dzięki swojemu cwaniactwu, które prawdopodobnie zostało wymuszone okolicznościami losu. Jednak balansowanie na granicy prawa ma niezaprzeczalne minusy. Nasz bohater zauważy je dopiero patrząc z perspektywy czeskich Moraw. Szybko okaże się, że ze spokojnym i uczciwym życiem jest jak z winem. Do obydwu tych rzeczy trzeba się najpierw przekonać. Z chaotycznego młodzieńca Honza przeistoczy się w prawdziwego gospodarza winnicy. Bez wątpienia będzie to także zasługa pięknej Klarki, bodaj jedynej (ale za to jakiej!) miejscowej panny do wzięcia. W wyścigu do jej serca bohater będzie musiał nawet stoczyć pojedynek z pewnym piwoszem. Jak się nietrudno domyśleć prostackie piwo nie będzie miało szans z wyrafinowanym smakiem świeżego czeskiego wina.

Obraz imponuje poziomem wykonania. Kapitalne zdjęcia 30-letniego (!) Martina Preissa i muzyka Hynka Schneidera sprawiają, że film ogląda się z przyjemnością, a morawskie bezdroża nabierają przepysznego wdzięku.

Zresztą Bařina raz po raz udowadnia, że o odpowiedni klimat potrafi zadbać jak stary wyga. W wielu momentach sytuację uratuje zdezelowany Citroen 2CV, a także świetni młodzi aktorzy: Kryštof Hádek, Lukáš Langmajer i, moja osobista faworytka, Tereza Voříšková w roli Klarki. Niespełna 20-letnia aktorka ma w sobie tyle naturalnego wdzięku i seksapilu, że w każdej scenie oczy widza mimowolnie szukają jej na ekranie. To rzadka cecha, którą w Polsce miała chyba tylko młoda Katarzyna Figura i Anna Dymna.

Tomáš Bařina debiutuje bezpretensjonalnym, pełnym uroku filmem, który z przyjemnością obejrzą wszyscy ci, którzy są w stanie (jeszcze albo już) przeczytać napisy pod ekranem. I każdy z nich będzie się świetnie bawić.

A ja ciągle się zastanawiam co takiego jest w nas, Polakach, że nie potrafimy kręcić optymistycznych filmów. Owszem, sztukę robienia filmów głupawych opanowaliśmy już do perfekcji. Nauczyliśmy się tego od naszych przyjaciół Amerykanów. Ale klasycznego kina rozrywkowego ciągle brak. Całe szczęście, że nasi południowi sąsiedzi w tej kwestii zawodzą nas niezwykle rzadko.

0 thoughts on “Gdzieś na czeskich bezdrożach

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *