Harpia

Julia przeklinała chwilę, kiedy to wszystko się zaczęło.
Pewnego feralnego wieczoru gadzie, żółte oczy Amaimona dostrzegły ją w tłumie dziewcząt, który szczelnym kołem otaczał czarodziejkę Astarotte, zarządczynię Thiralathy – tendencyjnej szkoły dla młodych arystokratek. Nie było to zresztą takie niezwykłe, zważywszy na fakt, że stała najbliżej zarządczyni i wyglądała tak, jak wyglądała. Zawsze wyróżniała się na tle typowych demonic: złotowłosa, delikatna piękność z Tharmas, obdarzona jasną karnacją i spokojnym melodyjnym głosem, stale wzbudzała nieposkromione pożądanie wśród mężczyzn oraz tajoną zazdrość wśród kobiet.


Posiadła urodę swojej nieszczęsnej matki oraz strategiczny zmysł ojca, pomagający Dantalionowi – skromnemu wasalowi margrabiego Tharmas – przewidywać zmienne nastroje w kapryśnym Zoa, szarpanym wewnętrznymi niesnaskami między najważniejszymi przedstawicielami arystokracji tego kraju. Jego piękna córka nie mogła wykorzystywać go w taki sam sposób, z tego prostego powodu, że była kobietą. Nie miała prawa mieszać się do wielkich spraw tego świata, ani tym bardziej okazywać mężczyznom wyższości, choć czuła się lepsza przynajmniej od połowy zalotników, długo po wydarzeniach tamtego wieczoru, odwiedzających ją w Ethinthus, jej nowym domu.
A jednak ciągle to robiła. Czasami mimowolnie, jednym wyważonym spojrzeniem, a nawet samym swoim niespotykanym, wyniosłym wyglądem. Jasne włosy były domeną anielic, rzadko zdarzały się w Tharmas, jej rodzinnej krainie, lecz mimo to przypadły jej w udziale. Po pewnym czasie zaczęła myśleć, że właśnie dlatego Amaimon ją wybrał. Bo przypominała anielicę, a on nigdy nie przestał tęsknić za Emanacją. W owym pamiętnym momencie jego czarny mundur zoańskiego generała pokrywał podróżny kurz, a ostrogi przy butach brzęczały przy każdym kroku, który zbliżał go przed oblicze czarodziejki. Nie zdążyła odsunąć się na czas i otarł się o nią ramieniem. Podniosła na niego wzrok. Wtedy po raz pierwszy ich oczy się spotkały… Dostrzegła misterne, bladoniebieskie wzory, splatające się w specyficzny tatuaż zdobiący mu prawą część twarzy. Słyszała, że zabijał z błahych powodów, ot tak, żeby zaspokoić pragnienie niszczenia i pokazać „brudnym demonom” kto ma tutaj władzę. Wyobraziła sobie, że wyciąga swój zakrzywiony nóż i na oczach przerażonych dziewcząt z Thiralathy wbija go w jej pierś po samą rękojeść. Na chwilę wstrzymała oddech, ale on jedynie uśmiechnął się, błyskając białymi zębami.
Tego samego wieczoru Julia otrzymała dyplom ukończenia nauki w Thiralacie, a lady Astarotte złożyła jej propozycję nie do odrzucenia – stanowisko naczelniczki luksusowej łaźni w Beulah, zwanej Ethinthus. Poprzednia naczelniczka, ponętna, ciemnoskóra Luvahanka, niedawno wyszła za mąż i zaszczytny fotel nieformalnej królowej męskich serc pozostawał nieobsadzony.
Julia nie spotkała jeszcze odpowiedniego kandydata do swojej ręki. Dantalion był zaś bardziej skupiony na problemach, jakich doświadczał za sprawą młodszej córki – niesfornej Sylvii, by coś jej w tej kwestii dopomóc. Sprawowanie władzy w Ethinthus, miejscu gdzie najlepiej urodzone, niezamężne panny w Zoa, po ukończeniu szkoły w Thiralacie oddawały się błogim, czasem awanturniczym poszukiwaniom mężów, było więc jedynym, sensowym rozwiązaniem, jakie przychodziło Julii do głowy.
Jednakże to, co wówczas uznała za cudowne zrządzenie losu, teraz wydawało jej się prawdziwym przekleństwem…
Płaciła wysoką cenę za przynajmniej pozorną niezależność.
Szybkim, choć nadal dostojnym krokiem wędrowała prosto do swoich osobistych komnat tajemnymi korytarzami, łączącymi poszczególne części Ethinthus. Stanowiły misterną sieć labiryntów, oddzielających pokoje rezydentek od pomieszczeń, w których przyjmowały swoich szacownych gości. Drogę do komnat Julii znały tylko dziewczęta z jej najbliższej świty oraz nieliczni mężczyźni na tyle bezczelni i odważni, by wyciągnąć ręce po „Krwawą Perłę” z Ethinthus. Nazywano ją tak ze względu na chłodną urodę i wyraźne względy okazywane jej przez Amaimona. W chwilach gorzkich rozmyślań, Julię głęboko dobijała świadomość, że zaczęto już identyfikować ją z okrutnymi czynami jej najzagorzalszego adoratora, jakby była jego potworną muzą w chaotycznym dziele zniszczenia.
Łatwo było się przeziębić w przenikliwym chłodzie, panującym w sekretnych przejściach. Przeszedł ją dreszcz. W korytarzu był okropny przeciąg. Poprawiła swoje krótkie bolerko zarzucone na jasnobłękitną suknię z wysokim stanem. Jeszcze przyspieszyła, przelotnie zerkając za okno. Nad Beulah unosiła się gęsta, mleczna mgła. Jak zwykle zasiadała na tronie wczesnym wieczorem, by nie schodzić z niego aż do świtu. Również dlatego świt był ulubioną porą dnia Julii. Granatowe niebo Urthony barwiło się na różowo, a pomarańczowa zorza nad miastem przypominała jej mroźne poranki w rodzinnym Tharmas. Za sprawą tego wspomnienia, jej myśli wróciły do pewnych, dręczących ją rozważań i ponownie zadrżała.
Wokół było przeraźliwie cicho i obco. Przez chwilę zamierzała nawet zawrócić do Głównej Sali, do jej bezpiecznego gwaru, rozpusty i potoków wylewanego wina. Może alkohol udzieliłby jej duszy złudnego schronienia, pomógł zapomnieć o tym, co ją czeka w odosobnionej komnacie na końcu korytarza, którą oddała na użytek siedmioletniej vicemarkizy Urthony – Gladys.
Kiedy popchnęła drzwi, od razu poraziło ją ostre światło. Zamrugała, żeby odzyskać pełną widoczność. Migotliwy blask kryształowego żyrandola padał na kasetonowy sufit, lśniące, pozłacane sztukaterie na ścianach oraz błyszczący malachit na podłodze. W kącie znajdowała się szeroka, ciemnozielona kanapa. Siedzieli na niej; oboje w osobliwych pozach; oboje zajęci rzeczami, które w żaden sposób nie dotyczyły tej drugiej osoby. Siedzieli razem, ale oddzielnie.
Amaimon był szczelnie okryty grubym kocem tak, że zza jego futrzanego wykończenia wystawała mu tylko głowa, otoczona welonem długich, platynowych włosów. Podwinął nogi, bo malachitowa posadzka, choć tak zjawiskowa była także zimna. Julia z ciężkim westchnieniem pomyślała, że musi postarać się o dywan. Nie uśmiechało jej się zakrywać podłogę, ale na pewno Amaimon poczuje się bardziej komfortowo, jeśli będzie miał coś ciepłego pod nogami. Czasami był takim słodkim głuptasem, że zapominała do czego może być zdolny. Zapominała, że nawet w tej chwili bez żadnego powodu może wstać i poderżnąć jej gardło. Miała jednak tę pewność, że jeszcze przez parę godzin nie ruszy się spod koca. Szczególnie dokuczał mu chłód długich, urthońskich wieczorów.
Powoli odwrócił na nią swój gadzi wzrok. Jego oczy znowu wydały jej się wypukłe, jakby na siłę doklejono je do jego prawie kobiecej, typowo anielskiej twarzy. Ich wyraz był podejrzanie spokojny, nawet zadowolony. W połączeniu z nieśmiałym, powitalnym uśmiechem sprawił, że wskrzeszony czarem wiedźmy Astarotte, szalony zombie Amaimon wyglądał całkiem normalnie, całkiem przyjaźnie…
Wzięła ją nagła ochota, by wślizgnąć się do niego pod koc i podzielić się z nim swoim ciepłem. Zdarzało im się tak siedzieć przez całą noc, choć na początku nie umiała przywyknąć, że jego skóra była tak nienaturalnie zimna i twarda. W przypływie dobrego nastroju w takich chwilach całował ją i pieścił, na nowo poznając wszystkie zakamarki jej ciała. Nigdy jednak nie pozwolił Julii na to samo. Nie zadawała mu zbędnych pytań. Pragnął ją, ale nie mógł w żaden bardziej dobitny sposób okazać pożądania.
Stojąc teraz na progu lady Julia stwierdziła, że to jej mimo wszystko wystarcza, a zaraz potem zaskoczyła się myślą, że skoro tak jest, chyba musi go kochać… Tego niezrównoważonego mordercę bez pardonu i z nieprzemyślanym okrucieństwem, codziennie uśmiercającego na ulicach przypadkowych przechodniów…!
Druga osoba zbytnio nie ucieszyła się na jej widok. Julia również poczuła falę mimowolnej irytacji. Vicemarkiza Gladys przekartkowywała jeden z albumów o modzie i małą rączką szkicowała coś na szerokiej kartce papieru. Była ubrana w czarno- zieloną, atłasową sukienkę z długimi rękawami, pod szyją spiętą okrągłą broszą z rubinem. Dostała ją od Amaimona. Julia podejrzewała, że odebrał broszę którejś ze swoich ofiar, chociaż z drugiej strony niezbyt często atakował arystokrację. Astarotte skrupulatnie tego pilnowała. Czyżby więc udał się do jubilera i kupił Gladys pozłacaną broszę z rubinem?! Jakoś nie umiała sobie tego wyobrazić. I nie chciała. Zazdrość, jak miniaturowa szpilka ukłuła ją prosto w serce i prawie równocześnie ogarnęła ją złość na samą siebie. Przecież to absurd! Nie jest zazdrosna o względy chodzącego posągu, okazywane dziecku!

gladys1
-Co panią do mnie sprowadza o tak późnej porze? – zapytała Gladys wyniosłym tonem, opierając łokieć o ozdobną, bordową poduszkę.
Było coś groteskowego we władczej postawie dziewczynki, tak kontrastującej z jej młodym wiekiem i bladą, zmęczoną twarzyczką. Wtedy Julia dostrzegła, że Gladys znajdowała się na skraju wyczerpania. Czuwała tak przez wiele nocy, gdyż tylko nocą mogła liczyć na czyjeś towarzystwo. W dzień czekała na Amaimona, który zwykle odwiedzał ją dopiero po zmroku. Mimo ogromu obowiązków naczelniczka Ethinthus, najczęściej jak mogła, zaglądała do niej w ciągu dnia, ale też musiała się liczyć z niebezpieczeństwem odkrycia dziewczynki przez inne rezydentki łaźni. Za wszelką cenę starała się tego uniknąć, więc zachowywała skrajną ostrożność.
Dokładnie dwa miesiące temu podczas karnawału obiecała jej ojcu, że odda Gladys pod skrzydła Astarotte do Thiralathy. I powinna była to zrobić dla dobra ich wszystkich!
-Dlaczego panienka nie śpi? Jest już grubo po północy! – odparła stanowczo.
Jedynie stanowczość skutkowała na to rozpieszczone, uparte dziecko i to nie zawsze, gdy w pobliżu przebywał Amaimon…
-Niech to nie stanowi przedmiotu pani zainteresowania. Jak mi wiadomo jest pani jedynie daleką kuzynką mojej mamy, prowincjonalną szlachcianką z Tharmas. Ja jestem córką markiza Urthony i o wiele więcej znaczę w tym świecie.
Głos Gladys zdecydowanie nie był słodkim głosem uroczej, siedmioletniej dziewczynki. Przypominał raczej niski, ponury głos jej sławnego ojca – markiza Urthony i mera Beulah Azazela.
„Co zrobi ze mną Azazel, gdy dowie się, że bezprawnie przetrzymuję jego jedyną dziedziczkę w ukrytej komnacie, w dodatku pozwalając jej na kontakty z Amaimonem?” – pomyślała raczej nękana wyrzutami sumienia, niż przerażeniem.
Markiz zaufał Julii, a ona zdradziła to zaufanie. Uległa wyraźnemu żądaniu marszałka Belzebuba, żeby przynajmniej przez jakiś czas pozostawić Gladys w Ethinthus. Nie wiedziała skąd Belzebub dowiedział się, że córka jego największego wroga znalazła się pod jej opieką i w jaki sposób zamierzał to wykorzystać do swoich celów. Nie chciała tego wiedzieć. Musiała jednak spełnić swoją powinność wobec marszałka, noszącego również tytuł margrabiego Tharmas. Przede wszystkim łączyła ją więź lojalności z władcą jej krainy. Koneksje i sympatie rodzinne były sprawą drugorzędną.
-Co nie zmienia faktu, że panienka ma siedem lat. Normalne dzieci w panienki wieku już dawno śpią!
-Nie jestem normalnym dzieckiem.
Obawiała się takiej odpowiedzi. I prowokacyjnego uśmiechu Amaimona. Przez chwilę sądziła, że rzuci złośliwy komentarz, ale on tylko szczelniej opatulił się kocem. Zimnokrwisty wąż. Albo i nie. Nie była do końca pewna, czy w jego żyłach w ogóle płynie krew.
-Zdążyłam zauważyć. – odrzekła Julia cierpko, choć wciąż z tym samym odcieniem troski w głosie – Proszę cię, byś się chociaż godzinkę zdrzemnęła. Jesteś przecież bardzo zmęczona!
-Skąd ta pewność, pani?
Gladys opuściła głowę i skupiła się na szkicowaniu. Okazywała jej lekceważenie, żeby przestała na nią nalegać. Kierowniczka Ethinthus przygryzła wargę, przyglądając się niezdrowym cieniom pod granatowymi oczami dziewczynki i jej pociągłej, prawie przezroczystej twarzy.
-Wystarczy na ciebie spojrzeć! – Julia nie rezygnowała – Potrzebujesz snu, rozumiesz? Każdy potrzebuje!
-Mój tata nie śpi. – celnie zauważyła mała, skupiona na przerysowywaniu jakiegoś detalu z książki – Albo przynajmniej nie spał, dopóki nie sprowadził sobie tej jasnowłosej dziwki z Emanacji.
Julia głęboko zaczerpnęła powietrza. Była bliska kapitulacji. Nie potrafiła zmagać się z wrogością dziewczynki do jej macochy, anielskiej arystokratki Pistis Sophii. Azazel zostawił dla Sophii matkę Gladys, a nawet wszedł w bliżej nieznany opinii publicznej układ z Belzebubem. Na jego mocy marszałek i starodemońska koteria poparli przyznanie azylu dla Sophii w Urthonie.
Zapadło niezręczne milczenie, które niespodziewanie przerwał Amaimon.
-Słuchaj Julii. – powiedział po prostu – Już najwyższa pora, byś położyła się spać.
Obie spojrzały na niego z niedowierzaniem.
***
Bawiło go jak wielką miał władzę nad tymi dwiema istotami. Jedna z nich była dojrzałą kobietą, gotową zostać żoną i matką, a druga małą dziewczynką, odtrąconą przez rodziców. Odezwał się, bo znużyła go ta kłótnia. Poza tym nie lubił, kiedy Gladys wspominała swojego ojca. Chciał, żeby o nim zapomniała. Może nawet chciał zająć jego miejsce, co bawiło go bardziej od posiadanej nad nimi władzy. Ostatnio popadał właśnie w nastrój kompletnego rozbawienia. Mniej zabijał. Bardziej się nudził. Wieczorami niezmiennie przychodził do Julii schronić się pod gruby koc i odnaleźć kojący spokój jej ramion. Z pozoru nic się nie zmieniło. Wciąż był tym, kim był. Wciąż wzbudzał ogólny strach, wciąż widział go nawet w jasnoszarych oczach Julii, wciąż bał się samego siebie…
Mała, ciemnowłosa dziewczynka z pozoru niczego nie zmieniła. A przecież odkąd się pojawiła nic już nie było tak samo. Przede wszystkim nie wyczuwał jej strachu.
Kiedy został wskrzeszony potężnym czarem wiedźmy Astarotte, pierwszą rzeczą którą odkrył była utrata umiejętności odczuwania bólu, głodu, pragnienia, snu, czy cielesnej przyjemności. Szybko się jednak przekonał, że w zamian otrzymał coś znacznie bardziej ekscytującego… Potrafił odczuwać silne emocje innych osób, jakby były jego własnymi. Stał się ich wyrachowanym złodziejem, szczególnie lubując karmić się strachem. A strach był wyjątkowo silny w obliczu niebezpieczeństwa… W obliczu śmierci. Nie miał skrupułów zabijać demonów. Umierał aniołem, teraz żył w martwym ciele, ale w martwym ciele anioła. Wszystko to uważał za ironię losu. Okrutną, bo był wobec niej bezsilny i mógł jedynie pogrążać się w oparach nienawiści do Astarotte. To ona go wskrzesiła. To ona zrobiła z niego potwora. Nie umiał się nawet zemścić, bo rzuciła na niego zaklęcie, które trzymało go przy niej, jak psa na smyczy. Nosił jego ślady na twarzy, wypisane bladoniebieskim wzorem.
Dlatego szczerze zaintrygowało go, dlaczego Gladys nie czuje do niego strachu. Co było w niej tak niezwykłego, co dawało jej odwagę i siłę, by się go nie bać? By mu ufać?
Na początku nią gardził, bo była dzieckiem, bo nie miała dorosłego ciała Julii, które tak lubił dotykać i rozkoszować się jego doskonałością. W jego oczach Julia była anielicą, namiastką kochanki, którą mógłby mieć w Emanacji.
Gladys z czasem stała się przyjaciółką – siedmioletnią, kapryśną, ale oddaną. W tajemnicy przed Julią uczył ją rzucać nożem, a ona pokazywała mu swoje ulubione książki z historii zoańskiej mody. Wyszperała je z biblioteczki swojej kuzynki. Powiedziała mu, że właśnie to zamierza robić kiedy dorośnie. Projektować stroje. Zdziwił się i zapytał czy to wypada córce markiza Urthony. Ze zwykłą sobie arogancją odparła, że jej wszystko wypada. Po namyśle dodała także: „Nawet być z tobą, Amaimonie”.
Od tamtej pory pozwalał Gladys siedzieć z nim pod kocem. Zakazał jednak mówić o tym Julii. Podejrzewał, że byłaby urażona. Niech pozostanie w świadomości, że ten przywilej przysługuje tylko jej. Nim Julia wtargnęła do komnaty, Gladys opowiadała mu o rodzajach koronek używanych do zdobienia strojów. Amaimon nie wiedział, że inne koronki noszą kobiety, a inne mężczyźni. W ogóle uważał, że jego szaleństwo postępuje, bo przez te dwa miesiące obcowania z małą stał się znawcą w dziedzinie zoańskiej mody. Dotąd nie znosił wszystkiego, co związane z demonami, nie starał się też choć trochę lepiej zrozumieć ich kultury. Ostatnio złapał się na tym, że po dokonaniu mordu na kobiecie w rzemieślniczej części Beulah, zamiast po prostu oddalić się od miejsca zdarzenia zaczął liczyć warstwy jej sukni i w myśli nazywać materiały, z których były zrobione. Potem podzielił się swoimi spostrzeżeniami z jedną z towarzyszących mu harpii, jak powszechnie nazywano żołnierzy z jego osobistego oddziału. Poczciwiec zaniemówił z wrażenia.

amaimon
Julia wygładziła zmarszczkę na sukience. Musiała być idealna. Amaimon spojrzał w jej lekko skośne oczy i błysnął zębami w uśmiechu. To wystarczyło, by przejęła inicjatywę. Była w tym dobra. Tak samo jak w oddawaniu się cielesnej rozkoszy. Czasem naprawdę żałował, że nie może dać jej więcej. I wziąć od niej więcej.
-Słyszałaś. – zwróciła się do Gladys – Odłóż książkę i chodź do łóżka.
Vicemarkiza patrzyła tylko na niego.
Wyciągnął rękę spod koca i pogłaskał ją po głowie.
-Nie jesteś zombie. – zażartował – Potrzebujesz snu.
Wstała z kanapy, uprzejmie się przed nim ukłoniła i sama bez asysty Julii udała się w stronę drzwi wiodących z komnaty do sypialni. Kierowniczka Ethinthus i tak ruszyła jej śladem, by sprawdzić, czy rzeczywiście położy się spać.
***
Julia przykryła ją kołdrą i zgasiła światło. Gladys odczekała aż wyjdzie, wsłuchując się w miarowy odgłos jej kroków. Kiedy upewniła się, że Julia przekroczyła próg sypialni, błyskawicznie odrzuciła kołdrę. W jednym podskoku znalazła się przy drzwiach. Uchyliła je akurat w momencie, gdy Amaimon wstał z kanapy i wciąż otulony kocem wziął Julię w ramiona.
-Tęskniłem za tobą. – powiedział.
Zabłądził dłońmi w jasnych, swobodnie rozpuszczonych włosach demonicy i pocałował ją w usta. Przez jedną irytującą chwilę trwali w tym pocałunku. Gladys zaczęła bawić się końcówkami swoich dwóch warkoczy, jak zwykle gdy ogarniało ją skrajnie znudzenie. Jej zdaniem Julia była trywialna. Sądziła tak nawet mimo, że doceniała okazywaną jej przez nią troskliwość.
Co taka trywialna kobieta mogła zaoferować Amaimonowi? Dziewczynka nigdy nie widziała, żeby ze sobą rozmawiali. Tak naprawdę. Na konkretny temat. Raz tylko słyszała, jak Julia odważyła się okazać mu niezadowolenie, że podarował Gladys broszę z rubinem. Sądziła, że pewnie komuś ją odebrał. Amaimon jedynie roześmiał się w odpowiedzi, bo jakże inaczej miałby zareagować na tak absurdalne oskarżenie? Był mordercą, a nie złodziejem. Gladys dogłębnie się wtedy oburzyła. Ona wiedziała, że Amaimon po promocyjnej cenie kupił broszę od słynnej jubilerki Adramelech, żony Asmodeusza, który pełnił funkcję diuka słonecznej prowincji Luvah. Wiedziała też, że Amaimon i Adramelech przyjaźnili się jeszcze w Emanacji, gdy razem służyli pod rozkazami Lucyfera. Wątpiła, by Julia znała te fakty, lub chociaż zadała sobie trud, żeby chcieć je poznać.
-Bardzo cię wymęczyła? – zapytała Julia, gdy wreszcie oderwała się od jego ust.
-Mała?
Okropny zombie! Nienawidziła, gdy traktowało się ją, jak dziecko!
-Mhm.
-Nie aż tak bardzo. Nawet lubię słuchać, gdy opowiada o modzie.
-Ty? Ty lubisz modę?
Pusta laleczka. Oczywiście, że lubi modę! Tak samo jak ona lubi rzucać nożem! Gdyby się choć trochę interesowało ją jaką osobą jest generał Zoa, to by wiedziała!
Amaimon wzruszył ramionami.
-Może lubię, a może nie. Jest mi zimno, usiądźmy.
-Najpierw muszę ci coś powiedzieć. – Julia na chwilę się zawahała, unikając jego wzroku.
Poprawił kolczyk z perłą, który zaplątał jej się we włosy.
-Słucham cię, Julio.
-Zdecydowałam, że już czas oddać Gladys do Thiralathy. W końcu Azazel dowie się, że przetrzymuję ją w Ethinthus i będę miała z tego powodu problemy.
Gladys oniemiała. Owszem, wiedziała że ta chwila nadejdzie. Codziennie budziła się ze strachem, że to będzie dzień, kiedy ją zabiorą. Zabiorą do tej przeraźliwie nudnej szkoły dla cnotek i zrobią z niej kukłę na podobieństwo Julii! A co więcej nie będzie mogła się widywać z Amaimonem.
Nie wiedziała, czy to ze zmęczenia, czy narastającego strachu zakręciło jej się w głowie. Złapała się klamki, żeby nie upaść.
-Sądziłem, że zamierzasz dochować wierności swojemu margrabiemu…– w głosie Amaimona zabrzmiała ironia.
-Dochowywałam jej wystarczająco długo.
-A może myślisz, że nie jestem odpowiednim towarzystwem dla Gladys?
-Oboje nie jesteśmy.
-No tak… – z udawaną bezradnością rozłożył ręce – Dziwka i morderca. Pewnie nie o takich opiekunach dla swojej córki marzył Azazel!
-Co chcesz przez to powiedzieć?
-Tylko tyle, ile powiedziałem.
Odwrócił się od niej i ponownie usiadł na kanapie, podkurczając nogi. Zarzucił koc na swój czarno- zielony mundur generała Zoa i skulił się pod nim, jak mały szczeniak. Przymknął oczy.
Julia niepewnie usiadła obok niego.
-Nie możemy zatrzymać Gladys. Ty nie możesz jej zatrzymać. – powiedziała, spoglądając na niego z wyczekiwaniem.
Nie poruszył się, ani nie otworzył oczu.
-Czuję strach. – odezwał się nagle, rozszerzając nozdrza – Cała komnata nim cuchnie.
Gladys już wiedziała, że do niej przyjdzie, ale sparaliżowana przerażeniem nie ruszyła się z miejsca.
Odrzucił koc. W jego lewej dłoni błysnął nóż. Ten sam, którym uczył ją rzucać. Paradoksalnie w tej chwili przypomniało jej się, że był leworęczny. Odkryła to, gdy uczył ją pisać litery z emanacyjnego alfabetu.
Ruszył w stronę sypialni. Julia krzyknęła, lecz nim zdołała się podnieść, on już popchnął drzwi. Jego żółte oczy spoczęły na drżącej Gladys. Były pozbawione wszelkiego rozumnego wyrazu i nienaturalnie rozszerzone, jakby zażył potężną dawkę narkotyku.
Zacisnął i rozluźnił palce na rękojeści noża.
Dziewczynka przełknęła ślinę, ale nie odwróciła od niego wzroku.
Trwało to jedną, okropną chwilę, zdającą ciągnąć się w nieskończoność. Julia nie śmiała jej przerwać zastygła bez ruchu w teatralnej pozie za plecami Amaimona.
A potem wyraz jego oczu zaczął się zmieniać, jak powierzchnia jeziora po zmąceniu przez bezmyślnie rzucony kamień. Tak bardzo rozluźnił palce, że nóż wypadł mu z ręki. Z głośnym stuknięciem uderzył o malachitową podłogę.
-Czego się boisz, Gladys? – zapytał ochrypłym, wręcz nierealnym głosem – Czego ty możesz się bać?
-Że mnie z tobą rozdzielą. Świat stanie się o niebo smutniejszy. O niebo nudniejszy.
„O niebo” było jednym z ulubionych określeń jej ojca. Azazel szydził w ten sposób z Emanacji, ale Gladys nie mogła o tym wiedzieć. Użyła je, bo brzmiało dramatycznie. W jej pojmowaniu życia dorosłych teraz rozgrywał się właśnie dramatyczny, znaczący moment. Bezsprzecznie zasługiwał na „o niebo”.
Amaimon pokręcił głową.
-Na dłuższą metę jestem trudny do zniesienia. Zapytaj Julii.
-A więc odwieziesz mnie do Thiralathy i obiecasz, że będziesz mnie odwiedzał? Tak, jak mój ojciec?! – mówiła przez ściśnięte gardło, bliska łez po raz pierwszy od pierwszego spotkania z Amaimonem w niebieskiej sali Ethinthus.
-Nie obiecam ci tego. Astarotte na pewno zabroni mi z tobą kontaktów. Nie mam ci więc nawet czego obiecać, Gladys.
-To wydaje się uczciwe… Nie lubię obietnic. I nie będę płakać.
-Bardzo dobrze. Moje Harpie nie płaczą. Pamiętasz?

KONIEC

Tekst: Magdalena Pioruńska

Rysunki: Julita Mastalerz, więcej prac autorki na stronie: http://joolita.deviantart.com/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *