Mam na imię Lisa – część 3

Karetka pogotowia rozbudziła całą ulicę, intensywnym i wwiercającym się głęboko w uszy dźwiękiem syreny. Pomimo że poranek był leniwy, z zanikającą powoli mgłą, która odkrywała zawilgocone mury starych kamienic, to ludzie postawieni na nogi takim hałasem, pojawiali się licznie w swoich oknach i na balkonach. Bardziej zainteresowani wylegali nawet na ulicę i zmierzali w stronę wyjącego pojazdu. Ludzka ciekawość jest olbrzymią siłą. Chęć poznania potrafi przenosić góry, wznosić budowle z setkami pięter, odkrywać nieznane wcześniej sfery życia. Czym przy tym wszystkim jest wyciągnięcie człowieka z łóżka o piątej nad ranem. Jest po prostu życiem…


Kiedy Anna podchodziła do zaparkowanego przed kamienicą ambulansu, dwaj sanitariusze wsuwali już ciało do środka i zamykali drzwi. Wszystko odbywało się szybko i sprawnie. Jeden pozostał z tyłu przy zwłokach, a drugi, wraz z lekarzem, usiadł z przodu, poczym odjechali. Działo się to pod kamienicą z zakładem pana Rojnego. Staruszek, który przez całe swoje życie oprawiał obrazy, pożegnał się ze światem doczesnym wczesnym rankiem, tuż po 4.30. Lekarzowi nie udało się za wiele zrobić. Pan Rojny zmarł na zawał serca. Tak przynajmniej szemrał zgromadzony na miejscu tłum.
Upłynęło zaledwie kilka godzin, kiedy Matylda pojawiła się w salonie. Tego dnia, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, zakład był nieczynny. Anna nie mogąc się skupić na czymkolwiek, czego przyczyną było nieprzerwane milczenie nowo poznanego mężczyzny, zajęła się porządkowaniem Cytryny. Myła okna, polerowała metalowe elementy urządzeń znajdujących się w salonie oraz pucowała podłogę.
– No zostaw to wreszcie, dokończysz później! – Rzuciła Matylda.
Schodziła schodami w dół, ubrana w czarną, sięgającą ziemi spódnicę i bluzkę z żabotem w tym samym, ponurym kolorze. Wyglądała trochę jak koszmar, który uparcie nawiedza dom, by przepędzić jego mieszkańców gdzie pieprz rośnie.
– Idziemy na pogrzeb? – Zapytała Anna. Rzadko miała okazję oglądać ją w takim stroju, szczególnie, że niemal zawsze nosiła ubrania w krzykliwych i źle dobranych barwach.
– Na jaki tam pogrzeb! – Syknęła kobieta. – Idziemy dziewczyno walczyć o swoje.
Anna nie poprosiła o dodatkowe wyjaśnienia. Nie było czasu, bo Matylda stała już na chodniku przed budynkiem.
Cała wyprawa trwała nie dłużej jak kilka minut.
Drzwi do zakładu pana Rojnego stały otworem. Kiedy kobiety weszły do środka przywitał je młody mężczyzna (nie miał więcej jak dwadzieścia kilka lat), który nie przejmował się zbytnio ich najściem i obecnością.
Robił swoje. Na kilku kartkach dużego zeszytu opisywał stan mieszkania oraz pomieszczeń, które zajmowało miejsce pracy pana Rojnego. Miał jasne, nieco dłuższe włosy, które uporczywie opadały mu na twarz, kiedy tylko nachylał się, by dopisać cokolwiek do swych notatek.
– Niestety – zagadnęła Matylda, która ku zaskoczeniu Anny, przyjęła postawę kobiety skrzywdzonej, zasmuconej i poszkodowanej – biedaczyna nie miał rodziny.
– Rozumiem… – powiedział mężczyzna.
– Żona zmarła wiele lat temu…, wie pan, sam prowadził ten swój mały warsztacik.
– Tak… – odpowiadał zdawkowo urzędnik średnio zainteresowany tak naprawdę losami zmarłego.
– Miał właściwie tylko nas – ciągnęła Matylda, w tym samym, żałobnym tonie.
– No to ważne…
– A pewnie, tylko my mu zostałyśmy… Opiekowałam się nim dzień i noc. A wie pan ile mnie to zdrowia kosztowało? – Zwróciła się do niego z wyczuwalną pretensją w głosie, tak jak gdyby oczekiwała, że on sam, urzędnik państwowy, będzie musiał jej to w jakiś sposób zrekompensować.
– No, no… – mężczyzna zapisywał coś w swoim zeszycie i przytakiwał Matyldzie wyłącznie dla świętego spokoju.
– Ale czego się nie robi dla sąsiada… – mówiąc to Matylda splotła ręce i ułożyła je na kolanach – dalszy bo dalszy, ale sąsiad nasz kochany…
Z jej twarzy biło samo ciepło, dobroć sąsiedzka i taka skromność, że Anna zaczęła się zastanawiać, czy to aby na pewno jej teściowa.
– Właśnie – odpowiedział tymczasem urzędnik, zamykając swój, oprawiony w zieloną skórę, notes – czego się nie robi dla sąsiadów! Dziękuje paniom za współpracę oraz pomoc i pozostajemy w kontakcie! – Rzucił na odchodne.
– Do wiedzenia! – Odpowiedziała Matylda, która zerwała się z krzesła i pognała w stronę drzwi, żeby grzecznie otworzyć je gościowi.
– Do widzenia paniom! – Odpowiedział i zniknął za progiem.
– Co za bufon! – Syknęła zaraz po tym Matylda. – Nawet porozmawiać z człowiekiem po ludzku nie może!
– Jakiś zimny taki – stwierdziła Anna.
– Po takim nigdy nie wiesz czego się spodziewać – klasnęła w dłonie – czy przychyli się do Twojej sprawy, czy nie!
– Do sprawy? – Anna nie nadążała za myślami Matyldy.
– No czy jest po twojej stronie, czy przeciwko tobie!
Zachowanie młodego urzędnika wyraźnie Matyldę poirytowało i zajęło, ale też nie na tyle mocno, żeby odwrócić jej uwagę od okoliczności w jakich się znalazła, bo zaraz potem dodała: – Co tu tak śmierdzi?
– To chyba coś z podwórza… – Anna wyjrzała przez uchylone okno, które wychodziło na zaciemnione, chłodne podwórze.
– Nie, to tu. W środku… – Matylda wystawiła nos do przodu i zaczęła obwąchiwać pomieszczenie ze wszystkich storn. – Śmierdzi, i to jak cholera!
– Może to stare jajka? – Anna rozglądała się po kuchni pana Rojnego, próbując zidentyfikować zapach.
– To nie jajka… I to też nie smród po starym… – skomentowała Matylda i stanęła w rozkroku (jakby w ten sposób była w stanie bardziej szczegółowo przeanalizować wdychane zapachy). A kiedy nozdrza jej nosa powiększyły się niemal dwukrotnie, rzuciła: – Gaz!
– Gaz?
– To jest gaz! Ulatnia się.
Anna podeszła do starej kuchenki i sprawdzała po kolei wszystkie kurki.
– Ale każdy jest dokręcony – poinformowała po rzetelnie przeprowadzonej kontroli.
– To pewnie instalacja stara – Matylda wodziła wzrokiem w ślad za rurką z gazem, która pięła się po ścianie, do mieszkania powyżej. – Cholera! Trzeba będzie wymienić. Trudno!
– Kto ma wymienić? – Anna wciąż nie rozumiała powodu, dla którego tu się znalazły, po co ta cała inspekcja, a tym bardziej daleka była od rozgryzienia planów Matyldy.
– No ja, a kto? – Obruszyła się staruszka.
– A co nam do tego? Dlaczego chcesz wymienić instalację, skoro to nie twoje mieszkanie?
– Znowu nic nie rozumiesz – jęknęła kobieta, którą trudno było zlokalizować. Zaznajamiając się ze stanem technicznym lokalu po świeżo zmarłym staruszku, przemieszczała się po kolejnych pokoikach z nieczęsto spotykaną u niej energią. – Kupuję to! – Zawołała z toalety.
– Chcesz to kupić? – Niedowierzała Anna.
– A na co mam czekać?! – Wołała.
– Po co ci to mieszkanie?!
Anna przyglądała się trzem starym fotografiom, które stały na kuchennym kredensie. Jedna z nich przedstawiała pana Rojnego z żoną. Trzymali się za ręce stojąc przed budynkiem, w którym właśnie się znajdowały.
– Chyba liczą sobie ze sto lat… – szepnęła biorąc do ręki jedną ze starych fotografii.
– Co ma sto lat? – Dopytała Matylda, kiedy tylko wynurzyła się z ciemnych zakamarków.
– A nic…, te fotografie. To pan Rojny z żoną – Anna wskazała palcem dwie postacie, które pozowały do zdjęcia dumnie wyprostowane.
– Taaak – jęknęła – sporo tu gratów po nich, ale zamówi się jakąś tanią ekipę i wywiozą wszystko w ciągu połowy dnia.
– Nie mówiłaś nic, że zamierzasz to kupić…
– Nie mówiłam, bo nie chwalę się na prawo i lewo swoimi zamiarami – skwitowała Matylda – o interesach się nie mówi dodała, po czym westchnęła i siadła ociężale na kuchennym taborecie.
– Rozumiem – przyjęła do wiadomości Anna.
– A poza tym – ciągnęła dalej Matylda – to właściwie żaden tam zakup.
– Co masz na myśli?
– Bo stary nie miał żadnej rodziny.
– No tak, nikogo…
– A w takich sytuacjach – Matylda wytarła pot, który skroplił się na jej czole – mieszkanie przechodzi na własność gminy.
– I chcesz je odkupić od miasta?
– A pewnie. I to za grosze!
– Można tak?
– Ja mogę wiele… – uśmiechnęła się chytrze staruszka – znam człowieka, który siedzi w ratuszu i – tu ściszyła głos – za małą sumkę ma mi załatwić tą ruinę.
– Naprawdę?
– I to po najniższej cenie! Wyobrażasz sobie?! – Podekscytowana dobrym interesem, który miała zrobić, uderzyła rękami o kolana. – No dobrze – zarządziła chwilę później – zbierajmy się.
– A kto zamknie?
– Oczywiście, że ja. Rano dostałam wszystkie klucze.
– Szybko…
Anna zamknęła wszystkie okna i zgasiła również światło, które Matylda zapaliła w ciemnej, bez okna, toalecie.
– Nie szybko, tylko sprytnie – sprostowała Matylda – no chodź już.
– Kiedy oficjalnie będzie to należało do Ciebie? – Spytała Anna, kiedy wyszły przed budynek.
– Formalności pewnie potrwają… – Matylda siłowała się z opornie działającym zamkiem w drzwiach. – Nie wiem, może z miesiąc.
– Hm…
– Ale już od jutra zaczniemy tu porządkować.
– Można tak?
– Tak trzeba! – Skwitowała, poirytowana niezrozumiałymi dla siebie pytaniami, Matylda.
Mimo słonecznego dnia, prawa część ulicy wciąż schowana była w rześkim, przedpołudniowym cieniu, z czego korzystały kobiety w drodze powrotnej do domu. Matylda wciąż tłumaczyła (bez wnikania w szczegóły oczywiście), w jaki sposób dokona się nabycie nieruchomości po panie Rojnym, kiedy na ich drodze, już pod samym salonem SWEET DREAMS, pojawił się, poznany przez Annę minionego wieczoru, niski człowieczek.
– Dzień dobry paniom!
Kobiety przerwały rozmowę i zatrzymały się.
Jego przenikliwe spojrzenie szybko pomogło Annie zorientować się w sytuacji. Był to inspektor, który wraz z młodszym i dużo wyższym, starszym aspirantem, odwiedził ich dom. W świetle dziennym wydawał się być jeszcze mniejszym i odrobinę przygarbionym. Brakowało mu długiego szarego prochowca, żeby wyglądać jak ci tajemniczy detektywi, których można oglądać w filmach kryminalnych produkcji amerykańskiej.
– To jest właśnie pan inspektor… – Anna próbowała przedstawić mężczyznę Matyldzie, tyle tylko, że nie pamiętała jego nazwiska – ten, o którym ci mówiłam wczoraj.
– Kipka! – Przypomniał ów tajemniczy człowieczek.
– Witam Panie Kipka. – W tonie, w jakim Matylda wymówiła jego nazwisko czuło się wyraźnie ślad kpiny.
– Nie mieliśmy przyjemności porozmawiania wczoraj, dlatego obiecałem pojawić się dziś i naprawić ten straszny błąd – uzasadnił swoje najście.
Jak na policjanta, wydawał się nad wyraz elegancki i szarmancki.
– A w czym rzecz? – Odpaliła Matylda.
– Chciałem zamienić kilka małych słóweczek z szanowną panią, w jednej istotniej dla mnie sprawie.
– To może wejdzie pan do środka? – Zaproponowała ochoczo Anna, poczym natychmiast zaczęła tego żałować, kiedy tylko zauważyła wlepiony w siebie morderczy wzrok Matyldy,. Z pewnością nie było to jedno z najcieplejszych jej spojrzeń.
– Niestety nie mamy na to czasu! – Sprostowała Matylda. – Ale jeśli ma pan jakieś pytania, to proszę je szybko zadać.
Inspektor Kipka nie oburzył się bynajmniej postawą kobiety. Zapewne nieobce były mu podobne sytuacje. Jako policjant musiał być wielokroć wyrzucanym z mieszkań, nie wpuszczanym doń lub szczuty psami. Ale jednocześnie z jego twarzy dało się wyczytać, że był typem uparciucha, który niezachwianie zmierza do wyjaśnienia każdej powierzonej mu sprawy.
– Oczywiście – odpowiedział niezmiennie miłym tonem. – To w zasadzie kilka malutkich pytanek.
– Słucham Pana!
– Gdzie była Pani przedostatniej nocy?
Czekając na odpowiedź wyjął swój notes.
– W domu byłam, chora – zakomunikowała Matylda.
– Pamiętam…, tak mam zapisane.
– To po co pan pyta?
– Musiałem się upewnić – mówiąc to nie odrywał wzroku od zapisków z poprzedniego wieczora, których źródłem była rozmowa przeprowadzona z Anną. – Czy słyszała pani jakieś hałasy, coś dziwnego pani może zauważyła?
– Straciłam przytomność, to jak niby mogłam coś słyszeć? – Kolejne pytania jednoznacznie irytowały Matyldę.
– Tak, tak, to też wiem… Przykro mi.
– To z przepracowania – wtrąciła Anna.
– Ja o całej sprawie nic nie wiem! – Uprzedziła kolejne pytanie staruszka.
– Nie twierdzę, że jest inaczej.
Inspektor Kipka wlepiał w nią teraz swoje spojrzenie, które najwyraźniej podziałało na kobietę w ten sam sposób, w jaki również działało na Annę, kiedy z nim rozmawiała.
– Ja nikogo nie znam – dorzuciła, jakby na usprawiedliwienie.
– To znaczy kogo?
– Tych którzy napadli na SAPAR.
– Tych, którzy napadli? Hm…, a skąd droga pani przypuszczenie, że było ich kilku, a nie jedna osoba?
Wzrok Matyldy wyostrzył się do granic możliwości, twarz pociemniała ze złości, a cała jej postać wyglądała jak wygłodniały wilk, który najchętniej rozszarpałby swoją, naiwnie pchającą się w jego paszczę, ofiarę.
– Że kilka? Ludzie mówią… – Matylda próbowała zignorować podejrzliwość policjanta – mówią, że takie zniszczenia musiało zrobić kilku bandziorów.
– Tak, tak też i my przypuszczamy, ale to nic pewnego jeszcze – wymamrotał stróż prawa.
– Jeszcze jakieś pytania? – Dopytała zniecierpliwiona.
– Nie! Żadnych pytań więcej na dziś. I tak zająłem paniom dużo czasu.
– Żegnam więc! – Powiedziała ze zniecierpliwieniem Matylda i nie czekając na reakcję funkcjonariusza policji ruszyła przed siebie.
– Dowidzenia – dopowiedziała śpiesznie Anna i podążyła za rozzłoszczoną teściową.
– Dziękuje paniom jeszcze raz! – Krzyknął inspektor. – Pozwolę sobie jeszcze zająć w przyszłości czas, jeśli zajdzie taka konieczność.
Żadna z kobiet jednak nie zareagowała na tę obietnicę, a raczej ostrzeżenie.
Po rozmowie z natrętnym inspektorem Matylda zapowiedziała, że nie ma już siły do nikogo się odzywać. Potrzebuje spokoju i snu. Anna nie miała nic przeciwko, szczególnie, że czekała tylko na okazję, by móc włączyć laptopa i kontynuować rozmowę z nieznajomym mężczyzną. Miała przynajmniej nadzieję, że tej nocy się pojawi. I rzeczywiście. Pojawił się on-line i od razu przesłał jej wiadomość. Nie zwlekała z odpowiedzią.
Miło Cię widzieć, tęskniłem! Marek.
Witaj Marku!
A Ty tęskniłaś za mną?
Myślałam sporo o Tobie…
To znaczy, co myślałaś?
Ogólnie… Co u Ciebie?
Kiepsko, ale nie chcę o tym pisać…
Aż tak źle?
Takie życie! Rodzina i w ogóle same problemy. Wiesz, mam do Ciebie pytanie.
No to słucham.
Znamy się co prawda krótko, ale jesteś piękna kobietą, bardzo interesującą…
Dziękuję! Miły jesteś!
I chciałem zapytać, czy miałabyś ochotę się ze mną spotkać, porozmawiać?
O niczym innym nie marzyła.
Tak, z przyjemnością…
A kiedy mogłabyś? Może jeszcze dzisiejszego wieczoru?
Dziś nie, nie mogę dzisiaj.
To może jutro?
Z chęcią. O której?
Będziesz wolna około 20.00?
Oczywiście, a gdzie?
Na Kłopotowskiej jest przyjemna knajpka, bar. Może tam?
Będę o 20.00.
Rewelacyjnie, bardzo się cieszę!!!!!
Ja także!
Muszę kończyć.
Już?!
Tak, żona wraca właśnie z dziećmi, nie chcę się znaleźć w niezręcznej sytuacji.
Oczywiście, rozumiem. Do zobaczenia w takim razie jutro o 20.00!
Do zobaczenia moja droga! Już nie mogę się doczekać! Kłopotowska 24. Pa!!
*
Z samego rana w Cytrynie wszystko wróciło do swojego rytmu.
Listonosz przyniósł dwa listy, paczkę, trzy rachunki i pusty przekaz do wypełnienia z dołączonym obrazkiem świętego. Jeden list to odpowiedź na reklamację, którą Matylda złożyła miesiąc wcześniej w sklepie obuwniczym. Reklamacja została odrzucona. Drugi list – tajemniczy, w pomiętej kopercie, wywarł na niej największe wrażenie, większe od rachunków za energię elektryczną, wodę i gaz. Zerknęła jedynie na pierwsze zdanie, które ktoś na bazgrolił na zwykłej, zakratkowanej kartce papieru. Wiedziała co to jest i czego dotyczy. Nie czytała dalej, tylko czym prędzej schowała list do kieszeni. Poruszona jego treścią, próbowała zachować spokój, ale zdenerwowanie nie tak łatwo ukryć. Ujawniło się w postaci tętniącej żyły przebiegającej nad prawą skronią. Przetasowała rachunki i wzięła do ręki niebieski przekaz (z wpisanym już numerem konta) od sióstr zakonnych, którym mniej lub bardziej regularnie wysyłała pieniądze. Kwoty były niezmiernie niskie – wręcz symboliczne, ale siostry pamiętały o podziękowaniach każdemu bratu i każdej siostrze. Nawet za małe datki. Dlatego do kolejnego przekazu dołączały obrazek ze świętym – ich patronem, oczekując w zamian kolejnego, jakiegokolwiek wsparcia. Matylda wypełniała druk tylko w sytuacji, kiedy coś ją gnębiło i nie dawało przez dłuższy czas spokoju. Kiedy nad jej głową zbierały się czarne chmury inwestowała w swój spokój i pozytywne zakończenie aktualnie prowadzonego biznesu. Tym razem było podobnie. Nie wyrzuciła przekazu do kosza, tylko odłożyła na później.
Ewa tego dnia spóźniła się dobrą godzinę. Wbiegła do salonu przerażona, z oczami dużo większymi niż zazwyczaj. Wyraźnie pobudzona.
– Co za poranek Mani Matyldo! – Zawołała jeszcze w drzwiach, kiedy tylko zobaczyła swoją szefową siedzącą za stolikiem – biurem.
– Co się stało? – Zareagowała Anna.
– Tym razem… – dopowiedziała ironicznie Matylda.
– Jadę sobie spokojnie autobusem – wyciera pot z czoła – i jak zwykle włączam na drzemkę, a tu jak nie huknie gdzieś w pobliżu!
– Bomba? – Zapytała z przekąsem Matylda.
– Jaka tam bomba! Dwa samochody się stuknęły, ale jak! – Zrobiła pauzę na przełknięcie śliny. – Dostanę szklankę wody? Z wrażenia mi zaschło…
Anna nalała wody do kubka i podała spragnionej koleżance. Ewa tymczasem na jeden raz wypiła całą jego zawartość.
– Jeden to chyba nie przeżył! – Dodała natychmiast.
– Najważniejsze, że Ty przeżyłaś… – komentowała Matylda.
– Pani mi nie wierzy, a tam się działy takie rzeczy!
– Bierz się do pracy lepiej – zganiła swoją pracownicę, po czym zebrała wszystkie papiery ze stolika i zgasiła papierosa, którego dopiero co zapaliła. – Mam dziś do załatwienia kilka spraw – dodała tonem informacyjno-służbowym, dlatego wrócę jakoś po popołudniu.
– Damy sobie radę – odburknęła Ewa, obrażona za bezpodstawny brak wiary w jej słowa.
– Ale w ciągu dnia mogę wpaść i skontrolować jak Wam idzie…
Powiedziawszy to Matylda rozpoczęła wspinaczkę po schodach, aż w końcu zniknęła w otchłani korytarza na piętrze.
– Co ona dzisiaj się tak dziwnie zachowuje? – Zagadywała Ewa, kiedy tylko zostały same.
– Nie wiem, jak wstała była normalna, ale potem przejrzała pocztę i zrobiła się taka markotna…
– Rachunki pewnie – skomentowała Ewa, na co obydwie zareagowały gromkim śmiechem.
Kolejne godziny upływały pracowicie. Salon odwiedziły cztery klientki, więc ruch był większy niż w całym minionym tygodniu. Statystyka się podniosła, zysk w kasie – jako taki, ale był, Ewa przy każdej nadarzającej się okazji narzekała nad ciężkim losem, a Anna kręciła się niespokojnie po salonie, albo nerwowo przestępowała z nogi na nogę.
– Coś cię gryzie? – Spytała koleżanka, kiedy w salonie zostały same.
– Nie, to nie to…
– Nie udawaj! Wiesz, że przede mną niczego nie da się ukryć – powiedziała dumnie Ewa.
Anna wiedziała o tym doskonale.
– To mów! – Ponaglała Ewa.
– Widzisz…, ten Internet to nie taka głupia sprawa… – wyszeptała zawstydzona Anna.
– Hm…, czy to znaczy, że ty już…
– Tak!
– Fiu, fiu, nie powiem – Ewa patrzyła na Annę, obchodząc ją dookoła – zawsze wyglądałaś mi na spokojną osobę, ale taką, co to nie jedną ma twarz.
– Po prostu, ktoś napisał i tyle – wyjaśniła Anna.
– Nie, nie…, ja nic nie mówię!
– To dobrze chyba, prawda?
– Bardzo dobrze nawet – mówiąc to, Ewa stanęła za jej plecami i mocno objęła.
– Trochę się jednak denerwuję…
– A czym? Fajny? Opowiadaj póki mamy chwilę!
– Ma czterdzieści lat, jest wysokim szatynem – westchnęła – i ma piękne niebieskie oczy…
– Eh, ty to masz szczęście! Tak od razu… – zaśmiała się Ewa. – No a czym on się zajmuje?
– Pracuje na giełdzie!
– Makler?
– Chyba tak…
– Bierz go! Nawet się nie zastanawiaj!
Zaśmiały się.
– Ile zarabia? – Wypytywała Ewa.
– Nie no, oszalałaś! Niby skąd mam to wiedzieć?
– Uuuu… kochanie, to co ty o nim właściwie wiesz?
– Wiele rzeczy!
Anna żałowała, że wspomniała o spotkaniu z nieznajomym. Ale nie mogłaby tego przemilczeć, bo choć bajecznie była podekscytowana randką, to zarazem bardzo się jej bała. Musiała z kimś o tym porozmawiać, licząc na to, że w zamian uzyska wsparcie.
– No jakich niby? – Pytała przekornie Ewa.
– Jest żonaty…
– Ma żonę?!
Ewa podskoczyła na fotelu. Nie wiadomo, czy z przerażenia, czy bardziej z radości, że historia staje się coraz bardziej zagmatwana.
– Nie, wziął ślub z kozą – zażartowała Anna, przewracając oczami.
– I co teraz?!
– Ale jej nie kocha…
– Jasne! – Zasyczała Ewa spoglądając na swoje odbicie w lustrze, przed którym siedziała. – Zawsze tak faceci mówią.
– On chyba mówi prawdę.
– Mówią to, co chcesz usłyszeć – obstawała przy swoim Ewa.
– Ale nie on – w Annie coś się buntowało.
– Niby skąd ty to możesz wiedzieć, hm?
– Wydaje mi się bardzo szczery, i…
– I co?
– No i nieszczęśliwy…
– W to akurat to mogę uwierzyć, w przeciwnym razie nie siedziałby przed kompem i by cię nie podrywał.
Annie takie słowa zdecydowanie się nie podobały, ani ton w jakim były wypowiadane.
– Szydzisz sobie ze mnie? – Zapytała Ewę, oczekując wyjaśnień.
– Skąd! Ja tylko wiem jak to jest naprawdę – uspakajała ją koleżanka.
– Dobra, nie mówimy więcej o tym…
– Poczekaj! Zaraz się irytujesz. O której się widzicie? – Ewa zmieniła nieco swój ton.
– O dwudziestej.
– Super! Tylko uważaj na siebie.
– Będę uważała.
– Jakby co, dzwoń…
– Dzięki.
– Albo…
– Tak?
– A może ja pójdę z tobą? – Zapytała Ewa z niespotykaną u niej powagą.
– Jak to sobie wyobrażasz?
– Hm…, bo ja wiem…, może usiądę przy stoliku obok?
– I co?
– No wiesz, tak będzie bezpieczniej…
– Może masz rację, tylko że ja będę się stresowała jeszcze bardziej, a on wtedy coś zauważy i się na mnie obrazi jeszcze.
– No tak, tak. Weźmie cię jeszcze za wariatkę… – zgodziła się Ewa.
Kobiety były zgodne, że opcja wspólnego wyjścia nie wchodzi w grę.
– Musisz sobie radzić sama w takim razie.
– Będzie dobrze – Anna pocieszała, i Ewę, i siebie samą. – Poza tym nie spotykamy się w lesie, tylko w samym centrum wielkiego miasta.
– Wiesz, dla zboczeńców każde miejsce jest idealne – fantazja Ewy znowu dawała o sobie znać.
– Nie mów mi takich rzeczy, bo zostanę w domu.
– Już nic nie mówię! Randka będzie pierwsza klasa, a twoja przyszłość maluje się w różowych barwach.
Wiedziały, że to tylko żarty, ale nawet to je uspokajało.
– Poczekaj chwilę!
Ewa zerwała się z fotela i pobiegła na zaplecze.
– Dam ci coś! – Krzyknęła zza ściany.
Po chwili wróciła, trzymając w ręku mały, czarny pojemnik.
– Weź to – powiedziała chwyciwszy rękę Anny.
– Co to?
– Gaz pieprzowy – wyjaśniła.
– Daj spokój, nie strasz mnie!
Anna cofnęła rękę.
– Weź mówię! Na wszelki wypadek.
– Na pewno tego nie użyję…
– Jasne, że nie będzie takiej potrzeby, ale weź.
Ewa postawiła na swoim, a następnie poddała koleżankę małemu szkoleniu ze sposobu jego użycia.
– Dzięki!
– Będziemy obydwie pewniejsze – dodała Ewa.
I rzeczywiście. Anna poczuła się pewniej, choć trudno było jej określić źródło takiego stanu emocjonalnego – czy wynikało bardziej z rozmowy, jaką przeprowadziły, czy z faktu posiadania gazu pieprzowego.
Matyldy nie było w domu od samego rana. Zgodnie z zapowiedzią załatwiała swoje interesy na mieście. Nigdy wcześniej nie zajmowało jej to aż tyle czasu, ale najwidoczniej nigdy przedtem nie była zaabsorbowana równie ważnymi sprawami. Z resztą, jej nieobecność była tego dnia bardzo pożądana, bo Annie zaoszczędziło to tłumaczeń i wyjaśnień, dokąd się wybiera wieczorem, dlaczego się tak stroi i skąd u niej takie podniecenie. Bez dwóch zdań, Matylda zauważyłaby euforię, jaka towarzyszyła temu spotkaniu.
Choć dochodziła dwudziesta ulice miasta tętniły życiem. Zwykle cały ruch nieco spowalniał wczesnym wieczorem, ale o tej porze roku, kiedy słońce miało się jeszcze całkiem dobrze na niebie, bardziej była to część dnia, aniżeli wieczoru, czy nocy. Jedni jeszcze pracowali, inni wracali w pośpiechu do domu, a jeszcze inni spotykali się z przyjaciółmi, tworząc na ulicach, w parkach i ogródkach restauracyjnych, grupy doskonale bawiących się ludzi, głodnych wrażeń, plotek, informacji…
Anna szła na spotkanie, zastanawiając się, co ją czeka. Przyglądała się swojemu odbiciu, które asystowało jej od dłuższego czasu w wielkich sklepowych witrynach. Raz pocieszała się, że wygląda pięknie, ale w innej szybie jej odbicie traciło cały urok. Wtedy była gotowa wrócić śpiesznie do domu, przeszukać szafę i pojawić się na randce w zupełnie innych ciuchach.
Po przeciwnej stronie ulicy ciągnął się park, skąd biło wczesno wieczornym chłodem i zapachem zatęchłej wody wypełniającej niewielkie jeziorko, w którym wiosną na dobre zadomowiły się dzikie kaczki… Myślała o mężczyźnie – wielkiej niespodziance, jaka na nią miała czekać, o tym, jaki jest w rzeczywistości, jaki ma głos. Towarzyszący jej dreszczyk emocji i zmienność uczuć, nasilały się z każdym kolejnym krokiem. Zajrzała do torebki, chcąc upewnić się, że gaz jest na swoim miejscu – tak, na wszelki wypadek. Jakby jego posiadanie miało zapewnić jej bezpieczeństwo i dodać odwagi. Ale zaraz potem, znowu poczuła olbrzymią radość, że za kilka minut jej życie się odmieni… Zastanawiała się, jak mówić do niego zdrobniale, kiedy w niedzielne popołudnia, będą spędzać czas nad wodą.
– Misiu, słonko, kotku… – wymawiała na głos, łamiąc sobie głowę, co brzmi lepiej, bardziej właściwie.
Zaaferowana myślami nie zauważyła kiedy znalazła się pod wskazanym adresem. Kłopotowska 24. Adres właściwy, ale baru brak. Próbowała sobie przypomnieć jego nazwę. Tyle tylko, że mężczyzna wcale jej nie podał. Nic więcej poza adresem, pod którym znajdowała się wielkomiejska kamienica, dopiero co odrestaurowana. Elewacje pachniały świeżą farbą, której ślady (koloru kości słoniowej) pozostawały jeszcze widoczne na chodniku. Do wnętrza budynku prowadziła brama z drewnianymi, brązowymi wrotami, której środkową część zajmowały zakratowane okna, z wijącymi się wokół prętów, czarnymi, stalowymi pędami bluszczu. Po przejściu przez bramę oczom Anny ukazał się inny świat. Spokojniejszy, niemal zastygły w bezruchu. Po prawej stronie podwórza oraz na wprost zachęcały do wejścia drewniane drzwi klatek schodowych – klatki schodowej numer jeden i klatki schodowej numer dwa. A ponad nimi, na wysokość piątego piętra, szybowały ku niebu równe rzędy, mieniących się w już wieczornym słońcu okien. Na tle szarego tynku ścian, wyglądały jak nowoczesne, szklane windy, wożące wciąż napływających klientów wielkiego centrum handlowego lub pracowników jednego z wieżowców Hongkongu.
Po lewej stronie podwórza znajdowały się otwarte drzwi Baru Drugiej Kategorii, skąd dobiegały ciche, niczym szept, dźwięki trąbki.
Ścianę nad wejściem rozjaśniał świecący blado zielonym światłem neon z nazwą lokalu, taki sam stary warszawski neon, jakich było w tym mieście pełno w latach 60. i 70. minionego wieku. Teraz ledwo się żarzył, ale zapewne po zmroku musiał rozjaśniać niemal całe podwórze.
Zachęcona dźwiękami jazzującej trąbki ruszyła przed siebie. Po przekroczeniu progu uderzyła ją od razu mieszanka zapachów świeżo zmielonej kawy, imbiru, kardamonu oraz alkoholi, których rzędy stały wzdłuż ściany równoległej do dębowego baru. Nad głowami gości powietrze mieliły trzy duże wentylatory. Kręcąc się jednostajnie szeptały między sobą, a może tylko mechanicznie szemrały. Poruszały się leniwie, a mimo to dawały z góry lekki powiew chłodniejszego powietrza. Z głośników płynęła wciąż ta sama muzyka, którą Anna słyszała jeszcze na podwórku. Nadawała temu miejscu specyficznego charakteru – miejsca przyciągającego jak magnes zagubionych samotników…
Lokal miał kształt prostokąta, przez środek którego przechodził długi, drewniany kontuar. Był niewątpliwie najważniejszym meblem tego miejsca. Ciągnął się od samego wejścia, aż do okien wychodzących na ulicę – na drugim końcu lokalu. Duże okna rozświetlały całe pomieszczenie i dodawały mu przestronności. Pod ścianą ustawionych było kilka okrągłych, małych stolików, a na ścianach, uwięzione w czarnych, drewnianych ramkach, wisiały czarnobiałe zdjęcia jakichś postaci. Przyglądając się im bliżej można było zauważyć podpisy widniejące pod każdą z fotografii, które pozwalały wywnioskować, iż są oni jazzmanami.
Przy jednym ze stolików siedziało dwóch starszych mężczyzn, którzy rozmawiali (czasem podniesionym głosem) na temat aktualnych wydarzeń politycznych. Mimo jednak, że rozprawiali o czasach jak najbardziej współczesnych, nie przeszkadzało im mieszać w dyskusję Piłsudskiego, Marksa, czy Churchilla. To jeden, to drugi, odwoływał się do tych wielkich osobistości, kiedy tylko było mu to pomocne, aby przekonać rozmówcę do głoszonych przez siebie racji. Mimo starczego wieku, w jakim pogrążeni byli po uszy, w ich głosach czuło się taki zapał, werwę i siłę, że gdyby przysłuchiwać się ich rozmowie, bez patrzenia na nich, można by stwierdzić, że przy stoliku siedzi dwóch studentów, żywo zainteresowanych światem i aktualnymi wydarzeniami. Raz się poklepywali po plecach, a chwilę później wygrażali sobie palcami. Uśmiechając się do siebie byli przyjaciółmi, a kiedy podnosili głos, plując przy tym na wszystkie strony, stawali się zażartymi wrogami. Tak czy inaczej można było odnieść wrażenie, że czują się tu oni jak u siebie w domu. Byli zapewne stałymi bywalcami tej knajpki.
Anna podeszła do baru i zamówiła espresso.
– Proszę uprzejmie! – Opowiedział barman na złożone zamówienie.
– Przepraszam, co to za muzyka? – Zapytała żywo zainteresowana. Choć rozbrzmiewające tu dźwięki słyszała pierwszy raz w życiu, to od razu przypadły jej do gustu.
Mężczyzna przerwał robienie kawy i spojrzał na nią ze szczerym zdziwieniem, ale też i wyrozumiałością.
– Pani nie wie, kto to?
– Słyszę tylko trąbkę…
– To Miles Davis proszę pani.
– Pięknie gra…
– A to co pani akurat słyszy to Human Nature – wyjaśniał – mój ulubiony kawałek.
Przy kontuarze siedziało jeszcze trzech mężczyzn. Czekając na zamówienie, Anna rozglądała się po lokalu i kątem oka ich obserwowała. Pierwszy, siedzący najbliżej niej, miał niewiele ponad trzydzieści lat, sporą nadwagę i niemniej problemów. Zapijał je kolejnymi kieliszkami wódki, które ochoczo podstawiał mu pod nos barman. Mężczyzna siedział nieruchomo, wpatrywał się w blat baru i zdawało się, że nie zauważa nikogo. Czasem tylko coraz luzował krawat, który wpijał się w jego opuchniętą szyję.
Dwaj pozostali panowie siedzieli nieco dalej. Jeden z nich wstał i podszedł do Anny.
– Lisa?
Kobieta spojrzała wprost w jego oczy i nie była w stanie wypowiedzieć nawet jednego słowa. Czuła jak niemoc ogarnia całe jej ciało, kawałek po kawałku. Palce dłoni, ramiona, szyję, nogi. Gdyby sytuacja zmuszała ją w tym momencie do ucieczki, nie mogłaby zrobić najmniejszego choćby kroku.
– Ty jesteś Lisa, prawda? – Powtórzył mężczyzna. – Poznaję po zdjęciu, które mi przesłałaś.
Gość, który do niej podszedł był wysokim szatynem, dobrze po czterdziestce. Mimo wysokiej temperatury, z jaką tego dnia mieszkańcom Warszawy przyszło się zmagać, on miał na sobie dobrze skrojony garnitur i doskonale dopasowane buty. I głos…, właśnie taki o jakim marzyła.
– Tak, mam na imię Lisa… – potwierdziła.
Mężczyzna podał jej rękę i sam się przedstawił.
– Marek. Witam. Może usiądziemy tam? – Wskazał ręką miejsce przy barze, gdzie stała jego szklanka i popielniczka z dymiącym papierosem.
– Bałem się, że nie przyjdziesz – powiedział, kiedy siadali.
– Skąd takie myśli? – Zdziwiła się Anna. – Ustaliliśmy przecież wszystko.
Uśmiechnął się i zaciągnął się głęboko papierosem.
– Wiem – wypuścił dym – ale dziś nie można polegać na ludziach, więc…
– Nie ufasz mi? – Odebrała to jak zarzut skierowany do jej osoby. – Nawet się nie znamy. To skąd przypuszczenie, że mogłabym nie dotrzymać słowa.
– Nie, to nie to! Ty właśnie wydajesz mi się osobą godną zaufania, teraz jestem tego pewien.
– Dziękuję – zarumieniła się.
– Ale za nim przyszłaś, jakaś niepewność we mnie była.
– Rozumiem.
– Jak się masz? – Mężczyzna szybko zmienił temat uśmiechając się przy tym. – Tyle mam pytań do Ciebie…
Zanurzał w jej oczach swoje spojrzenie, co niezmiernie ją peszyło, ale też i podniecało. Krępowała się odwracając wzrok, ale za sekundę wracała i szukała jego oczu.
– Chyba się mnie nie boisz? – Upewniał się, gotowy nie patrzeć na nią, jeśli tylko tego zażąda.
– Skąd! – Zaprzeczyła natychmiast.
– Nie gryzę… – zaśmiał się.
– Opowiedz mi coś o sobie – poprosiła, zmieniając temat.
– Mamy rozmawiać o mnie? Nie, pomówmy o tobie, to znacznie bardziej ciekawe.
Musnął nogą jej kolano. Niby przypadkiem.
– Co mogę powiedzieć, w zasadzie już dużo wiesz…
– Tak, że masz salon fryzjerski, że mieszkasz z matką i… – przypatrywał się jej włosom.
– I…? – Wstrzymała oddech.
– I że jesteś piękną kobietą.
Dreszcz przeszedł po jej plecach. Nikt nigdy tak do niej nie powiedział. Bo któż miałby to zrobić? Był tylko Fryderyk, ale on zbyt mocno skupiał się na sobie i swoim zdrowiu, żeby docenić kogoś z kim się związał.
– I kiedy tylko cię zobaczyłem – kontynuował Marek – cieszyłem się jak nastoletni łobuz, że cię poznałem.
Anna zrobiła łyk espresso. Milczała. Nie była pewna, czy mężczyzna jest z nią szczery. Czy te komplementy są wyrafinowanym sposobem podrywu, czy może płyną z głębi jego serca.
– Bezpośredni jesteś…
– Raczej otwarty. Uważam, że życie warto brać takim jakie jest. Nie można się zamykać.
– Nie, nie zamykam się.
– Nauczyłem się jednego, że jeśli szczęście się pojawia, to należy je chwytać czym prędzej.
Nie wierzyła mu.
– Po to – mówił dalej – żeby je pielęgnować i by mogło przerodzić się w wielką miłość.
Uwierzyła.
Rozmowa się rozkręciła. Anna, to rumieniła się, to uśmiechała na przemian. Dwóch staruszków prowadzących energiczne rozmowy zastąpiła niepostrzeżenie kobieta, która pijąc zielonego drinka czekała na kogoś. Patrzyła przez okna na świat, który przeobrażał się na jej oczach. Słońce ustępowało właśnie miejsca światłom ulicznych latarni.
– Jakie masz plany na dzisiejszy wieczór? – Spytał w końcu Marek.
To pytanie wyrwało ją z czasoprzestrzeni, w której na moment się zanurzyła.
– Plany? Właściwie… – nie wiedziała, co powinna była mu odpowiedzieć.
– To zapraszam cię na spacer. Co ty na to?
Jak można oprzeć się takiemu uśmiechowi, kiedy samotność puka bezustannie do drzwi.
– Z przyjemnością! – Odparła bez wahania.
– A może później poszlibyśmy do hotelu?
Tego się nie spodziewała. Obrzuciła go dzikim spojrzeniem i nie odpowiedziała nic. Mężczyzna to zauważył i szybko dodał: – Oczywiście tylko pod warunkiem, że też masz na to ochotę.
Nigdy nie zrobiła czegoś równie niegodnego. Szczeniackiego. Miała czterdzieści sześć lat i jak świat światem, nie przespała się z kimś, kogo znała zaledwie dwie godziny. Ale tak, miała wielką ochotę to zrobić. Pragnęła go bardzo. A może nie jego, może każdego mężczyzny… I może wcale nie seksu, a bliskości, czułości…
– Tak – nie wierzyła słowom, które wypowiadała – mam cholerną ochotę….
Wymienili porozumiewawczo spojrzenia, on zapłacił za nich oboje i wyszli.
Wieczór był przyjemny. Ulica uspokoiła się przez te dwie godziny ich rozmowy w Barze Drugiej Kategorii, na tyle, że zapach spalin ustąpił zapachowi nocy. Zamiast spacerować skierowali się do najbliższego hotelu. Do pokonania mieli zaledwie skrzyżowanie.
Noc minęła szybko, jak wszystko co jest przyjemną bajką. Anna wróciła do domu dopiero nad ranem i choć zegarek oznajmiał już porę wstawania, ona nie czuła zmęczenia. Przeciwnie. Chciała, by dzień jak najszybciej się rozpoczął, żeby minął w mgnieniu oka i przyszedł wieczór. Wieczorem umówiona była z Markiem na pogawędkę przez Internet. Nie mógł się spotkać tego dnia ze względu na wyjazd służbowy, ale obiecał pojawić się wirtualnie wieczorem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *