Story ze Starego… Czyż jestem stróżem brata mego?

Czasy były ciężkie. Nie mieliśmy tych waszych mikrofali, lodówek, komputerów. Nawet cholernych kombajnów „Bizon” nie było, tylko same bizony, w dodatku biegające na zupełnie innym kontynencie. Musieliśmy sobie radzić wysiłkiem rąk naszych, chodzić jak dzikusy w zwierzęcych skórach, kąpać się w rzekach i liczyć, że jajka dzikich ptaków wolne są od salmonelli. Zresztą, jeśli chcecie się przekonać, jak to mniej więcej było, wyskoczcie na tydzień do lasu w samych majtkach. Mocne wrażenia gwarantowane.
Nasi rodzice wybrali dla nas zawody. Nie żeby był specjalny wybór, wtedy nie było jeszcze nawet tak zwanego najstarszego zawodu świata, o public relations nie wspominając. Ablowi, źrenicy oka naszych starych, dostało się rzecz jasna lepsze zajęcie. Został pasterzem i całe dnie opierniczał się na zielonych pastwiskach, grając na fujarce i gapiąc się jak te durne owce żują tę durną trawę. Kiedy on liczył barany (co nie raz i nie dwa skończyło się rozkoszną drzemką z nudów), ja zapierniczałem z pługiem, broną i całą resztą, wiecie, mechanizacja na poziomie ery kamienia łupanego. Byłem, jednym słowem, rolnikiem, na dokładkę małorolnym, bo żeby dostać choć skrawek ziemi, trzeba było karczować las. Wyobraźcie to sobie bez ciągników i stalowych lin. Koszmar. Rzecz jasna zaorać zielonych pastwisk Abla mi nie pozwolili…
Był jeszcze On. O Nim nie należy zapominać. Moi starzy raz zapomnieli i baj-baj stary, dobry Raj. Tak więc On zażyczył sobie, ni mniej, ni więcej, ofiar całopalnych. Że niby mamy mu dziękować za obfite plony, jurność baranów Abla i tak dalej. Pomysł zaprawdę genialny. My tu ledwo z głodu nie zdechniemy, a tu Boski nakaz palić żarcie.
Podkurwiłem się, przyznaję. Myślałem, że uda mi się Go zrobić w konia i na ołtarz rzuciłem stosik słomy przykryty żytem (pszenicy nie mieliśmy). On zamiast się cieszyć, że taki mu ładny ołtarzyk zbudowałem i jeszcze do tego zaśpiewałem taką pieśń religijną, że Dawid wysiada, obraził się na mnie i ofiary nie przyjął.
– Kainie – powiedział donośnym głosem. Zawsze lubił używać wołacza, chyba po to, żeby uświadomić nam przepaść edukacyjną między Nim, a nami, której ze względu na brak uniwersytetów nie było jak zasypać. – Próbowałeś oszukać swojego Stwórcę. Za to skazuję cię na nieszczęście przez siedem lat, siedem miesięcy, siedem dni i siedem godzin.
Ciekawe, jak mam to policzyć bez kalendarza i zegarka, pomyślałem.
(Gwoli ścisłości: cytaty z dialogów nie są ścisłe. Od tego czasu upłynęło ponad sześć tysięcy lat, ludzka pamięć jest zawodna. Ale sens wypowiedzi zachowałem w stu procentach.)
Czułem się cholernie odrzucony. A gdy zobaczyłem, jak chętnie On przyjął ofiarę Abla (gnojek mógł sobie pozwolić na hojną ofiarę, jego owce rozmnażały się jak pieprzone króliki), podkurwiłem się jeszcze bardziej. I postanowiłem mu wygarnąć.
– Ty lizusie! Ty dupowkręcie! Ty owcojebco!
(Krążyły plotki…)
Abel, konus niedorobiony, tylko się zaczerwienił. Chciał się odgryźć, widziałem to w jego oczach, ale nie potrafił. Kto nie zhańbił się ciężką pracą, ten nie ma pod ręką szerokiego zasobu wulgaryzmów.
Wtem tuż za nim pojawił się anioł. W tamtych czasach te skrzydlate półgłówki to była żadna atrakcja. Jeden nawet kiedyś próbował uczyć mnie ugorowego systemu uprawy. Przegoniłem go, bo jak tu uprawiać ugorowy system, kiedy nie ma piędzi ziemi na ugór? A za karczowanie sukinsyn jakoś brać się nie chciał.
W każdym razie, pojawił się, Seth mu było na imię, zabłysnął aureolką i jął nas godzić ze sobą. Jednego tylko nie wziął pod uwagę: Abel był cholernie strachliwym dupkiem. Usłyszał za plecami głos tego pajaca i jak nie zaczął uciekać, na oślep, na złamanie karku. Przebiegł jakieś trzysta metrów w kierunku mojego pola. Tam zapewne uznał, że niebezpieczeństwo minęło, zwolnił i obejrzał się za siebie. W tej samej chwili potknął się o wystający korzeń i rypnął z całej siły łbem o mój ołtarz. Trup na miejscu.
Trup na miejscu, krew na ołtarzu i niezła wpadka do wyjaśnienia przed Najwyższym Sędzią. Co zrobił Seth, ta gnida? Ano jasne, wziął i zwalił całą winę na mnie. Że niby podstępnie zwabiłem Abla do siebie, a potem łup mu kamieniem w skroń. I to z czystej zazdrości o względy Jego.
Pytanie za sto punktów: komu uwierzył On, swojemu aniołowi, czy facetowi z wyrokiem, w totalnej niełasce jeszcze przez siedem lat, siedem miesięcy, siedem dni i sześć godzin?
(Tylko nie wyjeżdżajcie mi tu z Jego wszechwiedzą i wszechobecnością. Czysta propaganda.)
Nie za bardzo wiedziałem, co robić, więc poszedłem na przechadzkę po lesie (zresztą, wtedy gdzie by człowiek nie poszedł, to by była przechadzka po lesie; no, chyba, żeby akurat mieszkał w okolicach Sahary), zebrać myśli i może trochę jagód, bo akurat był sezon. Chodziłem, zbierałem, aż tu nagle słyszę głos z nieba:
– Kainie!
– Tak, Panie? – odpowiedziałem, prewencyjnie klękając na jedno kolano.
– Gdzie jest twój brat, Kainie?
– Czyż jestem stróżem brata mego, Panie?
– Nie bądź bezczelny, Kainie. Wiemy – On bardzo często używał królewskiego „my”; wiadomo: jeden, ale w trzech osobach, chociaż jedna jeszcze wtedy nienarodzona – co zrobiłeś.
– No, trochę mu nagadałem, przyznaję – przyznałem.
– Trochę? Kainie, twoje imię po wsze wieki będzie przeklęte, jako imię pierwszego mordercy, pierwszego bratobójcy. Idź precz i na oczy mi się więcej nie pokazuj!
Coś pyknęło i poczułem się pierwszy raz w życiu naprawdę samotny. Po chwili zorientowałem się, że to pyknięcie to było coś w rodzaju teleportu (sześć tysięcy lat przed Star Trekiem!). Znalazłem się całkiem gdzie indziej, w jakiejś cudacznej krainie. Wielkie szczury z torbami na brzuchach skakały dookoła, olbrzymie ptaki biegały z jakąś kosmiczną prędkością, co jakiś czas tylko profilaktycznie chowając głowę w piasek, którego było w bród. Nic, powiedziałem sobie, trzeba się będzie rozgościć.
I rozgościłem się na tej niegościnnej ziemi, do końca życia tęskniąc do starych i – jak się okazało – nie tak złych czasów.
Całe wieki później, już w czyśćcu, dowiedziałem się, jak mnie obsmarowali w Biblii. Szkoda, że dopiero teraz  udało mi się dorwać do komputera i spisać swoje wspomnienia. Tylko czy po tych wszystkich latach ktokolwiek mi uwierzy? Ech, muszę mieć tę nadzieję. Kto wie, może nawet jakaś sekta się z tego urodzi? Każdemu wolno marzyć, nawet mi…

KONIEC

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *