Krzyż – część 3

Następnego dnia Adam wstał w świetnym humorze, którego nie zepsuł nawet widok poplamionych krwią bandaży ani ból każdego ruchu dłonią, każdego kroku. W jego żyłach dawno nie krążyło tyle endorfiny. Choć, po prawdzie, raczej powinien czuć niesmak i mieć wyrzuty sumienia, że wykorzystał tę biedną, zdesperowaną dziewczynę. Powinien. Ale… powoli, nieświadomie, wyłamywał się z ograniczeń powinności, przyzwoitości. Gdzieś, tuż poza granicą wzroku kiełkowała w nim mentalność übermenscha.


Po szybkim śniadaniu odnalazł Iwonę i poprosił ją o zaprowadzenie go do jej miasta. Zgodziła się, nie okazując żadnych emocji. Robiła wszystko, by zapomnieć o wczorajszej nocy, o tym upokorzeniu, które niespodziewanie przyniosło jej tyle przyjemności.
(Co ciekawe, właśnie ta przyjemność stanowiła problem, sprawiała, że wspomnienie seksu z Adamem było tak nieznośne; bo gdyby ich łóżkowa przepychanka była tylko i wyłącznie przykrą transakcją, mogłaby ją wyrzucić na śmietnik, razem z wszystkimi wizytami u dentysty czy egzaminami na uczelni. A tak… z męczennicy zmieniała się w dziwkę za każdym razem, kiedy jej ciało przypominało jej–a młode ciało dysponuje pamięcią absolutną–doznaną rozkosz i domagało się jej więcej.)
Pochód wyruszył przed dziesiątą, ze śpiewem na ustach (Marta znała wszystkie pielgrzymkowe szlagiery i z dnia na dzień łatwiej przychodziło jej wymuszanie na innych swoich upodobań). Dojście do Jedlinek Śląskich zajęło im półtorej godziny nieśpiesznego marszu. W mieście na piętnaście minut zatarasowali główną ulicę (na szczęście w Jedlinkach ruch nigdy nie jest duży, a oni zjawili się pomiędzy godzinami szczytu). Grupie podejrzliwie przyglądało się kilku policjantów opierających się o zdezelowanego, służbowego poloneza (miejscowy komendant policji, ostrzeżony w porę o nadciągającej religijnej ławicy, wydał polecenie unikania konfrontacji; ostatnią rzeczą, jakiej chciał, był konflikt z Kościołem).
(Kwestia Kościoła nasuwa się sama; jasna sprawa, że wieść o wariacie udającym stygmatyka i prowadzącym grupę ludzi niewiadomodokąd lotem błyskawicy dotarła najpierw do kurii, a potem na samą górę, do Jego Eminencji; po burzliwej telekonferencji podjęta została iście salomonowa—czy episkopat podjął kiedyś inną?—decyzja: stać i czekać, nie angażować się, nie wypowiadać w sposób radykalny, ograniczyć do cytowania Pisma Świętego i Katechizmu Kościoła Katolickiego, nie krytykować bez uzgodnienia, nie aprobować, nasłuchiwać, co powie Radio Maryja. Nie ma co zmieniać strategii, która przynosi sukcesy od tak dawna.)
– To tutaj – powiedziała Iwona, pokazując na burą, ozdobioną licznymi graffiti kamienicę. – Na drugim piętrze.
Adam rzucił wymowne spojrzenie kroczącym za nim: zostańcie tutaj, pójdę sam. Zrozumieli w mig. Chociaż u wielu narastało zniecierpliwienie prorokiem, który głównie posługiwał się komunikacją niewerbalną; zapewne nie byli świadomi, że w procesie komunikacji interpersonalnej słowa przekazują zaledwie 7% informacji i że są głównie wykorzystywane do rozpowszechniania kłamstw. Ale zostawmy to, bo Adam już jest na pierwszym piętrze…
…na którym ogarnęły go lekkie mdłości. To unoszący się wewnątrz odór gnijącej padliny, przypuszczalnie szczur, który w piwnicy skusił się na interesująco wyglądające granulki, porozrzucane po całej posadzce, a którego nikomu nie chciało się sprzątnąć. Adam popatrzył na Iwonę; ona go zignorowała. Czuła się idiotycznie, że prowadzi do własnego domu jakiegoś szarlatana, że dla zachowania głupiej nadziei się z nim skurwiła. Jeszcze kilka stopni przed jej piętrem rozważała zawrócenie i pogonienie gościa, gdzie go oczy poniosą. Tylko że tkwiło w niej przeświadczenie, głęboko ukryte, niewyartykułowane, że w tym chudym, pokrwawionym facecie było coś więcej, nie dająca zdefiniować się siła. A może była to po prostu głupia nadzieja? Miała ją przynieść rodzinie, lecz sama się nią ubabrała?
Znaleźli się w ciemnym przedpokoju. Przywitał ich postawny mężczyzna, którego Iwona przedstawiła jako swojego ojca, Stanisława Michalika. Krótkie uściśnięcie jego dłoni powiedziało Adamowi, że nim nie był i o tym wiedział. Mógłbym zrobić niezły interes na sprawach rozwodowych, przelotnie pomyślał i uśmiechnął się krzywo. Zaprowadzili go do pokoju chorej: domowe hospicjum wypełnione lekami, głównie przeciwbólowymi, bo lekarze zdążyli postawić już na swojej pacjentce krzyżyk.
– Dzień dobry – Adam rzucił ochryple.
Odpowiedziała mu cisza.
– Ona jest… – wyjaśnił ojciec Iwony.
– Rozumiem – mruknął Adam.
Uklęknął przy łóżku. Co teraz?, zastanawiał się, patrząc na zapadłe policzki i szarą skórę. Pierwszy raz od wielu lat przeżegnał się. To na dobry początek, żeby pokazać, że stoi po właściwej stronie barykady; w końcu—duży krzyż i święty obrazek wiszące na ścianie świadczyły o tym dobitnie—miał do czynienia z ludźmi wierzącymi. Niejako upoważniony znakiem krzyża, ujął jej kościstą dłoń. Spodziewał się tego, co zawsze: gwałtownego napływu informacji, obrazów, dźwięków, całych i poszarpanych wspomnień, myśli, uczuć, wrażeń. Zamiast tego jednak poczuł ból. I to dość specyficzny, zlokalizowany pod jego przybrudzonymi opatrunkami. Jakby ktoś jednocześnie przebijał gwoździami jego dłonie i stopy, dorzucając na dokładkę precyzyjne pchnięcie włócznią w bok. Wydał z siebie przenikliwy okrzyk, któremu bliżej było do psiego skowytu. Łzy ciekły po jego policzkach jedna za drugą, gorące i słone: prawdziwe. Wyprostował się, ale nie puszczając ani na moment ręki matki Iwony.
Przed oczami migotały mu strzępki jego jerozolimskich snów. Słońce, piach, nienawistne twarze gapiów. Wszystko wymieszane, skondensowane w jedną kulę wrażeń, jakby ktoś wyciągnął pięciosekundową esencję dziesięciu lat tortur. Która jest na tyle nie do zniesienia, że zatrzaskuje świadomość i zmusza mózg do awaryjnego restartu.
Adam cicho osunął się na podłogę.
Ale nikt na to nie zwrócił uwagi, ponieważ w tym samym czasie matka Iwony otworzyła oczy i podniosła się na łóżku.
– Mamo! – zawołała Iwona.
– Iwonka? Co…? – pani Michalik rozglądała się niepewnie po swojej sypialni. Kiedy jej wzrok padł na leżącego przy łóżku Adama, dokończyła swoje pytanie: – Co się tu dzieje?
– Nic, nic, odpoczywaj sobie, ten pan tylko… przyszedł pomóc – wyjaśnił jej mąż, trzęsący się z nadmiaru emocji, jeszcze nie do końca przekonany, że jest się z czego cieszyć.
– Bardziej wygląda mi na to, że to jemu przydałaby się pomóc. Może podniesiesz biedaka z podłogi, mam cię uczyć, jak traktować gości?
Energia, z jaką pani Michalik wypowiedziała te słowa pobudziły jej męża do natychmiastowego działania, jednocześnie dodając mu otuchy. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz mówiła do niego w ten sposób, to było jak rzut oka na jakąś scenkę z ich poprzedniego życia, opłakanego, ale nie zapomnianego.
Tymczasem Adam dochodził do siebie. Zmysły włączały się jeden po drugim, umysł wykonywał ciężką pracę ponownej ich koordynacji ze sobą, aby informacje przez nie przekazywane składały się na spójny obraz rzeczywistości. Pomoc w podniesieniu się okazała się niepotrzebna. Adam zrobił to o własnych siłach, opierając się o krzesło postawione obok łóżka. Chwiejnym krokiem skierował się do drzwi. Pani Michalik protestowała, że jak to tak, ale nie słuchał. W przedpokoju dopadł do niego ojciec Iwony.
– Co z nią? – zapytał szeptem. – Będzie dobrze?
– Nie wiem – odparł Adam. – Mam nadzieję.
I tak go zostawił.
Na zewnątrz przywitały go entuzjastyczne okrzyki. Nie było mnie chwilę, a ci się drą, jakbym siedział miesiąc na pieprzonej górze Synaj. O co im chodzi, czego oni ode mnie chcą?
Nie zważając na ból, pognał przed siebie. Okrzyki utraciły swój entuzjazm, wślizgnęło się w nie zaskoczenie połączone z niepokojem. Tłum ruszył za nim, gotowy stratować wszystko na swojej drodze.

GWIAZDOR

Plotka o cudownym uzdrowieniu śmiertelnie chorej kobiety rozeszła się po okolicy, zataczając coraz szersze kręgi. Dotarła do Katowic, otarła się o Warszawę. Została wyśmiana jako niedorzeczna, odrzucona, zlekceważona. Ale towarzysząca jej wiadomość, że sprawcą rzekomego cudu był facet prowadzący z miejsca na miejsce rosnącą rzeszę ludzi, wyznawców ktoś mógłby to ująć, już nie. Mieliśmy tu bowiem do czynienia przypuszczalnie z narodzinami nowej sekty. Zwłaszcza, jeśli prawdą się okaże to, że wspomniany facet podaje się za stygmatyka i obnosi z pięcioma ranami jak dres z nowymi adidasami.
Redaktorzy odpowiedzialni za przydzielanie tematów, rzetelnie obśmiawszy sprawę, rzucili ją praktykantom, stażystom, dziennikarzynom z jakiegoś powodu znajdującym się w niełasce. Obejrzeć, zrobić zdjęcia (bo te dwadzieścia parę osób to jeszcze nie powód, by wysyłać zawodowego fotoreportera), skrobnąć notatkę na siedemdziesiąt pięć słów, Odesłać do redakcji. Biskupi sami w swoim czasie wyślą zgrabny press release odżegnujący się od szaleńca na tyle ambiwalentnie, że potem będą mogli interpretować go w zależności od tego, jak rozwinie się sytuacja. Tak, Adam i jego ekipa urośli do rangi wizerunku Matki Boskiej na szybie albo kominie. Kiedy tylko sezon ogórkowy wejdzie w pełną fazę, upomni się pewnie o nich sam Teleexpress.
Nas interesuje jedna postać, mieszkający w Tychach stażysta lokalnego oddziału Gazety, Michał Niedziela. Zdolny chłopak, absolwent dziennikarstwa na UŚ zajmujący się póki co głównie kroniką wypadków, jeden z tych posyłanych w środku nocy, żeby strzelić fotkę pijanemu kierowcy, który skończył swoją przejażdżkę na przydrożnym drzewie. Jeden z młodych wilczków czekających na swoją okazję, wielką aferę, która jakimś cudem wpadnie im w ręce i wyniesie ich na szczyty profesji.
Michał, średnio zadowolony z powierzonego mu zadania, wsiadł do swojej starej, czerwonej corsy, zaaplikował GPS-owi Jedlinki Śląskie i w dwóch słowach pomodlił się, żeby to durne urządzenie miało ową mieścinę w swojej bazie. O dziwo, miało. Michał przekręcił kluczyk, skrzywił na paskudne rzężenie rozrusznika, klekot zaworów (popychacze od dawna do wymiany) i nieregularny terkot zamulonego silnika (zdaje się, że przepływomierz też już czasy świetności dawno miał za sobą). Ruszył.
Kiedy dotarł na miejsce, po pielgrzymach nie było już śladu. Zabrał się więc do przepytywania najlepiej poinformowanych ludzi w mieście: taksówkarzy (Jedlinki szczyciły się dwoma, Bóg wie, jak zarabiającymi na życie), fryzjerów, sklepikarzy. Ci szybko doprowadzili go pod kamienicę państwa Michalików, plotąc coś o cudzie i boskiej interwencji. Dobra, poczekamy, zobaczymy.
Puk, puk. Otwierać, Gazeta Wyborcza!
– Tak? – nieśmiały głos czarnowłosej dziewczyny wyglądającej przez uchylone drzwi.
– Dzień dobry, Michał Niedziela, Gazeta Wyborcza, mógłbym zadać państwu kilka pytań? – Michał odpowiedział jednym tchem.
– Ja nie wiem…
– Iwonka, kto tam? – niski, męski głos z głębi mieszkania.
– Pan z gazety.
W progu pojawił się pan Michalik. Obejrzał dziennikarza od góry do dołu, stwierdził, że—jak na pismaka—wzbudzał zaufanie i zaprosił go do środka.
– Moja żona, Justyna – powiedział Stanisław, pokazując wysoką, chudą kobietę w błękitnej bluzce i czarnej spódnicy.
– Miło mi – rzucił z czarującym uśmiechem Michał.
– Kawy, herbaty?
– A dziękuję, kawę proszę.
W ciągu następnych trzydziestu minut Michał nie tylko zainteresował się historią, ale też samym Adamem. Kim był ten podróżujący uzdrowiciel, który nie dość, że unikał rozgłosu, to jeszcze nie żądał za swoje usługi (ich jakość nie miała tu znaczenia; państwo Michalikowie zrobili, co w ich mocy, by go przekonać, że byli świadkami prawdziwego, niedorzecznie spektakularnego cudu, lecz Michał pozostał sceptykiem, zawodowcem, jak wolał to nazywać) żadnej zapłaty. Ciekawe. Ręce, które leczą, ale których nie trzeba smarować. Ewenement. W co gra ten facet?
Dobrzy ludzie skierowali go za pochodem (choć po prawdzie, nikt nie był w stanie przewidzieć, gdzie tak naprawdę zmierzał Adam) i po następnej połówce godziny ich dogonił. Szczęściem pobocze w tym miejscu było na tyle szerokie, że mógł spokojnie zaparkować; oni zatrzymali się na odpoczynek. Michał wysiadł z samochodu i przyjrzał się tłumowi, nieco się rozczarowując. Trudno powiedzieć, czego dokładnie się spodziewał, jednak ci ludzie wyglądali mu zbyt zwyczajnie. Jakby ktoś zrobił próbkę rzeszy zmierzającej o siódmej rano do pracy czy szkoły. Żadnych znaków szczególnych, które krzyczałyby na głos, że ma do czynienia z bandą religijnych fanatyków. Może, gdyby się tak przyjrzeć z bliska, dałoby się dostrzec jakieś zmieszanie, zapatrzenie w lidera, niedostatki wolnej woli, niespecjalnie rozwinięty indywidualizm, konformizm czystej wody. Tyle tylko, że na takie spojrzenie potrzeba by poświęcić sporo i czasu, i uwagi, nie wspominając, że wymagałoby to zdecydowanie więcej doświadczenia i wiedzy, niż ich posiadał Michał. Dla niego byli to przeciętniacy, przechodnie, których mijał u siebie na chodniku, dajmy na to, przy Grota-Roweckiego. Szaraki niewarte uwagi. Szaraki ciągnące za kimś, kto reprezentował ich przeciwieństwo.
Nietrudno było go spostrzec. Nikt poza nim nie miał obandażowanych dłoni. Biel (już odrobinę szaro-żółta) i czerwień rzucały się w oczy z daleka. Jak i to, że był nieco od grupy odizolowany. Michał sięgnął do swojego plecaka po aparat. Zrobił kilka zdjęć szerokim kątem, po czym zamontował w służbowym nikonie obiektyw tele. To pozwoliło mu strzelić parę niezłych portretów samego mistrza. W tym momencie już skupiał na sobie uwagę pielgrzymów.
Nie był to pierwszy raz, kiedy ktoś ich fotografował, ale po raz pierwszy robiła to osoba wyglądająca (z pewnej odległości) na zawodowca. Zawsze to szczebel wyżej na społecznej drabinie pomiędzy dziwadłem zakrawającym na atrakcję turystyczną, a przedmiotem zainteresowania poważnych ludzi. Niektórzy uśmiechnęli się życzliwie, inni profilaktycznie odwrócili głowy.
– Dzień dobry – przywitał się Michał, z nikim konkretnym.
Jego aparat znowu znajdował się w plecaku. Z kieszeni koszuli wystawał mikrofonik dyktafonu. Nie ma co podstawiać go nikomu pod nos, nie pracuje dla radia.
– Dobry, chwalić Boga, dobry – odpowiedziała Marta.
Rzecznik prasowy?, przeleciało przez głowę Michała. Musiał mocno się postarać, żeby się zbyt szeroko nie uśmiechnąć. Na pewno nie zdobyłby tym wielu zwolenników. Nie zatrzymał się przy leciwej rzeczniczce. Poszedł prosto do jej guru.
– Pan… Adam? – powiedział, wyciągając rękę do przywitania, już w połowie gestu uświadamiając sobie, że przypuszczalnie nie był to najlepszy z pomysłów.
– Adam. Po prostu – odparł po prostu Adam, odwzajemniając gest Michała. Nie tyle z grzeczności, co z ciekawości.
Zanim Michał zdążył się przedstawić, przez jego ciało przebiegł dziwny dreszcz. W jednej chwili poczuł się nagi, wystawiony na widok publiczny, pozbawiony wszelkich tajemnic. Głos uwiązł mu w gardle.
– Zdeklaruj się. Wygląda na to, że ona cię lubi, może akurat z tego coś będzie – powiedział Adam, puszczając dłoń Michała.
– Kto? – Michał wybąkał pytanie.
– Iza, kto inny? Wiesz przecież, że jest wolna, nikogo nie ma na oku, a wy się spotykacie jak kumple, udając, że nic więcej was nie interesuje.
– Skąd… skąd o tym wiesz?
Adam tylko się uśmiechnął.
– Kto ci powiedział? Ktoś z redakcji tu był?
To było jedyne logiczne wytłumaczenie. Ktoś z redakcji chciał mu zrobić kawał, skontaktował się z tym pajacem i… Tylko kto? Rudy! Nikt poza nim chyba nie wie o Izie. Rudy. Dostanie wpierdol, jak tylko go zobaczy.
– Nikogo tu nie było, Misiek. Zresztą, czy ktoś z nich wiedziałby, że twoja była napisała za ciebie drugi rozdział twojej pracy magisterskiej?
Michał zbladł. Nie było nikogo, kto wiedziałby o nim obie te rzeczy. Nikogo poza tym dziwakiem.
Ściśle racjonalny umysł to, moim zdaniem, bardzo ciekawy przypadek. Potrafi zaangażować całą swoją, znaczącą przecież, moc w negowanie tego, o czym informują go jego zmysły. Potrafi ułożyć nieskazitelnie logiczny ciąg przesłanek i wniosków, które nieuchronnie prowadzą do fałszywej implikacji. Potrafi trzymać się tej implikacji wbrew wszelkim dowodom przeciwnym tylko dlatego, że świadectwo jego zmysłów nie spełnia jednego z miliona założeń na temat natury świata, jakie pielęgnuje od wczesnego dzieciństwa.
W końcu fakty kłamią, jak twierdzi paru polityków.
Kim był ten wyrób chrystusopodobny? Jak dotarł i do Rudego, i do Beaty? I dlaczego? Skąd wiedział, że go tu wyślą? W głowie Michała zaroiło się od tych i im podobnych pytań, które wkrótce miały znaleźć hipotetyczne odpowiedzi, na bazie których miała powstać fantastyczna, choć idealnie racjonalna wersja przebiegu wydarzeń.
– Przestań łamać sobie łepetynę, aj-kju sto czterdzieści trzy, a nie potrafi sobie poradzić z kilkoma prostymi faktami.
Michał nie odpowiedział. Twarz Adama pływała przed jego oczami z prawej na lewą, z lewej na prawą, falując delikatnie, jakby nie stał na twardej ziemi, a na deskach łodzi. Nie potrafił skupić się na jego rysach; rozmazywały się, nadając mu wygląd jak z impresjonistycznego obrazu.
Okazja była słowem, które przyszło na myśl Adamowi, kiedy tylko uścisnął rękę redaktora Michała Niedzieli. Na co? Emocjonalno-transcendentalna mgiełka już opadała; w gruncie rzeczy Adam—zupełnie jak Michał—był człowiekiem na wskroś racjonalnym. W tym momencie może jeszcze nie do końca, jeszcze odczuwał skutki religijnych uniesień, a ich fizyczne manifestacje w postaci pięciu niegojących się ran nie pozwalały mu o nich zapomnieć. Tliło się w nim przekonanie o ponadnaturalności jego aktualnej sytuacji, ale ponadnaturalność niekoniecznie musi wiązać się religią. Równie dobrze może być to zjawisko rodem ze Skandali, wróżka, która przewidziała falę tsunami w Azji Południowej, facio wyginający łyżki stołowe siłą woli. Efekt specjalny zwyczajnie poza zasięgiem współczesnej nauki.
(Nie miejmy mu tego za złe; lata szkolenia, pryncypialnego odrzucania wszystkiego, co mogłoby poprowadzić go w okolice kościoła [czy też Kościoła], świadomego i nie- filtrowania dochodzących do niego wiadomości, przeinaczania ich i kształtowania tak, by pasowały do jego aktualnego światopoglądu [któż tego nie robi?], unikania drażliwego tematu, chodzenia ścieżkami świata, którego Absolutem jest pieniądz, a podstawową funkcją człowieka – jego zarabianie, to wszystko musiało na niego wpłynąć, wywołać ten stan poznawczego niezdecydowania.
Zresztą, co sprawia, że jesteście tacy pewni, że nie ma racji?)
– Widziałeś, co stało się z tamtą kobietą – Adam stwierdził fakt; nie musiał pytać.
– Widziałem chudą kobietę, która lubi opowiadać ze swoją rodzinką ciekawe historyjki.
– Ale… po części, przynajmniej, uwierzyłeś.
– Tak?
– Tak. Uwierzyłeś, bo oni nie mieli żadnych motywów, żeby kłamać. Ani specjalnej ochoty na wypuszczenie tej historyjki w świat. Rodzinę tak zaszokowaną tym, co im się przydarzyło, że jeszcze nie wymyślili, sposobu na poradzenie sobie z sytuacją. Uwierzyłeś, bo to prości ludzie ze skomplikowanym kłamstwem, którego żadną miarą nie udałoby się na własną rękę sklecić.
Michał stał i patrzył. Dyktafon w jego kieszeni rejestrował ich asymetryczną wymianę z elektroniczną obojętnością i cyfrową precyzją.
– No i co z tego? – odezwał się wreszcie Michał, zaplatając ręce na piersi.
– To z tego, że trafiłeś na żyłę złota. I lepiej się pospiesz, zanim ktoś inny ci ją wybierze.
– Jaką niby żyłę złota?
– Czyżbym pomylił się co do twojego aj-kju?
– Nie wiem. Pomyliłeś się?
– Nie sądzę.
Uśmiechali się teraz do siebie, zawodnicy przed ekscytującym pojedynkiem, jeden wart drugiego, obaj w świetnej formie i pewni wygranej.
– Może jednak?
– Jednak nie. Ile ci płacą w redakcji?
– Nieważne, ile płacą, ważne, jakie dają możliwości rozwoju.
– Na przykład poprzez spotkania z ciekawymi ludźmi.
– Na przykład.
– Dam ci dziesięć. Na początek. Brutto, żeby nie było wątpliwości.
– Za co?
– Za obsługę medialną. Rzecznictwo prasowe, asystencję osobistą. Takie tam. Zostaniesz moją prawą ręką, może nawet obiema, jak będę mocno zajęty.
Stanowiska z miesięcznym wynagrodzeniem w granicach dziesięciu tysięcy złotych nie są z reguły (pewne polityczno-rodzinne machinacje odkładamy na bok) rozdawane na podstawie pięciominutowej pogawędki, ale Adam miał okazję zajrzeć nieco głębiej w psychikę Michała, niż nawet najlepszy headhunter. I wyniki analizy wskazywały, że kandydat jak najbardziej się nadawał, spełniał wymagania dotyczące kwalifikacji, nie ma co się wahać.
– Dziesięć? – upewnił się Michał. Przed oczami miał już nowy samochód, z klimą i alufelgami.
– Jak bonie-dydy – rzucił Adam, rozkładając ręce. – Okłamał cię kiedyś facet ze stygmatami?
(Pierwszy raz użył na głos tego określenia w stosunku do siebie; nawet humorystyczny ton wypowiedzi nie zdjął z niego pewnej gorzkiej ostateczności, przy okazji tworząc w jego obolałej od kłócących się ze sobą konceptów, dotkliwy paradoks: stygmaty nie mogą istnieć w świecie bez Boga, nawet jako pojęcie stricte kulturowe sięgają korzeniami tradycji chrześcijańskiej, bez względu na postmodernistyczny wysiłek, jaki zaangażujemy w jego emancypację, nieważne, jak ironicznie będziemy się odcinać od jego pochodzenia, jak grubą warstwą dystansu go pokryjemy. Nawet przyjmując założenie całkowicie racjonalnego ich pochodzenia—powiedzmy, jako efekt choroby psychosomatycznej—nasz język jeszcze nie wytworzył słowa, które opisywałoby pięć ran znienacka pojawiających się na ciele człowieka w miejscach korespondujących z ranami niejakiego Jezusa Chrystusa, cieśli i Zbawiciela. A, jak twierdzi Whorf, żyjemy w okowach naszego języka i nie bardzo mamy, jak się z nich wydostać.)
Michał z uśmiechem potrząsnął głową. Nie, nigdy, bardzo zabawne. Żarciki szefa zawsze są bardzo zabawne.
Nie chciałbym nadużywać tu wielkich słów, ale Adam mimo wszystko posłużył się pewną manipulacją, skorzystał ze swoich darów, by przekonać go do przyjęcia propozycji. Parę jaskrawych obrazów podrzuconych jego podświadomości (duży, błyszczący samochód, nachylająca się nad nim panienka, willa z basenem otoczona ogrodem cytrusowym, rzesza zapatrzonych w niego panienek), które miały tę przewagę nad słowami, że przemawiały bezpośrednio do jego pragnień, podsycały je i podszeptywały, że to wszystko jest w zasięgu ręki, jeśli, jeśli. Któż by się oparł, zwłaszcza, że cena nie była wcale wygórowana? Do pracy w redakcji zawsze mógł przecież wrócić, trochę doświadczenia już miał, znajdzie sobie inną gazetę, może nawet bardziej prestiżową, z lepszymi perspektywami awansu. Jasne.
Adam zanurzył swojego nowego rzecznika w ciepłej zupie optymizmu. Musiał tylko uważać, żeby go w niej nie utopić. To byłaby strata.

Na początek zadaniem Michała było uskutecznienie małej kreciej robótki: notatka, którą zleciła mu redakcja, miała być pełna zachwytów nad bezinteresownym uzdrowicielem. Taka bezpłatna reklama, rasowy artykuł sponsorowany, tyle że bez niepotrzebnych kosztów sponsoringu. Jakoś przeszło, pewnie dlatego—pomyślał Michał—że nikt tak naprawdę tych notatek w redakcji nie czyta.
Po długim namyśle Adam zdecydował się zakończyć swój marsz. Po poczuciu (bliżej nieokreślonej) celowości tego, co robił, nie było śladu. Nic już go nie popychało, by kroczyć naprzód, żaden sen, żadne wspomnienie. Ludzie, którzy za nim podążali musieli zrozumieć, że nie był ich mesjaszem. Zrozumieć i się z tym pogodzić.
(Później, kiedy usiłowali sobie przypomnieć, co tak właściwie przekonało ich do wyruszenia w ślad za obcym facetem, który na dodatek wcale ich do tego nie namawiał, bezradnie kręcili głowami: co ich podkusiło? Większość z nich na co dzień szczyciła się posiadaniem rozsądnej głowy na stabilnym karku, niepodatnej na wpływy marketingureklamy, dwugłowego proroka naszych czasów, umiejącej przejrzeć przez obietnice znajdujących się w wyborczym szale polityków. Dość szybko jednak zadziałał mechanizm psychicznej samoobrony, niewygodne fakty zostały zepchnięte na plan dalszy, opatrzone mentalną etykietką „nieistotne”, zapuszkowane, odstawione na półkę.
Tylko jedna osoba odmówiła zlekceważenia całej przygody. Marta. Gdy jasne stało się, że to już koniec drogi, wielkie sorry dla wszystkich z was, którzy oczekiwali jakiejś solidnej pointy, uparcie trzymała się Adama. A kiedy ten próbował wsiąść do samochodu Michała, niczym doświadczony ekologiczny terrorysta, zablokowała go. Nie było rady. Adam musiał się porządnie skupić, wziąć ją za ręce i przekazać kilka dobrych rad na resztę jej życia. Pierwsza brzmiała: idź do domu, zrób dobry obiad, podziel się nim. Kilka miesięcy później ze zdziwieniem odkrył, że jego była podopieczna za oszczędności życia otworzyła w Katowicach jadłodajnię dla bezdomnych i wszystkich, którym akurat burczało w brzuchu, a którzy nie kręcili nosami na barowomleczne menu. Ciekawe, zastanawiał się przez chwilę, co by było, gdybym tak złapał jednego posła z drugim i zasugerował jakiś altruistyczny gest. Jak znam życie, zgłosiliby Polskę na ochotnika do budowy tarczy rakietowej za friko.)
Na swoją nową siedzibę Adam wybrał miasteczko, w którym był już nieco znany. Jedlinki Śląskie miały też kilka innych zalet: mały odsetek ludzi o wyższym wykształceniu (a, jak wiadomo, te bestie są nad wyraz sceptyczne i do tego lubią wbijać szpile osobom wierzącym), niezwykle rozwiniętą sieć poczty pantoflowej (co pozwoliło zaoszczędzić na reklamiemarketingu) czy niskie czynsze (wiadomo). Konto Adama, który mimo zarobków, graniczących z oszałamiającymi, żył stosunkowo skromnie, pozwoliło na wygodne urządzenie biura i mieszkania (oddalonych od siebie, dla zachowania pewnego komfortu życia, o czterysta metrów). Zresztą, wkrótce strumień datków (bynajmniej nie na zasadzie „co łaska”) zaczął płynąć i cash flow Adama wyglądał lepiej, niż kiedykolwiek.
Oficjalnie nazwał się duchowym doradcą; nie chciał ściągać na siebie uwagi prokuratury, która mogłaby zabrać się za zadawanie niewygodnych pytań i być może nawet oskarżyć go o praktykowanie medycyny bez odpowiednich uprawnień (Adam wiedział, że działo się to niewiarygodnie rzadko, ale wolał dmuchać na zimne). Poza tym, z pi-arowskiego punktu widzenia, nie chciał być postrzegany jako kolejny cudotwórca-amator, ręce-które-leczą-łeb-który-na-siebie-zarabia. Chociaż zdawał sobie sprawę, że koniec końców jego wizerunek do tego się właśnie sprowadzi. Wszystkich ludzi można robić w jajo przez jakiś czas, część ludzi przez cały czas, ale nie można robić w jajo wszystkich ludzi przez cały czas.
Na początek ustalił sobie stawkę w wysokości pięciuset złotych za konsultację; na tyle dużo, żeby nie mieć przed biurem kilometrowych kolejek (a wydawało mu się to nieuchronne po udanej akcji promocyjnej w domu państwa Michalików), ale też, żeby interes jakoś się kręcił. Pierwszymi klientami byli, żadna niespodzianka, krewni i znajomi tychże. Przychodzili z dolegliwościami zaskakująco banalnymi: kuzyn pani Michalik (Waldemar Olszewski) z zażenowanie przyznał się do hemoroidów; jej sąsiadka pragnęła pozbyć się żylaków, a jej mąż—bólów w krzyżu. Wszyscy otrzymali ten sam, starannie zaplanowany show: modlitwa do Ducha Świętego, szczegółowy wywiad, krótka medytacja pseudobuddyjska, wreszcie nakładanie rąk na zaatakowane miejsce (przypadek Waldemara nauczył Adama, by nie być w tej kwestii zbyt dokładnym) i—dla odmiany autentyczny—taniec bólu z krótkotrwałym omdleniem. Być może ten cały teatr nie był konieczny; Adam podejrzewał jednak, że bez tego nawet wyzdrowienie—z wyjątkiem przypadków drastycznych typu rak w stadium terminalnym—traktowane byłoby jako niewystarczające, produkt bez odpowiedniego, estetycznego opakowania. Wszak marketing mix składa się z czterech (w wersji klasycznej) elementów; zaniedbanie choćby jednego to ryzyko, którego rozsądny przedsiębiorca nie powinien bez głębszego uzasadnienia ponosić.
Fama o skutecznym i do tego stosunkowo niedrogim uzdrowicielu—doradcy duchowym—rozniosła się po mieście lotem błyskawicy. Efekty jego pracy były natychmiastowe i niezaprzeczalne; co prawda uwolniony od hemoroidów tyłek Waldemara nie ujrzał światła dziennego, ale uleczone z żylaków nogi sąsiadki Michalików już tak. Jedlińczanie sięgnęli do skarpet, uruchomili karty bankomatowe, wyciągali ręce do znajomych. Konto Adama pęczniało.

Sukces faceta ze stygmatami był tak spektakularny, że zainteresował się nim sam komendant miejski policji, Stefan Białek. Zabrał ze sobą swojego gamoniowatego zastępcę i pojechał sprawę zbadać osobiście.
– Dzień dobry. Pan… Berger?
– Tam dalej, proszę wejść, ja jestem tylko asystentem. Niedziela – delegację władzy przywitał Michał.
– Piątek – sprostował gamoniowaty zastępca komendanta, a Białek jeszcze raz zastanowił się, jak ten… gamoń (przez siedem lat wspólnej pracy nie znalazł dla niego lepszego określenia) doszedł na to stanowisko. Jego plecy nie były aż tak szerokie.
– Dziękuję – mruknął komendant i wszedł do środka.
Wnętrze urządzone było gustownie, choć nie brakowało elementów ludowej religijności w postaci krzyży, figurek i świętych obrazków. To było małe miasteczko, jakoś trzeba się było wpasować. Buddyjskie symbole szczęścia i pomyślności raczej by nie przeszły.
Guru Berger siedział na prostym, drewnianym krześle, wpatrzony w okno. Na dłoniach i bosych stopach miał świeże opatrunki (ich zmiana należała do obowiązków Michała, który szybko osiągnął wprawę, której pozazdrościłaby mu niejedna pielęgniarka).
– Wie pan, panie komendancie – powiedział, nie odwracając głowy do swoich gości – zaczynam doceniać piękno tego miasteczka. Kiedy tu pierwszy raz przyszedłem, nie zrobiło ono na mnie specjalnego wrażenia. Może dlatego, że byłem zmęczony…
Białek mruknął coś, co mogło być zgodą z zachwytem nad Jedlinkami, lecz równie dobrze zwykłym sapnięcie spowodowanym sierpniowym upałem.
– Tak… a jak się panu podoba moje skromne biuro?
Tutaj komendant musiał już coś wyartykułować.
– Nie jestem specjalistą – rzucił.
– No tak – przyznał mu rację Adam. – Przyszedł tu pan służbowo. Ostrzec mnie, że takie numery to mogę odstawiać w Warszawie, nie u pana w ogródku.
Wybity z rytmu Białek tylko przytaknął. Jakoś nie przychodziło mu do głowy nic, co mogłoby wzmocnić czy uzupełnić to ostrzeżenie. A jeszcze na komendzie miał cały arsenał haseł, którymi zamierzył znachora obdzielić.
– Ja mogę tylko zapewnić pana – Adam kontynuował – że żadne oszustwo nie wchodzi tu w grę, ludzie otrzymują to, za co płacą. Dokładnie.
A potem niespodziewanie wyciągnął do komendanta Białka prawą rękę. Ten sekundę się wahał, czy ją uścisnąć. Wyszło jednak z niego zwierzę polityczne (wbrew pozorom nawet komendant miejski policji musi umieć żyć w zgodzie z ludźmi; żeby zostać komendantem miejskim policji trzeba umieć żyć w zgodzie z ludźmi) i zrobił to. Uścisk był dłuższy, niż wymagałaby tego etykieta, dużo dłuższy. Właściwie… właściwie to przekroczył granicę, za którą stawał się nie tylko dziwny, ale i otwarty na wszelakie interpretacje, nie wyłączając tej sugerującej fizyczną inklinację jednej strony w stosunku do drugiej. Ale komendant nie wykonał żadnego ruchu świadczącego, że chciałby go przerwać. Wręcz przeciwnie, na jego twarzy odmalował się wyraz niezmierzonej błogości. Duchowo był na innej planecie, takiej, na której oficjalną religią była przyjemność, a środków jej uzyskiwania nie ograniczały żadne normy.
Dla odmiany Adam odwiedzał piekło. Zdążył się już do tego przyzwyczaić; uzdrowienie nie przychodziło tanio nie tylko uzdrawianym. Wrażenie, jakiego najczęściej (bo różnorodność, która jest przyprawą życia, dotyczyła i tego) doświadczał przypominało, według jego wyobrażenia, przeciąganie rozgrzanego do białości drutu przez wszystkie jego główne tętnice i żyły. Tak było i tym razem, z tym, że ból koncentrował się w podbrzuszu, dookoła którego gorąca, stalowa nitka wykonywała obłędne pętle. Prostata, pomyślał Adam między jedną, a drugą falą. Pan komendant dzisiaj się dobrze wyśpi. Kto wie, może nawet przed snem przytuli się do pani komendantowej…
Koniec. Obaj otworzyli przymknięte na czas seansu oczy, choć Białek nawet nie zdawał sobie sprawy, że je zamykał. Adam oddychał ciężko. Już nie mdlał po każdym kliencie jak na początku; nauczył się kontrolować swoje ciało i intensywność przeprowadzanych przez siebie zabiegów. To już nie była ta czysta, dzika energia, która się przez niego przetaczała; teraz ją koncentrował, przekształcał, modulował, zapewniając klientom—oprócz uleczenia—doznania, które słowo „przyjemność” określały tylko w niewielkim stopniu.
Białkowi brakowało słów. Brakowało mu też pomysłu na to, co chciałby powiedzieć. Ciszę przerwał niezawodny w takich momentach zastępca komendanta:
– Będziemy mieć was na oku – rzucił, jednocześnie dyszącemu Adamowi grożąc palcem.
– Będę… pamiętał – odparł Adam.
Na stoliku przy krześle Adama pojawiła się szklanka soku. Michał zarabiał na swoje dziesięć tysięcy.
Kiedy komendant był już w drzwiach, Adam zdecydował się na pożegnalną salwę:
– Ja bym jednak zdecydował się na kolczyki! Ta bransoletka jakaś taka w złym guście.
Białek aż się zachwiał w progu. Skurczybyk nie mógł tego wiedzieć. Nie mógł, bo nikomu o tym nie powiedział. Nikomu. Prezenty dla żony wybierał zawsze osobiście, bez niczyjej pomocy. I był z tego dumny. Jak, do cholery, ten cwaniak mógł się dowiedzieć takich szczegółów? Przecież sam dylemat powstał poprzedniego dnia, kiedy przechodził obok jubilera i na moment zatrzymał się przed wystawą. Nawet, do kurwy nędzy, nie wszedł do środka, nie poprosił sprzedawcy o pokazanie mu towaru z bliska! Problem kolczyki-czy-bransoletka istniał wyłącznie w jego głowie, nigdzie indziej… Skąd on…?
Lekceważąco machnął ręką na Adama i wyszedł na klatkę. Tutaj dopadła go o wiele istotniejsza wątpliwość: skoro wie o prezencie, to co innego jeszcze wywęszył? I czy tak naprawdę ta luźna uwaga nie była groźbą? Zbiegł na parter. Jego zastępca, korpulentny do semantycznych granic tego słowa, z trudem dotrzymywał mu kroku. Groźba… oczywiście, że groźba, jemu podobne typki lubią takie zagrania. Eufemizmy w stylu: „wiemy, gdzie mieszkasz” albo „nie chcielibyśmy, żeby twojej tchórzofretce przydarzył się nieszczęśliwy wypadek”. Kurwa!
W samochodzie nieco się uspokoił. Groźba nie była konkretna. Raczej twarde postawienie sprawy. Jestem może i nowy, ale orientuję się, co i jak. Jestem poważnym graczem. Nie dam się wykopać byle komu. Trzymaj się z daleka od mojego interesu, a ja będę się trzymał z daleka od twojego. Kapewu?
Komendant Białek skapewuował całkiem nieźle. Adam nie był pierwszym, który pozwolił sobie na zaznaczenie swojej pozycji w taki sposób. A że z ludźmi trzeba umieć żyć w zgodzie (to jednak z podstawowych cech dobrego komendanta), komendant Białek nie robił z tego afery. I teraz też afery nie zrobi, nie tylko dlatego, że z ludźmi trzeba umieć żyć w zgodzie. Komendant Białek w swoim czasie zrobił kilka rzeczy, o których chętnie usłyszałaby prokuratura, zwłaszcza ten przebrzydły Nowacki z Katowic. Nic wielkiego, zwykłe policyjne interesy, koperta tu, koperta tam, przymknięte oko tu, niedosłyszące ucho tam. Nie—rzecz jasna—dla osobistych korzyści—a w każdym razie nie tylko—ale po to, by życie miasteczka niezakłócenie toczyć się dalej. Rozwijać. Iść naprzód. Z czasem, postępem i osiągnięciami. Aby co trzeba rosło w siłę, a ludziom żyło się dostatnio. I tak dalej.

Drobny szantażyk przeszedł Adamowi przez myśl, prawda. Ale co osiągnąłby w ten sposób? Zdobyłby parę groszy kosztem prowincjonalnego urzędasa? Przy stale rosnących przychodach z działalności podstawowej wcale by tego nie odczuł. A przy tym zrobiłby sobie wroga. Nielogiczne. Władza nad taką marionetką także go nie pociągała; władza nigdy go nie pociągała. Nawet pieniądze specjalnie go nie pociągały, jeśli być tak zupełnie szczerym (a ja od dzisiaj chcę być szczery…). Za ich zarabianie zabrał się bezrefleksyjnie, z czystego przyzwyczajenia. Praca w prywatnej firmie ma to do siebie, że wtłacza w każdego jeden pewnik: pieniądze trzeba zarabiać. Jest to aksjomat. Albo, jak wolą źródła nieco bardziej zbliżone do Boga, niż ostatnio Adam, dogmat. Pieniądze trzeba zarabiać; trzeba wykorzystywać każdą okazję do zarabiania pieniędzy; im więcej, tym lepiej; trzeba liczyć koszty i kalkulować zyski; światem rządzą (tutaj wracamy do władzy; dwie strony tej samej, od zarania dziejów bitej monety, tak już wytartej, że nikt nie jest w stanie powiedzieć, która to awers, a która rewers) ci, którzy szybciej i lepiej wykorzystują nadarzające się okazje zarabiania pieniędzy; nieskuteczni, wolni, obciążeni skrupułami i innymi wadami genetycznymi, które ostatecznie wyeliminuje ewolucja, zostaną zepchnięci na margines, zgnieceni i zapomniani; pieniądze trzeba zarabiać, pieniądze same się nie zarobią (choć pieniądz robi pieniądz); kto nie ma pieniędzy, ten nie istnieje.
Adam istniał, Adam istniał coraz wyraźniej. Jego asystent/księgowy/rzecznik prasowy/pielęgniarka mógłby zaświadczyć (sam asystent/księgowy… również w tym względzie prezentował się coraz okazalej). Miesiące leniwie przetaczały się w ustalonej dawno temu, niezmiennej kolejności, dobitnie udowadniając, że nic tak nie opiera się presji czasu, jak systemy oparte na arbitralnie dobranych regułach (język jest jednym z takich systemów; jakbyśmy tej naszej nieszczęsnej polszczyzny nie kaleczyli i nie wyginali, ona pozostaje sobą; jednocześnie niezmienna i elastyczna, chciwie absorbująca paradoksy, tyle czerpiąca z Sienkiewicza, co z Masłowskiej), a istnienie Adama przypominało śnieżną kulę puszczoną z rozsądnie łagodnego stoku. Stawkę, w odpowiedzi na lawinowo rosnący popyt, trzeba było szybko podnieść do ośmiuset złotych, potem do tysiąca. Adam stopniowo zaczynał istnieć także w kręgach uważających się za istniejące bardziej niż cała reszta.
Istnienie to jednak było w swojej istocie zewnętrzne. Adam nie stawał się większy, Adam puchł. Każdy wie, jak potężna może być siła inercji, lecz nawet i ona się wyczerpuje. Mechaniczna, wyuczona pogoń za pieniądzem coraz częściej go męczyła. Łapał się na tym, że z rozrzewnieniem wspominał te kilka dni spędzone w drodze, wolny od ciężaru prywatnej własności, za to z misją, jakkolwiek nie byłaby ona mętna i niejasna. Powrócił problem celowości.
To zawsze niebezpieczne pytanie. Może wywrócić świetnie zapowiadającą się karierę, rozłożyć związek. Jednego dnia żyje nam się świetnie, przemy do przodu jak czołg, sukces za sukcesem, frajerzy gryzą kurz gdzieś na poboczu. A drugiego mamy problemy z założeniem skarpetek. Kwestionujemy wszystko. Pytamy o konsekwencje tego czy owego, jego uzasadnienie. I to nie uzasadnienie chwilowe, w którym ważna jest pozycja omawianej czynności w aktualnym łańcuchu zdarzeń (wstaję o szóstej, żeby przejechać przez miasto przed porannym korkiem, żeby zdążyć na spotkanie z ważnym klientem, żeby zdobyć kontrakt, żeby firma zarobiła, żebym dostał premię), lecz uzasadnienie fundamentalne. Takie, które nie odpowiada na banalne po co?, tylko na o wiele bardziej zdradliwe dlaczego? Dlaczego chcesz tą cholerną premię, skoro masz już ładny dom, szybki samochód i piękną kobietę obwieszoną taką ilością świecidełek, że wygląda jak manekin z wystawy u jubilera? Ha, no właśnie, dlaczego? Dlaczego gonisz jak ten chart na arenie? I tak nie cieszysz się swoim bogactwem, w nieustannym biegu za coraz to nowszym, dobrze płatnym króliczkiem.
Czy to właśnie nie ta wątpliwość wyrzuciła Adama z jego wygodnego mieszkania i pi-arowskiego życia na pasie szybkiego ruchu? Czy to nie ona, zagrzebana głęboko w jego nieświadomości, przekształciła się w quasi-bluźnierczy sen i wytworzyła na jego ciele pięć urzekających publikę ran? Może też, wchodzimy na terytorium szeroko rozumianej fantastyki naukowej, wiem, doprowadziła do powstania guzów stymulujących niezbadane przez naukowców obszary mózgu, obdarzając Adama mocami rodem z komiksów Marvela.
Chyba, że była to rutynowa Boska interwencja. Skąd, do cholery, mam wiedzieć?
W każdym razie, pod koniec roku interes (teraz już z ceną konsultacji zawieszoną na półtora tysiąca nowych polskich) był prowadzony głównie przez Michała. Adamowi zlewały się twarze, schorzenia, historie. swoją pracę wykonywał machinalnie, bez słowa przyjmując towarzyszący jego uzdrowieniom ból, jakby to była zasłużona kara za uzurpację, której był winien, winien… Widząc, co się dzieje, w połowie grudnia Michał ograniczył liczbę wizyt do pięciu dziennie, jednocześnie podnosząc cenę do dwóch tysięcy. Bilans musiał się zgadzać, chociaż jego pryncypał w księgi rachunkowe nie zaglądał (księgi rachunkowe były prowadzone sumiennie, podatki, składki i inne narzuty płacone regularnie, żaden skarbowy urzędas nie mógł się do niczego przyczepić, biznes Adama i Michała stanowił wzór do naśladowania).
Telewizja? A owszem, telewizja się pojawiła, dzielna reporterka (czy dwie) obudowała swoją relację atmosferą lokalnego folkloru i nastawienia typu w-co-ci-ludzie-na-prowincji-nie-uwierzą. Z marketingowego punktu widzenia, ogólny ton mikroreportaży nie miał znaczenia. Nikt nie oczekiwał peanów na cześć uzdrowiciela; liczyło się to, że w eter poszła wiadomość, iż w pewnym małym miasteczku na Śląsku mieszkał facet, który sprzedawał nadzieję, towar rozpaczliwie poszukiwany na wielu oddziałach szpitali, w wielu domach. Tam, gdzie ludzie przeszli ścieżkę racjonalności do jej gorzkiego końca i za wszelką cenę (nawet dwa tysiące plus VAT) gotowi byli ją kupić.
Dla Adama epizod telewizyjny miał ważniejszą konsekwencję niż darmowe publicity i zwiększenie popytu; jedną z osób, które obejrzały o nim materiał, była Kasia.

POWRÓT DZIEWCZYNY MARNOTRAWNEJ

Kasia była urządzona wygodnie. Bardzo wygodnie. Jej aktualny był wicedyrektorem ds. produkcji spółki zajmującej się wytwarzaniem części do biurowych foteli na kółkach. Tomasz Mosztal lubił życie w luksusie i bynajmniej na nim nie oszczędzał. Tutaj Kasia i Tomek zgadzali się całkowicie. Hipermarkety omijali szerokim łukiem, a wpadając do najbardziej prestiżowych sklepów, starannie ignorowali metki, często zresztą zamieniając zakupy w pokaz swoich możliwości finansowych. Teatralne szastanie pieniędzmi nie było im obce, pompatyczne „cena nie gra roli” nie chciało jakoś stanąć im w gardłach. Kasia była przekonana, że zostali dla siebie stworzeni.
Czasem tylko… tylko czasem przewracała się w nocy z boku na bok w jedwabnej pościeli, nie bardzo wiedząc, co ją niepokoi. Ale od czego przepisane przez szefa prywatnej kliniki pigułki nasenne? Kasia pogrążała się w chemicznie wywołanym śnie, budząc się na drugi dzień w błogiej nieświadomości tego, co dręczyło ją jeszcze parę godzin wcześniej. Nie spiesząc się nigdzie—bo dziewczyna wicedyrektora ds. produkcji nigdzie nie musi się spieszyć—brała kąpiel z bąbelkami w robionym na zamówienie jacuzzi, leniwie snując plany na popołudnie i wieczór.
Życie było dobre. A gdy próbowało pokazać, że ma kły, ma pazury, zawsze można się było schować, zagłuszyć je audiofilskim sprzętem (choć jej uszy do audiofilskiej wrażliwości nawet się nie zbliżały), przyćmić kolejną tabletką. To było życie skrzętnej, cynicznej izolacji od głębszych uczuć, życie w syntetycznej, mydlanej bańce.
Która nieuniknienie pękła… pękła w martwym tygodniu pomiędzy Bożym Narodzeniem, a Nowym Rokiem. Mosztal był w pracy; uczestniczył w serii zebrań podsumowujących rok, które jego firma organizowała regularnie w tym samym czasie, nie przyjmując do wiadomości, że przez te kilka dni absolutnie nikt nie ma ochoty myśleć o robocie. Kasia więc miała od swego partnera (wtedy już narzeczonego, po spektakularnych oświadczynach na tarasie Wieży Eiffla, okraszonych pierścionkiem z diamentem wielkości pięści, ach, jakie to romantyczne) trochę wolnego.
Dwudziestego ósmego, zaraz po śniadaniu, za kwadrans jedenasta, włączyła telewizor. Za każdym razem, kiedy to robiła, miała wrażenie, że potężna część ściany naprzeciwko kanapy zamienia się w okno. Nie potrafiła się go pozbyć, nieważne jak często siadała na tym fotelu i naciskała „power on” na pilocie. Pojawiało się okno, a ona przez nie wyglądała. Teraz wyglądała na swoją przeszłość.
Jej przeszłość miała niebieskie oczy, krótkie, niedbale zaczesane włosy, wymizerowaną twarz. Półgębkiem odpowiadała na pytania agresywnej reporterki, najwyraźniej mentalnie lawirując pomiędzy tym, a zupełnie innym światem. Padały zarzuty, które przeszłość Kasi odpierała od niechcenia oczywistymi oczywistościami. A kiedy dziennikarka doszła w końcu do kwestii pieniędzy, została odesłana do osoby się tym zajmującej.
Kasia nie mogła oderwać wzroku od ekranu. Chłonęła informacje płynące z głośników o niebotycznych zarobkach tego chuderlawego mężczyzny około trzydziestki, o miejscu wykonywania jego niecnych praktyk, o garnących się do niego desperatach. Kiedy relacja się skończyła, wyłączyła telewizor, wybrała z szafy swoje ulubione futro (pieprzeni ekolodzy mogą jej skoczyć!), zaprogramowała GPS-a na drogę do Jedlinek Śląskich, zeszła do garażu i odpaliła swoje srebrne, sportowe audi.

– Koniec?
W pytaniu Adama było tyle ciekawości, co błagania.
– Na dzisiaj koniec – odparł Michał.
Zaczynał się martwić. Jego szef wydawał się coraz słabszy. Choć może to niedobre słowo. Oddalony byłoby lepsze. Wycofany. Ciekawe, jak ty byś się czuł, zganił się, jakbyś dla kasy pięć razy dziennie walił się po łbie młotkiem?
– Dobrze… dobrze – powiedział Adam, ukrywając twarz w dłoniach.
Przez ostatnie tygodnie jego rany krwawiły obficiej. Wezwany specjalnie z Katowic Sikora (Adam nie chciał dać się zbadać nikomu innemu; robił się coraz bardziej nieufny i podejrzliwy wobec obcych) stwierdził, że to właściwie cud, że jeszcze nie wdała mu się poważna infekcja. A i anemia byłaby logicznym wynikiem ciągłego upuszczania krwi. Chociaż w tym wypadku logika solidnie obrywała na każdym kroku i zdawała się gotowa całkowicie złożyć broń.
– Jesteś głodny?
– Nie. Zmęczony.
– Odwiozę cię do domu.
– Nie. Prześpię się dzisiaj tutaj.
To był wyjątkowo zły znak. Adam zawsze, bez względu na okoliczności, zmęczenie czy warunki pogodowe, spędzał noce w swoim łóżku. Za wszelką cenę chciał się odseparować od tego, co robił tutaj. Zapomnieć cierpienie, gorycz i strach ludzi przychodzących po pomoc, kiedy nikt inny już im pomocy nie obiecuje. Bo łącząc się z nimi, Adam przejmował wszystkie te uczucia, splątane ze sobą, zbite w twardą, trudną do przełknięcia masę. Wracały do niego w snach, których miał więcej i więcej; widział w nich obce twarze, słyszał obce imiona; budził się nad ranem i nie potrafił znowu zasnąć.
– Jesteś pewny? – w głosie Michała pobrzmiewała niekłamana troska.
– Tak. Rozłożę sobie kanapę i jakoś przeżyję do jutra.
– Dobra. Będę koło ósmej. Cześć.
– Cześć.
Adam został sam w swoim biurze. Chwilę bezmyślnie gapił się w kremową ścianę naprzeciwko jego fotela; była nieskazitelna: ani plamki, ani pęknięcia (które w takich kamienicach są przykrym standardem). Sztuczna, nieludzka. Jak całe to jego uzdrowicielskie doświadczenie. Potrząsnął głową, jakby z kimś rozmawiał, jakby chciał zaprzeczyć jakiemuś niewidzialnemu rozmówcy. To wszystko nie tak, wszystko nie tak…
Problem w tym, że zaszedł tak daleko, że nie wiedział zupełnie, co mogłoby być właściwym ruchem, w którym momencie popełnił błąd i czy jego naprawa jeszcze była możliwa.
Wyobraził sobie siebie jako złoczyńcę wiszącego na krzyżu obok Jezusa. To była trafniejsza wizualizacja, niż te jego mesjanistyczne sny sprzed paru miesięcy. Tylko czy bardziej nadawał się na tego, który uzyskał przebaczenie, czy tego, który na kilka godzin przed śmiercią jeszcze się pogrążał? I czy miało to jakiekolwiek znaczenie, skoro żadnego Absolutu
(Boga)
nie ma? Adam znowu potrząsnął głową. Teraz bardziej, żeby przegonić te myśli. Nie prowadziły do niczego. Za każdym razem, kiedy zostawał sam, opadały go te same wątpliwości, odbierając mu jedynie apetyt i chęć kontaktu z ludźmi, nie prowadząc do żadnych konkretnych wniosków. Nie żeby oczekiwał dojść do nich drogą logicznego rozumowania; nie; marzyła mu się epifania w starym, dobrym, starotestamentowym stylu. Niekoniecznie z płonącym krzakiem w tle; jemu wystarczyłoby jasne poczucie kierunku, w który powinien zmierzać; ostateczne potwierdzenie natury jego przemiany; a przede wszystkim—świadomość obecności lub nieobecności tego starszego pana na górze. To…
Pukanie. Adam potrząsnął głową, tym razem, żeby okazać rzeczywistości swoją dezaprobatę. Potrzebował spokoju. Czy świat nie mógł tego zrozumieć? Pukanie odezwało się znowu, natarczywiej. Mrucząc coś pod nosem, Adam zwlekł się z fotela i podszedł do drzwi.
– Zamknięte! – krzyknął, co kosztowało go sporo wysiłku. Nie sądził, by przez następną godzinę potrafił zrobić cokolwiek podobnie wyczerpującego.
– Adam, to ja – usłyszał zza drzwi. Głos był znajomy. – Otwórz.
– Co za „ja”? – Adam już zdołał połączyć głos z twarzą, a twarz z imieniem, lecz potrzebował potwierdzenia z zewnątrz.
– Kasia. Nie poznajesz mnie?
Zamiast odpowiedzieć, Adam przekręcił klucz w zamku i nacisnął klamkę.
– Dzięki. Mogę wejść? Chciałabym… o, Jezu, w telewizji to nie wyglądało tak paskudnie… Nie boli cię? Ja bym nie wytrzymała…
Adam odwrócił się i, lekko kulejąc, poszedł do dużego pokoju, gdzie usiadł na kanapie. Nie wiedział, co jej powiedzieć, nie wiedział nawet, co chciałby od niej usłyszeć. Postanowił nie robić niczego, siedzieć, przyglądać się, przysłuchiwać. To ona przyszła do niego, nie on do niej, niech ona wykona pierwszy krok.
– …straszne – kontynuowała swój monolog Kasia, sadowiąc się w fotelu naprzeciwko niego. – Jak to się stało?
– Stało się – odparł, wzruszając ramionami.
– Ale jak? Napadł cię ktoś, czy co? Jak? I co to o tobie mówią, że zostałeś jakimś guru, uzdrawiasz ludzi?
Popatrzył na nią na poły przytomnym wzrokiem, w którym nie było śladu zrozumienia. Jego świadomość wypełniała ona, fakt, że do niego przyszła po tych wszystkich latach, równie piękna, piękniejsza niż kiedykolwiek. Czuł się, jakby czas się zatrzymał, zamienił miejscami z przestrzenią, wygiął, roztrzaskał się na kawałki. Nie miało to sensu. Życie nie miało sensu. Pokój kręcił się wokół własnej osi, siła grawitacji rosła z każdym obrotem.
Usta Kasi poruszały się nadal, ale do niego nie docierał ani dźwięk. Wiedział, w swoim maleńkim, zwichrowanym, skazanym na zagładę świecie, że jej słowa nie miały absolutnie żadnego znaczenia. Musiał ją dotknąć. Nie było innego wyjścia.
Podniósł się, zachwiał, opadł na kanapę, podniósł jeszcze raz.
– Adam? Nic ci nie jest?
– Nie – mruknął i oparł się o dzielący ich stół.
– Może lepiej usiądziesz? Nie wyglądasz za dobrze…
Adam lekceważąco machnął ręką i omal nie przypłacił tego upadkiem na podłogę. W ostatniej chwili znowu oparł się o blat stołu.
– Adam!
– Nic… mi nie jest.
Dotarł wreszcie do niej, przysiadł na ramieniu fotela. Kasia poprawiła się niepewnie, nie wiedząc, jak zareagować. Nie była przygotowana na tak bliski kontakt. Adam jednak wydawał się zainteresowany tylko jej lewą ręką, którą przykrył swoją prawą.
Kolory tego i tak stonowanego pokoju przyblakły. Światło—najpierw powoli, potem coraz szybciej—wyciekło z niego przez niewidzialne szpary w ścianach, podłodze, suficie. W czerni pobłyskiwały niemożliwe obrazy, zdeformowane postaci, rozmyte, pomarszczone (jak slajdy rzucone na pognieciony ekran) miejsca. Stopniowo rozjaśniały się, nabierały wyrazistości. Adam odzyskiwał zmysły: najpierw wzrok, potem słuch, węch, smak i dotyk. Ale nie wypełniały ich jego wrażenia; nie, to były doznania mu obce, przefiltrowane obcą świadomością (obcą i bliską jednocześnie; opadała przed nim zasłona, do której był przyzwyczajony, którą postrzegał jako prawdziwe oblicze). Zobaczył siebie—osobliwe uczucie, które przyprawiło go o gwałtowne zawroty głowy; widział siebie, ale zniekształconego, z wyolbrzymionymi rysami, powiększonym, kartoflanym nosem, wystającymi kościami policzkowymi, zakrzywioną, długą szyją; widział siebie młodszego o dziesięć lat, jeszcze z różowymi bliznami po pryszczach, rozczarowaniem po odejściu Boga wpisanym w cienie pod oczami. Próbował oddalić się od tego jednocześnie karykaturalnego i rzeczywistego wizerunku siebie, pogrążając się w nim jeszcze bardziej. Płynęły przez niego uczucia, ostre i mdłe, letnie i gorące; nad nimi dominował rozsądek, stalowozimna skorupa ograniczająca ich fluktuacje, kanalizująca je i kształtująca ich bieg. Najbardziej przeraziło go ich nagłe, celowe wytłumienie, kiedy rozbił się o wspomnienie swojego rozstania z Kasią, biała ściana, a za nią pustka. Ale nie ma czasu na refleksje, wir, w którym się znalazł, przenosi go dalej, przez gąszcz nic nieznaczących epizodów, mężczyzn, którzy stanowili zaledwie stopnie, na których stawiała droższe i droższe buty. Nie liczyli się, rozmywali w pamięci jak tylko mijał ich czas, zmieniał się z teraźniejszego w przeszły dokonany. Aż znalazł się ten, który potrafił się utrzymać na powierzchni do dzisiaj, którego utraty Kasia wolała nie ryzykować, wyczuwając nad sobą niebezpieczeństwo osobistego szklanego sufitu i upadku po stromych schodach, których przebycie zajęło jej lata, a po których nie byłaby w stanie wspiąć się jeszcze raz, tego była pewna i tego pewien był podsłuchujący jej myśli Adam. I kolejne spotkanie oko w oko z samym sobą, teraz spłaszczonym i rozciętym na telewizyjne piksele, siedemset dwadzieścia w linii, w ostrym świetle przenośnego reflektora. Zabawne, nie pamiętał tej sceny, choć był w niej pierwszoplanową postacią; dopiero przefiltrowany kamerę i telewizor, a także przez oczy i percepcję Kasi, zdołał umieścić się przed obiektywem i odtworzyć ten krótki, nieprzyjemny wywiad. Powróciły zawroty głowy; ludzki umysł jest w stanie bez problemu wytrzymać taką sytuację, ale bez wbitej w cudze wspomnienie pewności, że on rzeczywiście w tamtym momencie, w momencie oglądania przekazu, był gdzie indziej. Adam z ulgą przyjął wyłączenie stylizowanego na obraz telewizora. Zniknęły zawroty głowy, zastąpił je gorący strumień kotłujących się, wymieszanych emocji, na tyle mocnych, by zmusić do działania, lecz na tyle niezdecydowanych co do kierunku, by nie miało ono jasno sprecyzowanego celu.
Na zewnątrz, Adam puścił rękę Kasi.
– Co… co to było?
Kasia drżała na całym ciele. Czuła się naga; było jej zimno, ogarniał ją wstyd (zupełnie nowy element w jej życiu), pragnęła się czymś okryć, nie widząc żadnych powodów, dla których miałaby to zrobić. Wstała i natychmiast usiadła, sztywna ze strachu. On wiedział wszystko! Była o tym przekonana, choć nie istniał na to żaden dowód, nie mógł nawet istnieć. Do tego zrodziło się w niej podejrzenie, że wiedział—i rozumiał—też rzeczy, do których ona jeszcze nie doszła.
Zawieszony na ścianie zegar wybił siedemnastą. Ile czasu tak razem spędzili? Adama specjalnie to nie interesowało, my też się tym zajmować nie będziemy. Adam był zmęczony jak po całym dniu ciężkiej harówki. Z podobną trudnością, jaka towarzyszyła jego drodze na ramię fotela, przeniósł się na kanapę. Milczał. W jego głowie huczało od nadmiaru nowych informacji. Sen, pomyślał, mógłby mu pomóc. Spać, spać…
– Adam? Nic ci…? – pomimo zmieszania, Kasia zaniepokoiła się zachowaniem Adama. Zdrowy człowiek nie ma problemów z przejściem dwóch metrów, nie pada bez życia kanapę…
Zerwała się ze swojego miejsca, aż pociemniało jej przed oczami; poczekała sekundę, zbliżyła się do Adama. Pochyliwszy się nad nim stwierdziła, że śpi. Zwyczajnie, miarowo oddychając, zaciskając dłonie w pięści jak niemowlę. Przykryła go leżącym nieopodal kocem i wróciła na fotel.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *