Śmierć w majestacie, czyli przygoda z S.B.

Nagle zadzwonił telefon:
– Halo! Pułkowniku-Doktorze! Czy nie mógłby pan podnieść słuchawki? – zza drzwi dobiegał głos Bystrego.
– Ależ oczywiście! Słucham?
– Witam pana pułkownika-doktora. Witam, witam!
– Przepraszam, ale proszę się przedstawić…
– Nie poznaje pan? To ja, Nieznany Sprawca!

jozef
Pułkownik zasłonił dłonią mikrofon.
– Słyszysz Bystry? Dzwoni jakiś Nieznany Sprawca. Czy jest ci znany?
– Ależ oczywiście. To mój nieznajomy. Ale niech zadzwoni później, poda namiary, paragraf albo najlepiej sam przyjedzie w kajdankach.
– Halo! Proszę chwilkę poczekać, idę po kapownik – kapownik to taki notatnik, w wersji elektronicznej chlaptop.
– O, już jestem, już notuję… Proszę powiedzieć „muzyka”.
– Z akcentem na „u” czy „y”?
– Proszę na „u”
– Dziękuję.
– A, czy może pan zdradzić, po co to panu, pułkowniku?
– Oczywiście. Po pierwsze, podstawowa zasada nakazuje maksymalnie przedłużać w nadziei, że rozmówca, jak w kręgach profesjonalnych, się sypnie, a po drugie, to odczytałem pańskie imię i nazwisko. Przecież pan rozumie – dżentelmen po pięciu minutach rozmowy nie zwraca się po imieniu, a pytać wprost – nieelegancko. Tak więc: imię – Nieznany, nazwisko – Sprawca.
– Też mi coś, przecież się przedstawiałem…
– No tak, ale skąd miałem wiedzieć, które imię, które nazwisko, a proszę pana człowiek, który w słowie „muzyka” akcent stawia na „u”, niewątpliwie na pierwszym miejscu podaje imię.
– No wie pan? Fascynujące!
– Tak jest. Pułkownik doktor służb specjalnych do usług. Byłem proszę pana w służbie czynnej wykrywaczem kłamstw, ale kiedy przyszło przyznać, że senator A. mówi prawdę i z obawy przed wysłaniem na skróconą nagle emeryturę, czas było przejść w stan spoczynku. Zrobiłem, nie tyle zaocznie, co potajemnie doktorat i pan widzi. Na tajnych kumpletach. No dobrze, a teraz proszę łaskawie podać rysopis, adres, datę i miejsce zbrodni. To bardzo uprości procedury. Aha, przepraszam, czy obchodzi pan popełniny? No… jak pan sobie życzy. Szanujący się sprawca wraca na miejsce popełnienia z załącznikami. Słucham?
– Przepraszam, ale nie wziąłem dowodu rzeczowego. Mimo to nie chciałbym panów rozczarować. Co do miejsca, to nie będzie byle jakie, bo Majestat, a data – jutro. Czy podać godzinę?
– Jeżeli pan łaskaw, będziemy wiedzieli, na którą zamówić nakaz i wygodny radiowóz. W przeciwnym razie nie uniknie medialnej egzekucji przez ułaskawienie.
– Nie chciałbym fatygować. Zmyję się szybko i sprawi mi ogromną przyjemność odwiezienie panów moją bezśladową bryką.
– No cóż, chcieliśmy jedynie zaoszczędzić kosztów myjni w kwestii zmycia.
– Nie szkodzi, mamy pralnie. Żałuję, że nie dane mi było ani chwili pomówić z wielkim detektywem. Adieu! Wolę się witać!
– Słyszałeś Bystry? Jak dobrze wychowany? Sie ma, a potem woli się witać!

*

Dawno nie widziano w Majestacie stuprocentowej frekwencji. Prędzej się można było spodziewać wysokich plonów kaktusa z rąk, zera punktów procentowych w akcyzie albo stu w samej wódce.
Co dwie głowy, to nie jedna, a co dopiero kilkaset i dlatego tworzone są wielkie pogłowia.
Zbrodnia wisiała w powietrzu, a przemawiał reprezentant Stronnictwa Świętego Spokoju.
– Chrońmy wartość najwyższą – święty spokój! Nie dajmy zakłócać wichrzycielom i mącicielom!
Wichrzyciele wietrzyli w gazie, mąciciele mącili w cieczach, przez co drożała benzyna.
– To nie żarty! Olej opałowy to nie olejek do opalania! – krzyknął przemawiający, zakłócając chwilowo swój programowy święty spokój.
Przemówienie było też płynne, ale nie jak paliwa, tylko jak woda, drzemano przeto w jego miłym plusku.
I w pewnym momencie padła zbrodnia.
Przemawiający podniósł głos i nikt nie słyszał, jak uchodzi dusza z ciała delegata Lewego Centrum Prawicy siedzącego dokładnie na przeciwko swego bezdusznego kolegi z Prawego Centrum Lewicy.
Nawet po fakcie obaj wyglądali tak, jak gdyby mieli osłabioną czynność, a jak wiemy, jeden z nich został jej pozbawiony zupełnie, toteż padł wraz ze zbrodnią.
W tym momencie na arenę niepostrzeżenie dla śniących przemówienie wkraczają Detektyw Bystry i Pułkownik-Doktor służb specjalnych.
Obaj idą czujnie między odciskami palców i mimo wąskich przejść między ławkami, na żaden nie następują.
– Mój drogi, czy mógłbyś podać lunetę?
– Ależ Bystry! Czy nie będzie ci lupa bardziej przydatną?
– Och, nie, drogi Pi-Di – to zdrobnienie od Pułkownika-Doktora, tak jak Edmund to Mundek, a Edward – Wardek.
– Chcę wstępnie sprawdzić pewien odcisk na przeciwległym krańcu areny, a przez gęste spektrum nic nie widać.
– Tak, to chyba ten. Widzisz? Tam na portrecie senatora A. – Podaj daktyla…
Pułkownik dr wyjął paczkę. Suszone dobrze chłonęły wilgoć z mokrej roboty. Ująwszy w smukłe palce jął demaskować.
– Teraz możesz podać lupę.
– O.K…!
To jednak nie było okej, tylko „O” i „coś zupełnie innego”, a wypowiedziane zostało ze stoickim spokojem przez Bystrego, gdyż nie był to odcisk palca, tylko ust.
Przedarli się między ławkami do denata, Bystry wyjął lupę, wnikliwie umieścił między swymi oczami i denatowymi zwłokami, Pułkownik-doktor zaś szukając narzędzia i motywu, zaglądał pod ławki w poszukiwaniu łusek lub trucizny. Znaleziona trutka na gryzonie i łuski od orzechów nie pchnęły jednak śledztwa naprzód. Poza tym ani si ani wi, nie mówiąc o liście motywacyjnym.
Podczas gdy Bystry szedł po nitce wiodącej ku nieznanemu dotychczas kłębkowi, Pułkownik-doktor był zaniepokojony tajemniczym odciskiem na wiarygodnej kopii podpisu pod portretem.
– Nieznany nie powinien takiego śladu zostawić, gdyż nawet seks robi w kominiarce – wydedukował Bystry.
– Mój drogi, jest odcisk…
– Już sprawdzam w bazie, drogi Bystry.
Pułkownik-doktor zajął się pobieraniem odcisków ust wszystkich obecnych, a do nieobecnych polecił wysłać blankiety zdjęć przełożonych i kochanek.
Stał z wyciągniętymi zarówno lewicą i prawicą, by nie razić uczuć politycznych i tylko na ułamek sekundy spojrzał, czy ma zapięte centrum. Notable kolejno podchodzili i składali odciski, odpowiednio na prawicy lub lewicy. Po każdym złożeniu dokonywano pomiarów, a następnie Bystry mył dłonie alkoholem z apteczki lub wydychanym przez wracających z bufetu.
Praca była żmudna i dodatkowo utrudniana przez krzyki stawiających opór wąsaczy i brodaczy, doprowadzanych do golenia przez majestacką straż.
Po przeprowadzeniu pracochłonnego badania lizoskopijnego, skóra na delikatnych dłoniach detektywa była zaczerwieniona i to nie od szminki, a miejscami zdarta do krwi odrastającymi brodami i wąsami.
Badanie nie dało oczekiwanych wyników, lecz przy okazji wyszło na jaw kto, jakie portrety – i to czasem nie tylko taktownie w autograf. Bystry dyskretnie realizował jawność śledztwa, od czasu tylko do czasu przyjaźnie machając w kierunku coraz bardziej roznatrętnionych reporterów, a pułkownik-doktor porozumiewawczo salutował okiem byłym kolegom ze służb.
Szybko odrzucili kilka wstępnych podejrzeń słusznie mniemając, że morderca działałby z ustnikiem, a pies w kagańcu.
To oni są prekursorami lizoskopii. Metoda jako jedyna pozwala identyfikować orientację, czyli za – czy przeciw. Odcisk z języczkiem – to oddanie całkowite, geometria ust – więcej niż sympatia, piana oznacza przeciw.
Takiego odcisku jednak na ciele denata ani na portretach nie znaleziono.
Ani dedukcja ani czynności operacyjne nie przyniosły spodziewanych efektów, pozostała więc jedynie intuicja Bystrego.
– Czarna teczka! Gdzie jest czarna teczka! – zakrzyknął.
Majestat bywa standardowo wyposażony w czarną teczkę, w której znajdują się różne nagrania i otwarcie tej przyniosło sensację. Nagrań brakowało! Tylko MP3 i ani jednej MP więcej. Odtworzyć można było jedynie przedostatnie chwile życia denata. Nikt już nie pamiętał, że kilka minut przed zejściem siedział zaaferowany, cennikiem ustaw i z pewnością, pomiędzy aferami nie dostrzegał niebezpieczeństwa. – Brakujące do zejścia z życiorysu chwile, były skasowane. Ale do trzech razy sztuka i nie trzeba MPwięcej.
Prawdziwa bomba wybuchła, gdy skończyło się przemówienie. Z ogromną przytomnością Bystry zdążył zabezpieczyć plik, który jako ostatni wpłynął do teczki i na jego dnie odnalazł coś, co okazało się listem motywacyjnym i CV. W „post grypsum”, autor prosił, by wyrobić mu dowód rzeczowy na stałe.
Nie było wątpliwości. To był Nieznany Sprawca.
W tym momencie, za oknem usłyszeli warkot silnika. Bystry odwołał radiowóz, schował kajdanki i wyjrzał przez okno. Z parkingu ruszała z piskiem opon bryka.
– Widzisz? Bezśladowy! – z podziwem palcem wskazał Pułkownik-Doktor.
– Nie maczaj palców! Włóż rękawiczki! – zdążył ostrzec kolegę Bystry.
Z okna samochodu wychyliła się niewidzialna ręka i pomachała czapką na pożegnanie.
– Nie, drogi Bystry. To nie jest niewidka! To jest kominiarka!
– Ależ to oczywiste! W tym kraju jedynie kominiarz jej nie nosi.

Sherlock to bardzo znane imię, ale zdumiewająco rzadko w tych okolicach stosowane. W przeliczeniu na jednostkę Dawida, Kamila czy Patryka – nie istnieje. A on miał tak na imię. Sherlock Borevitz – czyli jak by nie skracać – S.B. W wersji eksportowej Esbi. Nie pozwalał się jednak w ten sposób tykać, bo wtedy dowcipnisie nazywali nieodłącznego pułkownika – esbijką, co wkurzyłoby nawet najbardziej tolerancyjnego. Kryptonim alias, czyli po prostu ksywa – Bystry, a więc w pełnym brzmieniu S.B.B. – I tyle na skróty w kwestii wyjaśniania zawiłości tytułu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *