Krzyż – część 4

JEROZOLIMA III

Jest ciemno. Ale to nie noc. Coś jak zaćmienie słońca albo wyjątkowo paskudna burza. Nie. To on. To jego oczy są ślepe na światło, którego jest wszędzie pełno. Jego ręce i nogi są zdrętwiałe; nie może nimi poruszać. Cały jest sparaliżowany.
Jego wzrok pada na ciemnoszary piasek i stojących na nim ludzi. Przypomina sobie. Zaczyna rozumieć. Doczekał się dalszego ciągu. Teraz powinni…


Tak. Ściągają go, dusza uwięziona w martwym ciele tłucze się, rzuca obojętne spojrzenia na boki. Może się teraz odseparować od tłumu, odgrodzić od niego murem śmierci. Wydaje mu się to zabawne; te półgłówki marnują swoje obelgi, swoją ślinę, swoje kamienie na trupa, któremu przecież wszystko jedno. Bezczeszczenie zwłok? Śmiech na sali! Czy kiedykolwiek jakieś zwłoki zaprotestowały? Adam z chęcią roześmiałby się, zarechotał. Żałuje, że nie może. Odbiera to część satysfakcji zwycięstwa—bo że odniósł zwycięstwo, nie ma według niego wątpliwości. Zwycięstwo przy pustych trybunach—gorzej, przy trybunach przekonanych, że to ich drużyna rozłożyła przeciwnika na łopatki, to nie to samo.
Co dalej? Zstąpił do piekieł, zmartwychwstał, zasiadł po prawicy
(Boga)
Ojca?
Niosą go, kołysząc, aż pojawiają się niemożliwe mdłości. I strach wynikający z niecodzienności sytuacji, niepewności co do dalszego jej rozwoju. Kołysanie trwa, mdłości rozmywają się w rosnącym lęku. Następny przystanek: grobowiec. Wielka dziura w skale i wielki kamień, zimne, twarde posłanie, wilgoć i pleśń. Żadnych wygód, mówiąc krótko. Kwatera na nie więcej, niż trzy dni.
Zapada prawdziwa ciemność, ciemność pomieszczenia szczelnie odseparowanego od reszty świata. Egipska, powiedzmy, choć od Mojżesza parę lat już minęło. Adam, dalej uwięziony w swojej wątłej fizys, ma problemy z przystosowaniem się do nowych warunków. Próbuje oddychać, mimo iż wie, że nie musi. Mimo iż wie, że to nie ma sensu, ma wrażenie, że lada moment się udusi. Ciemność mu nie pomaga. Wydaje mu się, że niewidzialne z braku światła ściany—lita skała—zaciskają się wokół niego, mają zamiar wycisnąć z niego ostatnie soki. Wycisnąć z niego duszę. Być może, myśli, o to w tym chodzi, dusza ma opuścić ciało, co zapewne nie będzie bezbolesne, i finito. Niebo, chóry anielskie, prawica Ojca, katolicki full wypas.
Śmieje się. Do siebie, do ścian, które nie mogą (z przyczyn czysto fizycznych; pamiętajmy, że te sny Adama są ultrarealistyczne; rządzi nimi dzika fantazja, lecz ugruntowana—jak dobra fantastyka—w dotykalnej, zimnologicznej rzeczywistości) odpowiedzieć mu echem, w pustkę, którą dla jego zmysłów jest teraz świat. Full wypas.
Kolejna myśl: to jest katharsis, na które czekał. Domknięcie nawiasu, którym w jego życiu był epizod stygmatyczno-uzdrowicielski. Obudzi się oczyszczony, ze świeżo odzyskaną (bo chyba ją odzyskał, przyjechała nagle niewiadomoskąd, cicha, potulna jak nie-ona; ignorowanie faktów, o których dowiedział się podczas krótkiej sesji telepatycznej nie przyszło mu trudno; śnił w końcu o własnej śmierci, jednocześnie wczuwając się w rolę Jezusa Chrystusa złożonego w grobie; czy mógł uciec dalej od osobnika drzemiącego na kanapie w Jedlinkach Śląskich?) dziewczyną, pozbawiony uciążliwych stygmatów i bez brzemienia komiksowych mocy. Bardzo eleganckie, literackie zakończenie. I żyli długo i szczęśliwie, można by dodać. W końcu jego życie to praktycznie bajka.
Najbardziej denerwuje go, że nie może zamknąć oczu. Nie żeby robiło to od strony wizualnej jakąś różnicę; ale musicie przyznać, że istnieje pewien komfort w zamykaniu oczu w ciemnym pokoju. Pewnie bardziej wynikający ze świadomości podjęcia decyzji o niewidzeniu, niż z czegokolwiek innego. (Dziwne istoty, ci ludzie. Spróbuj takiego zabić, a będzie bronić się do upadłego. A z drugiej strony, nie ma innego zwierzęcia tak skłonnego do prób samobójczych.) Chciałby się jakoś, choćby pozornie, odizolować od tego miejsca, które bądź co bądź jest grobem.
Wyobraża sobie przebudzenie (robiliście to kiedyś przez sen?): twarz Kasi przy jego twarzy, jej włosy miękko opadające na jego policzki (zupełnie jak w piosence Róż Europy), łaskoczące delikatnie, pachnące jej ulubionym, brzoskwiniowym szamponem, jej gorący oddech przyspieszony oczekiwaniem na to, co musi się wydarzyć, na pierwsze od lat ich fizyczne zbliżenie. I: sam akt, lawirujący pomiędzy zmysłową dzikością, a nastrojową czułością, mityczne dwa-w-jednym, opiewane przez kiepskich poetów i magazyny dla kobiet. Uśmiecha się. Tak powinno być, tak będzie zawsze, na zawsze. Już on tego dopilnuje. Tylko się obudzić, obudzić.
Obudzić. Ale jak? Logika—skrzywiona logika marzeń sennych—sugerowałaby jakieś rozwiązanie. Wydarzenie, które podsumowałoby dotychczasową akcję, stanowiłoby jej pointę. Zmartwychwstanie? Byłoby na miejscu. Naturalna konsekwencja odgrywanej roli. Chyba że, chyba że. Chyba, że prawdziwy Chrystus wisiał gdzieś obok, a on był jego skrzydłowym z wybujałymi ambicjami, przerośniętym ego, manią wielkości, i tak dalej. Warunki i zastrzeżenia. I po co? Przecież od niego nic nie zależy, on w tym śnie jest niby postacią pierwszoplanową, gwiazdą, można by rzec, ale jego rola jest niema, scenariusz nie przewiduje dla niego żadnych kwestii, żadnych scen mówionych. W gruncie rzeczy jest statystą, którego reżyser (taką miał fantazję) postawił w świetle reflektorów i dla którego stworzył iluzję jego istotności. Musi biernie czekać na rozwój wypadków. Może już niedługo…?
Drugą rzeczą, która go irytuje, jest brak zegara i idąca za tym przesadna relatywizacja czasu. Bóg wie, że zdążył się oswoić z tym, jak pokrętnie może on płynąć, jak przyspieszać, jak zwalniać, robić pętle, rozwidlać się i zawracać. Doświadczył tego, szperając w głowach swoich pacjentów, przerzucany od wspomnienia do wspomnienia, nie zawsze w chronologicznej kolejności. Ale to nie to samo przeskakiwać po wydarzeniach z cudzego życia i pogrążać się w mroczną wieczność wilgotnego grobowca. Przyzwyczajenie może pomóc, lecz nie wyeliminuje źródła problemu. Kiedy się to skończy?, zastanawia się, patrząc w pustkę, zdając sobie sprawę z absurdalności pytania. Skoro nie ma jak mierzyć upływu czasu, określenie konkretnego punktu w przyszłości i skoncentrowanie się na nim nie przyniosłoby mu niczego. Nie mówiąc już o problemie kapryśności tego nieliniowego, paradoksalnego czasu.
Jego nastrój stopniowo zbliża się do apatii, którą przerywają regularne wybuchy wściekłości. Czego się od niego oczekuje? Ma się wyciszyć, osiągnąć jakiś pieprzony zen, czy też rozwalić dekoracje i wydostać się na zewnątrz? Jak niby miałby zrobić to drugie? Siłą własnego podkurwienia?
Słyszy kapanie wody gdzieś na prawo od swojego kamiennego posłania. Od biedy dałoby się bicie kropli o ziemię wykorzystać do odmierzania czasu. Tylko co by to dało, tak naprawdę? Byłoby zajęciem, niczym więcej. Sposobem nie tyle na mierzenie czasu, co na jego zabicie. Gimnastyką umysłową dla zdesperowanych (jak ci nieszczęśni uczestnicy eksperymentów polegających na odcięciu od wszelkich źródeł stymulacji, nawet informacji o mijającym czasie; oni jednak mieli prawo w każdej chwili przerwać eksperyment, uciec z izby tortur i do syta napatrzeć się na pierwszy lepszy zegar). Coś trzeba robić, inaczej rozum zacznie wywijać koziołki…
Adam liczy. A pomiędzy kolejne liczby wkradają się obrazki z przeszłości. Głównie Kasia, Kasia w rozmaitych strojach i kontekstach, Kasia uśmiechnięta i Kasia ze zmarszczonymi brwiami, Kasia w słońcu i Kasia w cieniu, Kasia blisko i Kasia daleko, Kasia jako dwudziestolatka i Kasia jako trzydziestolatka. Kasia jego i Kasia kogoś innego. Ona jest kluczem, dochodzi do wniosku, ona jest jego obsesją. Ona pozwoli mu z tego wyjść, niech się tylko porządnie na niej skoncentruje, wywoła ją jak ducha podczas seansu spirytystycznego. Niech go, jego prywatny, żeński Orfeusz, wyprowadzi na powierzchnię. Niech zbawi tego nieudanego, podrabianego zbawiciela.
Skupia się, decydując na najświeższy wizerunek Kasi: przed oczami staje mu ta wersja, która zapukała dzisiaj do jego drzwi, dojrzała, wyciszona. Zabawne, jak wiele może się zmienić w postrzeganiu jednej osoby przez drugą po jednym, krótkim spotkaniu. Jeszcze wczoraj Adam wyobraziłby ją sobie jako ucieleśnienie zła, diabła w firmowej spódnicy. Kasię z jego pierwszych dwóch snów, wrzeszczącą nienawistnie pod krzyżem, rozkoszującą się jego cierpieniem.
Zjawa uśmiecha się do niego słodko, nierzeczywiście słodko. I Adam już wie, że jego sztuczka się nie udała. Nie chodziło o projekcję jego pobożnych życzeń… Próbuje zamknąć oczy, powiekami zmazać ślady porażki i znowu ogarnia go frustracja: nie może, nie może!
Kasia znika mimo to. Ciemność robi się tak gęsta, że prawie dotykalna. Zaciska się wokół niego. Adam czuje na sobie jej miażdżącą siłę, jest całkowicie bezradny wobec niej. Pojawia się ból; dziwny, nie ograniczający się do jednego, konkretnego miejsca; przenika go całego; więcej: rozciąga się w czasie, zakorzenia się w jego dzieciństwie, puszcza pąki we wczesnej młodości, rozrasta w teraźniejszości. Odbiera mu tożsamość, oczyszcza. Adam jest przekonany, że to nic innego, tylko śmierć. Poddaje się. Niech będzie, skoro ma być. Tej walki nie wygra, jeszcze nikt nie wygrał. Wreszcie się dowie, wreszcie będzie miał pewność, czy miał rację.
Ból ustępuje. A raczej to Adam traci zdolność jego odczuwania. Jest poza jego zasięgiem, gotowy. Płaski kawałek skały, na którym złożyli jego ciało, rozpływa się. Adam spada z wielką prędkością w otchłani otwierającą się pod nim.

ROZWIĄZANIE

Musiałem wrzasnąć, bo Kasia wyglądała na przestraszoną. Stanęła wyprostowana, z rękami wystrzelonymi przed siebie, jakby chciała coś złapać.
– Hej… jak się czujesz? – zapytała cicho, siadając.
Dobre pytanie, pomyślałem. Czułem się, jakby przejechał mnie autobus, a potem poprawiły po nim dwa walce.
– Zajebiście – powiedziałem i sam się zdziwiłem; nie używałem sarkazmu od długich miesięcy. Dobry znak.
Jeszcze lepszym znakiem była moja ręka (przez sen musiałem zerwać opatrunek), która co prawda dalej była poharatana, ale przynajmniej nie krwawiła. Jakby wreszcie mojej krwi przypomniało się, jak krzepnąć. Miodzio. Może będę mógł zająć się jakimś sportem wyczynowym?
Spłynął na mnie taki optymizm, że dosłownie chciało mi się śpiewać. Chciało mi się złapać tę rozmyślnie seksowną, wiecznie interesowną pannę za ręce i wyciągnąć ją na parkiet, a z parkietu do sypialni. Energia przelewała się przeze mnie, buzowała w żyłach, stawiała włosy na moim karku na baczność. To moje „zajebiście” przestało być sarkazmem, a stało się słowem dość precyzyjnie określającym aktualny stan mojego umysłu. Rzeczywiście czułem się zajebiście. Czego to nie zrobi odrobina pozytywnego myślenia? W kilka sekund przeistoczyłem się ze stojącego nad grobem ponuraka w kipiącego życiem wesołka. Zaiste zacna transformacja.
– Adam, co z tobą? – zapytała moja miła.
– Nic. Czuję się… – zajebiście, chciałem dokończyć, ale kolejna zmiana nastroju mi to uniemożliwiła. Teraz…
…teraz bolało mnie wszystko, zaczynając od palców u nóg, a kończąc na sklepieniu czaszki. Ktoś wbijał w moje ciało szpilki. Albo lepiej: gwoździe. I nie wszystkie z nich były ostre. Niektóre wchodziły w mięso z wyraźnymi oporami. Wchodziły jednak, wchodziły.
Przewróciłem się na podłogę i zacząłem po niej tarzać jak opętany. Zwymiotowałem, puściłem w spodnie. Absolutnie nic się dla mnie nie liczyło (jeśli ktoś będzie wam kiedyś próbował sprzedać tekst o godnym umieraniu i dzielnym znoszeniu bólu, poczęstujcie go kopniakiem w możliwie czułe miejsce; niech się trochę pozwija na posadzce i opowie, jak godnie wyglądał świat z takiej perspektywy). Moja świadomość zwinęła się w nieskończenie cienki rulonik, który natychmiast złożył się kosteczkę równie nieskończenie małych rozmiarów. Mogła pomieścić tylko jedno; to nawet nie była myśl; to było coś, co mamy wspólnego z bezkręgowcami: uzasadniona ewolucyjnie potrzeba usunięcia źródła bólu. Jakiż lepszy motywator, by wyrwać tyłek z paszczy tygrysa szablastego, niż piorunujące sygnały przesyłane przez nerwy do mózgu? A gdy ucieczka okazuje się niemożliwa, co wtedy, pytacie? Wtedy jest jeszcze awaryjne odcięcie dopływu paliwa, jak w mojej Vectrze przy siedmiu tysiącach obrotów. Omdlenie. Kosteczka świadomości złożona w nicość.
Obudziłem się w szpitalu. Wystawały ze mnie rurki i rureczki, w tle pracowała maszyna, która robi „ping”. Sala delikatnie się kołysała. Stwierdziłem, że to efekt środków uspokajających, niech Bóg dziewczynom w białych kitlach wynagrodzi ich cudowną empatię.
– Panie Berger, słyszy mnie pan? – odezwała stojąca przy moim łóżku lekarka.
Kiwnąłem na znak, że i owszem, ale nie bardzo zainteresowany jestem pogawędką. Jest mi dobrze. Doooobrze.
– Pamięta pan, co się stało?
Czy pamiętam? Jak mógłbym zapomnieć taki festiwal rozkoszy?
– Aha – mruknąłem niezobowiązująco. Lekarka prawdopodobnie nie mogła przerwać mojej nirwany, rozumowałem cokolwiek ospale, ale nie warto ryzykować.
– Jest pan w stanie agonalnym. Ma pan jakąś rodzinę, którą moglibyśmy powiadomić?
Zaraz, tak się nie mówi do pacjenta! Jak to tak? A gdybym się przejął i dostał zawału, to co? A, prawda, byłem znieczulony, zobojętniały, w stanie chemicznej euforii. (Że też nie wpadłem na pomysł podleczenia mojego podłego nastroju farmaceutykami; ostatnie parę miesięcy nie przypominałyby przejażdżki furmanką po piekle.)
Roześmiałem się. Tekst przystojnej pani doktor brzmiał absurdalnie; we wiadomość o nadciągającej śmierci, własnej, dodajmy, zawsze trudno uwierzyć; a co dopiero na środkach uspokajających, przeciwbólowych i jeszcze bógwieczym.
Pani doktor smętnie pokiwała głową w nadziei, że może to mnie przekona. Nie przekonało. Przecież rozmawiała z Adamem Bergerem, wielkim, znanym na cały kraj uzdrowicielem! Uzdrowiciele nie chorują! Niby szewc bez butów chodzi, ale bez przesady, nie przekraczajmy granicy groteski!
I wtedy mój wzrok padł na moją prawą rękę. Nie była zabandażowana, nikt stwierdził konieczności założenia opatrunku. Bo niby czemu? Rana wyglądała na kilkudniową i do tego płytką. Ryzyko zakażenia praktycznie zerowe, śliczny, brązowawy strup świadczący o tym, że pod spodem proces gojenia jest już w miarę zaawansowany. Powiązałem koniec z końcem, pomimo ogłupiającego wpływu leków. Cokolwiek miałem, ten dar, to przekleństwo, należało już do przeszłości.
Dobrze, że zdążyłem się nachapać, póki jeszcze mogłem, leniwie przespacerowało się przez moją mózgownicę, bez satysfakcji. Bez satysfakcji, ponieważ była to myśl oparta na pesymistycznej przesłance, która lokowała mnie w najbliższym czasie w wąskiej, drewnianej skrzynce złożonej dwa metry pod poziomem gruntu.
– Adam…Adam? Poznajesz mnie? – usłyszałem z boku. Moja uwaga została chwilowo odwrócona od zbliżającej się katastrofy.
Poznałem. Czemu miałbym nie poznać? Odlatywałem momentami, ale to bardziej dotyczyło mojego humoru, a nie funkcji kognitywnych, że się wyrażę nieco technicznie. Poznałem, lecz nie bardzo obchodził przedmiot mojego poznania.
– Uhm – chrząknąłem i wyszczerzyłem się w sufit.
– Kocham cię.
To powinno było coś dla mnie znaczyć, na lekach czy na trzeźwo. Nie znaczyło nic. Zero. Nada. Gdybym nie znajdował się w pozycji horyzontalnej, najpewniej wzruszyłbym ramionami. Zamiast tego mrugnąłem do niej porozumiewawczo i zamknąłem oczy. Świat—i Kasia razem z nim—zniknął.

– To już nie potrwa długo – powiedziała doktor Ciesielska.
Nieważne, ile umierających widziała, nie potrafiła poradzić sobie z tą ostatnią chwilą. Może to uczucie porażki, a może zwykła ludzka słabość… do ludzi. Nieważne. Jako lekarz miała zachować spokój i profesjonalny dystans. Nie potrafiła. Obie ręce schowała w kieszeniach, zaciskając je w pięści.
Przyjaciółka pacjenta, tu żadnej niespodzianki, zalała się łzami.
Sam pacjent stanowił wielką zagadkę. Pół szpitala przewinęło się przez jego salę, chcąc obejrzeć ten niecodzienny przypadek. Niewydolność tylu narządów jednocześnie? Bez wcześniejszej hospitalizacji? Rak z przerzutami do mózgu, węzłów chłonnych, wątroby, okrężnicy? Białaczka, gruczolak, mięsak i czerniak u jednego mężczyzny? Gruźlica, cukrzyca, przewlekłe zapalenie trzustki, SM, miażdżyca, marskość wątroby, łuszczyca, reumatyzm, hemoroidy i bógwiecojeszcze? Albo facet ma naprawdę popieprzone geny, albo wyjątkowego pecha.
Patrzyła na monitor, który pikał z coraz mniejszą regularnością, pokazując coraz bardziej odbiegające od normy parametry. To już nie potrwa długo, powtórzyła doktor Ciesielska, tym razem pozwalając słowom ugrzęznąć w jej gardle.
Na monitorze pojawiła się linia ciągła, miarowe pikanie zmieniło się sygnał alarmu. Doktor Ciesielska wyłączyła aparat i spojrzała na swojego byłego już pacjenta. Była pewna, że to efekt końskiej dawki środków uspokajających, ale poprawiło to jej nastrój i tak.
Pacjent, leżąc na wznak z dłońmi zaplecionymi na piersi, się uśmiechał.

KONIEC

0 thoughts on “Krzyż – część 4

  1. Gratuluję. Ogrom.
    Niebywałe skojarzenia, melodia tekstu, synkopy, trafność doboru słów (słownictwo mam za słabe, żeby to wyrazić).
    I… zazdroszczę daru (znaczy, też bym tak chciał, ale IQ za małe).
    Pozdrawiam
    Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *