Mam na imię Lisa

Chociaż ulicy Filantropów nie można było znaleźć w ścisłym centrum miasta, to nie należała ona do mało uczęszczanych. Pomimo że ciasna, kręta i stromo schodząca w stronę Wisły, działo się na niej sporo. Pod numerem trzynastym – pod czerwoną markizą, przycupnęła mała kwiaciarnia o oryginalnie brzmiącej nazwie Kwiaty. Wystarczyło pokonać jeden stopień, a za drzwiami czekały na klientów ściany w kolorze czekolady, ukwiecone najrozmaitszymi roślinami oraz ozdobami ogrodowymi (bardziej lub mniej kiczowatymi). Rok w rok, Kwiaty nadawały całej ulicy lekkiego powiewu wiosny i lata. Wystawiane przed nią codziennie (a dobierane z niespotykaną dbałością przez leciwą Gołdę) rośliny, uparcie rozweselały chodnik pstrokatymi kolorami. Słodkawy zapach lawendy i róż, południowa nuta białych oleandrów czy ziołowa esencja rozmarynu, unosząc się w powietrzu, przywoływały przechodniom na myśl dzikie ogrody, chylące się nad doliną Rodanu i schodzące do wód morza śródziemnego. Nieco bardziej w dół, pod dwudziestką, ulokował się zakład rzemieślniczy Pana Rojnego. W witrynie wystawione były starannie ułożone przez niego ramy obrazów – złocone, posrebrzane, aluminiowe i drewniane, antyczne i nowoczesne. Pan Rojny każdego dnia siedział przed swoim zakładem na składanym, drewnianym krzesełku i cierpliwie wyczekiwał klienta, który zechciałby u niego oprawić swój obraz albo lustro.

W budynku obok, w najwyższej w całym ciągu secesyjnej kamienicy, spokojnie działała od wielu lat kancelaria prawnicza Koleski & Wspólnicy, specjalizująca się w prawie telekomunikacyjnym i informatycznym. Raz po raz zajeżdżały pod nią niemal wyłącznie ekskluzywne samochody z bogatymi klientami, a jej pracownicy niespecjalnie wykazywali chęci do integrowania się z okolicznymi mieszkańcami. Nic dziwnego. Byli z nieco innego świata. Żyli na innym poziomie i w zasadzie żadnej ze stron nigdy nie przyszło do głowy, by pozwolić sobie na większą poufałość aniżeli kurtuazyjne dzień dobry.
Nieco bardziej w dół ulicy, w rzędzie ściśniętych gęsto kamienic, w oczy rzucały się jaskrawożółte ściany jednego z budynków. Pod numerem dwudziestym siódmym stała mała kamienica, z jedną witryną i przeszklonymi drzwiami wejściowymi. Niewielki balkonik, wiszący ponad nimi, mógł pomieścić co najwyżej dwie osoby. Choć ciasny, pełnił jednak rolę idealnego punktu obserwacyjnego. Roztaczał się z niego bowiem przyzwoity widok na okolicę, zarówno w górę ulicy, jak i na znajdującą się poniżej, a zakończoną przytulnym placem, dłuższą jej część. W murach kamienicy mieścił się zakład fryzjerski o oryginalnej nazwie SWEET DREAMS (szaloną nazwę wymyśliła jego ekscentryczna właścicielka), aspirujący do roli wielkomiejskiego, choć okoliczni mieszkańcy swojsko i pieszczotliwie nazywali to miejsce Cytryną.

Jedyna nowoczesna rzecz w salonie – wielkie, przeszklone witryny, które odważnie wypełniały front budynku od chodnika po pierwsze piętro, nie wystarczały, by zapewnić mu taki charakter. Nie wystarczały, bo cała reszta wyposażenia była w złym guście, źle dopasowana, kupowana na pchlim targu za jedną trzecią ceny… Górną połowę witryn zdobiły wzorzyste, haftowane firany, przedstawiające łąkę, z której zarośli dwa, może trzy dumnie wyprostowane pawie, przypatrywały się uważnie przechodniom. Poruszały się tylko wtedy, kiedy otwierane drzwi pomieszczenia mąciły jego wnętrze świeższym powietrzem. Ale ostatnio działo się to coraz rzadziej. Od dłuższego czasu zaglądało tu coraz mniej ludzi, interes szedł słabiej. Matylda, jego właścicielka, za mniejsze wpływy do kasy obwiniała wysoką inflację, która jej zdaniem, zabierała ludziom ostatnie grosze, przez co ci nie tak często już mogli pozwolić sobie na luksus pójścia do fryzjera czy kosmetyczki. Choć w przypadku Cytryny, można było mówić już tylko o fryzjerze. Kosmetyczkę Matylda wyrzuciła za oszustwa.

0 thoughts on “Mam na imię Lisa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *