Krzyż – część 2

Po dwudziestu czterech godzinach pieszej wędrówki Adam wyglądał na zwykłego włóczęgę, zakurzony i zarośnięty (szczecina na jego twarzy, wierna wielopokoleniowej tradycji, gęstniała w oczach). Zdążył zostawić daleko w tyle Katowice, drogi o znajomych nazwach. Teraz to były już tylko drogi, boczne, rzadziej uczęszczane, wąskie i kręte, drogi tak zwanej prawdziwej Polski, wydeptywane przez tak zwanych prawdziwych Polaków.
Pierwsza była drobna, koścista staruszka. Minęła go, zatrzymała się, odwróciła i go dogoniła. Nie wiedziała, dlaczego, nie wiedziała, co temu obcemu mężczyźnie mogłaby powiedzieć. Widziała przesączone krwią opatrunki na jego dłoniach i coś podpowiadało jej, że to nie był przypadek, że znak, na który czekała całe życie, właśnie się jej objawił.


– Pan pójdzie ze mną – wydusiła wreszcie z siebie.
Adam spojrzał na nią, nic jednak nie odpowiadając. Dał jej się wziąć za rękę i zaprowadzić do jej domu, we wsi niecały kilometr dalej.
Idąc, walczył z serią obrazów, które przychodziły do niego jak ten w szpitalu. Nieprzyjemnych, bolesnych; wizji zdarzeń, które niewątpliwie stanowiły dla tej staruszki ciężką próbę: śmierć dziecka, internowanie męża, choroba siostry. Próbę zwycięską, co dla Adama było największym zaskoczeniem. Co nas nie zabije, to nas wzmocni, pomyślał i wzruszył ramionami. Komunały czasami lubią się sprawdzać.
Gdyby nie koncentrował się tylko na sobie, dostrzegłby na twarzy staruszki coś niezwykłego: siłę, energię, witalność, jakby żywcem wyjęte z reklamy jakiegoś biovitalu. Więcej: radość i spełnienie. Gotowość na wszystko, co może przynieść życie. Gotowość na śmierć.
Jej domu Adam nie nazwał w myślach ruderą tylko przez grzeczność. Tynk sypał się ze ścian w wielu miejscach, sufit zdobiły liczne żółte plamy, oznaka przeciekającego dachu, na podłodze leżało kilka warstw poprzecieranych wykładzin, których koloru nie dałoby się teraz odgadnąć. Adam nie mógł powstrzymać skojarzenia z „Zagładą domu Usherów”, gdzieś w jego głowie zakiełkowało przekonanie, że gdy tylko właścicielka domu weźmie ostatni oddech, budynek zawali się z łoskotem i zamieni w grobowiec. Uwagę wśród kupy staroci zgromadzonych w dużym pokoju przykuwał znaczących rozmiarów ołtarzyk poświęcony świętej Marii. Zdawał się być jedyną rzeczą, na jakiej staruszce zależało, o którą mimo chorób i zmęczenia dbała, z pietyzmem konserwując go i odnawiając.
Prawdziwa wierna, pomyślał. Wymierający gatunek. Czy dobrze to, czy źle, nie był w stanie powiedzieć.
– Pan siądzie – usłyszał.
Palec staruszki wskazywał na krzesło przy stole. Usiadł na nim, obie ręce kładąc na blacie stołu.
Nie wiedział, czego od niego oczekiwała. Może niczego? Gość w dom, Bóg w dom? Miłosierna samarytanka z widokiem na stróżówkę świętego Piotra? A może jednak cudu? Przecież nie zapraszała do siebie wszystkich napotkanych na drodze włóczęgów?
Ale cuda to nie jego działka, cudów nie ma. Nikomu tu nie odrośnie ręka, nikt nie odzyska wzroku. Ta wioska nie zamieni się nagle w drugą Irlandię.
– Proszę.
Przed Adamem pojawiła się miska parującej zupy. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo był głodny. Zignorował postawione przed nim przyprawy, smak nie bardzo go interesował. Jadł szybko, zachłystując się raz po raz, stukając łyżką o dno blaszanej miski. Jedno go zaciekawiło, gdy kończył swoją porcję: czy będzie dokładka. Była.
Najedzony westchnął głośno, poprawił się na krześle, rozluźnił się. Teraz mógł wykonać jakąś pracę dla swojej gospodyni, zapłacić za gościnę. I tu wracało pytanie, czego od niego oczekiwała.
– Ja… – spróbował spytać, ale staruszka nie dała mu dokończyć.
– Pan odpocznie – powiedziała i wyniosła miskę do kuchni.
Przez następną godzinę siedzieli w milczeniu, on na wersalce w rogu pokoju, ona na fotelu postawionym przed starym, radzieckim telewizorem. Adam kilka razy próbował coś powiedzieć, jakoś podziękować, zagaić rozmowę, ale żadne słowo nie przeszło mu przez gardło. To milczenie było silne, zaciskało się wokół nich jak pętla, której przerwanie groziło niewiadomymi konsekwencjami.
Wreszcie wstał. Ból w stopach był już dla niego stałą; nauczył się chodzić ignorując go, traktując jak nieustanne przypomnienie, że jego droga jeszcze się ciągnie, że musi iść naprzód, cokolwiek by się działo. Pożegnał się niezgrabnie, półszeptem i—nie czekając na odpowiedź—wyszedł na zewnątrz.
Przymykając oczy, obrócił twarz ku słońcu. Jego promienie były tak intensywne, że czuł jakby oblewała go masa jakiejś gęstej, gorącej substancji. Oddychał równo, głęboko. Był gotowy na kolejny etap swojej wędrówki. Opuścił głowę, otworzył oczy. I zobaczył, że nie był już sam.
Za nim, z odrapaną, drewnianą laską stała staruszka, której imienia nawet nie znał.
Nie znał? Poszukał w pamięci i okazało się, że jednak były w niej wszystkie podstawowe informacje na temat jego bogobojnej gospodyni, z imieniem, nazwiskiem i datą urodzenia na czele (Marta Jasna, urodzona 17 listopada 1938 roku w Warszawie, córka…).
Przeszedł przez podwórko i zatrzymał się na poboczu drogi, którą szedł, kiedy ją spotkał. Specjalnego wyboru nie było: iść dalej albo zawrócić. Powrót nie wchodził już w grę.
Nie oglądał się za siebie, a jednak wiedział, że kroczyła w ślad za nim. Nieważne. Zmęczy się i go zostawi.

GONDOLINY

Nie zostawiła. Minęły dwa dni, a ona niezmordowanie podążała za nim, nie wydając z siebie słowa protestu, nie narzekając na zmęczenie, głód i spartańskie warunki noclegu. Stała się jego cieniem, kierującym się sobie znanymi celami.
W połowie drugiego dnia dołączył do nich mężczyzna w średnim wieku. Otarł się o Adama, kiedy mijał go z wielką siatką zakupów, przystanął, odwrócił się, zaczął dreptać za nimi. Potem pojawili się następni, równie milczący. Gdyby ktoś spytał ich, dlaczego właściwie zdecydowali się pójść za tym brudnym, pokrwawionym mężczyzną, nie potrafiliby wskazać sensownego powodu. Kluczyliby, coś wspominając o jakimś metafizycznym poczuciu braku, o sile, która ciągnęła ich do niego. Lub o nagłym przypływie energii, kiedy go dotknęli (bo każdy nowy dodatek do tej rosnącej grupy najpierw Adama choćby musnął).
Cisza, która początkowo zdawała się być warunkiem uczestnictwa, wkrótce została złamana. Za Adamem rozgorzały dyskusje, wymieniano wrażenia, spekulowano na temat pochodzenia ich skrytego lidera. I nie minęła godzina, nim padło hasło uzdrowicielskiej mocy dotyku Adama. Nagle wszyscy zdali sobie sprawę, że opuściły ich towarzyszące im od lat boleści, drobne dolegliwości, infekcje. Piegowatej nastolatce ni z tego, ni z owego poprawiła się cera; wysoki trzydziestolatek z miejsca odczuł pewne uspokojenie w funkcjonowaniu swoich jelit, a korpulentna dama pod pięćdziesiątkę raptownie pozbyła się uporczywej migreny. W przeciągu kilku minut Adam został uzdrowicielem, świętym, prorokiem.
Tłum kłębiący się wokół niego rósł dalej. Teraz szli za nim także zwykli gapie, ciekawi, co też to wiatr przywiał w ich okolicę. Procesja nie przypominała jeszcze pieszej pielgrzymki na Jasną Górę, ale wyglądało na to, że niedługo się to zmieni.
Często padało pytanie o cel wędrówki. Nie wprost; panowała niewypowiedziana zgoda, że stygmatyka pytać nie należy. Otaczała go aura nietykalności, niewidzialna bańka, która oddzielała go od reszty. Był świadomy krążących wątpliwości; ciekawiło, co też powiedzieliby na jego punkt widzenia w tej sprawie: że celem wędrówki jest sama wędrówka, celem życia jest jego prze-życie. Niezła filozofia, pomyślał, tylko że oni woleliby proste rozstrzygnięcia. W prawo czy w lewo, do przodu czy do tyłu, kawa czy, kurwa, herbata.
Znikąd pojawiła się w nim złość na nich. Banda idiotów. Bezrozumne zwierzęta, instynktem stadnym zbite w jedno ciało. Pod byle pretekstem zwalniający się z obowiązku samodzielnego myślenia. Gdyby mógł, wyrżnąłby ich wszystkich, co do jednego. Gdyby…
Z zaciśniętymi zębami, blady, zauważył zaskakującą rzecz: ci idący najbliżej niego w jednej chwili zaczęli łapać się za brzuchy, słaniać na nogach, głośno jęczeć. Robili to z tak komiczną symetrią (i na dodatek synchronicznie), że Adam nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. Wyglądali dla niego jak pijane żyrafy z krążącego po Internecie filmiku. Byli pocieszni w tych swoich grymasach i zawodzeniach, dzieci szukające pocieszenia w ramionach mamusi.
Bezradni, żałośni właśnie tym dla niego byli: dziećmi. W ten sposób zaczął na nich patrzeć, z rosnącą pobłażliwością. Złość stopniowo z niego uchodziła, a wraz z nią mijały dolegliwości zgromadzonych. Tu i ówdzie dało się słyszeć okrzyki ulgi. Kilka osób zauważyło podejrzaną jednoczesność ataku i to, że rozprzestrzeniał się koncentrycznie, z Adamem w jego epicentrum. Wniosek—wcale nie oczywisty w tej sytuacji, przyznacie—jaki wyciągnęli, mówił, że było to pewnego rodzaju ostrzeżenie. Przygotujcie się na przybycie Pana, prostujcie ścieżki dla Niego, coś w tym rodzaju, każdy miał swoją własną wersję, opartą o swój własny Grzech Główny. Ostrzeżenie, ponieważ działające na najniższym, cielesnym poziomie, po stokroć bardziej przekonujące niż najbardziej obrazowe, natchnione kazanie. Ostrzeżeni w myślach rzucali picie, palenie, kochanki, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, porno stronki i drobne machlojki finansowe. Oczyszczali się, składając solenne obietnice natychmiastowej poprawy i rozglądali za konfesjonałem, gdzie mogliby brzemię grzechu na dobre porzucić.
Wypadałoby coś im powiedzieć, przemówić do nich, pomyślał Adam. Lecz—o ironio!—złotousty piarowiec nie znajdował właściwych słów. Zresztą, czy istnieją takowe? Jak winien przemówić do swoich zwolenników świeżo upieczony prorok, pragnący z daleka ominąć biblijną pompatyczność tych wszystkich azaliż i albowiem? I, przede wszystkim, co miałby im przekazać? Wiadomość od Boga, w którego w dalszym ciągu nie wierzył (bo przecież cała ta religijna otoczka jego przygody niechybnie jest związana z jego nadzwyczaj bogobojną przeszłością, a reszta to nic innego jak nadprzyrodzone—lecz świeckie—figle rodem z Archiwum X)?
(Nasz bohater zdążył w międzyczasie na kilka sposobów zracjonalizować sobie swoją nagłą ucieczkę; ucieczkę, której przyczyną w istocie był nieznośny lęk, który uspokoił się dopiero wtedy, kiedy jego dotychczasowe życie znalazło się gdzieś za nim.)
Nawet zakładając, że mógłby przebrać się w szatki świętego (sceptycznego tylko w głębi duszy), nie zdołałby ofiarować im nic poza banalną trawestacją któregoś ze starych, dobrych przykazań. Mógłby po hipisowsku zaproponować im, by kochali bliźniego swego jak siebie samego (co niechybnie skończyłoby się, znając jego szczęście, wielką, trzydniową orgią, której obleśna wizja przeszła przez skraj jego świadomości), lub też surowo zakazać kraść-zabijać-ciupciać. Tylko jaki miałoby to sens? Ilu przed nim już to robiło, nie licząc samego J.C.? Nie krążyły mu po głowie żadne prawdy objawione, żadne stwierdzenia zmieniające Postać Rzeczy. Nic, tylko ogólniki, których nie sprzedałby dziecku.
Z obowiązku zwrócenia się do tłumu (wyznawców?) zwolnił go ktoś, kto wykonywał tę czynność zawodowo, kto sprzedawał Boga na co dzień i od święta w opakowaniu dwóch tysięcy lat tradycji. Ksiądz, jednym słowem. Widząc zbiegowisko z okna willi stanowiącej przechodnią rezydencję kolejnych proboszczów tej wiejskiej parafii (bezcelowa droga zawiodła Adama i jego kompanię do wsi o wdzięcznej nazwie Gondoliny, z uroczym kościółkiem w neobarokowym, ociekającym kiczem złotych cherubinków stylu), postanowił sprawę zbadać z bliska.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! – zawołał, a jego parafianom (i nie-parafianom) pozostało jedynie odpowiedzieć chórem:
– Na wieki wieków, amen!
– A co to za zbiegowisko? – zapytał, upewniając się, że dla postronnych ton jego głosu brzmiał neutralnie.
Tym razem chóralnej odpowiedzi nie było. Zresztą, ksiądz Pochwała się jej nie spodziewał. Bardziej chodziło mu o zakwestionowanie sensowności stania wokół faceta, który wyglądał jak po wielkanocnych obrzędach w pewnym egzotycznym kraju (pokazywanych co roku we wszystkich telewizjach). Zasiać ziarno sceptycyzmu, nie ryzykując przy tym swojego autorytetu.
Mieszkańcy wioski—którzy stanowili znaczącą część zebranych—wymieniali niepewne spojrzenia. Konflikt z lokalnym proboszczem to zawsze niebezpieczna zabawa, potrzebna jest absolutna solidarność, żeby wyjść z niego obronną ręką. Tutaj taka solidarność była wykluczona.
Widząc zmieszanie w szeregach swoich parafian, ksiądz Pochwała, dziarsko krocząc, przedarł się do głównego aktora widowiska.
– Pochwała – rzucił, wyciągając do Adama prawą rękę.
Ten, zapominając na moment ranie ją zdobiącej i krwi przesączającej się przez bandaż, uścisnął ją.
– Berger—powiedział, zanim na chwilę zapomniał swojego nazwiska w potopie obcych wspomnień, które zalały jego świadomość.
Nie były to żadne heroiczne wyczyny, żadne próby à la Hiob zrzucane na niego przez Najwyższego. Nie. To były ciała. Świeże, gorące, oddychające ciała.

Rzuciło mnie w kąt jakiegoś pokoju. Było ciemno, ale na ulicy paliła się latarnia i dało się rozróżnić kształty. Moje—jego—ręce były mokre od potu. Mieszało się w nim podniecenie z przerażeniem, ledwo potrafił się na tyle opanować, by stać w jednym miejscu. Widziałem sylwetki ludzi idących chodnikiem tuż za oknem. Musiało być—było—późno, spieszyli się do domów, niektórzy chwiali się na nogach, znieczuleni w piwiarni niedawno otwartej na skraju wsi. Późno, ale jeszcze nie dosyć późno. Czekał, ja czekałem z nim.
(Czas tu i czas tam płynęły odrębnymi korytami, czas tam był w jakiś sposób skondensowany, bardziej intensywny, pojemy; rozsypcie na podłogę wiaderko tłuczonego szkła i wejdźcie boso w tę błyszczącą kałużę; wytrzymajcie minutę, poczujecie mnie więcej to, co ja wtedy.)
Wreszcie uznał, że będzie względnie bezpiecznie. Otworzył drzwi, przeszedł kilka kroków korytarzem, otworzył następne. Te prowadziły na schody, do piwnicy. Śmierdziało stęchlizną, panowała nieprzyjemna wilgoć. On tego jednak nie zauważał, pokonywał kolejne stopnie jak lunatyk, śliniąc się i odruchowo zacierając ręce.
Starałem się zgadnąć, co to wszystko znaczyło, co czekało na niego na dole. Ale to akurat było przede mną zamknięte; zupełnie jakbym oglądał trójwymiarowy film zmontowany przez technika-sadystę, antytezę montażystów hollywoodzkich, którzy do rangi sztuki podnieśli wycinanie zbędnych kawałków i przyspieszanie akcji. Pozostawało mi więc tylko oczekiwanie na następną scenę lub choćby ciekawsze ujęcie.

Pochwała lekko zaskoczony obserwował tego nietypowego przybysza, który najpierw dziwnie długo (i z wyrazem najwyższego skupienia na twarzy) ściskał jego dłoń, by chwilę później niemal od niego odskoczyć, ciskając w jego stronę błyskawice świętego oburzenia. Niepokój natychmiast zakiełkował w głowie proboszcza Gondolin, niepokój znany chyba każdemu. Niepokój że-ktoś-zauważył, że-ktoś-wie. Kierowca, który musnął na parkingu pod hipermarketem sąsiedni samochód, lekarz, który przyjął od pacjenta kopertę pełną wdzięczności przed operacją, mąż, który odwiedził koleżankę żony nie tylko po to, by pożyczyć szklankę cukru, wszyscy żyją w płytko pogrzebanym strachu, że mimo zachowania wszelkich środków ostrożności, ktoś, ktoś… Tak i ksiądz Pochwała, pod grubą warstwą tubalnej pewności siebie ukrywał lęk przed zdemaskowaniem i publicznym upokorzeniem, lęk wystarczająco silny, by zaryzykować nawet wieczne potępienie (którym regularnie straszył z ambony).
– Może wstąpicie na chwilę? – zaproponował grzecznie. – Odświeżycie się, posilicie, moja gospodyni zrobiła fantastyczne ruskie pierogi.
Adam, jeszcze rozkojarzony sugestywnością swojej wizji, spojrzał na niego podejrzliwie.
(Ciekawe, że nie przyszło mu do głowy, iż te jego wizje to zwykłe halucynacje, projekcje jego skrzywionej fantazji. Wątpił ze wszystkich sił w boskie pochodzenie swoich stygmatów—nawet nie nazywał ich stygmatami—ale z naiwnością czterolatka podchodził do obrazów pojawiających się w jego umyśle. Czy mógłby istnieć lepszy dowód na jego rozchwianie emocjonalne? Nie żebyśmy jeszcze specjalnych dowodów potrzebowali w odniesieniu do osobnika, który z dnia na dzień rzucił pracę i wybrał się na pieszą pielgrzymkę po Polsce…)
Skinął głową i udał się za księdzem.
Wewnątrz panował miły chłód. Stojący pod oknem w dużym pokoju klimatyzator pracował pełną parą. Ksiądz Pochwała przez chwilę stukał w kuchni naczyniami, po czym przybiegł z talerzem pierogów i spodkiem gęstej śmietany.
Był czterdziestosiedmioletnim, zażywnym mężczyzną o rumianej, okrągłej twarzy, która wzbudzała zaufanie
(twarz czy sutanna przekonały ją, by?)
u każdego, kto na nią popatrzył. Nawet oczy—które ponoć są zwierciadłem duszy—nie wskazywały na nic niepokojącego; wręcz przeciwnie—to były wilgotne oczy sarny, nie mające na dodatek zwyczaju uciekać na boki. W skrócie, dobrotliwy pan—przepraszam, ksiądz—w średnim wieku.
– Dziękuję – wymruczał Adam, siadając do stołu.
Czego by nie myślał o swoim gospodarzu, pierogi pachniały świetnie, zwłaszcza po poście ostatnich dni. Nawet zupa u jego pierwszej zwolenniczki (która, nawiasem mówiąc, okazała się całkiem krzepką staruszką, nie ustępującą kroku pięćdziesiąt lat młodszym) tak mocno nie podziałała na jego zmysły. Na moment zapomniał o wszystkim, jego uwagę pochłonęło pochłanianie, pieróg po pierogu, maczane w śmietanie i na sucho, konkretne, sycące, smakiem odsyłające w krainę dzieciństwa, kiedy jego babcia podawała takie same.
– Mówiłem, że dobre. Pani Zosia, złota kobieta, gotuje jak nikt inny.
Talerz był już pusty. Adam oddychał ciężko, przyzwyczajając się do wypchanego po brzegi żołądka. Kwestia księdza i jego brudnej tajemnicy wróciła ze zdwojoną siłą.
(Dziwna sprawa, to jego przejmowanie się występkami prowincjonalnego klechy. Żyjąc w wielkim mieście Katowice, przechodził do porządku dziennego nad najokrutniejszymi zbrodniami, przygryzał pizzę, kiedy Fakty relacjonowały kolejny zamach bombowy w Kabulu, wygodnie układał się na kanapie, kiedy na ekranie pojawiały się beczki z marynowanymi niemowlętami. To już przeszłość, powtarzał, nie ma co się żołądkować.)
– Nie dziwili się ludzie, jak zacząłeś organizować tę pieszą pielgrzymkę do Częstochowy? – zapytał wprost, dla większego efektu przechodząc na ty.
– Co? Jaką pielgrzymkę? – ksiądz Pochwała wyglądał na zbitego z tropu.
– Osiem lat temu. Zdaje się, że nazwałeś ją pielgrzymką milenijną. Dobry chwyt, chociaż krytyk wytknąłby ci, że milenium zaczęło się dopiero w następnym roku.
– To był… odruch serca – wymamrotał ksiądz Pochwała. Mimo perfekcyjnie funkcjonującego klimatyzatora, na jego czole pojawił się pot.
– Nie wątpię. A twoi parafianie pewnie chcieliby wiedzieć, co tak naprawdę poruszyło to twoje wielkie serducho.
Gdzieś pomiędzy kolejnymi zdaniami zdał sobie sprawę, że zaczął brzmieć odrobinę pretensjonalnie, jak gangster-szantażysta z taniego filmu. Nieważne. Jego gadka odnosiła skutek. Klecha pocił się coraz obficiej.
– Chciałem dobrze…
– A wyszło jak zwykle? Ten skecz już gdzieś widziałem.
– Czego chcesz? – ksiądz Pochwała uznał, że nadszedł czas na konkrety. Z funduszy pokolędowych udało mu się odłożyć parę tysięcy, z niedawnego remontu kościoła też trochę reszty zostało…
Adam wstał i niespiesznie, trzymając obandażowane ręce za plecami, przeszedł się dookoła stołu. Zatrzymał się przy oknie, za którym nadal kłębili się ludzie, i pielgrzymkowicze, i ciekawscy mieszkańcy Gondolin.
– Wasz szefu miał takie fajne powiedzenie… zaraz, jak to było? Aha. Prawda was wyzwoli. Dobre, nie? Krótkie, proste i do rzeczy. Bardzo piarowskie. Z zasady. Bo w praktyce raczej średnio…
– Mam… – wydusił z siebie ksiądz Pochwała, teraz przerażony nie na żarty. Nie kwestionował wiedzy tego obcego człowieka, który wedle wszelkiej logiki takiej wiedzy posiadać nie mógł. Chyba, że chodzi o logikę strachu, kuzyna paranoi.
– Nie masz niczego, co mogłoby mnie przekonać do zmiany zdania – uciął Adam.
– To po co…?
– Chciałem dać ci wybór. Ty albo ja. Co powiesz?
– Nikt ci nie uwierzy – warknął ksiądz Pochwała.
– Zobaczymy. Potrafię być bardzo przekonujący. Taki mam zawód. Chociaż już nie pracuję…

Dopóki tego nie zrobił, dopóki włożył w to całej swojej woli, nie wiedział, że było to w ogóle możliwe.
Stanęli obok siebie na chodniku, wszystkie twarze zwrócone były w ich kierunku. Zapadła cisza, literacko nabrzmiała oczekiwaniem. Adam przybrał pozę godną bohatera komiksu. Milczał, co natchnęło księdza Pochwałę nadzieją. Nie zrobi tego, przyszło mu na myśl, nie odważy się. Uśmiechnął się nieznacznie. Może nie będzie to aż taki zły dzień?
Wtedy ksiądz Pochwała poczuł obcą obecność tam, gdzie jej być nie powinno. Ogarnęły go mdłości, świat wokół niego zawirował w szalonym tempie, kierunki wymieszały się ze sobą. Już nie odróżniał góry od dołu, za czym musiała podążyć utrata równowagi i upadek. Który miał ten pozytywny efekt, że przynajmniej jedna para kierunków wróciła na swoje miejsce.
Tymczasem Adam nadal stał nieruchomo, z zamkniętymi oczami, skupiony na leżącej pod jego nogami postaci księdza. Wydawał z siebie niski, niezrozumiały pomruk, jak medytujący jogin.
Wreszcie otworzył oczy. Coś zaczynało się dziać.
W tłumie odezwały się pojedyncze okrzyki. Niektóre wyrażały przestrach, inne zdziwienie. Jeden kipiał złością. Chwilę później panowała już tylko złość wymieszana z dziką nienawiścią Sprawiedliwych zamierzających wymierzyć Sprawiedliwość.
W duchu Chrystusowego przebaczenia Adam powinien zatrzymać rozochoconą tłuszczę, wygłosić tekst o kamieniach i pierwszeństwie w ich rzucaniu, ale opanowała go obojętność. Zamienił się w gapia, jak ci pod
(krzyżem)
oknem, pod którym Sylwia Bielska zakończyła swoje życie. Wtedy potępiał. Teraz się przyglądał. Różnica? Czy patrząc na to na poziomie najbardziej podstawowym, była jakakolwiek różnica? Czy krew plamiąca chodnik w Katowicach była innego koloru, niż krew jeszcze-nie-plamiąca chodnika w Gondolinach?
Nieważne. Adam odsunął się na bezpieczną odległość i obserwował wydarzenia. Widział, jak unoszą się pięści (jakby Sprawiedliwi wygrażali nie swej ofierze—nawet bity kat zamienia się w ofiarę—a niebu). Widział, jak opadały. Słyszał kwiknięcia bólu i słyszał pomruki satysfakcji (bo nie ma większej satysfakcji, niż wymierzanie sprawiedliwości).
Ksiądz Pochwała skulił się, cierpliwie przyjmując ciosy. A te były zadawane sumiennie i egalitarnie. Każdy miał okazję dołożyć swoją cegiełkę, mieć swój udział w budowie świątyni prawa naturalnego. Drobne piąstki dzieci, kościste pięści starannie odchudzonych matek, ciężko obute stopy kontrkulturalnej młodzieży. Polała się krew, trudno powiedzieć, skąd najpierw. Gdyby ktoś zapytał mnie—zapyta ktoś?—powiedziałbym, że z ust, z wyrw po wybitych zębach. Choć może się mylę, może był to rozbity łuk brwiowy albo potylica rozcięta o krawędź pękniętej płyty chodnikowej…
– Dosyć! – zabrzmiało, wybijając linczujących z uderzenia.
Stała się rzecz zabawna. Ci przed sekundą tak pewni swojej racji, że gotowi w jej imię zabić, teraz rozglądali się na boki, szukając potwierdzenia w oczach swoich towarzyszy. Niektórzy usiłowali sobie przypomnieć, kto i co dokładnie powiedział, z czyich ust padło straszne słowo na „p”, jakie przytoczył dowody. Ale zamiast konkretnych odpowiedzi w ich pamięciach zalegały strzępy obrazów, aktualnie tyle warte, co rojenia dziennikarzyny jakiegoś brukowca.
Wokół księdza Pochwały, poruszającego się nieco jak zdychający insekt, coraz wolniej, wszystkimi odnóżami jednocześnie, zrobiło się koło pustej przestrzeni.
– On… – otyły mężczyzna w roboczych spodniach i brudnym, szarym podkoszulku próbował wyjaśnić ten akt samosądu, lecz już po pierwszym zabrakło mu słów. Ratio nie miało z tym nic wspólnego. W akcie intelektualnej desperacji mężczyzna gwałtownie zamachał rękami, niepewny jednak co to niby miało oznaczać.
Do księdza Pochwały dobiegła właścicielka głosu, który zatrzymał egzekucję. Pani Zosia, jego gospodyni, która—pochłonięta obowiązkami domowymi—przegapiła kluczową fazę niniejszego wątku.
– Zadzwońcie po pogotowie! – zawołała, oglądając rany swojego pracodawcy. – Już!
W tłumie znalazła się komórka, wystukano sławetny numer 112, zdawkowo przedstawiono naturę wypadku (nie określając sprawcy, za to wyraźnie określając profesję potrzebującego; nie trzeba parać się wyższą matematyką, żeby stwierdzić, że prawdopodobieństwo szybszego przyjazdu ambulansu było większe w przypadku osoby duchownej, niż w przypadku, dajmy na to, budowlańca).
– Już jadą – powiedziała właścicielka rzeczonej komórki.
Zajęta pobitym, pani Zosia nie odpowiedziała. Wyciągniętymi z kieszeni chusteczkami starała się zatamować krwotok, uzyskując jedynie stertę mokrych, czerwonych, papierowych strzępów.
Tłum przerzedzał się z każdą minutą. Miejscowi wracali do domów, usiłując zrozumieć, co właściwie—i dlaczego—się wydarzyło. Nie rozmawiali jednak ze sobą o tym, ta niewypowiedziana umowa wiązała ich przez następne lata, aż wspomnienie tego czerwcowego dnia wyblakło, stając się niczym więcej niż obrazkiem telewizyjnym widzianym dawno temu, odległym, nieważnym.
Obcy natomiast skupili się wokół swojego przywódcy, szukając w nim oparcia. A raczej zapewnienia, że to, co zrobili, było słuszne. Potrzebowali tego; człowiek leżał na chodniku walcząc o życie, a ich dłonie jeszcze zwijały się w pięści. Adam jednak daleki był od wygłaszania jakichkolwiek pokrzepiających przemówień. Stał nieruchomo, obojętnie przyglądając się (ciągle odgrywając rolę postronnego obserwatora) wysiłkom pani Zosi. To, czy ksiądz Pochwała przeżyje, czy nie, nie miało najmniejszego znaczenia. Kara została wymierzona. Dla mieszkańców Gondolin oczywiście lepiej, jeśli lekarze w szpitalu powiatowym postarają się i go wyciągną z tarapatów; w przeciwnym wypadku policja będzie prowadziła śledztwo nie w sprawie pobicia (a, jak wiadomo, tutaj wykrywalność błądzi gdzieś w okolicy błędu statystycznego), lecz zabójstwa.
(Dla ciekawych: ksiądz Pochwała ostatecznie przeżył całe zajście, minus sześć zębów, minus śledziona, plus dwadzieścia cztery szwy i dwa opatrunki gipsowe; na parafię nie wrócił, poprosił kurię o przeniesienie na drugi koniec Polski, a jego prośba została wysłuchana; został proboszczem maleńkiej parafii w kujawsko-pomorskim; kuria zapłaciła za estetyczną protezę i trzymiesięczną rehabilitację w Ciechocinku. Ksiądz Pochwała, oczyszczony z dawnych grzechów, z werwą zabrał się do pracy duszpasterskiej. Dwa lata później umarł na raka trzustki.)
Adam rzucił jeszcze jedno spojrzenie na księdza i jego gosposię, i odwrócił się. Była pora iść dalej. Marta, która też brała aktywny udział w linczu, zaintonowała Pod Twą Obronę. Dołączyło do niej kilkanaście głosów. Reszta albo milczała, albo—w starej, dobrej, judeochrześcijańskiej tradycji, szemrała.
Powód szemrania był dla każdego nieco obeznanego z teorią zarządzania dość oczywisty. Podstawą jakichkolwiek działań kierowniczych zawsze jest wyznaczenie jasnego i konkretnego celu. Może być to osiągnięcie pięcioprocentowego wzrostu obrotów, może to być wysprzątanie czterdziestu siedmiu pokojów hotelowych, ważne, żeby cel był zrozumiały i możliwy do wykonania. Cel w postaci „idziemy naprzód, chłopcy i dziewczęta, a potem się zobaczy” nie spełniał tych kryteriów. Skutkiem czego zewnętrzny krąg pielgrzymów tracił motywację, co wyrażało się we wspomnianym szemraniu.
Problem polegał na tym, że Adamowi na całej tej zbieraninie absolutnie nie zależało. Oni mu się przydarzyli, jak dziecko nierozważnej parze nastolatków. Myślał o czymś innym: o jałowości tego marszu. Nie żeby coś bliżej sprecyzowanego chciał przez niego osiągnąć (wracamy do kwestii celu), ale poczucie satysfakcji czy spełnienia mogłoby zrobić mu dobrze. Prawda, doprowadził jednego zbłąkanego księdza pod bramę piekła, tylko że nie było to ani nic konstruktywnego, ani nic, czym można by się pochwalić (jako jeszcze zwykły, nieutranscendentalniony piarowiec potępiał wszelkie akty samosądu, wioskowego wymierzania sprawiedliwości; stał na stanowisku, że od takich rzeczy były sądy i sędziowie, prokuratorzy i policja, kosztujący nas tyle, żebyśmy nie mieli na sumieniu niczyich zębów czy kości).
Co się z nim stało? Czy to jeszcze był w ogóle on? Czy przypadkiem obdarowując go ślicznymi stygmatami, jakaś Wyższa Siła nie połakomiła się na jego wolną wolę? Nie potrafił do końca uzasadnić wielu dokonanych przez ostatnie dni wyborów. Byłoby świetnie, gdyby mógł tak po prostu zrzucić to na spontaniczność, kierowanie się intuicją, instynktem, czymś w tym rodzaju. Nie mógł. Czuł się prowadzony nie mniej niż czereda ciągnąca się za nim. Czuł się jak marionetka. Dlaczego jego rozmowa z nieszczęsnym księdzem Pochwałą wyglądała tak groteskowo? Dlaczego wydawało mu się, że nie tyle w niej uczestniczy, co odgrywa jakąś—napisaną przez kogoś innego—rolę? Że niby natchnął go, jak apostoła, Duch Święty? Duch Święty dwudziestego pierwszego wieku, ostrożnie dozujący patos, za to doskonale zaznajomiony z kinem gangsterskim klasy B? A może najzwyczajniej w świecie zwariował? Leży u siebie w przedpokoju, w stanie wygodnej katatonii i śni? Nie, ta ścieżka rozumowania prowadziła donikąd, pod koła pierwszego nadjeżdżającego samochodu; zresztą, wedle mądrości ludowej, jako wariat nie kwestionowałby swojego zdrowia psychicznego.
Co mu pozostało? Iść naprzód, zobaczyć, co znajduje się na końcu drogi, nawet gdyby to nie bardzo mu się spodobało.

IWONA, KASIA

Kiedy zdjąłem na noc buty, okazało się, że na obu stopach mam po kilka pęcherzy. Pewnie przejąłbym się tym, gdyby nie dwie nieustannie krwawiące rany wśród tych całkiem przyzwoicie zachowujących się bąbelków. Zabawne, jak perspektywa lubi się zmieniać. Niektóre komunały są bardzo życiowe (i pozwalają każdemu matołowi choć na chwilę poczuć się filozofem snującym głębokie rozważania o naturze bytu i relatywizmie ludzkiej percepcji), bez dwóch zdań. Krótką chwilę zastanawiałem się, czy by nie zmienić opatrunków, ale zmęczenie i ogólne wrażenie bezsensowności wszelkich tego typu zabiegów sprawiły, że porzuciłem tę myśl. Jeśli miało mi wejść zakażenie, zrobiłoby to do tej pory. O ile mnie pamięć nie myli, święty Franciszek nie zszedł na nic podobnego, nie złapała go gangrena, tężec czy inna sepsa (a wszyscy wiemy, jak wyglądał stan świadomości człowieka trzynastego wieku w kwestii higieny). Stwórca miał widać wobec niego inne plany, choć trzeba przyznać, że długo po tym świecie, po otrzymaniu daru stygmatów, się nie błąkał.
Rozłożyliśmy niezły obóz, parę namiotów (nie wiem, skąd i kiedy się one wzięły), ognisko; trochę przypominało to biwak. Jako lider otrzymałem solidną jedynkę, którą uczynny młodzieniec ze swoją koleżanką rozbił w pewnej odległości od zasadniczej części obozowiska. Najwyraźniej szacunek dla kolesia na przedzie kazał im ofiarować mu nieco prywatności. Dzięki Bogu za drobne łaski.
Dostałem też trochę jedzenia: trzy kromki chleba, odgrzane przy ognisku typowe kempingowe danie w postaci zapuszkowanej fasolki po bretońsku i zupy, która prawdopodobnie w założeniu miała być pomidorowa, ale gdzieś pomiędzy pomysłem a przemysłem straciła swój charakter; do tego jeszcze kubek soku. Nie wszyscy oczywiście pożywiali się tak po królewsku, większość zapychała się czerstwym chlebem i zapijała go mineralną; licząc zapewne, że strawa duchowa wynagrodzi im te kulinarne niedogodności. Moment rozważałem sprawdzenie, czy w moim zasięgu leżał cud rozmnożenia puszek z fasolką i szynką turystyczną (która z wiadomych względów akurat tego dnia leżała odłogiem w zapasach zgromadzonych w plecakach co zapobiegliwszych pielgrzymów; nasza polska zaradność chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać; kiedy ekipa się zbierała, spora jej część nie miała przy sobie nawet reklamówki z Tesco, a teraz wyglądało, jakbyśmy naszą wyprawę planowali przez co najmniej kilka tygodni). Zrezygnowałem jednak, po części z obawy, że nieudanym cudem mógłbym się ośmieszyć—co w sumie nie było żadnym powodem, jako że specjalnie mnie na ich poważaniu nie zależało—a po części z czystego lenistwa. Nie chciało mi się, mówiąc wprost.
Dokończyłem kolację, udałem się tam, gdzie nawet prorocy chadzają piechotą i zamknąłem się w swoim namiocie. Co za ulga! Byłem rozjechany jak koń po westernie, że użyję ludowego powiedzenia. Gorzej, że nie bardzo wiedziałem, co zajścia tego dnia miały znaczyć. Dałem się ponieść, to na pewno. Tylko czemu? I w sensie przyczynowym, i przedmiotowym tego ambiwalentnego pytania. Czyżbym upił się władzą? I dlaczego widok mordowanego faceta nie wywarł na mnie specjalnego wrażenia? Chyba nie tylko dlatego, że wiedziałem, co zrobił?
Pewna była jedna rzecz: z łbem napchanym tymi wszystkimi pytaniami i wątpliwościami nie zasnąłbym i do zasmarkanego Armageddonu. Zastosowałem więc starą indiańską sztuczkę i wyobraziłem sobie u swojego boku moją traumfrau, absolutny ideał kobiecego piękna: drobna, krucha (ale z wyraźnie zaznaczonymi kobiecymi krągłościami) brunetka o łagodnych, śródziemnomorskich rysach. Pomogło. Ogarnęła mnie senność, pytania dały za wygraną, odpłynąłem.
Niedługo jednak dane mi było spokojnie odpoczywać. Przed pierwszą coś zaszeleściło, skrzypnęło, na koniec bzyknął zamek błyskawiczny u wejścia do namiotu.
Byłem zbyt rozespany, żeby w jakiś konkretny sposób zareagować. Zamrugałem i skoncentrowałem się na percepcji. W walce nie miałbym specjalnych szans. Na szczęście do żadnej walki nie doszło.
W szczelinie pomiędzy połówkami zasłony namiotu pojawiła się twarz dziewczyny o delikatnych, regularnych rysach, typ jak najbardziej śródziemnomorski, czarne (wręcz kruczo- w mroku nocy) włosy, budowa ciała filigranowa, wypisz-wymaluj laska w moim typie.
Myślisz, masz?
Przyznam, że szokujący zbieg okoliczności na ułamek sekundy na tyle mnie oślepił, że prawie uwierzyłem w moc sprawczą moich nieuczesanych marzeń. Prawie. Bo dziewczyna szybko przerwała mój połamany tok rozumowania, odzywając się:
– Przepraszam, ja…
To powinno być ciekawe, pomyślałem z lekkim rozbawieniem. Rozbawienie, nawet lekkie, nieczęsto mi się ostatnio trafiało.
– …tylko chciałam… pana…
Dotknęła mnie. To wystarczyło, żeby nie musiała kończyć. Nie sądzicie, że komunikacja międzyludzka zyskałaby zupełnie nowy wymiar, gdyby więcej osób—najlepiej wszyscy—mieli takie uzdolnienia? W końcu dziewięćdziesiąt procent kłótni, swarów, waśni, sprzeczek bierze się z niedopowiedzeń, drobnych nieporozumień, których taki dar pozwoliłby uniknąć. Z drugiej strony, ilu to wojen uniknęliśmy w porę gryząc się w język, ukrywając, co tak naprawdę sądzimy o poglądach drugiej strony na dany temat? Prawda nas wyzwoli, zdaje się, że całkiem niedawno cytowałem ten slogan… Ale czy potrafimy znieść prawdę?
(Cytat znosi cytat, a my pozostajemy równie głupi, jak przed momentem.)
Dowiedziałem się o niej, że miała na imię Iwona, że mieszkała w małym miasteczku kilka kilometrów od Gondolin, że była zdesperowana, że—mimo młodego wieku—była już skażona cynizmem. I usłyszałem dalszy ciąg jej prośby:
…chciałam pana poprosić, żeby pan pomógł mojej mamie, ona ma raka…
Dałem jej do zrozumienia (nie pytajcie mnie, jak), że wszystko wiem. Widać nie miała o mnie zbyt wysokiego mniemania (a raczej o mojej bezinteresowności), bo jej reakcja była dość niekonwencjonalna. Mianowicie, jednym zwinnym ruchem zerwała z siebie podkoszulek i nachyliła nade mną. Nie dała mi szansy na protest (prawda, nie było we mnie wielkiej woli protestu), obezwładniła mnie jej determinacja, pragnienie doprowadzenia transakcji do końca.
W ramach rekompensaty zafundowałem jej orgazm życia.
Nieoczekiwanie, w samym środku tego chaotycznego aktu miłosnego (obiekt miłości w tym wypadku znajdował się z dala od spółkującej pary) wpadłem we własną pamięć, jak wcześnie wpadłem w pamięć księdza Pochwały czy mojej wiernej zwolenniczki Marty. I zostałem zmuszony obejrzeć kilka scenek rodzajowych z przeszłości.

Stałem przed Aulą B, czekając na zakończenie poprzedniego wykładu. Miałem dwadzieścia dwa trzy lata i serdecznie dosyć tych bezsensownych posiedzeń, które każdy student musi znieść, zanim zdecydują się mu wręczyć dyplom w pseudoskórzanej oprawie. (Ech, piękne czasy, wybaczycie sentymentalne westchnienie pierdoły w wieku umieralnym.)
– Hej, ty jesteś Adam, nie?
Ocknąłem się z nieprzesadnie głębokich rozważań i spojrzałem w kierunku głosu. Decyzja zapadła błyskawicznie: tej dziewczynie na pewno nie powiem „nie”.
– Aha. A ty…?
– A ja mam twoje notatki z promocji i reklamy. Kasia.
– Dzięki. Ale…
– Sławek mi pożyczył.
Dwa słowa wyjaśnienia: to był dopiero początek roku, nowa grupa (zmieniali je nam po wybraniu specjalności), dwadzieścia kilka imionnazwisk, których nie sposób było zapamiętać.
– Spoko. To… eee… jak ci się podoba nasza specjalizacja?
– Ujdzie. Chcesz o tym pogadać przy piwie?
Pytanie!
– Pewnie.
Nie mogłem powstrzymać się od głupkowatego uśmiechu.
– O piątej w Inkubatorze. Wiesz, gdzie to jest?
– Jasne.
Bez ostrzeżenia pojawił się wspomniany już Sławek, facet o nieprzebranych zasobach złego gustu i czystej, dziecięcej fascynacji kloacznym humorem. Jeśli potrzebujecie kogoś, kto miałby zabić romantyczny nastrój (a nawet—jak w tym przypadku—zalążek romantycznego nastroju), to jest wasz facet. Skuteczny jak James Bond. I najśmieszniejsze jest to, że nie musi wcale nic mówić. Wystarczy, że pojawi się ubrany w podkoszulkę ozdobioną napisem „Nie biorę w dupę”. Efekt murowany.
Dzień dłużył się niemiłosiernie, rozciągał zgodnie ze studencką teorią względności czasu: im nudniejszy wykład i im ciekawsze rzeczy do zrobienia po nim, tym wolniej przesuwają się wskazówki zegara. Teoria oczywiście nie jest specjalnie odkrywcza, to zaledwie ukonkretnienie powszechnie znanej prawdy, ale dla studentów odkrywczość, oryginalność nie są wartościami autotelicznymi. Takich zresztą jest niewiele, a królują wśród nich dobra zabawa i seks (często utożsamiane ze sobą). Piszę to wszystko nie dlatego, żeby zaprezentować wam moją głęboką znajomość natury studenta, ale dlatego, żeby pokazać wam, jak to prawo funkcjonuje. Wiadomo, że coś ciekawego powinno się stać w następnym akapicie, a ten aktualny ciągnie się i ciągnie, i nie chce się skończyć. Jak, nie przymierzając, wykład prof. zw. dr hab. F.P.
Uff, udało się przetrwać, jesteśmy już w Inkubatorze, miejscu, za którym nie przepadam, ale tu nie liczy się miejsce, tylko towarzystwo; a ono jest przednie.
Kasia zdążyła się przebrać. Dzięki niebiosom, że zdążyła! Tę czarną, powycinaną w wielu istotnych miejscach sukienkę zapamiętam do końca życia.
– Wyglądasz… – wysilałem szare komórki, aby dać pokaz moich krasomówczych zdolności. – …zajebiście – dokończyłem, świadomy intelektualnej porażki.
– Fenks – odparła, uśmiechając się.
Są dwie kategorie pięknych dziewczyn: świadome swojej urody i jej nieświadome. Kasia należy zdecydowanie do tej pierwszej, Niebezpiecznej, pociągającej, luksusowej. Takie dziewczyny nigdy za siebie nie płacą. I nigdy nie wybierają najtańszej opcji. Zawsze ful wypas albo nic. Rzecz jasna ich mężczyźni drugiej możliwości unikają jak ognia, drążąc dziury w swoich portfelach i nadwerężając konta bankowe. Dlatego tak wiele z tych dziewczyn kończy na skórzanych fotelach beemek kolesi bez karków, za to z trzema paskami na spodniach.
(Dobra, upraszczam; ale powiedzcie, że nie zauważyliście podobnej tendencji.)
Chciałem jakoś błyskotliwie zagadnąć, jednak w mojej głowie dalej siedziało tylko to jedne, poronione pytanie, jak jej się podoba nasza specjalizacja. W końcu o tym mieliśmy pogadać przy piwie… choć ona zamiast piwa zamówiła wino, którego nazwa niebezpiecznie sugerowała cenę powyżej dziesięciu zeta za kieliszek.
– Słyszałeś nową płytę Kultu? – zagadnęła, widząc moją niemoc twórczą.
– Noo…
– I jak?
– Ostateczny krach był lepszy. Jakoś… się nie mogę przyzwyczaić do tych nowych piosenek – zaryzykowałem szczerość. Kiedy jestem zestresowany, kłamanie mi nie idzie. Nie szło; na szczęście udało mi się dopracować ten drobny element, bo inaczej nie miałbym czego szukać w swoim zawodzie.
– Ja też – rzuciła i teraz to ja z kolei zastanawiałem się, czy była szczera. Uznałem, że nie ma to znaczenia. Nawet lepiej, jeśli kłamała; znaczyłoby to, że zależało jej na dobrej atmosferze i moim uznaniu.
– Czekam na dzień kolejny, sens któremu nadasz, bez ciebie nie ma sensu o tym opowiadać, sporo czasu minęło i czas ten płynie, to się może nie podobać, ale tego się nie zmieni, trzy gwiazdy na niebie przez szyby zaglądają, trzy gwiazdy życia mego schronienie mi dają… – zanuciła niespodziewanie, natychmiast dodając: – Chciałabym tak kiedyś mieć, a ty?
Jej ręka znalazła się na mojej połowie stolika. Oczywiste zaproszenie do gry wstępnej. Nie dałem jej czekać. Dotknąłem wierzchu jej dłoni, wsunąłem jej palce między moje, dreszczyk podniecenia przebiegł od ich koniuszków do…
– Kaśka! Co ty tu…?
Przed naszym stolikiem stanął wysoki, barczysty facet, najwyraźniej znajomy mojej towarzyszki. Jego pytanie urwało się, kiedy zauważył nasze splecione dłonie. Zły znak.
– Tomek…
– Kolo, bier, kurwa, łapy od…
Wziąłem, kurwa, łapy od. I zastanowiłem się, zastanowiłem na głos…
– On w ogóle umie pełnymi zdaniami?
– Na dworze – padło kategorycznie i nieodwołalnie, równoważnik zdania, który do zrozumienia nie wymagał nawet czasownika.
Teraz powinien nastąpić protest panny, o którą miała odbyć się bójka. Ale dziewczyny kategorii pierwszej rzadko w takich sytuacjach protestują. Gdyby udało im się mordobiciu zapobiec, skąd wiedziałyby, który facet jest silniejszy?
Tomek szedł przede mną. Wydawał się pewny swego. I czemu nie? Był parę centymetrów wyższy, solidniej zbudowany (zapewne częściej odwiedzał siłownię, niż czytelnię) i najwyraźniej miał większe doświadczenie w zapraszaniu mężczyzn na zewnątrz. Jednak mnie to nie zdeprymowało. Myślałem o tej, która była tuż za mną, o mojej nowej bejbe. Lepszej motywacji trudno by szukać.
Wieczór był zimny, ale suchy. Chociaż powietrza w żadnej mierze nie można by nazwać rześkim, nie w centrum Katowic. Tomek zrobił jeszcze kilka kroków, po czym odwrócił się do mnie i wyzywająco uśmiechnął. Gestem Morfeusza z Matrixa zaprosił mnie do walki. Nie kazałem mu długo czekać.
Przymierzyłem, zamachnąłem się i… trafiłem swojego przeciwnika w końcówki włosów. Jednocześnie poczułem uderzenie w okolicy pępka, które zgięło mnie wpół. Byłem wściekły, przekonany, że już po wszystkim. Czekałem na werdykt Kasi, cesarzowej kierującej prawy kciuk w kierunku ziemi: dokończ go.
Ale Kasia milczała. Jedna wymiana to za mało, żeby wyrobić sobie opinię. Przecież jeszcze nie polała się krew.
– No cio, brzuszek boli? – Tomkowi udało się sklecić pełne, choć proste, zdanie.
Zbliżył się dorzucić mi jeszcze parę słów do ucha. A ja wykorzystałem tę okazję. Gwałtownie wyprostowując się, przywaliłem mu hakiem w podbródek. Tego się nie spodziewał. Jego głowa odskoczyła, kolana się ugięły. Wylądował na asfalcie, Kasia w moich ramionach.
Sytuację odwrotną—ja na asfalcie, Kasia w ramionach Tomka—wyobraziłem sobie dopiero długo później. Kasia w dziwnym dla niej przypływie szczerości opowiedziała mi drugą stronę tej historii. I ta druga strona powinna mi była dać do myślenia, byłbym lepiej przygotowany na moje osobiste wydarzenie roku 2007. Otóż, nasze spotkanie z Tomkiem nie było do końca przypadkowe. Kasia podsłuchała jego rozmowę z jakimiś jego kumplami, zapisała w pamięci czas i miejsce, i w formie propozycji nie do odrzucenia mi je przekazała. Oczywiście, do spotkania wcale nie musiało dojść, Tomek mógłby nas nie zauważyć, wieczór zakończyłby się spokojnie (nie żebym zakończenie tego wieczoru—w pokoju w akademiku—uważał za nieudane), bez siniaków i inwektyw.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *