Mam na imię Lisa – część druga

Przez uchylone okno wdzierało się do pokoju chłodne, poranne powietrze, a na pajęczynie, którą niepostrzeżenie uwił podróżny pająk, w prawym górnym rogu jego ramy, lśniły mikroskopijne krople porannej wilgoci.
Z każdym kwadransem słońce zaglądało coraz śmielej i niżej w otchłań głębokiego podwórza, choć daleko było mu do ogrzania samego jego dna. To w zasadzie zdarzało się niezwykle rzadko, prawie nigdy, jako, że poza kamienicą Matyldy, dwie pozostałe, okalające podwórko, były o trzy piętra wyższe.


Wybiła wreszcie godzina siódma rano, co energicznie oznajmił stojący obok łóżka zegarek.
Anna przetarła oczy. Potrzebowała chwili, żeby skojarzyć co się dzieje – dlaczego zasnęła w ubraniu i z jakiego powodu spała w pozycji siedzącej. Zrozumiała, kiedy tylko spojrzała na laptop i zdjęcia mężczyzny, z którym rozmawiała niemal do samego rana.
Ogarnął ją wstyd i w pośpiechu zamknęła wszystkie otwarte strony.
Spojrzała jeszcze raz na zegarek. Był kwadrans po siódmej. Rozejrzała się po pokoju i poczuła złość. Właściwie sama nie wiedziała skąd się to uczucie brało. Denerwowało ją ubranie, w którym spała, drażnił bałagan, nie posprzątany pokój, irytowały porozrzucane po nim rzeczy. Ale tak naprawdę czuła złość do siebie. Odczuwała nawet winę, za to, że posłuchała Ewy i dała się namówić na zakup Internetu i laptopa. Wzięła do ręki małe lusterko, leżące na szafce pod oknem i wpatrywała się w swoją twarz, zmarszczki, które przestała już ukrywać i w oczy…
Była zła, że dała się wciągnąć w dziecinne zabawy, wirtualne podrywanie i rozmowę z tym mężczyzną. Był miły. Fakt! Nawet przypadł jej do gustu – w końcu sympatyczna rozmowa trwała kilka godzin. Miał co prawda żonę, ale nie kochał jej i był z nią tylko ze względu na syna, który za rok miał skończyć liceum.
Wpatrywała się uważnie w swoje prawe oko. Miała jasno-zielone oczy…
Rozmawiali na przeróżne tematy. O swoim wyglądzie, muzyce, kinie, ulubionej kuchni. Zwyczajach i zaletach, o wierze, silnej woli i konsekwencji działania. Każde z nich te cechy posiadało – tak przynajmniej wynikało z rozmowy.
Anna dotknęła swoich włosów, małego ich kosmyka. Ich kolor wydał jej się mało intensywny. Właściwie nie miały koloru…
Odczuwała nieopisane pragnienie poznania tego mężczyzny bliżej, całego. Tak dawno nie pragnęła czegoś równie podobnego. Wciąż miała przed oczami jego zdjęcia. Zapamiętała duże, pogodne, czarne oczy i precyzyjnie przystrzyżony wąs. Lekko siwiejące skronie dodawały mu mądrości i sprawiały, że bardziej mu ufała. Czuła, jakby znała go od lat…
Zegarek wskazywał godzinę 8.30.
Odłożyła lusterko i patrząc na panujący w pokoju rozgardiasz pomyślała o Matyldzie. O tym, że jak zwykle czeka już na herbatę z ciastkiem i za chwilę usłyszy jej wołanie…
– Matylda! – Krzyknęła Anna.
Wybiegła z pokoju i co sił pognała schodami w dół, do wychłodzonego przez noc salonu. Kucnęła przy kobiecie i z całych sił objęła. Znowu sprawdziła czy oddycha… Oddychała. Trzęsły się jej dłonie, zdenerwowanie brało górę nad spokojem i sennością, która resztkami jeszcze ją ogarniała. Podbiegła do telefonu wiszącego na ścianie przy drzwiach, prowadzących do małego, ciemnego zaplecza i drżącym palcem wybrała pośpiesznie numer Ewy. Przyciskając mocno słuchawkę do ucha słyszała sygnał nieodbieranej rozmowy.
– Tak, słucham? – Powiedział w końcu słaby, zaspany jeszcze głos Ewy.
– Jak dobrze, że jesteś!
– Co się stało? Anna?!
– Tak…! Ewuś, ona się ciągle nie budzi!
– Stara wciąż śpi? – Upewniała się Ewa.
– Nie wiem, czy śpi, czy może coś jej jest, ale leży nieruchomo!
– Oddycha? Sprawdź!
– Tak, oddycha! – Potwierdziła posłusznie Anna.
– No to przeżyje… – oznajmiła spokojniej Ewa – pośpi sobie trochę dłużej to przynajmniej wypocznie – zaśmiała się.
– A jeśli się już nie obudzi?
– Bądź spokojna, ja nie partaczę spraw. Jak coś załatwiam – mówiła tonem pełnym profesjonalizmu i pewności siebie – to musi działać…. Miała spać to śpi, czego się tak dziwisz?
– Ale żeby aż tyle godzin? – Annie, zapewnienia koleżanki nie przekonywały.
– A brakuje ci jej? – Odpowiedziała przekornie.
– Oj przestań! Za ile będziesz?
– Spóźnię się dzisiaj…
– Tak? – Upewniła się Anna choć wiedziała, że niczego innego nie powinna była się spodziewać.
– Coś kiepsko się czuję, ale nie rób niczego do mojego przyjścia – przykazała Ewa.
– Nie dotknę jej nawet.
– I bardzo dobrze.
– Poczekam na ciebie.
– Doskonale. Razem coś wymyślimy.
– Będzie ją trzeba gdzieś przenieść, bo klienci…
– Jeśli ktoś dziś w ogóle przyjdzie… – przerwała jej ironizując Ewa.
– Nieważne, chodzi o sam fakt.
– Żartowałam.
– I tak już ledwo udało mi się ją ukryć wczorajszego wieczoru.
– Jak to? Ktoś ją widział? – W pytaniu słychać było coś na pograniczu niepokoju, ale i ciekawości zarazem.
– Facet od Internetu… Musiałam go spławić, ale dopytywał o nią.
– To oni się znają?
– Nie, ale widział ją…, to znaczy, chyba ją widział…
– No tylko nam brakowało wścibskiego durnia! – Zauważyła z niesmakiem Ewa.
– Nie zdążyłam jej ukryć przed jego przyjściem, więc przykryłam ją czym tylko się dało.
– I pomysłowo!
– Nawet jakimiś starymi pościelami dawno nie używanymi.
– Podoba mi się – zaśmiała się – ale najważniejsze, że jej nie zauważył.
– Chyba nie… Sama nie wiem!
– No dobrze, opowiesz mi wszystko jak już będę. Na razie!
W oczekiwaniu na pomysłodawczynię całego zajścia, Anna posprzątała stare szmaty, poprawiła Matyldzie włosy porozrzucane na materacu i zaparzyła sobie kawę. Usiadła, trzymając w ręku filiżankę intensywnie pachnącego napoju, i obserwując leżącą bezwładnie kobietę, rozmyślała o swoim nocnym rozmówcy. Brakowało jej go. Wiedziała o nim niewiele, ale z każdym łykiem kawy, z każdym mrugnięciem powieki, coraz bardziej go potrzebowała. Chłodny jeszcze salon wydał jej się po raz pierwszy tak duży i nieprzyjazny. Była w nim samotna i bezbronna. Gdyby wiedziała, że on czeka na nią za rogiem, rzuciłaby wszystko i pobiegłaby natychmiast. Bez zastanowienia! Była do tego zdolna, nie miała nic do stracenia… Ale po chwili oprzytomniała. Nie, doskonale wiedziała, że wcale nie byłaby w stanie tego zrobić. Nie zostawiłaby Matyldy, salonu, znajomych ludzi i miejsc. Nie mogłaby, bo miała za dużo przyzwoitości i niewystarczająco spontaniczności. Za bardzo bała się zmian i tego co nieznane.
Dookoła panowała cisza, która tylko stymulowała do myślenia. O tym, jak bardzo jest samotna…
Wtem podniosła oczy i wszystkie myśli uciekły w nieznane. Zerwały się jak dziki koń, którego wbrew jego woli próbowano trzymać na uwięzi. W drzwiach pojawiła się Ewa.
– Gdzie jest… – urwała w połowie pytanie, kiedy tylko zorientowała się w sytuacji.
– Sama zobacz.
Anna odstawiła kubek, a Ewa rzuciła w kąt swoją torebkę i zakupione na śniadanie rogaliki.
– Oddycha? – Przystawiła palec do tętnicy, która powinna znajdować się gdzieś na szyi.
– Sprawdzałam już. Tak oddycha… – oświadczyła Anna.
Ewa dotknęła czoła Matyldy, a potem jeszcze raz sprawdziła jej tętno.
– Znasz się na tym? – Zapytała Anna pełna podziwu co do jej spokoju i profesjonalizmu.
– Skąd! – Rzuciła. – Ale co to znowu takiego wielkiego jest. Musisz wyczuć, czy pulsuje i tyle!
– Co z nią zrobimy? – Anna oczekiwała pomysłu na wyjście z tej dziwacznej sytuacji.
– Nie wiem, ale nie możemy jej tu zostawić – odkrywczo zakomunikowała Ewa.
– To na pewno nie.
– Nie powinna wiedzieć co się stało…
– A jak niby mamy to przed nią ukryć?
– Nie wiem… Albo wiem!
Oczy Ewy zabłysły nowym pomysłem.
– Przeniesiemy ją do łóżka – mówiła – i po sprawie!
– Do jej łóżka? – Dziwiła się Anna.
– No a czy widzisz tutaj gdzieś jakieś łóżko?
– Jak chcesz to zrobić? Wiesz ile ona waży? – Annie pomysł wydawał się wręcz niewykonalny.
– Zdaję sobie sprawę, że stara lekka nie jest… – trzeźwo oceniła sytuację Ewa.
– Już wczoraj próbowałam ją przenieść zaledwie kilka metrów dalej. Kosztowało mnie to tyle wysiłku…
– Bo trzeba sposobem. A poza tym, teraz jesteśmy we dwie.
– Ale nie mamy windy.
– Są schody – powiedziała Ewa, wskazując je palcem.
– W jaki sposób?
Ewa zmrużyła lewe oko i powiedziała: – A gdyby ją tak wsunąć na tym materacu?
– Nie wiem… – rzekła Anna z dużą rezerwą.
– Ty złapiesz z przodu.
– I będę ciągnęła?
– A ja z tyłu i będę ją pchać. Co ty na to?
Nawet gdyby Annie się ten pomysł nie spodobał (a oczywiście tak było), to i tak Ewa już postanowiła, że tak właśnie przetransportują materac z ciałem. Nie zastanawiając się dłużej, kobiety przystąpiły do działania. Najpierw przytwierdziły ciało Matyldy do materaca, na wypadek, gdyby nieposłuszne zechciało się im z niego ześlizgnąć. Szeroką taśmą samoprzylepną obkleiły jej nogi i to samo zrobiły na wysokości piersi. Potem przesunęły materac pod same schody, ustawiając go odpowiednio, i zgodnie z planem, Anna zaczęła wciągać go na pierwszy stopień, potem kolejny, a Ewa napierała od strony nóg śpiącej kobiety.
I tak stopień, po stopniu – ku górze. Mniej więcej w połowie schodów, Matylda jednak odmówiła współpracy ze swoimi oprawcami i postanowiła się zsunąć. Na szczęście jej krocze zatrzymało się na twarzy Ewy, na co sama zainteresowana zareagowała tylko głuchym jękiem. To niespodziewane osunięcie kosztowało je wszystkie nieco opóźnienia, ale kolejna rolka samoprzylepnej taśmy załatwiła sprawę. Niestrudzone, wróciły do swoich tymczasowych ról – Anna ciągnęła, Ewa pchała. Wreszcie, zlane potem, lecz triumfalnie (niczym Pompejusz wjeżdżający do Rzymu na rydwanie zaprzężonym w cztery białe rumaki), wjechały na piętro Cytryny. Tyle, że zamiast trzymać w prawej ręce laur zwycięzcy, a w lewej hebanową buławę, Anna trzymała oburącz, solidnie obtłuczoną głowę Matyldy, a Ewa jej pantofle.
– Poczekaj…, muszę… – Anna nie dokończyła, brakowało jej tchu. Oparła się o ścianę sapiąc głęboko.
Nie zgłoszono protestu, bo Ewa uczyniła to samo. A pomiędzy nimi mlaskała Matylda, śniąc zapewne znowu o bogactwie i mężczyznach.
– Ruszamy dalej… – powiedziała po chwili Ewa.
– Teraz będzie nam już łatwiej… – pocieszała je obie Anna.
I rzeczywiście. Było w tym sporo prawdy, bo po chwili materac z ciałem właścicielki kamienicy wjechał godnie do jej sypialni i zaparkował pod jej własnym łóżkiem. Na trzy, kobiety dźwignęły Matyldę i przeniosły na pościel. Rozebrały ją szybko, Anna ułożyła jej głowę na miękkiej poduszce i nakryła ciało przewiewną, lekką kołdrą. Następnie zawlokły materac na jego dotychczasowe miejsce, zamknęły za sobą drzwi sypialni i wszystko wróciło do normy. Przynajmniej pozornie.
Dzień mijał spokojnie. W interesie ruch był niewielki (zaskoczeniem byłaby odwrotna sytuacja). Jeśli pominąć jedną zabłąkaną klientkę, to można by rzec, że ruchu nie było wcale. Anna z Ewą zerkały na siebie co chwilę, rozumiejąc się tego dnia bez słów. W ich oczach zagościł niepokój, który narastał z każdą kolejną godziną. Kobiety, na przemian, biegały na piętro sprawdzać, czy Matylda się nie przebudziła, ale ta najwidoczniej postanowiła odespać wszystkie nieprzespane noce w swoim życiu i leżała nieruchomo pogrążona w głębokim śnie do późnego popołudnia.
– Ewa! – Zawołała Anna.
Kiedy po chwili otworzyły się drzwi sypialni, oczom Ewy ukazał się obrazek rzadko spotykany. Anna siedziała na łóżku starej kobiety, trzymała jej rękę i zalana łzami, na przemian całowała ją i tuliła do swojego policzka.
– Jak dobrze znowu panią widzieć całą i zdrową! – Krzyknęła Ewa, której najwyraźniej udzieliła się panująca w pomieszczeniu, wzniosła atmosfera.
Gdyby ktoś nie znał jej prawdziwego charakteru, mógłby pomyśleć, że kobiety żywią do siebie głębokie uczucie, są blisko spokrewnione, albo przynajmniej związane ze sobą niezwykle głębokimi przeżyciami. Takimi, które powodują u ludzi wzajemne zaufanie, przywiązanie, a nawet miłość.
– Głowa mi pęka… – wybełkotała tymczasem Matylda.
– Opowiadałaś matce co się wydarzyło? – Zapytała Ewa, chcąc zorientować się w sytuacji.
– O tym co się wydarzyło? – Powtórzyła Anna, której w zderzeniu z łgarstwami, do jakich stosowania zmuszała ją sytuacja, zaschło w gardle.
Nie wiedziała co takiego miałaby jej opowiedzieć, dlatego pytanie koleżanki zupełnie ją zaskoczyło. Miała się przyznać, że narażała jej życie tylko dlatego, że chciała przed nią ukryć fakt kupna Internetu? Że niemal nie wyprawiła jej do krainy wiecznej radości, ze strachu? Że czuje się samotna i szuka bratniej duszy? Nie. Wiedziała doskonale, że nie znalazłaby zrozumienia.
– No ile się strachu najadłyśmy… – Ciągnęła wątek Ewa.
– Tak, bałyśmy się… – potwierdziła Anna.
– Kiedy pani zemdlała, nie wiedziałyśmy co się dzieje. Ja szybko podbiegłam i chwyciłam panią w ostatniej sekundzie. Gdybym nie zdążyła, to pewnie rozbiłaby pani sobie głowę o posadzkę.
– Tak, to pewne… – potakiwała głową Anna. Potwierdzała słowa Ewy, patrząc zarazem na nią z nieukrywanym podziwem. Nie była pewna co usłyszy za chwilę, ale wiedziała, że fantazja koleżanki jest niczym nieograniczona i bogata. I była jej za to wdzięczna, bo tylko to było w stanie je uratować.
– Zemdlałam…? – Upewniała się Matylda, jak gdyby wypadek, któremu uległa, spowodował również chwilowe problemy ze słuchem.
– Wydała pani przy tym niesamowity jęk. Nawet bym powiedziała, że krzyk! – Doprecyzowała Ewa.
Przysiadła się jeszcze bliżej i wyraźnie podniecona kłamstwami, które tak swobodnie wypływały z jej ust, wymachiwała rękami, jakby opisywała nie moment omdlenia starszej pani, ale jak gdyby relacjonowała wprost z frontu scenę bitwy. Patrząc przy tym, wybudzonej z długiego snu kobiecie, prosto w oczy, mówiła dalej: – Krzyknęła pani coś jakby ratujcie mnie i osunęła się pani na krzesło.
– Za dużo pracujesz mamo… – Anna z czułością i gnębiącymi ją wyrzutami sumienia odgarnęła jej kosmyk włosów, który zabłądził na spoconym czole.
– No więc ja podbiegłam, a Anna w tym czasie zadzwoniła po pogotowie – ciągnęła Ewa.
– Była karetka…? – Matylda próbowała sobie przypomnieć jakiekolwiek szczegóły z opisywanego z taką precyzją zajścia, ale bezskutecznie.
– Tak, lekarz był – opowiadała spokojnie Ewa – ale tylko panią zbadał i pojechał.
– Tak, potwierdzam – dorzuciła Anna.
– Nie chcieli pani nawet zabrać do szpitala, mimo że nalegałam… – w głosie Ewy pobrzmiewała szczera troska.
– Co za kraj, co za kraj… – mamrotała wciąż jeszcze na wpół żywa Matylda, na której własne cierpienie robiło najwyraźniej ogromne wrażenie.
– Przeniosłyśmy więc panią tu, do sypialni i czuwałyśmy z Anią na zmianę…, po dwie godziny. Cały wieczór, noc i cały dzisiejszy dzień.
– A salon? Nie obsługiwałyście klientów… – zauważyła Matylda.
– Ruch był mały… – siliła się na wyjaśnienia Anna.
– I jedna dawała sobie radę, a druga mogła ty czuwać – wspomogła koleżankę Ewa.
– To dobrze, dobrze. Widzę, że mogę na was liczyć…
– Zawsze pani Matyldo!
– Pić mi się chce… – wybełkotała staruszka.
Anna podała jej natychmiast kubek z przestudzoną herbatą.
– Całą noc nie spałam, nie byłam nawet w domu – kontynuowała Ewa – mam nadzieję, że moja Kicia ma jeszcze w miseczce odrobinę wody…
Matylda nie zareagowała, chrząknęła jedynie na znak, albo zignorowania tego co usłyszała, albo zwyczajnie, próbowała sobie poradzić ze zbyt dużym łykiem herbaty, którą tak łapczywie piła.
– Skoro nie spałam całą noc – powiedziała w końcu Ewa – to może mogłabym już wrócić do domu i porządnie się wyspać?
– Naturalnie, naturalnie… wydawało się, że Matylda ulega presji.
– I wziąć jutro wolne – dodała zaraz Ewa, niby od niechcenia.
Staruszka spojrzała na nią kątem oka i już chciała krzyknąć, że takiego rozwiązania nie przewiduje, ale, ani nie miała na to fizycznie siły, ani też nie pozwalała na to sytuacja. W końcu kobiety uratowały jej życie, wykazały się refleksem i trzeźwym umysłem. Należało więc, choć ten jeden raz, okazać im serce.
– Dobrze… – jęknęła po chwili Matylda, wykonując przy tym ruch ręką, jakby chciała jednocześnie je pobłogosławić – możecie jutro odpocząć. Zamkniemy salon na jeden dzień…
– Dziękujemy pani Matyldo! – Wyrwało się entuzjastycznie z piersi Ewy.
– Ale – szybko dodała powracająca do sił kobieta – odpracujemy to w niedzielę! Nie stać nas na nieróbstwo!
– W niedzielę?! – Krzyknęła Ewa. – W niedzielę to ja…, idę do Kościoła i mam już plany!
– Albo jutro wolne, albo w niedzielę – powtórzyła stanowczo Matylda, której organizm najwyraźniej regenerował się szybciej, niż można było przypuszczać.
Tego dnia salon już nie funkcjonował. Ewa, po ciężkich negocjacjach, czmychnęła do domu, a Anna, targana niewyobrażalnymi wyrzutami sumienia, zaglądała co chwilę do pokoju Matyldy, żeby upewnić się, że wszystko z jej zdrowiem jest w porządku. A ta szybko wracała do zdrowia, bo najpierw zażyczyła sobie gazety do poczytania, potem coś słodkiego do przekąszenia, a na końcu jeszcze pilot do telewizora.
Już pod wieczór rozległo się pukanie do drzwi. Anna zbiegła po schodach i kierując się w stronę drzwi, próbowała rozszyfrować kim są postaci stojące po drugiej stronie ich tafli.
Żaden jednak z mężczyzn nie wydał jej się znajomy.
– A panowie do kogo? – Zapytała uchyliwszy nieco drzwi.
– Dobry wieczór! – Rzucił zdecydowanie młodszy mężczyzna. – Starszy aspirant Małkowski, proszę pani!
– Dobry wieczór! – Odpowiedziała równie podniesionym głosem, jakby nieświadomie dopasowując się do poziomu głośności swojego rozmówcy.
– A to – wskazał na małego człowieczka stojącego obok – pan inspektor Kipka!
– Dobry wieczór! – Powtórzyła, skinąwszy w jego kierunku głową.
– Kipka jestem! Inspektor Kipka! – Mówiąc to, mężczyzna o niewielkiej posturze, podał rękę na przywitanie. – Czy możemy wejść i zająć niewielką minutkę? – Zapytał.
– Tak, oczywiście! Zapraszam…
Mężczyźni weszli do środka, a Anna pośpiesznie podsunęła im fotele i poprosiła by usiedli. Oni jednak odmówili.
– Czy panowie się czegoś napiją? Może…
– Nie, dziękujemy! Jesteśmy na służbie! – Odparł jednym tchem aspirant Małkowski.
– Przychodzimy do Pani – zaczął inspektor wwiercając w Annę swoje spojrzenie – w związku z napadem rabunkowym, jakiego dokonano minionej nocy przez nieznanych sprawców kilka budynków dalej.
– W salonie SAPAR… – uzupełnił starszy aspirant czytając ze skórzanego notesu, który trzymał w ręku – znajdującym się pod adresem Filantropów dwanaście.
– Tak, słyszałam dziś – Anna potwierdziła wiadomość, która zdążyła już do niej dotrzeć – to straszne.
– Tak… Co pani robiła minionej nocy? – Zapytał wprost inspektor Kipka.
To pytanie wywołało zmieszanie na twarzy kobiety. Milczała. Spojrzała w oczy niskiego mężczyzny, który przedstawił się jako inspektor. Obiegła wzrokiem jego twarz – pełną tajemniczych zakamarków i bruzd, mogących świadczyć o tym, że mimo niskiego wzrostu, ma do czynienia z mężczyzną odważnym, który przeżył w swojej pracy wiele niebezpiecznych sytuacji. Zastanawiała się co mu odpowiedzieć – że rozpoczęła minionej nocy wirtualny romans? Że się chyba zakochała?
– A zatem? Gdzie pani była tej nocy? – Powtórzył pytanie drugi z policjantów.
– Byłam tu, w domu – odrzekła nieco zatrwożona.
Tak postawione pytanie wydało jej się już znacznie łatwiejsze do przyjęcia.
– W domu… – powtórzył do samego siebie inspektor tonem, pełnym wątpliwości. – A o której poszła pani spać? – Dopytał niemal natychmiast.
Mężczyzna miał w oczach coś, co paraliżowało Annę. Za każdym razem, aby udzielić odpowiedzi, musiała zebrać w sobie wszystkie siły i na nowo nabrać odwagi.
– Siedziałam do późna, a potem się położyłam…
– O której się pani położyła? – Zapytał Małkowski tonem, jak gdyby chciał się popisać, przed wyższym rangą kolegą, swoimi umiejętnościami detektywistycznymi i błyskotliwością.
– O północy… – skłamała – tak, jakoś tak o tej porze.
– Hm…, a czy coś pani może słyszała? Jakiś hałas, zanim się pani położyła? – Znowu zadał pytanie inspektor.
– Nie, niczego nie słyszałam. Cisza była dookoła…
– Rozumiem. Czy pani mieszka sama w tym domu? – Kontynuował przesłuchanie Kipka.
– Nie, mieszkam z matką…, to znaczy z teściową. Starszą kobietą.
– A czy pani matka jest w domu? Mówiąc to inspektor rozejrzał się po pomieszczeniu.
– Jest, na górze, ale leży już w łóżku.
– Chora? – Wtrącił starszy aspirant.
– Nie, skądże znowu! To znaczy, już teraz zdrowa, ale wczoraj zemdlała, źle się poczuła, musiałyśmy ją zanieść na górę… – Anna zaczęła się gubić, co natychmiast wyczuł, starszy rangą, doświadczony policjant. Z resztą nie wymagało to od niego wielkiego wysiłku, w sytuacji, kiedy z przepytywanej osoby leje się pot, trzęsą jej się ręce i gubi się w zeznaniach.
– Porozmawiamy z tamtą kobietą panie inspektorze?
– Tak, tak, naturalnie – mruknął Kipka i zaraz dodał: – Czy możemy w takim razie przyjść jutro?
– Nie chcielibyśmy nadwyrężać dodatkowo zdrowia starszej pani – dorzucił aspirant.
– Jutro? Doskonały pomysł! Mama zapewne poczuje się lepiej – Annie kamień spadł z serca. Z wdzięczności, że chcą sobie już pójść, była w stanie obiecać im wszystko. Mogła przyrzec nawet to, że następnego dnia przyniesie Matyldę do komisariatu na rękach. Byle tylko tego wieczoru dali im spokój.
– W takim razie zjawimy się w ciągu dnia – oznajmił formalnym tonem inspektor Kipka, podał rękę na pożegnanie i ruszył w stronę drzwi. Oczywiście każdy jego gest i ruch naśladowany był przez towarzyszącego mu starszego aspiranta.
– Do widzenia! – Powiedzieli jednocześnie panowie i zniknęli w ciemnościach, które na zewnątrz roztaczał już wieczór.
Anna, z wielką ulgą na sercu, zgasiła dwa żarzące się żółtym, ciężkim światłem kinkiety, wiszące na przeciwległych ścianach pomieszczenia i po omacku ruszyła schodami w górę.
– Anna! – Dało się słyszeć wołanie Matyldy. Nie dziwiło to wcale, bo przed nią nie dało się ukryć niczego, co działo się w tym domu. Słyszała wszystko i panowała nad każdą sytuacją.
– Kto to był? – Zapytała stara kobieta, kiedy tylko otworzyły się drzwi jej sypialni.
– Panowie policjanci – wyjaśniła Anna.
– Policja?! – Upewniała się Matylda, tak jakby nie dosłyszała – Tu?! – Zareagowała zdziwieniem i lekkim zdenerwowaniem.
– Czego chcieli? – Dopytała podnosząc się na łóżku.
– Nie powinnaś jeszcze się tak wysilać. Musisz odpocząć.
Anna chciała ją powstrzymać, ale Matylda wykazała się refleksem oraz siłą i w mgnieniu oka zmieniła pozycję, w jakiej znajdowała się na łóżku.
– Ty mi powiedz lepiej po co tu przyszli, hm? – Matylda najwyraźniej nie zamierzała dać się zbyć tak łatwo.
– Tak, po prostu… – wzruszyła ramionami i przysiadła obok niej na białym prześcieradle uznając, że w ich wizycie nie było niczego nadzwyczajnego.
– Policja nigdy nie przychodzi bez powodu, zapamiętaj to! Boże, dziewczyno, kiedy ty się nauczysz życia?! – Zganiła jej postawę staruszka.
– Pytali o wczorajszy napad na SAPAR – odpowiedziała Anna nie rozumiejąc, po co zawracać sobie głowę czymś co ich w ogóle nie dotyczy.
– O napad? – Słysząc to Matylda spoważniała jeszcze bardziej i poruszyła się nerwowo.
– Ach… – Anna uderzyła się głową w czoło – przecież ty niczego nie wiesz…
– No?
– Wczoraj w nocy ktoś podpalił im salon, poniszczyli wszystko! Podobno paliło się bardzo mocno!
– I co, i co? No mów! – Oczy Matyldy zapłonęły ciekawością, a cała sylwetka wyprostowała się, jakoś ożyła.
– Ja tego nie widziałam, bo spałam, ale ludzie mówią cały dzień.
– Czyli, że wszystko zniszczone? – Upewniała się Matylda.
– Tak, to akurat widziałam na własne oczy, bo tam byłam dzisiaj. Nie można podejść bliżej, bo policja nie pozwala, ale widziałam z chodnika po drugiej stronie ulicy.
– Hm… – Matylda słuchając przygryzała wargi.
– Będą musieli teraz cały salon odnowić?
– A po co? – Krzyknęła. – Lepiej niech sobie już odpuszczą i się stąd wyniosą! Widać niebezpieczna okolica – na jej twarzy zarysował się mały uśmieszek.
– No i dlatego była u nas policja – ciągnęła Anna. – Pytali, czy coś widziałyśmy, pytali też o ciebie?
– O mnie?! Cholera! I co?
– No mówiłam, że nic nie widziałam, bo spałam.
– Ale co ode mnie chcieli?!
– Też nic, tak pytali, rutynowo raczej…
– I co im powiedziałaś?
– Że źle się czujesz i że śpisz.
– No to dobrze, dobrze.
Matylda zamyśliła się. Patrzyła niby na ścianę, ale jej wzrok sięgał znacznie dalej. Widać było, że coś nie daje jej spokoju, coś ją dręczy.
– Mówili też, że wrócą jutro – dodała po chwili Anna.
– Znowu?! A po co?
– Chcą koniecznie rozmawiać z Tobą.
– Nie moja droga – mówiąc to Matylda odrzuciła kołdrę i próbowała wstać.
– Dokąd idziesz? – Zaprotestowała Anna.
– Już nigdzie, nigdzie… Kręci mi się w głowie… – Matylda poczuła silny zawrót w głowie i zrozumiała, że na jakiekolwiek działania z jej strony jest jeszcze stanowczo za wcześnie.
– Mówiłam, że potrzebny ci odpoczynek – Obstawała przy swoim Anna.
Matylda posłusznie wróciła do pozycji leżącej.
– Powiesz im jutro… – mówiła lekko dysząc – że źle się czuję i nie mogę zejść.
– Nie chcesz z nimi porozmawiać? – Zdziwiła się Anna. – To zajmie pewnie dziesięć minut, albo i krócej.
– Nie w tym rzecz. W moim domu nikt nie będzie mnie nachodził bez potrzeby. Rozumiesz?
– Dobrze, zrobię jak chcesz…
– Chodzi o zasady.
To stwierdzenie zdziwiło Annę jeszcze bardziej, bo kto jak kto, ale Matylda rzadko kiedy kierowała się zasadami. No, może poza jedną… Zawsze być górą!
Tej nocy bezimienny mężczyzna, którego Anna poznała przez Internet nie odezwał się wcale. Wysłała mu kilka wiadomości, ale nie odpisał. Nie pojawił się też na czacie. Zamknęła więc laptopa i pogrążona myślami o nim, zasnęła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *