Krzyż – część 1

1. NA KRAWĘDZI

Tłum na chodniku przy ulicy Warszawskiej gęstniał z minuty na minutę. Ludzi, jak muchy, przyciągała obietnica zapachu świeżej krwi. Po mieszkaniu na ostatnim piętrze kamienicy nerwowo krążył komornik, którego egzekucja bynajmniej nie przebiegała według planu; wynajęty przez niego ślusarz udawał, że wcale nie jest zaangażowany w tę przykrą aferę, a dwaj niedoświadczeni policjanci wysłani, żeby zobaczyć co się właściwie tam działo, zastanawiali się, czy już powinni kogoś wezwać na pomoc, czy jeszcze poczekać.


Na gzymsie, tuż obok okna, z którego ramy ciągle łuszczyła się farba, stała czterdziestosześcioletnia kobieta.
Czego nie widział, co przegapił tłum przełykający ślinę w podnieconym oczekiwaniu? Nieudolne negocjacje z lokatorką mieszkania numer trzydzieści dwa prowadzone przez drzwi i dość sprawne wyważenie tychże. Krótką gonitwę po mieszkaniu zakończoną eskapadą na gzyms. Telefon do przyjaciela w niebieskim wdzianku. Niewiele.
Było czerwcowe popołudnie, ciepłe, łagodne. Adam Berger, który jakieś pół roku wcześniej za małą fortunę kupił M4 na Francuskiej, jak zwykle wracał z biura piechotą. Tyle, że zwykle na jego drodze nie stawała śliniąca się, rozdziawiona tłuszcza.
– Co się dzieje? – Adam zapytał pierwszą osobę z brzegu, podchodzącą pod sześćdziesiątkę kobietę, pomimo ciepła ubraną bluzkę z długim rękawem i grubą, sięgającą niemal do ziemi spódnicę.
Na jej czole perlił się pot.
– Nie widzi?
Kobieta wskazała palcem desperatkę przyklejoną do ściany na wysokości trzeciego piętra. Teraz i na czole Adama (biała koszula rozpięta na tyle, na ile pozwalała przyzwoitość i wiszący niedbale krawat) pojawiły się krople potu.
– I nikt nic nie robi? Nie zadzwonił nikt na pogotowie?
Wyraz twarzy obcej odpowiedział mu, że nic podobnego nie przyszło jej nawet do głowy. I—przypuszczalnie—nie przyszło także do głowy żadnemu z uczestników spektaklu.
W pośpiechu wydłubał ze skórzanej teczki swoją prywatną komórkę (służbową przezornie zostawił na biurku w swoim małym gabinecie) i wystukał niezawodne 112. Głos w słuchawce nie grzeszył uprzejmością, ale należał do kogoś wystarczająco kompetentnego, by wziąć jego dane osobowe, wypytać go o wszystkie istotne okoliczności wypadku i poinformować go, że ekipa jest już w drodze.
– Skacze! – zawołał ktoś w tłumie.
Jak błyskawica, przez tłum przebiegł dreszcz podniecenia. Skacze! Nic równie ekscytującego nie wydarzy się co najmniej przez następny miesiąc. Będzie o czym opowiadać w pracy, ci frajerzy, którzy przegapili to wydarzenie, będą słuchać z szeroko otwartymi oczami, zieleni z zazdrośni. Będzie można przez chwilę pobujać się na wyższej gałęzi towarzyskiego drzewka.
Skacze. Wreszcie skacze!
Ale nie. Postać na gzymsie nie przejawiała specjalnej ochoty na spotkanie z płytkami chodnika w dole. Sztywna ze strachu, starała się nie stracić równowagi, ostatniej rzeczy, którą w swoim życiu jeszcze miała.
Nie kontrolowała już swojego życia, więc czy można powiedzieć, że było jej?
(jezusmaria jezusmaria jak wysoko)
Wdech i wydech. Wdech i wydech… Gdyby tylko mogła się cofnąć, przejść tą samą drogą, która w tamtą stronę wydawała się taka łatwa.
Tylko: czy coś tam na nią czekało? Czy coś się zmieniło?
Nieruchomej kobiecie Adam przyglądał się z rosnącym przerażeniem; jego głowę wypełniły setki możliwych scenariuszy rozwoju wypadków. Za to mu płacili—za przewidywanie przyszłości, rozważanie konsekwencji decyzji, opracowywanie strategii działania, które minimalizowałyby koszty wizerunkowe, a maksymalizowały zyski—i był w tym dobry jak mało kto. Teraz działał według znanego schematu: przyczyna—skutek, z tym zastrzeżeniem jednak, że nie miał do czynienia z takimi abstraktami, jak image czy marka, a z żywym człowiekiem, z kilkoma litrami krwi, mózgiem, sercem i całą resztą, której istnienie właśnie stanęło pod znakiem zapytania.
Z jego zaskakująco chłodnej analizy (ale przecież przydomek „Mr Cool” nie wziął się znikąd) wynikało, że coś należało zrobić natychmiast; czas—wbrew pozornej statyce całej sceny—grał istotną rolę. I zmarnowano już wystarczającą jego ilość. Odpowiednie służby—na myśl o których Adam gorzko się uśmiechnął—mogą przyjechać w sam raz, by posprzątać ludzkie szczątki z krzywego chodnika. Scenariusze, w których skok/upadek następował, zanim przyjechała jakakolwiek profesjonalna pomoc—jeśli w ogóle o jakiejkolwiek profesjonalnej pomocy w tym szalonym kraju można mówić—wydawały się najbardziej prawdopodobne. Coś (tylko co?) trzeba było zrobić i to już.
(trzeba to zrobić trzeba to zrobić trzeba to zrobić i to już)
Adam spojrzał jeszcze raz na sparaliżowaną kobietę, która wysyłała w niebo bezgłośne modlitwy. Próbował zgadnąć, do którego mieszkania należało okno, przez które dostała się na gzyms; doszedł do wniosku, że jak tylko znajdzie się na trzecim piętrze, nie będzie żadnych wątpliwości; tłum ciekawskich wskaże mu drogę.
Nie mylił się. Sąsiedzi, ich goście, przypadkowi ludzie zwabieni zamieszaniem wypełniali klatkę schodową rozgorączkowanym gwarem. Stojący w progu mieszkania numer trzydzieści dwa policjanci pracowicie odpierali cykliczne ataki pani Cerekwickiej, natarczywej sąsiadki sprawczyni całego zamieszania.
 Mordercy! Bandyci! – wrzeszczała na nich, nie zdając sobie sprawy z groteskowości swojego zachowania i unoszącego się nad nim smrodku hipokryzji. Kiedy do drzwi numer trzydzieści dwa pukał komornik, pani Cerekwicka nie protestowała; zbyt zajęta była pławieniem się w złośliwej satysfakcji. Tyle że wtedy nie miała publiczności, która mogłaby takie humanitarne starania docenić.
Pani Cerekwicka wierzyła w winę i karę; choć nazywała siebie żarliwą katoliczką, bliżej jej było do doktryny siedemnastowiecznych purytan niż dziedzictwa JP2 (do którego pokolenia sama siebie z dumą zaliczała).
Za plecami policjantów w dalszym ciągu kręcił się komornik; wezwany przez niego ślusarz zdołał w międzyczasie się ewakuować.
– Ej, a może by tak ją stamtąd ściągnąć?! – krzyknął Adam, przebijając się przez panujący na klatce harmider.
Policjanci spojrzeli po sobie, nie wiedząc, jak odpowiedzieć. Zdążyli porozumieć się z centralą i dowiedzieć, że ktoś już ich zawiadomił i że ekipa jest już w drodze. Więcej informacji nie potrzebowali.
– Zaraz po nią przyjadą – odkrzyknął jeden z nich, a drugi przytaknął mu krótkim skinięciem.
– A jak się spóźnią?!
Na to nie było już odpowiedzi. Chyba że można nią nazwać ledwo dostrzegalne wzruszenie ramion. Na tyle wyraźne, by zauważył je pytający, na tyle delikatne, by postronni obserwatorzy nie mogli go odczytać.
Mają to w dupie, brzmiała interpretacja Adama.
Z mowy ciała mało nie zrobił w swoim czasie doktoratu, zabrakło mu tylko jednego: motywacji. Komu by się chciało ślęczeć nad pracą naukową, kiedy tak zwane prawdziwe życie rzuca człowiekowi pod nogi ciężkie tysiące za coś, czego połowa ludzkości nie nazwałaby nawet pracą?
Pytanie, wzruszenie ramionami, decyzja: Adam zacisnął zęby, napiął mięśnie, odepchnął się stopą od balustrady. To wystarczyło mu na uzyskanie pędu, dzięki któremu przebił się przez wątłą barykadę w progu mieszkania. Podążyła za nim seria określeń niegdyś uważanych za nieparlamentarne.
Na zewnątrz rozległ się jęk syren. Pogotowie czy straż? Adam nie był pewny. Pewny był za to tego, że błąkający się po pustym mieszkaniu komornik mu nie pomoże. Roztaczał on wokół siebie aurę człowieka, który nie tyle wolałby być gdzie indziej, co właściwie mentalnie już się gdzie indziej znajdował. Mamrotał do siebie, wykonywał nieskoordynowane ruchy, nie zwracając przy tym uwagi na otoczenie. A w otoczeniu coś nagle się zmieniło. I to oprócz pojawienia się pod kamienicą karetki pogotowia. Mianowicie, wokół ramy okna zacisnęła się, praktycznie czarna na jasnym tle budynku naprzeciwko, ręka niedoszłej samobójczyni.
Patrząc na gęby gapiów, próżno szukała współczucia. To były raczej miny dzieciarni bacznie obserwującej taniec linoskoczka wysoko nad cyrkową areną, oczekującej nie szczęśliwego zakończenia, hollywoodzkiego happy endu, lecz naszej swojskiej, tragicznej w skutkach wpadki. Bo czym jest freude z odciętym schaden? Czym jest event, podczas którego w zasadzie nic się nie wydarzyło? Jak długo można opowiadać o kobiecie, która nie skoczyła z okna? O ofierze bezdusznego systemu, która nigdy ofiarą się nie stała?
W Sylwię Bielską wstąpił nowy duch. Starożytny, zacny, polski duch: duch przekory. Nie da się, zejdzie z tego cholernego gzymsu, nie da im tej satysfakcji. Hieny. Gnidy. Chcą, żeby spadła, to niech tam wlezą i ją zrzucą.
Ruszyła. Powoli, ostrożnie, z pełną świadomością niebezpieczeństwa. Jeden fałszywy ruch i… Cała ta krwawa tandeta. Ale też coś więcej: zwycięstwo tych w dole, efektowna zamiana człowieka w paszę dla pismaków i zwykłej hołoty wydrążonej emocjonalnie przez reality TV i flaki w głównym wydaniu wiadomości. Pozwolić, by wszyscy twoi bliscy zobaczyli twoje zwłoki na pierwszej stronie „F”, otoczone gustowną, czarną ramką, to by była dopiero prawdziwa tragedia…
Palcami wyszukiwała szczelin w dawno nie odnawianej fasadzie. Nie odrywała stóp od odstraszająco wąskiej półki, która stanowiła jej jedyne oparcie. Zmurszałe cegły i zwietrzała zaprawa. Tak blisko. Tak blisko, a tak daleko. Rozciągnięte poza granicę przyzwoitości centymetry, w jej głowie wydłużające się w kilometry.
Rzuciła okiem na swoją publiczność, nie sposób tego nie zrobić; w końcu chwile słabości przytrafiają się nawet najlepszym aktorom; niejeden Hamlet zerkał ze sceny, upewniając się, że jego „być albo nie być” kogoś na widowni obchodzi. Wielbiciele jej talentu okazali się uważnymi obserwatorami; najdrobniejsze drgnięcie jednego z jej mięśni wywoływało natychmiastową reakcję. Tak, zdecydowanie obchodził ich jej los. Tylko że w sposób, który mało kogo podniósłby na duchu.
Przesunęła się o dalsze parę centymetrów. Po czym, bez specjalnej nadziei, wyciągnęła rękę ku ramie otwartego okna. Ku jej olbrzymiej radości, poczuła pod swoimi palcami łuszczącą się farbę i popękane drewno. Była już dosłownie o krok od celu. Jeszcze jeden ostrożny manewr, prawa noga w bok, lewa tuż za nią, i dłoń Sylwii przylgnęła do krawędzi ramy, zaciskając się wokół niej niemal automatycznie.

Biegłem przez pusty pokój, chociaż pewnie całkiem pusty nie był, pewnie ktoś stał gdzieś z boku i się przyglądał. Nieważne. Ważna była ta ręka, ten szaroczarny kontur falujący za oknem. Rzuciłem moją teczkę na podłogę. Nowa skórzana teczka na starym, wytartym dywanie, dziwaczne połączenie, pomyślałem, nawet nie patrząc, jak upada. Interesowała mnie tylko ta samotna ręka. Dźwięki dochodziły do mnie jak przez ścianę: krzyki w korytarzu, uderzenie teczki o podłogę, wycie syreny i coś, czego w pierwszej chwili nie potrafiłem zidentyfikować. Dopiero później, kiedy gotowe fakty leżały już na stole, skutecznie odpierając próby reinterpretacji, zrozumiałem wszystko.
Gdzieś z tyłu głowy, zagłuszane feerią emocji i bodźców, tłukły się żałośnie racjonalne pytania: dlaczego tam się wpakowałem? Co chciałem udowodnić? I komu? Co mnie podkusiło?
Biegłem ku niej, naprędce planując kolejne ruchy. Robiłem założenia, błędne, jak się potem okazało, podejmowałem decyzje, których nie dane mi było wprowadzić w życie. Pokój zdawał się obły, bezkształtny. Zupełnie, jakbym był postacią z filmu, którego twórcy nieco przeholowali z efektami specjalnymi. Kicz większy niż ten na ścianach; większy, bo nie zrodzony z braku pieniędzy i wykształcenia w cudownym połączeniu z dotkliwą potrzebą piękna. Kicz arogancji i chciwości.
Biegłem, myśląc o sobie jako o bohaterze. I jednocześnie dumnie odrzucając to miano, wmawiając sobie, że moje intencje są zupełnie czyste. Interesujący paradoks czy mdła hipokryzja? Ocierałem się o politykę, podawałem rękę przesiąkniętym nią aparatczykom. Nie chcesz śmierdzieć, nie babraj się w gównie, powiedział jeden z nich, kiedy przeprowadzałem go przez rozwód z oskarżeniami o pedofilię w tle. Stary łajdak miał rację. Ciekawe, czy w gabinecie podsekretarza stanu czuł bijący od siebie fetor… Jego wina-niewina interesowała mnie tylko jako ewentualna przeszkoda, ten element układanki, który nie ułatwił mi prowadzenia kampanii; wiedzieć musiałem, żeby opracować jak najskuteczniejszą strategię.
Biegłem z pewnością, jakiej nie czułem nigdy wcześniej. Ogarnięty tą mityczną klarownością, którą podobno osiągają tylko buddyjscy mnisi i umierający. Tym większy szok, tym większy upadek. Kiedy. W momencie i tuż przed. I, oczywiście, po. Kiedy ręka kurczowo ściskająca ramę okna, zwiastująca ocalenie nagle zniknęła, zostawiając po sobie tylko paznokieć zerwany w rozpaczliwej próbie ratunku. Tuż przed chwilą, w której powietrze rozdarł jej
(samobójcy nie krzyczą)
krzyk. W momencie, w którym ten krzyk się urwał. I po, kiedy tłuszcza już była nasycona, kiedy cisza odzyskiwała władzę nad tą maleńką częścią miasta.
Dusiłem się, jakby powietrze w jednej sekundzie zmieniło się w trujące opary, niemożliwe do przełknięcia dla moich śląskich płuc. Mieszkanie napęczniało od ludzi chcących—służbowo lub po amatorsku—przyjrzeć się tej żałosnej scenie z góry. Siny z niedotlenienia, jakimś cudem przedostałem się na korytarz i dalej, na zewnątrz; droga po schodach przypominała nieco spacer po bagnie po oberwaniu chmury.

JEROZOLIMA

Słońce. I piach. Nie, coś drobniejszego. Pył. Proch. Z prochu powstałeś, w proch… Albo z gliny… ktoś powinien to w końcu uporządkować, porównać ze sobą wszystkie wersje i zostawić jedną, oficjalną. Właściwą… Uczyniłem cię z tego i tego, prochu, gliny, gwiezdnego pyłu, ciepłego pragluta, obojętnie, niech to jednak będzie cokolwiek konkretnego, namacalnego… Jak długo jeszcze mamy zadowalać się domysłami, aluzjami, sugestiami?
Myśli Adama zdają się biec we wszystkich kierunkach jednocześnie. Jak mrówki, w których mrowisko nieoczekiwanie ktoś wdepnął. To ironia, że w sytuacji absolutnej niewiadomej zwykle podążały w kierunku rozważań przynajmniej quasi-religijnych. Ironia, bo uważał się za absolutnego ateistę, odrzucającego nawet stary, dobry agnostycyzm.
Rushdie napisał kiedyś, że przeciwieństwem wiary nie jest niewiara, lecz zwątpienie. I jestem skłonny się z nim zgodzić, w końcu stanowił przedmiot mojej dysertacji, przyjętej i obronionej. Niewierzący jest czysty, nic go nie pcha, nie porusza nim w żadnym określonym kierunku. Duchowo jest martwy, jałowy. Jak kobieta po histerektomii. Wątpiący to rozpędzony pociąg, który wyrwał się ze swoich torów i gna przed siebie na złamanie karku, nie wiedząc nawet w dużym przybliżeniu, dokąd jego nowa droga prowadzi. Wątpiący walczy, nigdy nie ustaje w swej walce. Stara się zdławić wiecznie odradzające się płomyki wiary, jak na złość kusząco urodziwe. Kapitalny materiał na kata rzucającego wiernych lwom na pożarcie.
Ciekawe, że nasz drogi Salman nie uznaje się za wątpiącego Muzułmanina, a za ateistę właśnie…
Ogólnie rzecz ujmując, istnieje kilka dróg prowadzących do miejsca, w którym nieprzesadnie wygodnie rezydował Adam Berger. Ziarno z odnośnej przypowieści pada na kilka rodzajów ziemi. Można po prostu urodzić się w rodzinie bezbożników. Można, korzystając z początkowej płytkości wiary, niepostrzeżenie się z niej wyślizgnąć. Można doznać szoku, przeżyć tragedię i zostać od Boga odciętym, stracić łączność jak połączenie telefoniczne podczas huraganu. Można też—przypadek Adama—wierzyć za mocno.
Wiara Adama, jego dziecięce, zdawałoby się wrodzone zapatrzenie w Boga, była czymś tak osobliwym, że nawet doświadczeni katecheci w zetknięciu z nią drapali się po głowach. Jedynym rozwiązaniem tego problemu wydawało im się posłanie młodzieńca do seminarium, gdzie—jak wiadomo—nie z takimi już sobie radzili. Niestety, młodzieniec swoją przyszłość widział inaczej. Zbyt mocno odczuwał potrzeby ciała, by nawet rozważać ewentualność celibatu do grobowej deski. Księdzu Sobieskiemu, który prowadził Adama w klasie maturalnej, udało się namówić go na studia teologiczne na KUL-u, co—patrząc z korzystnej perspektywy teraźniejszości—było fatalnym błędem. Jeden do zera dla Dołu, bramka samobójcza strzelona po niespełna dwudziestu minutach gry.
Bo Adam nie był przeciętnym studentem teologii, spijającym z ust profesorów prawdy objawione. Jego nie interesowały dogmaty, objawienia i aksjomaty; on pytał, dociekał, kwestionował. Uparcie dążył do wiedzy (czy też Wiedzy). A właściwie to więcej: dążył do zrozumienia. Analizował i porównywał kilkusetletnie traktaty, czepiał się szczegółów, tropił niespójności, wyławiał sprzeczności. Kopał i wiercił tak głęboko, że pewnego majowego popołudnia przebił się na drugą stronę. Odkrył w sobie kosmiczną pustkę, którą momentalnie odniósł do całego wszechświata. Boga nie ma, doszedł do wniosku. Spędził osiem miesięcy studiując dyscyplinę naukową, która w istocie nie ma przedmiotu. Albo której przedmiot jest produktem ludzkiej imaginacji…
Tylko… tak, nie było to takie proste. Wszakże pustka pustką, ale życie nie znosi próżni. A przyzwyczajenie drugą naturą… Jeśli jeszcze dorzucić do tego skomplikowanie struktur świadomości i nieświadomości, otrzymamy…
Ból, równie ostry co niespodziewany, koncentruje uwagę Adama na tu i teraz. Jakim tu, jakim teraz? Rozgląda się, wypluwając ze spieczonych ust drobinki pyłu wymieszane z krwią. To nie może być rzeczywistość, mówi do siebie, to mi się śni. Ale nie potrafi odmówić temu przeżyciu realności.
Jest gorąco, czuje na sobie grube krople potu. Czuje też smród szmat, którymi jest okryty.
– Wstawaj! – słyszy zza siebie warknięcie, za którym podąża kolejna fala bólu.
Teraz jest w stanie rozpoznać—choć w dużej mierze tylko dzięki swojej wyobraźni—co to za ból, skąd pochodzi. Bicz. Zakończony jakimś metalowym haczykiem dla wzbogacenia efektu.
– Już, już – mruczy, poddając się sytuacji.
Podnosi się z trudnością, jakiej się nie spodziewał. Szybko jednak rozpoznaje jej źródło: do jego pleców przytwierdzona jest drewniana belka. Co tu do…?
Rozgląda się i widzi zbieraninę groteskowo ubranych mężczyzn, jakby żywcem wyjętych z którejś z tych kiczowatych adaptacji biblijnych opowieści. Wszyscy brudni, wszyscy śmierdzący, wszyscy z morderstwem wypisanym na gębach. Adamowi dziwnie przypominają tych, którzy gapili się, jak Sylwia Bielska upada na chodnik przed własnym domem. I nie bez powodu: to jest ta sama zbieranina, tylko w innych strojach, w innej dekoracji. Rozpoznaje kilka twarzy, kilka mord. Nic dziwnego, że nie chciała skoczyć, myśli, też wolałbym takim gnojom nie dawać satysfakcji.
Brutalne kopnięcie niemal znowu go przewraca. Na szczęście udaje mu się złapać równowagę; kolejne podniesienie się nie byłoby łatwe. Nie z tą belką na plecach, nie po kilku następnych batach.
Uderzenie długą, prostą laską w ramię ustawia go w szeregu. Teraz zdaje sobie sprawę, że jest uczestnikiem jakiejś dziwacznej procesji, która na dodatek coś mu przypomina.
Nie. A może? Nie! Chociaż… Droga krzyżowa?
Moment i żadnych wątpliwości już nie ma. Jakaś uczynna dłoń koronuje Adama wieńcem cierniowym.
Co za żałosna wstawka! Czy jego śniącej psyche nie stać na coś w lepszym guście, coś subtelniejszego? Nie wystarczyłaby jakaś aluzja? Potrzeba tak z grubej rury, żeby przypomnieć mu, że nadal w pełni nie wyzwolił się spod jarzma wiary? Zresztą, co też za pomysł, żeby umieszczać go w roli Chrystusa, i to jeszcze w takim nieciekawym momencie jego kaznodziejskiej kariery? Nie lepsza byłaby popijawa w Kanie Galilejskiej?
Świst bata, westchnienie pękającej skóry, mlaśnięcie rozrywanego haczykiem mięsa. Nie, te wrażenia powinny być zdecydowanie mniej realistyczne. Na dobrą sprawę powinien był się już obudzić po pierwszym razie. Być może z krzykiem, być może zrywając się jak oparzony z łóżka, ale obudzić. Przejść z tej idiotycznej makabreski w stylu wczesnego średniowiecza w farsę początku dwudziestego pierwszego wieku.
Nic z tych rzeczy. Ból jest bólem, smród – smrodem. A krew spływająca po twarzy Adama, zmieszana z potem, smakuje dokładnie jak ta płynąca w jego żyłach. Padają oczywiste pytania o prawdę i fałsz. O granice iluzji. O szaleństwo i jego przyczyny.
Niezła fantazja, kurwa mać, innym się śnią panienki w bitej śmietanie, a mi cholerna droga krzyżowa, myśli powłócząc nogami, i to jeszcze w skórze głównego bohatera… Kolejne razy wybijają mu jednak z głowy myślenie. Trzeba iść, przeżyć tę piękną przygodę Anno Domini circa trzydzieści trzy.
Powoli zaczyna rozróżniać Rzymian (którzy zarządzają całą imprezą) i Żydów (którzy odgrywają rolę widzów, mniej lub bardziej entuzjastycznych, czasem współczujących). Jego osobisty poganiacz, którego Adam z miejsca nazywa Septimusem Maximusem, wydaje się zdegustowany. Może to stan higieny miejscowych, może błahość tej przedłużającej się egzekucji. Jest żołnierzem rzymskich legionów, żadnym poganiaczem bydła, jego miejsce jest na polu bitwy, naprzeciwko hord barbarzyńców, skąd łatwo dostać się na karty historii…
– Szybciej! Szybciej! – warczy, pracując kijem.
Nie powinien warczeć po łacinie?, zastanawia się Adam, cierpliwie znosząc ciosy. Siły dodaje mu przeświadczenie, że, gdy rano się obudzi, nie będzie na jego ciele ani zadrapania. Mogłem się jednak trochę bardziej przyłożyć na zajęciach u doktor Szczotki…
(Doktor Szczotka: chuda jak kij od wiadomoczego wykładowczyni, która udawała, że nie widzi, że jej studenci ściągają na potęgę z książek i od siebie nawzajem; pogodzona z losem, myśląca raczej o zabawach z wnukami czekającymi ją po zajęciach, niż o wtłaczaniu słownictwa i gramatyki łacińskiej w niechętne umysły przyszłych teologów.)
Martwi go tylko ta świadomość śnienia; jest nieznośna jak metanarracyjne wtręty we współczesnej powieści. Pozerstwo. Puste efekciarstwo. Niepotrzebne. Niepokojące. Wbijające klin pomiędzy odbiorcę a tradycyjne zawieszenie niewiary. Wtargnięcie rzeczywistości tam, gdzie być jej nie powinno. Wymieszanie tu i teraz z dawno, dawno temu, za górami, za lasami. Bo jak wierzyć i w co? Nie dowierzać niczemu? Wierzyć we wszystko (cholera niech weźmie mimowolną aliterację)?
(Zupełnie się nie zgadzam z poglądami mojego bohatera na metanarrację.)
Wreszcie Golgota. Miejsce czaszki. Wielki finał. Coup de grâce, jeśli o niego chodzi. Niech wbijają te gwoździe, niech przekłują ten bok. Może w końcu się obudzi i będzie mógł łyknąć coś na wzmocnienie? W barku stoi ledwo napoczęty Jasiu Wędrowniczek, w lodówce pojemnik lodu. Nie żeby każdy ranek rozpoczynał od mocnego drinka, ale po takim makabrycznym śnie chyba mu się to należy. Zwłaszcza, jeśli brać pod uwagę wydarzenia poprzedniego dnia, równie makabryczne.
Właśnie! Może to poczucie winy? Miał ją uratować, a teraz jego nieświadomość za karę chce go ukrzyżować. Dość zgrabna interpretacja. Tylko czy nie powinien jej dokonać na jawie? Co na taką perwersję powiedziałby pierwszy lepszy psychoanalityk? Pacjent angażujący się w proces autoanalizy podczas snu. Wyborny przypadek. Wart obszernego artykułu w American Journal of Psychoanalysis.
Koniec rozważań. Akcja przyspiesza. Pojawiają się oprawcy z gwoździami i młotami, gęby szczerzące się w bezzębnych uśmiechach. Otaczający krzyże łachmaniarze szczytują jeden po drugim. Miło jest sprawiać ludziom przyjemność, Adamowi przemyka przez myśl. Następną rzeczą, jaka przez nią przemyka, jest złość, że kiedyś tak dokładnie zbadał kwestię umiejscowienia ran po gwoździach na Jezusowych rękach. Może gdyby wtedy tak się nie czepiał, teraz nie wbijali mu teraz żelastwa w nadgarstki, a w miękką tkankę pomiędzy kośćmi dłoni. Niby niewiele, ale…
Z gardła Adama wydobywa się zwierzęcy ryk; coś, do czego zdolności nawet w sobie nie przeczuwał; ryk, jaki nasi jaskiniowi przodkowie uskuteczniali przyjmując na siebie ciosy maczugami. Bo też i ból (to słowo zaczyna wysuwać się na czoło jako motyw przewodni historii ostatnich kilkunastu godzin jego życia) jest przemożny, silniejszy niż cokolwiek, co kiedykolwiek odczuł; na dodatek nie dana jest mu łaska utraty przytomności (która byłaby doprawdy czymś osobliwym w odniesieniu do osoby śpiącej). Stopniowo ryk przechodzi w wycie. Jego oprawcy nie spieszą się zbytnio, robotę przerywają licznymi sprośnymi żartami. Wydaje się, że płacą im od godziny, nie od łebka.
Na domiar złego Adam wypatruje w tłumie znajomą twarz. Tak, żadnych wątpliwości. To Kasia, najwyraźniej pozująca na Marię Magdalenę. Skromnie przyodziana, z włosami okrytymi chustą, cała w kolorze jałowej ziemi. Ze słodkim uśmiechem na ustach, którego Adam nijak nie może odczytać. Pieprzona Mona Lisa z Bogucic. Co ona tu robi? Po co tu przyszła? Jest sama czy ze swoim chłoptasiem?
Ostatni gwóźdź, ostatnie uderzenie młota i wszystko jasne: Kasia jest jego publicznością. Ta cała oberwana reszta się nie liczy, to statyści, tło, ruchoma dekoracja mająca na celu dodania tej uroczej scenie nieco kolorytu. Dopiero Kasia wprowadza element prawdziwego upokorzenia (a pamiętamy—bo Adam pamięta—że śmierć na krzyżu miała być przede wszystkim upokarzająca). Kasia ze swoim bezbłędnym wyczuciem stylu, chodząca doskonałość, koneser i sędzia. Kasia ze swoim banalnym imieniem, który nosiła jak tanią torebkę do drogich butów, zawsze gotowa przykryć je dostojną, elegancką Katarzyną.
Tłum—przelotna myśl każe Adamowi zastanowić się, czy poprzedniego dnia nieszczęsna samobójczyni mimo woli też miała swoją Kasię; nie potrafi zaprzeczyć nieznośnej analogiczności tych dwóch scen—przygotowuje się na dłuższe oczekiwanie. Wiadomo, na krzyżu nie umiera się z sekundy na sekundę, to mozolny proces, czasem tylko przyspieszany przez znudzonych rzymskich katów, to ciosem pałką w golenie, to pchnięciem włócznią w bok. Tysiące pseudorealistycznych wizerunków nasuwają Adamowi przekonanie, że jego losem będzie to drugie. Włócznia, bok, krew, woda, jak malowane. A potem
(przebudzenie wolność normalność)
dziki ryk satysfakcji.
Atmosfera jest wulgarnie piknikowa. Wędrowni kramarze sprzedają zakąski, mężczyźni opowiadają dowcipy o rzymskich kobietach. Niektórzy zakładają się, który z ukrzyżowanych (tak, oprócz Adama jest oczywiście jeszcze dwóch złoczyńców; ich pech polega na tym, że nie mogą nawet liczyć na odpuszczenie grzechów w decydującym momencie; wisi pomiędzy nimi nieodpowiedni facet, facet, który nawet nie poszedł do seminarium) wyzionie ducha pierwszy.
Słońce spokojnie praży dalej. Adam jednak, w miarę jak z jego organizm się odwadnia, zaczyna przypisywać mu znaczenie symboliczne. Czy też alegoryczne. Dla niego to bezlitosne słońce to nikt inny jak ten niewidzialny byt-niebyt, absolut,
(Bóg)
który zdążył włożyć między bajki. Cóż, śni; może sobie pozwolić na pewne niekonsekwencje. Może nawet wrzasnąć w kierunku istoty, w którą nie wierzy:
– Ej, ty tam! Dobrze się bawisz?!
Może. Facetom wiszącym na krzyżu przeważnie wybacza się wiele. Nie ma co się na nich boczyć, nie ma co chować urazę. Nie ma też specjalnie jak ich ukarać.
Na pierwszy plan powraca Kasia, kurwa jej mać. Z dwoma osiłkami przeciska się między zebranymi, aby zająć miejsce w pierwszym rzędzie, pierdolona królowa Saby.
– Hej – woła do niego; jej ręce spoczywają na ramionach karykaturalnie zbudowanych towarzyszy.
Adam nie odpowiada. Patrzy w słońce, jakby spodziewał się, że stamtąd nadejdzie ratunek.
– Jak leci – Kasia nie daje za wygraną. Obdarza go uśmiechem za milion dolarów. Tudzież denarów.
– Zajebiście – rzuca. – Sorry, że się porządnie nie przywitam, ale jestem trochę przybity.
Żałość tego tekstu aż skręca mu kiszki. Trudno, w jej obecności nigdy nie był mistrzem celnej repliki. Najważniejsze, że nie jęczy, nie płacze, nie błaga o litość.
– No nie bądź taki. Nie do twarzy ci.
Niewiarygodne. To samo, co rzuciła, kiedy kończyła ich sześcioletni związek… Niewiarygodne? A niby skąd się ona sama wzięła, jeśli nie z jego pamięci?, Adam znowu daje się ponieść grze wolnych skojarzeń. Która mimo wszystko nie przenosi go—zgodnie ze zwykłą logiką snu—w inne miejsce, a zaledwie przynosi mu na myśl ciąg nie do końca przyjemnych wspomnień z Kasią w roli głównej. To ciągłe popychanie go do przodu, kiedy miał ochotę przystanąć i rozejrzeć się wokoło, to ciągłe dyscyplinowanie, to jechanie po ambicji, której jemu najwyraźniej brakowało. Ten nagły przeskok na lepszego konia.
Dość. Czuje to on i czują to wszyscy zgromadzeni. Nadchodzi chwila ostateczna, wielki finał z fanfarami i owacją na stojąco. Rzymianin w absurdalnie błyszczącym stroju staje przed Adamem, bierze zamach, przebija jego bok (trudno powiedzieć, czy tam właśnie celował; historia milczy na temat chrystusowego oprawcy, a umysł Adama w tej chwili nie sili się na kreatywność). Tłum wstrzymuje oddech w oczekiwaniu na jego reakcję; twarz Kasi promieniuje radością. Adamowi pozostaje jeszcze (jaka szkoda, że ominął go ten cały teatralny etap z Piłatem-czyściochem, kapłanami, srebrnikami, Barabaszem…! Ileż klasycznych kwestii mógłby wówczas wypowiedzieć!) tylko zadać jedno zasadnicze pytanie, równie adekwatne na jawie i we śnie:
(Boże, mój Boże)
– Czemuś mnie opuścił?
Świat wiruje, zatacza się, tonie w ciemności. Słońce
(Bóg)
zmniejsza się do rozmiarów główki od szpilki, znika. W tle słychać czyjś przeraźliwy rechot, który też wkrótce zamienia się w czarną ciszę.
Pustka.

PRZEBUDZENIE

Obudził się—zgodnie z sennie chaotycznym przekonaniem, które ogarnęło go jeszcze na wyobrażonym krzyżu—i do tego całkiem stereotypowo—zlany potem. Długo otwierał oczy, wcale nie zaskoczony tym, że miejsca, w których dopiero co jego nieświadomość umieściła gwoździe, bolały go jak wszyscy diabli. Nic dziwnego, to był bardzo realistyczny sen, wytłumaczył sobie. Po czym z przyzwyczajenia przeczesał włosy palcami. Dopiero kiedy jego wzrok leniwie prześlizgnął się ze ściany na pościel, w jego głowie zabrzmiał alarm.
Pościel, poprzedniego wieczoru szarobiałą, zdobiły czerwone i brązowawe plamy. Plamy zaschniętej i świeżej krwi. Przerażony Adam—teraz już całkowicie rozbudzony—zrzucił na podłogę cienką kołdrę, pod którą miał zwyczaj spać latem.
Nigdy nie potrafił krzyczeć. Strach i gniew zawsze skutecznie zamykały mu usta, paraliżowały gardło. Tym razem było podobnie: z zaciśniętym zębami gapił się na swoje prawie symetryczne rany. Niemożliwe i niezaprzeczalne.
Pierwsza racjonalna myśl: szaleństwo. Zwariowałem, mam halucynacje. Po niej następna, równie racjonalna: ten pieprzony sen jeszcze się nie skończył, zaraz z szafy wyskoczy Kaśka i zatańczy triumfalny taniec na środku pokoju, a niebiosa się otworzą i zabrzmi głos Pana.
Lecz myśli racjonalne mają to do siebie, że zwykle przegrywają z prawdą zmysłów i logiką niepokoju. Adam, nie chcąc oficjalnie uznać istnienia swoich stygmatów (a do tego zjawiska nawet jako gorliwy wyznawca podchodził z nieufnością), postanowił tylko postawić roboczą hipotezę, że być może przez sen dokonał samookaleczenia.

– No chyba, kurwa, żartujesz!
Głos Klimsiaka, głowy (albo, jak większość jego podwładnych wyrażała się o nim za jego plecami, półgłówka) PR Superior Polska kipiał. Ta głupia, prymitywna złość, złość dziecka w długich spodniach i wzorzystym krawacie spływała po Adamie jak po kaczce. Klimsiak podobnie reagował, gdy w ekspresie brakowało kawy lub gdy ktoś stał przy automacie, kiedy akurat wzięła go ochota na snickersa.
– Będę z powrotem w poniedziałek – powiedział Adam spokojnie, odsuwając nieco słuchawkę od ucha.
– Poniedziałek?! Przecież, kurwa, w środę przyjeżdżają z ejczkju! Kto, kurwa, zrobi tą pieprzoną prezentację? A w piątek konferencja Łysego – predylekcja Klimsiaka do szkolnobrzmiących przezwisk ujawniała się ze szczególną częstotliwością, kiedy mówił o znajomych politykach. – Jaja mi urwie, specjalnie o ciebie prosił…
– Prezentacja jest u mnie na kompie, Ela wie, gdzie, dasz Mikiemu do przeczytania i z głowy. Chyba sobie poradzi. A jak nie, to sam możesz, to tylko parę wykresów…
– Parę wykresów!
Klimsiak prawdopodobnie rozwinąłby tę myśl, ale Adam nie dał mu szansy.
– A konferencję daj Łojkowi, robił z… Łysym – Adam skrzywił się z niesmakiem; „Łysego” zdecydowanie wolał nazywać Kalim – przy kampanii. I nie było problemów.
– Ale jak ta dupa wyskoczyła, to ty to gasiłeś.
– Ale chyba teraz nie ma co gasić? Przecież on znowu będzie jakąś teczką machał i nawijał o jakichś układach. Pawian na bani obsłużyłby taką konferencję – dorzucił lekko rozeźlony upartością szefa; na pewno nie chciał przyrównać swojego najlepszego przyjaciela do pijanej małpy.
– A w ogóle, to co za syfa złapałeś? Mordę ci ktoś obił, że się teraz wstydzisz pokazać?
Tego pytania się obawiał. Jak na piarowca, kłamstwa przychodziły mu z wyjątkową trudnością. Co innego nic nieznaczące ogólniki, tych miał pełne kieszenie, na każdą okazję i na każdą okoliczność, do wyboru, do koloru i bez zbędnych moralnych zastrzeżeń.
Moralność: to, co z tego całego religijnego konglomeratu zostaje, kiedy odejmiemy samą religię. Edukacja, odruchy warunkowe i dziwne, niesprecyzowane poczucie niepokoju, gdy ma się przekroczyć jedno z odwiecznych tabu. Obojętnie, czy to ekonomizowanie w kwestii prawdy, czy miłość francuska z czworonogiem.
– Grypa żołądkowa. Chyba nie chcesz, żebym puścił pawia w środku konferencji.
– Pierdu, pierdu, a jebane pingwiny wymierają.
– Mam ci przefaksować zwolnienie?
– Mnie radosna twórczość twojego konowała nie interesuje. W poniedziałek o jedenastej mamy miting z Czekajem i jego przydupasami, wylecz się do tego czasu albo szukaj nowej roboty.
Sygnał.
Mimowolnie, na twarzy Adama pojawił się nikły uśmiech. Doskonale wiedział, że to ostatnie, przeciągnięte zdanie było przeznaczone nie tylko dla jego uszu. Przypuszczalnie słyszało je pół biura, które zapewne teraz pracowało ze zdwojoną wydajnością, pasjanse układały się na ekranach komputerów same, a gadu-gadu aż pulsowało od emotikonek.
Pora jakoś wywlec się z domu i zdobyć to nieszczęsne L4.

***

Usiadłem na wannie i popatrzyłem na czerwonawą ścieżkę, jaka ciągnęła się po kremowych kafelkach. Śliczny widok, przepiękny. Przypomniała mi się scena z filmowej adaptacji „Hamleta”, bodaj Almereydy: ostatnia droga Poloniusza, ślizgiem po pałacowej posadzce. I książę recytujący w najlepsze… This counselor is now most still, most secret and most grave, who was in life a foolish, prating knave… Ciekawe, czy o mnie też ktoś tak kiedyś powie…
Nieważne. Nic mnie to nie będzie obchodzić. Będę kawałkiem gnijącego mięsa, prochem, który w proch się obrócił.
Z szafki nad zlewem wyciągnąłem wszystkie opatrunki, jakie swego czasu, w przypływie przezorności, umieściłem. Trzy rolki bandaży, pięć pojedynczych opakowań gazy. Musiało wystarczyć.
I wystarczyło. Rany nie krwawiły już jak na początku, robiły to raczej symbolicznie (wszak ich funkcja—przypuszczałem, bez względu na to, jak powstały—była symboliczna). Najłatwiej poszło ze stopami; tu gazę przyłożyłem oczywiście od strony podeszwy; tego tylko brakowało, żeby weszło mi jakieś zakażenie od brudnych, przepoconych butów. Gorzej było z rękami. Ale i tu jakoś sobie poradziłem, używając ust i zębów.
Należycie opatrzony (chociaż z czerwienią—symbolicznie, symbolicznie!—już przedzierającą się przez biel), pomyślałem, że niegłupio byłoby się jakoś obmyć z potu, którym oblałem się zeszłej nocy (wisząc na krzyżu w słonecznej Jerozolimie). Nie głupio, lecz bardzo głupio, włączył się w mojej łepetynie drugi bieg: przecież takich ran nie wolno moczyć, a już na pewno nie wolno robić tego, gdy zużyło się tyle energii, by je tak sprytnie opatulić.
Kuśtykając pociesznie, przedostałem się do pokoju, gdzie znalazłem wczorajsze spodnie i koszulę; po chwili zastanowienia porzuciłem myśl o założeniu wczorajszych skarpetek (to był już chyba trzeci bieg); szczęśliwym trafem miałem jeszcze kilka świeżych par we właściwej szufladzie. Niedługo później przypominałem już człowieka, który być może przez nieuwagę wszedł w bliski kontakt z twardym podłożem.
Mam kolegę–lekarza; świetny patent przy naszej niedospołecznionej służbie zdrowia (dzięki Bogu za drobne łaski!). Jeden telefon i—jak to z wrodzonym wdziękiem ujmuje Klimsiak—dźwięczące mohery zostają na korytarzu. Zastanawiając się, jak będzie mi się kierowało z obandażowanymi łapskami i stopami, na których ledwo potrafiłem zrobić kilka kroków, złapałem za komórkę.

***

Reakcja doktora Sikory była podejrzanie podobna do reakcji Klimsiaka:
– Co ty, kurwa, jaja sobie robisz?
Gabinet w byłej przychodni numer jedenaście był przestronny i zapewniał znakomite warunki akustyczne. Mohery na korytarzu zaszumiały z oburzenia.
– Władek…
– Co Władek, co Władek? Władek bawił się w jakieś sado-maso?
Władek być może w żadne sado-maso się nie bawił, za to z lubością (i zjadliwością w głosie) przy każdej możliwej okazji przechodził w narrację trzecioosobową, nie tracąc przy tym z oczu swojego głównego bohatera (czyli, oczywiście, siebie samego).
– Ja nic…
– To jak się dorobiłeś tych ozdóbek? Na wycieczce po starożytnym Rzymie?
– No…
– No?
– Nie wiem – odparł Adam, wzruszając ramionami.
– Tak po prostu?
– Tak po prostu.
– Okeeej. Jakkolwiek byś się tego nie nabawił, profesjonalna robota. Kości nietknięte. Wyżyjesz. Zrobię ci tylko zastrzyk przeciwko tężcowi… Powinno zrosnąć się samo, tylko nie łaź za dużo. Jakby co, to wpadnę jutro wieczorem i cię zaceruję – powiedział Sikora, oglądając rany Adama z bliska. – A teraz moja ulubiona część…
Z przeszklonej szafki stojącej przy ścianie wyciągnął ampułkę z przezroczystym płynem, a z szuflady znajdującej się poniżej – jednorazowe strzykawkę i igłę. Adam głośno westchnął, chociaż między Bogiem, a prawdą (między Bogiem a prawdą!), nic, co miało się wydarzyć za chwilę, nie mogło być gorsze od tego, co działo się z jego ciałem od przebudzenia.
Skończywszy znęcać się nad swoim pacjentem, Sikora wrócił na swoje miejsce za biurkiem. Z kartoteki Adama wyciągnął plik wydrukowanych przez rejestrację blankietów recept i zaczął na nich skrobać swoim niepowtarzalnym, iście lekarskim charakterem pisma.
– Tu masz jeszcze serię antybiotyków, tak na wszelki wypadek. Jedź według ulotek.
– Jasne.
– I… – doktor Sikora przybrał minę ojca instruującego małego Kazia – nie rób tego więcej.
– Postaram się.
Adam wziął swoją receptę, uścisnął rękę Sikory i wyszedł na korytarz. Sześć dobrze zasuszonych staruszek momentalnie posłało mu sześć nienawistnych spojrzeń. Dobrze, że Sikora zrobił mi nowe opatrunki, pomyślał, bo jeszcze by się zasugerowały i do czegoś mnie tu przybiły.
Uśmiechnął się krzywo, ale przez całą drogę powrotną nie mógł się pozbyć tego idiotycznego obrazu sprzed oczu: banda starych wiedź z młotkami i gwoździami, i ogniem gorliwości w twarzach Prawdziwych Wyznawczyń. Dopiero w domu, kiedy rozłożył się wygodnie na fotelu i (przy pomocny podręcznego pilota) puścił swoje ulubione OK Computer Radiohead, jego umysł przestawił się na inne tory.
Nie myślał o pracy. Nie było o czym. Wystarczyło, że w odpowiednim momencie reagował w odpowiedni sposób. Rzeczywistość była na tyle zmienna i nieprzewidywalna, że planowanie i tak nie miało żadnego sensu. Gorzej: planowanie usztywniało, blokowało kreatywność, sprawiało, że zamiast szukać najefektywniejszego w dane chwili rozwiązania, na siłę próbowało się dostosować jakiś fragmencik tego fantastycznego dokumentu, nad którym spędziło się ileśtam godzin czy dni. Nie. Lepiej było pójść na żywioł. Zaufać swoim instynktom. Trzymać rękę na pulsie, wiedzieć, co potrzeba (najlepiej więcej, niż inni), ale koniec końców improwizować. To działało, przynajmniej w jego wypadku.
Pustka… tak… dobrze… żadnych niepotrzebnych
(god loves his children god loves his children yeah)
słów, wspomnień, twarzy, głosów. I tylko muzyka, od dzikich wrzasków po delikatne kołysanki. Aż do ostatniego uderzenia, kiedy to jego duży pokój zniknął, a jego miejsce zajęła dziwnie znajoma pustynia.

JEROZOLIMA II

Nie, to jest niemożliwe, to już się wydarzyło, nawet we śnie nie może się powtórzyć.
A jednak, jednak. Senny remake.
Jednak ten śmiesznie ubrany Rzymianin znowu bierze zamach, pewnie ściskając swoją włócznię. Tłum zebrany pod krzyżem znowu bliski jest ekstazy, a Kasia promienieje z zadowolenia. Z rzeczywistością—nawet tą senną—trudno dyskutować. Akceptacja wydaje się jedynym logicznym krokiem. Adam zatem ją akceptuje i…
…i pomiędzy zamachem Rzymianina, a kontaktem grotu włóczni ze skórą katowickiego piarowca, kiełkuje świadomość. Świadomość tego, że się mylił. Bo przecież nic tu się nie powtarza, nie dosłownie. Nie remake, a sequel. Przecież poprzednio wcale tego nie przeżył, sen skończył się w momencie uderzenia, który błędnie utożsamiał ze śmiercią. A przecież—mimo niewątpliwego związku logicznego, przyczyna, skutek, te klimaty—to nie to samo, mogą je dzielić długie godziny fascynujących rozważań na temat istoty bytu i nie-bytu, minuty kontemplacji rozwijającej się przed jego oczami nicości. Te wszystkie przyjemności ma jeszcze przed sobą.
Wstrząsa nim ból, jakiego jeszcze nie zaznał. Czuje, jakby jego ciało nagle skurczyło się, zapadło w sobie, skoncentrowało z miażdżącą siłą, wreszcie zjednoczone bez banalnego podziału na tkanki organy kończyny, zjednoczone w jaskrawym świetle płynącym niewiadomoskąd niewiadomodokąd. Umierający, bardziej żywy, niż kiedykolwiek wcześniej. Rozumie.
Tajemnica powoli się wyjaśnia, odbierając mu resztkę sił. Musi się poddać, musi przez to przejść od początku do końca, bez skrótów i ułatwień. Spotkanie w cztery oczy z
(Bogiem)
losem.
Widok rozpościerający się przed nim traci na ostrości, jakby ktoś zaczął poddawać jego realność w wątpliwość. Mija kilka minut i bardziej przypomina on obraz jakiegoś pointylisty, niż coś, do czego przyzwyczajony jest ludzki wzrok. Ale, przy całej swojej umowności i braku szczegółów, jego wyrazistość—Adam od zawsze jest wielbicielem paradoksów—tylko rośnie. Każda postać, nieważne jak kuriozalnie uproszczona, urasta do rangi symbolu. Każdy krzak—choćby był zaledwie krzakopodobną plamą—zdaje się coś przekazywać, o czymś świadczyć. I wreszcie Kasia, wciąż odgrywająca rolę Marii Magdaleny—to jest, Marii Magdaleny, która przeszła na ciemną stronę Mocy.
Ten piękny diabeł w spódnicy (a raczej ówczesnym odpowiedniku spódnicy) triumfuje. Gdyby mogła, pewnie sama wbiłaby mi jeszcze parę noży na dokładkę, Adam myśli ponuro, szybko się jednak poprawiając: nie, za bardzo skróciłoby to ten przepiękny spektakl. A ona syci się każdą jego sekundą, każdym grymasem na jego twarzy, każdym jękiem. Jeśli sama zada jakąś ranę, zrobi to swoim jadowitym językiem.
Jednego tylko Adam nie rozumie: właściwie to dlaczego Kasia jest w jego śnie taką demoniczną figurą? Tak naprawdę od dawna nie mają ze sobą nic do czynienia, a i kiedy mieli, ona nigdy rozmyślnie go nie krzywdziła. Była z nim, dopóki jej to pasowało; kiedy przestało—odeszła. Krótka piłka, szybki szpil. Bez zbędnych sentymentów, biznes jest biznes, pora ruszać dalej.
Nie rozumie? Czy nie chce rozumieć? Nie jest w końcu chyba aż tak głupi, parę egzaminów w życiu zdał, zdobył parę dyplomów. Albo tak nieświadomy swoich procesów psychicznych, żeby nie wiedzieć, że ta demoniczna figura szydząca z jego nierealnej (acz bolesnej) śmierci na krzyżu to od A do Z jego wymysł, efekt wypychania worka imieniem Kasia wszystkimi negatywnymi cechami, jakie przychodziły mu na myśl, skutek działania mechanizmu obronnego jak z poradnika domorosłego psychologa. I…
Ale teraz Kasia schodzi na dalszy plan, bo coś się z nim dzieje. Zaczyna się, przychodzi mu na myśl. Rzut oka na
(śmierć)
drugą stronę. Traci czucie w stopach, dłoniach, udach, rękach, zupełnie jakby jego ciało odcinek po odcinku było wyłączane. Niedługo zostanie sama głowa i oczy, stopniowo gasnące, przekazujące nieubłaganie ciemniejący obraz. Wtedy będzie wolny, wtedy wzleci wysoko w bezchmurne niebo i z góry przyglądał się będzie banałowi ludzkiego życia.
Zamyka oczy, rozluźnia mięśnie, lecz upragniona wolność nie nadchodzi, mimo iż pozostaje w nim zaledwie wątła świadomość istnienia. Nie pojawia się spodziewana, ożywcza pustka; zamiast niej wśród swoich myśli natrafia na twardy, nieustępliwy cel. I nie tylko: powód. Ta układanka wreszcie zaczyna stanowić całość, jakkolwiek nieprawdopodobna i niewiarygodna by ona nie była.
Szarość palestyńskiego prochu przechodzi w biel sufitu katowickiego mieszkania. Poczucie celowości pozostaje.

DRUGI POCZĄTEK

Obudziłem się, tak, obudziłem się. Z gębą skierowaną w sufit, z łbem w chmurach… Czułem się świetnie, lekko, jak piórko na wietrze. Nie wolny—bo niesiony jakąś potężną falą, pozbawiony własnej woli—ale uwolniony, spuszczony z łańcucha.
Czym był ten łańcuch? Złudzeniem, że moje życie miało jakikolwiek sens. Przekonaniem, że dokądś zmierzałem.
Czułem się tak dobrze, że wcale nie chciałem się ruszać z miejsca. Jeśli niesie mnie fala, żaden wysiłek niepotrzebny… Ale ta błogość szybko zaczęła ustępować niepokojowi. Nic nie trwa wiecznie; klisza. Klisza za kliszą; życie to jedna, przydługa seria klisz, jedyna szansa na oryginalność to ułożenie ich w nieoczekiwanej kolejności…Nawet przedwczesne zakończenie nie daje specjalnych szans, tylu już tego spróbowało…
Nie mogłem jej pomóc—moje myśli nagle zmieniły kierunek i powróciły do wydarzeń poprzedniego dnia—nie mogłem…To pewnie też było częścią planu. Tylko czyjego?
Zerwałem się z miejsca. A raczej spróbowałem się zerwać, bo od razu z tego zrezygnowałem. Ostry ból w prawym boku zmienił moje zdanie. Nie patrząc, wiedziałem, czego się spodziewać. Klisza pozostaje kliszą, nawet jeśli jest biblijnego
(boskiego)
pochodzenia.
Ale nie. Nie ogarnęła mnie gorączka wiary; nie zostałem neofitą z odzysku. Zbyt wiele czasu upłynęło od tamtych dni. Rządziło mną już tępe przyzwyczajenie do kwestionowania wszystkiego, sceptycyzm płynący wprost ze szpiku moich kości. I jeszcze jedno, prawdopodobnie najważniejsze: strach przed śmiercią, przed spotkaniem z wielką pustką po drugiej stronie—albo jej zaprzeczeniem.
(Dwie przeciwstawne siły—ciekawość ostatecznego poznania, ostatecznego rozwiązania tej na dobrą sprawę jedynej zagadki i głęboki, pierwotny lęk przed nim—nie były równoważne. Nigdy nie są. Strach zawsze jest silniejszy.)
Nie patrząc, przesunąłem rękę w kierunku prawego boku. Podkoszulek nasączony był ciepłą, lepką substancją. Otworzyłem oczy i podniosłem do nich umazane krwią palce.
(Trudno powiedzieć dlaczego. Bo ujrzeć to uwierzyć? Bo przeznaczona jest mi rola niewiernego Tomasza?)
Złapałem za telefon.

***

Doktor Sikora był najmniej zapracowanym lekarzem, jakiego znał Adam. Czasem zastanawiał się, jakim cudem stać go było na wymianę swojego czarnego BMW na nowy model co drugi rok; odganiał jednak te myśli. Nie prowadziły do żadnych konstruktywnych wniosków.
– No ja pierdolę – Sikora jęknął, patrząc na czerwoną plamę na boku Adama. – To już przestaje być śmieszne.
– Mówisz?
Nie mówiąc nic, Sikora zamknął za sobą drzwi. W samą porę, żeby przechodząca korytarzem pani Daria spod siódemki nie zobaczyła, jak Adam, oparty o ścianę, osuwa się na podłogę.
– Ejejej! Rób co chcesz, tylko nie idź w kierunku światła! – zawołał Sikora, cienkiego żartu nie popierając nawet uśmiechem.
– Jakiego światła? Nic nie widzę – szeptem odparł Adam. Jego oczy były zamknięte, a wyczucie ironii spędzało zaległy urlop.
Teraz pan doktor pokazał kilka zębów; błyskały spomiędzy wyraźnie drżących warg.
Sztywnym, nerwowym ruchem ułożył Adama na wznak na parkiecie jego przedpokoju. Ostrożnie podciągnął jego podkoszulkę i przyjrzał się ranie: krwawiła, ale zaskakująco… symbolicznie.
Coś w jego głowie zaskoczyło, tak gwałtownie, że aż zdziwił się, że po mieszkaniu nie rozeszło się echo tego wiekopomnego wydarzenia.
– Co ty, kurwa, Jezusa odgrywasz?
Odpowiedziało mu ciche parsknięcie. To Adam odnajdywał humor w tej groteskowo-tragicznej sytuacji. Naraz przypomniał mu się ksiądz, który przygotowywał go do pierwszej komunii, przykazujący mu, żeby w każdej sytuacji brał przykład z Pana Jezusa i niósł swój własny krzyż, i nigdy się go nie wstydził. Ciekawe, co powiedziałby na takie naśladownictwo.
– I z czego się cieszysz?
Adam otworzył oczy i spojrzał na swojego przyjaciela. Według wszelkiej anatomiczno-fizjologicznej logiki, każde takie parsknięcie powinno go boleć jak skurwysyn, a nie czuł niczego poza—umiarkowanym co prawda, ale zawsze—rozbawieniem.
– Przecież wiesz, że jestem ateistą – powiedział.
– I tego się trzymaj. Zaraz zadzwonię po karetkę. Mam paru kumpli na chirurgii, pozszywają cię w piętnaście minut.
– Żółtaczka gratis?
– Tylko dla co trzeciego pacjenta. Reszta musi zapłacić ekstra.

***

Fantazje, oto, co nam pozostało, fantazje, że jesteśmy tymi, którymi mieliśmy być. I ja w to wpadłem, i ja się w tym pogrążyłem, myślałem, kiedy kolega Sikory przy asyście zgrabnej pielęgniarki badał mnie i zszywał. Najidiotyczniejsza fantazja ze wszystkich—że jestem Nim. Gorzej: jakimś cudem
(cudów nie ma)
moja fantazja przebiła się przez grubą błonę pomiędzy iluzją a faktem, psychosomatycznie, jakkolwiek, bez różnicy. Ale jak wielka musiała być siła mojej fantazji, że zmieniłem się w ciekawostkę medyczną, interesujący przypadek kliniczny, który najlepiej byłoby pokroić na cienkie plastry i dokładnie prześwietlić? I co dalej, mam teraz zebrać gromadkę wiernych i założyć zakon? Jakąś małą—lecz niezwykle dochodową—sektę?
Ten cel, który objawił mi się na koniec mojej drugiej sennej wycieczki do Jerozolimy, nie przestawał nade mną wisieć, fantastycznie zamocowany gdzieś na krawędzi mojej niewiary. Taki pomost pomiędzy nią, a tym, co musiałoby jej zaprzeczyć. Nieustanny paradoks.
Idź i…

Sikora wyglądał na zadowolonego z siebie, kiedy przyszedł mnie obejrzeć. Mina nieco mu zrzedła, kiedy zobaczył, że szwy i rzetelnie założony opatrunek nie powstrzymały mojego przecieku.
– Dziwne – mruknął, siadając na krześle przy łóżku.
– Co? Jeszcze się nie przyzwyczaiłeś?
– Do czego niby?
– Do tego, że nie da się tego tak prosto wyjaśnić.
Mówiąc „tego” pokazałem mu też opatrunki na dłoniach, także kwitnące na czerwono.
– Tylko nie ładuj mi, że…
– Nic ci nie będę ładował. Nawet nie chce mi się o tym myśleć…
Ale myślałem, myślałem. Kiedy on mówił, kiedy ja mówiłem, w pauzach pomiędzy naszymi kolejnymi kwestiami (przez moment czułem się jak aktor podczas spektaklu wygłaszający boleśnie banalne kwestie). Myślałem i odrzucałem wnioski tego mojego myślenia. Aż Sikora wyciągnął do mnie rękę i zacisnął ją gdzieś na wysokości mojego nadgarstka.
To było jak… trudno znaleźć porównanie, jeśli czegoś podobnego się wcześniej nie przeżyło. Uderzenie pioruna? Być może. Tyle tylko, że uderzenie pioruna zwykle nie wywołuje obrazów z czyjejś przeszłości. Przeszłości kogoś innego.
Znalazłem się na sali operacyjnej, wśród lekarzy i pielęgniarek gorączkowo pracujących nad leżącą na stole kobietą. Starszy chirurg przeklinał, raz po raz sięgając po nowy instrument. Przekleństwa—i obelgi—leciały w moją (Sikory) stronę, trząsłem się cały, nie mogąc ani uczestniczyć w wydarzeniach, ani stamtąd uciec, skazany na bierną obserwację i festiwal poczucia winy. Bo to ja (on) przeciąłem tę cholerną tętnicę, nikt inny, ta cała krew, ta fontanna uciekającego życia, to moja zasługa.
Wreszcie koniec, nieodwołalne słowa, spojrzenia wycelowane we mnie (w niego), mieszanina litości i pogardy. Spojrzenia mówiące, że chociaż lekarska brać nie da skrzywdzić jednego ze swoich, to kariery w chirurgii nie zrobię.
– Co jest? Wyglądasz, jakbyś…
Sikora już nie ściskał mnie za nadgarstek. Stał wyprostowany, badawczo się mi przyglądając.
– Nic… nic, zamyśliłem się. Jestem padnięty.
– Dobra, dobra, już mnie nie ma. Kolnij, jak coś się będzie działo.
– Dzięki.
Poszedł.
Oczywiście, nie zamierzałem dzwonić. Odczekałem parę minut, w razie gdyby po coś wrócił. Potem, ku zaskoczeniu moich dwóch współlokatorów, wyskoczyłem z łóżka (nie bez paru jęknięć). Nie bardzo chcieli mnie wypuścić, ale specjalnego wyboru też nie mieli. W końcu szpital to nie więzienie, a ja trzymałem się na nogach dość stabilnie, zaskakująco stabilnie jak na kogoś, kto dopiero co został przywieziony z raną kłutą brzucha. A i nie należy zapominać o mojej wyszczekanej gębie doświadczonego piarowca…
Wydostałem się na zewnątrz. Ciepło, słońce, nastolatki z pępkami na wierzchu, lato pełną gębą. Ruszyłem przed siebie. Takie zdawało się być moje przeznaczenie: po prostu iść przed siebie. Iść i…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *