Plama

Na podłodze w kuchni było pełno krwi. Jacek starał się nie wdepnąć, w razie gdyby nieuchronne śledztwo (a w jego głowie śledztwo już się toczyło, po jego kuchni już biegali eksperci od dowodów rzeczowych, którzy podejrzanie przypominali gości z serialu „Dexter”) zatoczyło szalone koło i objęło jego skromną osobę jako potencjalnego sprawcę zbrodni.
Potem zobaczył butelkę. I wzruszył ramionami. Takie rzeczy przydarzały mu się nagminnie. Zobaczył czerwoną substancję na podłodze, uznał, że jego kuchnia stała się areną brutalnej zbrodni. Logiczny wniosek. Nie ma się co przejmować tym, że zupełnie nieprawdziwy. Ani tym, że tajemnicza substancja to rozmazany po płytkach keczup.


– Izaaaaaaa! – ryknął i popędził do pokoju swojej współlokatorki. Drzwi były zamknięte, więc zaczął w nie walić, stopniowo opanowując się i zmieniając walenie w dość kulturalne pukanie.
Nikt nie odpowiadał. Jacek przyłożył ucho do drzwi (a właściwie do szyby, która wypełniała ich środkową część) i wstrzymał oddech. Nic. Cisza. Powoli, ostrożnie nacisnął klamkę. Serce waliło mu jak młotem mimo świadomości, że krew z kuchni to w rzeczywistości keczup i że żadna zbrodnia najprawdopodobniej… najprawdopodobniej się tu nie wydarzyła. Mechanizm zamka stęknął przeciągle. Skrzypnęły zawiasy. Jacek umieścił swoją głowę w szparze pomiędzy drzwiami a framugą.
Pusto. Żadnych śladów krwi. Nawet żadnego keczupu. Tylko niezasłane łóżko, jak to u Izy. Po cichutku, pomalutku zamknął drzwi, jakby bał się, że hałas mógłby sprawić, że ona dowie się o jego wtargnięciu.
Wrócił do kuchni. Popatrzał na plamę na podłodze, obiecał sobie w duchu, że jak tylko Iza wróci do domu, zmusi ją do sprzątania. Po czym wyciągnął spod zlewozmywaka śmierdzącą szmatę, wypłukał ją pod kranem i plamę wytarł, przy okazji wyrzucając opróżnioną butelkę do kosza. Trzeba będzie kupić nową.
Co się tu wczoraj działo? Wystarczyło, że spędził jedną noc poza domem (kurs na egzaminatora TELC w Łodzi), a tu taki burdel. Już on jej powie do słuchu, niech tylko się pojawi z tymi swoimi włosami, z tymi swoimi oczami, ustami. Spojrzy, zignoruje, przekaże, co ma do przekazania. Może nie wszystko i nie tak ostro, jak to teraz planuje, ale… na pewno większość. A przynajmniej większość najważniejszych rzeczy. To znaczy tych, które są absolutnie nie do zaakceptowania. Tylko najpierw zastanowi się, które to są te nieakceptowalne, a z którymi mógłby dalej żyć. Nie ma w końcu co niepotrzebnie psuć atmosfery w domu. Przecież było dobrze.

Minął dzień, przyszedł wieczór. Żadnej wiadomości od Izy. Próbował się do niej dodzwonić, ale była poza zasięgiem. Położył się spać pełen złych przeczuć. Co akurat nie było dla niego niczym nowym, złe przeczucia to była jego specjalność; zamartwiał się, jak Michał Anioł malował, jak Paganini grał, jak…
W poniedziałek rano obudził go sygnał sms-a. Rozespany rzucił się do komórki tylko po to, by odebrać wiadomość, że istniała techniczna możliwość przejścia na inną taryfę. Zaklął pod nosem i postanowił wykorzystać to nieprzyjemne przebudzenie, by sprawdzić, czy może w nocy nie wróciła Iza. Nie wróciła.
Ile to trzeba czekać, zanim można zgłosić zaginięcie? Dwadzieścia cztery godziny? Minęły już? Chyba tak… Nieważne. Musiał przygotować się i pójść do pracy. Te wszystkie transakcje same się nie zaksięgują, faktury same się nie wypiszą, pasjans sam się nie ułoży.
Założył garnitur, zawiązał krawat (jak co dzień, ćwierć sekundy rozważał możliwość powieszenia się na nim), przetarł szmatką buty, wyszedł. W biurze zaksięgował parę transakcji, wypisał kilka faktur. Tylko pasjansa nie udało mu się ułożyć. Za dużo czasu spędził wysyłając wiadomości do wspólnych znajomych jego i Izy, pytając, czy przypadkiem ostatnio jej nie widzieli. Ci, którzy zdążyli odpowiedzieć, nie wiedzieli, co się z nią działo.
Skończył przygnębiony, z poczuciem wykonania kupy niepotrzebnych nikomu rzeczy, za które jednak firma mu zapłaci. Starał się odganiać od siebie myśli o Izie, nie wyobrażać sobie jej pociągłej (i pociągającej) twarzy, ciemnobrązowych oczu, wąskich, wiśniowych, wiecznie uśmiechniętych ust, drobnej, wysportowanej sylwetki… dość!
Podkręcił radio i cudem uniknął zderzenia z fiatem punto, które gwałtownie zahamowało przed przejściem dla pieszych, na które wdarła się idiotka z wózkiem.
– Jezu – jęknął i potarł czoło dłonią. Skupsięskupsięskupsię!
W domu, z jedną stopą na wycieraczce, zawołał Izę. Nie odpowiedziało mu nawet echo. Mieszkanie było puste. Jacek wydał z siebie jęk zawodu, rzucił swoją teczkę na podłogę i zdjął buty. Jednak będzie musiał zgłosić jej zaginięcie… Z szuflady w biurku wyciągnął gruby album, odnalazł w nim swoje ulubione zdjęcie Izy i wysunął je z kieszonki. Utrwalona na fotografii Iza przypatrywała się mu z tajemniczym uśmiechem. Mona Lisa z Zawodzia. Westchnął i schował album na miejsce.
Na policji odpowiedział na milion nieistotnych pytań. Ale dowiedział się jednej szalenie ważnej rzeczy: w szpitalu wojewódzkim leżała dziewczyna, której rysopis zgadzał się z rysopisem Izy.
Przywieźli ją nieprzytomną, bez dokumentów. TK wykazała krwotok nadtwardówkowy, wykonano szybką kraniotomię, ciśnienie wewnątrzczaszkowe ustabilizowało się w granicach normy. Takimi przerażającymi szczegółami poczęstował go oficer dyżurny, któremu straszenie petentów najwyraźniej sprawiało przyjemność. Jak te szczegóły trafiły w jego ręce, tego Jacek nigdy się nie dowiedział; nie przyszło mu nawet na myśl, żeby zapytać; nie zdziwił się nawet; wyciągnął tylko od niego, gdzie dokładnie mógł odnaleźć Izę (bo to musiała być ona!) i popędził na zewnątrz.

Leżała na neurologii, dokąd przeniesiono ją z OIOM-u. Jej głowa była owinięta bandażami, wpatrywała się w przeciwległą ścianę, jakby prezentująca się na niej sieć pęknięć kryła w sobie zakodowaną wiadomość.
– Hej – przywitał się Jacek, starając się nie podnosić głosu. Jej lekarz ostrzegł go, żeby jej nie denerwować.
– Hej – odpowiedziała obojętnie. Rzuciła na niego okiem i wróciła do kontemplowania ściany.
– Jak leci?
– Jak widać.
– Przykro mi.
– Czemu?
– Co?
– Czemu ci jest przykro?
– No wiesz… – język mu się plątał; nie wiedział, co powiedzieć.
Przyglądała mu się intensywnie; jakoś udało mu się oderwać jej wzrok od tej wybitnie interesującej ściany. Niby sukces, ale biorąc pod uwagę sposób, w jaki na niego patrzyła (jakby był zupełnie obcy, jakby pięć lat studiów i dwa lata wspólnego mieszkania nigdy się nie wydarzyły) sprawił, że jego gardło ścisnął nagły żal. Lekarz uprzedził go, że niczego nie pamiętała, ale… Czy na taką sytuację można się przygotować? Życie uczy nas, żeby nie za wiele oczekiwać nawet od naszych przyjaciół. W tym minimum jednak mieści się pamięć…
– Jakbym wiedziała, to bym nie pytała. Jesteś moim facetem, czy co? – rzuciła ostrym, suchym tonem, który Jacek znał znakomicie. To smutek ubrany w szatki cynizmu, jej broń na najcięższe chwile.
Jacek przebił się przez ten ton i zatrzymał na słowach. Jesteś moim facetem, czy co?, zadudniło mu w uszach.
Ona niczego nie pamiętała, więc… mógłby wmówić jej cokolwiek. Cokolwiek. Nawet to. Zresztą, dlaczego miałoby to być takie nieprawdopodobne? Przecież mieszkali razem. Dalsi znajomy ciągle brali ich za parę. Bliżsi pytali, kiedy w końcu się zejdą. Iza nie miała żadnej przyjaciółki od serca (on był jej przyjaciółką od serca), która wiedziałaby wszystko, która mogłaby go zdemaskować. Żadnego rodzeństwa, rodzice–po efektownym wypadku samochodowym–na lokalnym cmentarzu. Mógłby…
– No co? Zamurowało cię? – Iza domagała się odpowiedzi.
– Jestem – wybąkał, starając się brzmieć przekonująco. – Nie pamiętasz? – dorzucił, teraz celując w urażoną dumę.
Iza zamrugała; jej twarz była napięta, oczy wypełniały się łzami. Ze wszystkich sił walczyła z płaczem, który powoli przejmował nad nią kontrolę. Taką widział ją przez te lata raz, może dwa. Prawie żałował swojego kłamstwa, prawie otworzył usta, by je ujawnić…
– Nie pamiętam, nic nie pamiętam – powiedziała prawie szeptem, połykając łzy.
Chwycił ją za rękę. Ścisnęła ją.
Jej ciałem wstrząsały drobne, nieregularne skurcze; jego umysłem–obawy, co się stanie, kiedy–albo lepiej: jeśli–jej amnezja minie. Zaryzykował lata przyjaźni, bliskość, jakiej nie doświadczył z nikim innym. Ciepło–nie, żar, słowa są tu ważne, te same rzeczy inaczej nazwane zmieniają swój charakter; te same gesty w nowym kontekście nabierają nowych barw; nasz bohater zamierza przytulić swoją wybrankę nie jako przyjaciel, lecz jako kochanek–promieniujące z miejsca, w którym stykały się ich dłonie w pełni to ryzyko mu wynagradzało.

Iza patrzyła na tę znajomą-nieznajomą twarz, której kontury rozmazywały melodramatycznie cieknące z jej oczu łzy. Została obrabowana. Zabrano jej nie tylko pieniądze, dokumenty i komórkę, ale przede wszystkim jej tożsamość (ukradzione dokumenty mogły sprawić, że to ostatnie mogło mieć ironicznie realne konsekwencje). Nie była już sobą. Nie wiedziała nawet, kim ta Izabela Kamińska była. Jedynym łącznikiem między nią, a jej obecną wersją był wpatrzony w nią, chuderlawy facet koło trzydziestki, którego najwyraźniej kochała.
Whatever makes you happy, whatever you want, you’re so fucking special, I wish I was special, but I’m a creep… pojawiło się w jej głowie. Słowa jej ulubionej piosenki. Radiohead. Tak. Na pewno. Jej ulubionym wokalistą był Thom Yorke. I’m a weirdo, what the hell am I doing here? On, jej chłopak, jej men. Patrzył na nią. Gapił się. Co ja tu, kurwa, robię? Patrzyła na niego, już nie przez wodospady słonej wody. Ten nos, te usta. Tak, zdecydowanie… Pasowało. Coś czuła. Pozytywnego. Miała ochotę się do niego uśmiechnąć. Wydawało się to naturalne, wariant wielokrotnie przećwiczony, zwykła rzecz. Jej wargi rozchyliły się delikatnie, jakby…
Fałsz. Uderzyło ją to wrażenie, chociaż nie potrafiłaby wskazać, czego konkretnie dotyczyło. Bo wszystko się zgadzało, wyglądało na prawdziwe. Ufała mu. Jak bratu. Z ukrytego przed wzrokiem założenia. Niepoddającego się analizie. Mimo wszystko, fałsz.
Przez moment widziała nie jedną, a dwie twarze. Nakładające się na siebie, rozłażące się na boki, niewątpliwie efekt specjalny, który zawdzięczała bliskiemu spotkaniu jej czaszki z płytą chodnikową. Ale jakże symboliczny! Roześmiałaby się, gdyby ten pieprzony efekt specjalny nie przyprawiał jej o mdłości. Oboje uwielbiali takie drobne smaczki, nawet jeśli za nimi czaiła się gorycz…
Skąd to wiedziała? Wiedziała i już. Tak, jak wiedziała, że czarne jest czarne, a białe–białe (czy jakoś tak). Pamiętała z jakiegoś wykładu, że wspomnienia, wiedza to układy neuronów aktywowanych w określonej sytuacji, które to układy po odpowiedniej liczbie aktywacji stają się trwałe. Nigdy nie zapominamy, ile to jest sześć razy osiem, chociaż z tabliczki mnożenia nie przepytywano nas od podstawówki…
A może…? Nie, nie ma co się dać zwodzić nadziei. To też wiedziała, najwyraźniej tego nauczyło ją życie. Pamięć jej wróci albo nie wróci… w swoim czasie… albo nie. Podniecanie się tylko dlatego, że jakiś szczególik zamrugał do niej z peryferiów pola widzenia, było bez sensu. Sparzyła się już parę razy, zbyt wiele razy, by tak po prostu uwierzyć w łut szczęścia.
Spadło to na nią w jednym kawałku, bez ostrzeżenia. Wzdrygnęła się, odruchowo zaciskając rękę Jacka. Puste, ciemne przestrzenie zaroiły się od pstrokatych w swojej różnorodności detali. Ale… po pierwszej sekundzie szoku nastąpiło raptowne uspokojenie. W końcu nie było tam niczego nowego. Te rzeczy… zawsze tam były. A czas ich nieobecności szybko ulatniał się w sferę fantazji, gdzie pewnikiem by się zaaklimatyzował, gdyby nie grupka świeżych, agresywnych wspomnień, które domagały się należnych im praw.
Najważniejsze z nich dotyczyło Jacka. Jej najlepszego przyjaciela. Któremu z jakichś powodów przyszło do głowy udawać jej faceta.
Czemu? Czemu tak zaryzykował? Iza patrzyła na tę wcale-nie-brzydką twarz, na której malowały się odcienie przedziwnego melanżu uczuć. Teraz widziała to wyraźnie; rozpoznawała te odcienie. Były tam jak jej nieszczęsne wspomnienia: zawsze. Tylko dopiero teraz to dostrzegała. Czy człowiek naprawdę musi zdrowo oberwać przez łeb, żeby takie (oczywiste) oczywistości do niego dotarły?
– Jacek…
– Uhm?
Pochylił się nad nią. Czuła na policzkach jego wiecznie miętowy oddech.
– Już pamiętam – powiedziała cicho.
Zbladł. W ułamku sekundy cała krew odpłynęła z jego policzków.
– Ja…
– Co ty? – w jej głos wkradła się zwykła dla niej suchość.
– Nie chciałem…
– A mi się wydaje, że bardzo chciałeś. Zajebiście. Chciałeś mnie w końcu przerżnąć, nie?
Jacek najpierw gwałtownie się wyprostował, a potem zachwiał. Wydawało się, że krew z jego policzków nie tyle odpłynęła, co wyparowała, zostawiając jego mózg bez pożywienia i tlenu.
– Nie… – wydusił z siebie. To było jedyne słowo, jakie przychodziło mu do głowy. Kategoryczne zaprzeczenie wszelkich oskarżeń. Kategoryczna odmowa przyjęcia do wiadomości tego, w jaki sposób rozwijała się sytuacja.
Tymczasem coś dziwnego działo się z ustami Izy. Drgały. Ich kąciki tańczyły, poruszając się arytmicznie w górę i w dół. Iza starała się nad tym zapanować; nie bardzo wiedziała, co nią tak targało. Przegrywała. Jej usta rozwarły się w szerokim, obłąkanym uśmiechu. Szczerzyła się jak wariatka.
Co było w tym wszystkim takiego komicznego? Dlaczego zamiast wściekłości czuła rozbawienie?
– Nie? Czemu nie chciałbyś… mnie… przerżnąć? – wybuchnęła śmiechem. Bolało ją wszystko, od czubka głowy po palce u nóg, ale nie potrafiła przestać. Jej przepona podskakiwała, płuca z trudem łapały powietrze.
I nie była to wcale myśl o tym chudzielcu wysilającym się między jej nogami (to, o zgrozo, wydawało się całkiem ekscytującą perspektywą). Śmiała się z siebie, ze swojej głupoty, ze swojego zaślepienia. Rzeczywiście, należało jej się małe ku-ku w ośrodkowy układ nerwowy, manualne przestawienie kilku klepek.
Pragnęła go tak samo, jak on jej. Wyskoczyło to jak diabeł z pudełka. Szok.
– Ja… bym… – wciąż się śmiejąc, z trudem wydobywała kolejne słowa – przerżnęła… cię na wylot… odpoczęła… i przerżnęła jeszcze raz.
Nie odpowiedział. Koncentrował się na zachowaniu przytomności.
Iza przestała się wreszcie śmiać; wyczerpało jej się paliwo.
– Chodź tu – szepnęła, kiwając na niego palcem.
Ostrożnie, wietrząc podstęp, pochylił się. Kiedy był już w zasięgu jej rąk, złapała go i przyciągnęła do siebie.
– Ja pierdolę, ale z ciebie dupa – rzuciła i przyssała się do jego warg.

KONIEC

16/2/2009

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *