Cały ten śluz

Nie było szans, żeby nie złapała Jarka. Jeśli za pomocą lusterka przytwierdzonego do patyka podgląda się kogoś biorącego prysznic, nie można przecież oczekiwać niczego innego, prawda?


Byliśmy na dole, przygotowując alkohol, zakąski i siebie, kiedy usłyszeliśmy Weronikę. A raczej jej wrzask, przypominający ryk obdzieranego ze skóry orangutana. Wszyscy popędziliśmy do łazienki na górze. To, co ujrzeliśmy, było dość zabawne. Weronika—owinięta w żółty ręcznik kąpielowy–tłukła Jarka po głowie butelką szamponu. Na szczęście dla tłuczonego butelka była plastikowa i prawie pusta.
Jarek–rozkosz na twarzy, prawa ręka uniesiona w obronie swojej cennej łepetyny–po prostu siedział na posadzce, cichy i szczęśliwy.
Wiem, że powinienem być wściekły, ale nie bylem. Potraktowałem to jako komplement. Zaryzykował porządne manto tylko po to, by zobaczyć, jak moja dziewczyna (bo zapomniałem dodać, że Wera to moja pani) wygląda nago. Znacie lepszy komplement?
A na dodatek miał na tyle przyzwoitości, że nie oddawał się przy tym rozkoszom masturbacji.

Poznaliśmy się w pubie. To znaczy, Weronika i ja.
To była wspaniała chwila! Ona—jaskrawopomarańczowa podkoszulka i obcisłe, czarne dżinsy—odwróciła się do mnie, trzymając szklankę stronga.
Zakochałem się w samych jej sutkach. Nie żeby było coś nie tak z jej piersiami jako całością, nie, są cudowne, rozmiarów porządnego grejpfruta, kształtne i jędrne. Tylko że te sutki… cóż, wychylały się. A może powinienem powiedzieć: wystawały?
Rzuciła na mnie okiem i zapytała:
– Dławisz się?
Postanowiłem wykorzystać szansę i gorliwie pokiwałem głową. Postawiła swoje piwo, wzięła głęboki wdech i chwyciła mnie od tyłu, próbując wydusić wyimaginowany obiekt z mojego gardła.
Po tym, jak trzeci raz ścisnęła moją pierś, wydałem z siebie słaby okrzyk.
– Dobrze się czujesz? – zapytała, pochylając się nade mną; sapałem dość przekonująco.
Kolejne kiwnięcie głową.
– Co to było? – kontynuowała przesłuchanie.
– Orzeszek – odparłem. – Dzięki.
– Nie ma sprawy. To był niezły ubaw. Jak na filmie.
Stała tak blisko, że jej sutki prawie mnie dotykały. Nigdy wcześniej nie bylem tak blisko raju.
Pulchny facet po czterdziestce pomachał ręką, przekrzykując zwyczajowy, barowy hałas:
– Mogę być następny?
– Marzyciel – odkrzyknęła Weronika.
Ma ujmujący uśmiech. Z takim uśmiechem nie ma co się kłócić. To uśmiech, który mówi, że stoi za nim cala armia mężczyzn, armia dzikich, okrutnych, bezwzględnych i absolutnie oddanych żołnierzy, którzy raczej woleliby zginąć, niż pozwolić mu zwiędnąć.
– Teraz muszę postawić ci drinka – powiedziałem, starając się nie wyglądać na desperata.
– Nie pijam z nieznajomymi.
Flirtuje ze mną, przyszło mi na myśl.
– Cóż, jestem Adam, a ty właśnie uratowałaś mi życie.
– Racja, zaatakował cię wielki, wredny orzeszek.
– Przynajmniej nie był to precelek.
Roześmiała się.
– Dobre.
– Mam swoje momenty.
Tutaj chciałbym podziękować Quentinowi Tarantino.
– Dobra, wygrałeś. Napijmy się. Przyszłam tu z kumpelą, ale olała mnie dla jakiegoś kolesia z tatuażem na bicepsie.
– Mogę cię o coś zapytać?
– O coś osobistego?
– Nie aż tak osobistego.
– No, hm… Strzelaj – wydawała się lekko zawiedziona.
– Jak masz na imię? – wypaliłem.
– Weronika. Ale znajomi nazywają mnie Wera.
– Podoba mi się. Miałem na myśli Weronikę. Trochę wyszukane, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. – Jestem mistrzem takich niezręcznych półkomplementów. Kiedy strzelam dziewczynie komplement, nigdy nie wiem, czy mnie pocałuje, czy spoliczkuje.
– Dzięki. Usiądźmy przy oknie.
Uff.
– Okej. Nie zapomnij swojego piwa.
I tak to się zaczęło. Kwiecień 2006

Dobra. Powróćmy do przyszłości, do grudnia 2007, który jest, z mojego punktu widzenia, przeszłością. Nieważne. Po prostu się ruszmy.
Po incydencie prysznicowym Weronika uspokoiła się zaskakująco szybko. A Jarek—poza kilkoma niegroźnymi siniakami (mogłoby być o wiele gorzej, możecie mi wierzyć!)—też czuł się dobrze. Nadszedł czas rozpocząć imprezę.
Wszyscy przyszli. Słodka Łucja ze swoim cichym mężem, Michałem; Artur ze swoją dziewczyną, Chudy Łukasz, Jarek i Kasia. Nasza lodówka była pełna. Wódka, whiskey, piwo, wino musujące, czego tylko dusza zapragnie. Z braku miejsca niektóre butelki musiały się chłodzić na balkonie.
Było prawie jak w starych, dobrych czasach, kiedy byliśmy oszalałymi od hormonów nastolatkami, nieświadomymi wielu rzeczy, zwłaszcza tego, ile człowiek jest w stanie wypić, zanim zwymiotuje. (Znaleźliśmy odpowiedz na to pytanie, przeprowadzając całą serię eksperymentów z substancjami o różnej mocy, smaku i pochodzeniu.) Piliśmy. Tańczyliśmy. Śpiewaliśmy. A potem, zaraz po północy, zmęczyliśmy się, usiedliśmy w kręgu, otoczeni przez puszki, kieliszki i w połowie wypełnione butelki.
Na pewno był dobry powód, dla którego zaczęliśmy dyskutować o pornografii, a nie—powiedzmy—o średniowiecznej filozofii chrześcijańskiej. Być może powodem tym był alkohol. Albo czas. Albo Jarek. Nieważne.
– Uważam, że oglądanie, jak inni uprawiają seks jest obleśne – powiedziała Łucja, wyrażając zdanie żeńskiej części naszego małego panelu. Była to też—chociaż jestem pewny, że Łucja o tym nie pomyślała—opinia czołowych filozofów średniowiecza. Wówczas istniały tylko kiepsko kopiowane i sekretnie rozprowadzane ryciny, ale rozumieli problem i walczyli z nim wszystkimi dostępnymi środkami.
Silą przyzwyczajenia Michał kiwnął głową.
– Obawiam się, że muszę się nie zgodzić – wymamrotał Artur, usiłując brzmieć jak naukowiec, co—zważywszy na okoliczności—nie było łatwym zadaniem.
– Co? – zaindagował Jarek.
– Jemu się to podoba – wyjaśniła dziewczyna Artura (nie pamiętam jej imienia; Artur zerwał z nią dwa dni później i on też już zapomniał, jak się nazywała, więc wcale nie czuję się z tego powodu winny.)
– To… nie do końca prawda – uściślił Artur.
– Ale Łucja ma rację. Jest to dość obleśne, kiedy się temu bliżej przyjrzeć. No wiecie, cały ten śluz, ślina i sperma wszędzie w zasięgu wzroku – powiedziałem.
– Kiedy patrzysz na to w ten sposób, seks też jest obleśny – stwierdził Artur.
– Tak, tylko uprawiając seks, nie rozmyślasz o tym, jak to wygląda. I nie oglądasz siebie, co nie? Po prostu… to robisz – rzuciłem.
Nastąpiła krótka chwila ciszy, przerywana jedynie chichotaniem Jarka. (Dzieci! Takie rzeczy wyrabia z ludźmi alkohol!)
– Dlaczego wy, chłopaki, jesteście takimi ekspertami w tym temacie? – zapytała Łucja, najtrzeźwiejsza z nas. Co nie oznacza, że nie była nawalona jak ruski plecak.
– Każdy widział jakiegoś pornola przynajmniej raz w swoim życiu. Nie mów mi, że ty nie – powiedział Artur i łyknął piwa.
– Oczywiście, że nie.
– Ja też nie – dodała Weronika.
– Ja widziałam jednego, ale z samymi facetami – wyznała Kasia. – Był cholernie nudny.
– Gdzie niby go widziałaś? – zapytał Chudy Lukasz, dziwnie cichy tamtej nocy.
– Na wieczorze panieńskim u mojej kumpeli.
– Ja ich lubię – nieoczekiwanie zadeklarowała dziewczyna Artura. – Mój eks był wielkim fanem i mi się zapodobały.
– Je. Spodobały – poprawił ją Artur.
– Nieważne.
– Więc oficjalnie ty i ty – Chudy Lukasz wskazał Słodką Łucję i Weronikę – nie macie prawa głosu w dyskusji.
– Aż jakiegoś obejrzycie – dodał Artur.
– Zróbmy to! – nagle zawołał Jarek.
– Jarek. To jest dom moich starych. Nie znajdziesz tu pornoli, nawet gdybyśmy chcieli je oglądać – powiedziałem mu tonem, którego zwykle używam, rozmawiając z ciekawskimi czterolatkami.
Uśmiechnął się i wyciągnął z plecaka płytkę DVD. Tytuł filmu brzmiał: „Sekrety Gabinetu Oralnego 3”.
– Czy ty wszędzie nosisz ze sobą pornole? – zapytał Artur, oszołomiony jak tylko może być oszołomiony pijany facet widzący swojego przyjaciela machającego mu przed oczami filmem porno o 1:30 rano.
Reszta oniemiała.
– Nie wszędzie. Pożyczyłem wczoraj i miałem odnieść, ale zapomniałem.
– Aha. A moja dziewczyna jest szwedzką stewardessą – zaśmiał się Artur.
– Nic nie mówiłeś, że masz dziewczynę – zawołała (zgadnijcie kto!).
– Po pierwsze: ty jesteś moją dziewczyną, a po drugie: to był sarkazm – powiedział Artur, lekko poirytowany.
Lekka irytacja jest normalnym stanem umysłu Artura. Co oznacza, że trzeźwiał.
– Dobra, dobra. Nie musisz na mnie krzyczeć!
– Wcale nie krzyczę!
Oglądaliśmy ich kłótnię jakby był to półfinał Wimbledonu. To była piękna, ognista kłótnia o niewiarygodnym tempie. A widać było wyraźnie, że się dopiero rozgrzewali.
Nagle usłyszałem znajomy dźwięk. Odtwarzacz. Jarek umieścił w nim swoją płytę.
Atmosfera w pokoju zgęstniała. Nikt niczego nie powiedział, nikt nie chciał być pierwszy. Wymienialiśmy ostrożne uśmiechy i pytające spojrzenia.
Mężczyzna na ekranie zaczął pieścić swoją, według wątłej fabuły filmu, żonę. I zabrał się za ściąganie jej bielizny.
Spojrzałem na Weronikę. Była czerwona na twarzy. Nie wiedziałem, czy z podniecenia, czy zażenowania. W każdym razie nie przyznałaby się do niczego poza obojętną ciekawością.
Rzut oka na resztę sprawił, że poczułem się dziwnie. Wszyscy gapili się na telewizor. Jarek miał na twarzy szeroki uśmiech; Łukasz oblizywał wargi i kręcił młynka palcami. Nawet Słodka Łucja nie mogła oderwać oczu od „aktora” grającego główną rolę; jej ręka znajdowała się niebezpiecznie blisko krocza Michała.
Czy tylko mi było nieswojo, uczestnicząc w zbiorowym oglądaniu pornola? Skonsternowany, postanowiłem przeczekać. Ogłupiająca, elektroniczna muzyka wypełniła moje uszy. Mój umysł, z drugiej strony, pełen był obrazów tego, co miało zdarzyć się po filmie. Widziałem, jak ścigają się do pustego pokoju, pary i ci bez partnerów. Może Kasia i Łukasz w końcu się spikną? Nie chciało mi się śledzić tego, co działo się na ekranie. Nic mnie to nie obchodziło. Było tylko punktem wyjścia dla tego, co miało się wydarzyć potem.
Łukasz, z dzikością w oczach, głośno dysząc, pędził za Kasią przez korytarz i dalej, do sypialni moich rodziców. Chichotała i jęczała, i wrzeszczała na zmianę, głośniej i bardziej wiarygodnie niż którakolwiek dziewczyna z „Sekretów Gabinetu Oralnego”. Odwróciłem głowę zniesmaczony tylko po to, by zobaczyć, jak oni wszyscy się pieprzą, Artur i Łucja, Michał i dziewczyna Artura, Jarek i Weronika. Zachowywali się, jakby mnie tam nie było. Ale najgorsze było walenie dochodzące z sypialni rodziców, dokładnie nad salonem. Było tak silne, że żyrandol zaczął się kołysać. Widziałem, jak odrywa się i leci razem z sufitem. A potem łóżko z Łukaszem i Kasią, wciąż kotłującymi się, niezwracającymi uwagi na nic, całkowicie pochłoniętymi tym, co robili…
– Adam? Adam! Obudź się! – usłyszałem. A potem nad sobą zobaczyłem twarz Weroniki. To był tylko sen, dzięki Bogu! – Koniec filmu – dodała.
Mrugnąłem kilka razy. Była prawie trzecia.
– Gratulacje, Jarek. To była najobrzydliwsza rzecz, jaką w życiu widziałam – z satysfakcją powiedziała Łucja.
– Tak – zgodziła się Weronika. – Jak wy możecie oglądać to dla przyjemności?
– Mnie się podobało. Zwłaszcza ten kawałek z dwoma kolami i jedną dziewczyną. To było seksi! – zadeklarowała dziewczyna Artura. (Prawie mi się przypomniało! Ale znowu umknęło. Ona zaraz zniknie z tej opowieści i chyba zniknie bezimienna. Sorry, kochanie!)
– Co tu się mogło podobać? Dwóch niedorozwiniętych macho ruchających jakąś zdzirę?! – krzyknęła Łucja, oburzona takim otwartym złamaniem płciowej solidarności.
– A kto powiedział, że my to oglądamy dla przyjemności? – wtrącił Lukasz. – Ja to traktuję jako taki… mmm… film instruktażowy.
– Tak, coś w rodzaju „Instrukcji obsługi kobiety” z obrazkami – dorzucił Jarek, dziwnie poważny.
– Ile takich filmików już obejrzałeś? – ze słodyczą w głosie zapytała Weronika.
– Mnóstwo.
– A ile kobiet miałeś okazję… obsługiwać?
– No… dwie…
– Daj mu spokój – wtrąciłem się. – Wszyscy nauczyliśmy się z pornoli trochę sztuczek, a wy z nich korzystacie.
– Nie zauważyłam. Hej, dziewczyny, widziałyście, żeby robili jakieś sztuczki? – Weronika zwróciła się do Łucji, Kasi i dziewczyny Artura.
– Nie – Łucja potrząsnęła głową.
– Ja też – powiedziała Kasia, uśmiechając się jadowicie.
– Cóż, Artur robi ten jeden z językiem i palcem… ale wszyscy to znają – dodała dziewczyna Artura.
– Tak – powiedziała Weronika, niepewna, czy ostatnia opinia była za, czy przeciw. – Widzicie? – uśmiechnęła się do nas, instynktownie zbitych w kupę jak stado owiec, które właśnie wypatrzyło głodnego wilka.
– Poczekajcie sekundę! – postanowiłem stawić czoła wilkowi. – Nie o to chodzi! Chodzi o to… o to, że… – moja głowa była pusta. – O co, do kurwy nędzy, chodzi w tej dyskusji? – zakończyłem, chwiejnym krokiem zbliżając się do odtwarzacza, żeby wyciągnąć tę cholerną płytę.
Zapadła cisza.
– Ktoś chce piwa? Bo idę do lodówki – stary, dobry Łukasz uratował sytuację, strategicznie zmieniając temat na bezpieczniejszy.
Kilka głosów zawołało „ja”. Ktoś włączył muzykę. Impreza powstała z martwych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *