Czyżby niemożliwe?…

Wstęp.

Czasem pragnienie szczęścia może doprowadzić do katastrofy. W naszym społeczeństwie pokutuje przywiązanie do ceremonii ślubnych. Większą część Polaków stanowią katolicy. Ideologia katolicka, obok wielu nieżyciowych zakazów, uniemożliwia zawieranie powtórnego małżeństwa, jeśli jeden ze współpartnerów żyje. Dla ludzi, którym małżeństwo się nie udało z takiego czy innego powodu pozostają trzy wyjścia:
1. pozostać do końca samemu;
2. żyć w tzw. „wolnym związku”;
3. starać się o unieważnienie małżeństwa.


Pierwsze rozwiązanie jest bardzo idealistyczne. Korzystają z niego w większości kobiety, które zrażone pierwszą jakże bolesną porażką, wybierają świadomie tzw. „życie chwilą” niż niewygody życia we dwoje. Najłatwiej jest żyć samotnie kobietom, które mają bardzo słaby temperament, lub nie odczuwają zupełnie popędu płciowego.
Przy drugim rozwiązaniu człowiek wierzący w Boga przeżywa wieczne katusze sumienia. Najczęściej /w zależności od tego jak silna jest jego wiara/ albo staje się niewierzącym, i stara się usankcjonować prawnie swój związek, albo po pewnym czasie – zmęczony ciągłym konfliktem sumienia – kończy znajomość, która w jego mniemaniu i tak, z takich czy innych powodów, wygasłaby bez szans na jakąkolwiek przyszłość.
Trzecie rozwiązanie w żaden sposób nie wyklucza dwóch poprzednich. Zauważyć należy, że może ono być /w zależności od wyroku Sądu Papieskiego/ początkiem dwóch poprzednich wyborów.
Gdyby w grę wchodził tylko konflikt sumienia sprawa byłaby prosta. Tam gdzie w grę wchodzi miłość – nic nie jest proste. Najtrudniej jest podjąć decyzję, gdy jeden ze współpartnerów ma sobie tylko znane powody, dla których nie chce zmienić na lepsze /zdaniem drugiego/ warunków życiowych…
Historia taka jak ta może przydarzyć się każdemu, bez względu na wyznawany światopogląd, pozycję społeczną a także stan cywilny.
Nie życzę jednak nikomu przeżycia jej tak jak to zdarzyło się w tym opowiadaniu.
Autor.

Rozdział I – „Początek gry o wszystko”.

Poniższa rozmowa toczona w warunkach iście komfortowych, w jednym z nadmorskich kurortów uzdrowiskowych miała w diametralny sposób zmienić jak dotąd spokojne i w miarę stabilne życie głównego bohatera tej opowieści. Był maj – według obiegowej opinii – miesiąc zakochanych:
– Czy nie wystarcza ci, że przyjeżdżam do ciebie coraz częściej?
– Nie – odparł krótko. – Zbyt dużo jest w moim życiu beznadziei. Nie chcę żyć tylko marzeniami i wydzierać skrawki szczęścia, które niezmiernie skąpo ofiaruje mi los. Chciałbym budzić się i zasypiać u twego boku. Każdorazowo, gdy przyjeżdżasz jest wspaniale…
Przerwał, gdyż kobieta przywarła do niego całym ciałem i zaczęła całować jego usta.
Delikatnie wyswobodził się z jej objęć i kontynuował:
– Musimy porozmawiać, gdyż nadszedł czas, aby uporządkować nasze sprawy.
Usiadł na łóżku i patrząc na nagie ciało swej partnerki, z trudem opanował rosnące pożądanie. Postanowił, że tym razem powie to wszystko, o czym myślał od bardzo dawna. Ich znajomość trwała na tyle długo, że dalsze unikanie trudnych tematów mijało się z celem. Przecież, myślał nim jego ukochana przyjechała, jesteśmy ludźmi dorosłymi. Oboje darzymy się miłością, chcemy być razem, nie ma, więc – kontynuował – powodu, dla którego stan przymusowej „separacji” miałby nadal trwać.
To, że oboje mieli dzieci z poprzednich związków, że czuli się za nie odpowiedzialni i jak dotąd skrzętnie ukrywali swój związek nie było /w jego odczuciu/ wystarczającym powodem do sprowadzania ich uczucia do poziomu wyłącznie zmysłowej fascynacji.
Być może wybrał niewłaściwy moment. Może powinien jeszcze z tym poczekać. Gdyby w tej chwili wiedział, jakie komplikacje przyniesie z sobą przyszłość, pewnie cofnąłby się ze zgrozą i nie drążył tematu. Jego intencje były szczere i pozbawione jakiegokolwiek wyrachowania. Wielokrotnie chciał poruszyć temat ich wspólnej przyszłości, kobieta jednak zręcznie i niemal z premedytacją przerywała rozmowę zmieniając temat. Była tak piękna, tak pomysłowa w igraszkach miłosnych, że z łatwością udawało jej się manipulować mężczyzną, który zupełnie stracił dla niej głowę.
Teraz również nie zamierzała kontynuować niewygodnego dla niej tematu.
– Zaniedbujesz mnie – stwierdziła, prowokacyjnie rozchylając uda – a to bardzo niedobrze.
Mężczyzna z najwyższym, widocznym na twarzy, wysiłkiem powstrzymał się od pieszczot. Jego podniecenie wzrosło niepomiernie. Leżącą kołdrą zasłonił nogi kobiety, wstał i głosem, w którym przebijała determinacja stwierdził:
– Wybacz… Tym razem naprawdę chciałbym kontynuować rozpoczętą rozmowę. Ubierz się, proszę i usiądź na przeciwko mnie – to mówiąc, sam włożył szlafrok owijając nim swe ciało.
– Nie chcę poruszać tematów, które mogą poczekać – z kokieterią w głosie stwierdziła kobieta.
Jej słowa odniosły zupełnie inny od zamierzonego skutek. Mężczyzna popatrzył na nią, a potem z rozdrażnieniem odparł:
– Czemu nie traktujesz mnie poważnie. Mówisz, że kochasz, szeptasz słowa, które dla każdego normalnego faceta byłyby sygnałem, że jest ważny dla swojej wybranki… Czyżby były to tylko słowa, element gry wstępnej? Czy ja jestem ci potrzebny tylko do łóżka?
Reakcja kobiety była gwałtowna i natychmiastowa. Zerwała się z posłania, podbiegła do swego kochanka i wymierzyła mu silny policzek w twarz. Potem, jakby sama zaskoczona swym postępowaniem, zaczęła całować dość szybko czerwieniejące miejsce. Jednocześnie z jej ust popłynęły słowa, które brzmiały niczym skarga skrzywdzonego dziecka:
– Nigdy, powtarzam nigdy nie wolno ci nawet pomyśleć o tym, że jestem z tobą tylko ze względu na seks. To, co czuję do ciebie jest wyjątkowe. Traktuję cię bardzo poważnie. Jesteś dla mnie tak samo ważny jak mój syn. Tylko ze względu na niego nie mogę z tobą zamieszkać. Zrozum – tak jak ty nie chcesz zostawić swoich dzieci – ja nie mogę opuścić syna. Co ż tego, że jest już niemal dorosły. Nadal jest dziecinny. Nigdy nie darowałabym sobie tego, że przeze mnie wpadł w złe towarzystwo. Boję się porzucić wszystko to, do czego przez lata mojego małżeństwa przywykłam. W stolicy mam przyjaciół, znajomych, pracę, która daje mi niezmiernie wiele satysfakcji…
Mężczyzna przerwał potok jej słów:
– Przecież ja nie każę ci zerwać kontaktu z tym co już masz… Gdybyś zdecydowała się ze mną zamieszkać, nadal mogłabyś odwiedzać swoich znajomych, ba, nawet mogłabyś ich zapraszać do nas. Zmiana miejsca zamieszkania nie musi wcale oznaczać rezygnacji z życia, które dotąd prowadzisz. Jedynym mankamentem byłaby konieczność zmiany pracy…
– A widzisz. Wcale nie jest to takie proste.
Kobieta uchwyciła się tego argumentu i dalej kontynuowała:
– Bezrobocie w Polsce osiągnęło 20 procent. Wcale nie jest łatwo znaleźć pracę. Nie czarujmy się, dobrze wiesz, że nie jestem nastolatką. Tu gdzie obecnie pracuję mam ugruntowaną pozycję, nienajgorszą pensję, byłabym bardzo nierozsądna gdybym to porzuciła…
– …dla ciebie – wszedł jej w słowo. – Dla mnie nie warto tego robić. Wszystko, więc sprowadza się tylko do pieniędzy. Jestem dla ciebie tylko przygodą, jak się znudzę, lub za bardzo będę dążył do zalegalizowania naszego związku – ty powiesz „pa” i tyle cię będę widział…
– Nie licz na to, że z ciebie zrezygnuję – rzekła kobieta popychając swojego partnera w stronę łóżka. – Żaden mężczyzna nie potrafi być tak czuły jak ty. Nie mogę pozwolić, by inna kobieta zajęła moje miejsce…
– Wszystko sprowadzasz do seksu – zrezygnowanym głosem, w którym pojawiły się silne nuty pożądania, stwierdził. – Ja jednak prawdziwie cię kocham. Może jestem nudny i monotematyczny, ale zrozum to, niezmiernie trudno mi jest żyć samemu…
– Czy nie czujesz, że jestem przy tobie? Co mam zrobić, byś był szczęśliwy? Powiedz jak mam cię pieścić, a zrobię to z rozkoszą…
Jej język począł systematycznie wędrować od uszu mężczyzny aż do okolic podbrzusza. Tego typu pieszczota zawsze wywoływała w nim dreszcz pożądania skłaniając do poszukiwania jej ust a potem oboje wzajemnie się podniecając i pieszcząc swoje ciała, osiągali niemal równocześnie spełnienie…
Tym razem było inaczej. Wszystko było inaczej. Dotychczasowy rytuał miłosny został zakłócony wcześniejszą rozmową, która pozostawiła pewien margines niedomówień. Mężczyzna podjął grę i choć jego pieszczoty niczym nie różniły się od tych, które jego partnerka tak dobrze znała i pragnęła, to jednak tym razem więcej było techniki niż uczucia. Bohater miał dziwne uczucie, że jego wybranka coś ukrywa. Coś na kształt przeczucia nieuniknionego zdarzenia, niepokoiło mężczyznę, gdy całując usta i piersi swej kochanki chłonął oznaki zbliżającego się orgazmu.
– Moja najdroższa… – szeptał biorąc do ust brodawkę jej lewej piersi.
– Uwielbiam cię pieścić, uwielbiam jak jesteś wilgotna – szeptał delikatnie pieszcząc jej wargi sromowe i rozchylając je by opuszkami palców dotknąć łechtaczkę.
Kobieta poruszając biodrami, sama zachęcała swojego partnera do bardziej zdecydowanych i silniejszych pieszczot. Prawą ręką pieściła także jego członka, który dość szybko stawał się sztywny. W pewnym momencie oplotła nogami prącie kochanka, przewróciła mężczyznę na plecy i w pozycji na jeźdźca dokończyła pieszczot. Niemal jednocześnie z własnym wytryskiem mężczyzna poczuł silne skurcze pochwy swej kochanki. Z jej ust wydobył się krzyk rozkoszy.
W chwilę potem oboje zmęczeni i szczęśliwi obejmowali się całując swe usta.

Rozdział II – „Kłamstwo jako podstawa intrygi”

Aby w pełni zrozumieć, co się stało należy cofnąć się 5 lat wstecz. Podczas jednej z wielu dyskotek zorganizowanych dla uczestników Ogólnopolskiego Zjazdu Inżynierów i Techników w Warszawie, dobrze zapowiadający się asystent profesora Lucjana W, siedział w towarzystwie kolegów, żywo dyskutujących na temat ostatniego wykładu swego przełożonego. Szczerze powiedziawszy w najmniejszym stopniu nie podzielał entuzjazmu rozmówcy dowodzącego, że metoda badawcza zaprezentowana podczas wykładu przez profesora, stanowić może „istotny postęp w zwiększeniu wytrzymałości konstrukcji stalowych”.
Powodem braku zainteresowania Mirka P. omawianym tematem, a nawet widocznym na jego twarzy znudzeniem były kłopoty natury osobistej. Przed wyjazdem do stolicy żona stwierdziła: „nie widzę sensu kontynuowania naszego małżeństwa. Czuję się niepotrzebna, zaszczuta, nic prócz dzieci nas nie łączy.” Od swojej matki Mirek dowiedział się, że Marta już podczas jego pobytu w szpitalu /a więc 3 miesiące wcześniej/ nosiła się z zamiarem odejścia. Wtedy nie zdecydowała się na ten krok z uwagi na /jak to określiła/ „powinność względem chorego”. Jego błędem było pozwolenie na zapoznanie się żony z posiadaną dokumentacją lekarska, z której wynikało, że przebyta w dzieciństwie choroba /zapalenie opon mózgowych/ naruszyła sferę emocjonalną mężczyzny i obecnie nie jest on w stanie kontrolować napadów złego humoru i rozdrażnienia.
Różnice charakterów po raz pierwszy ujawniły się tuż przed narodzinami córki państwa P. Mirek był niezmiernie dumny z faktu, że zostanie ojcem. Swoją radością chciał się podzielić z rodzicami, jednak Marta przekonała go, że należy ten fakt trzymać w tajemnicy. Dlaczego? Rzekomo jest to bardzo intymna sprawa, o której ona poinformuje „w stosownym czasie”. Faktycznie poinformowała, jednak na samym końcu, gdy wszystkie jej przyjaciółki, rodzina łącznie z ciotkami i babciami, już wiedziały. Kolejny zgrzyt to imię narodzonej dziewczynki. Mirek radził się swoich rodziców i ustalili, że będzie to Agnieszka lub Dominika. Marta uparła się aby dziecko miało na imię Barbara. Zagroziła nawet Mirkowi, że „jeśli zmienisz kolejność, to się z tobą rozwiodę”. Została, więc Barbara, Magdalena P. Dużo goryczy i niepotrzebnych nerwów było podczas zawieszania obrazu Jezusa Miłosiernego. Mirek zwątpił, gdy Marta stwierdziła, że obraz nie powinien wisieć w ich sypialni nad łóżkiem. Było to dziwne. Żona stwierdziła: „jakie to prowincjonalne”. Uważała, że w mieście ludzie nie wieszają świętych obrazów nad łóżkami. Ponownie słowo „prowincjonalne” pojawiło się na użyte porównanie córki do księżniczki. Niby drobne rzeczy a jednak boleśnie raniły. Ciągłe niezadowolenie, zmęczenie, niechęć do seksu, a jeśli już to szybko, mechanicznie, bez uczucia, byle tylko skończyć – Mirek to widział i znosił przez prawie 5 lat.
Teraz wszystko uderzyło bohatera w twarz. Uzmysłowił sobie, że praktycznie nie ma po co wracać. Jeśli, myślał, chce się wyprowadzić – niech tak będzie. Może wróci… Co za pomysł! Nie po to odchodzi by wrócić. To nie ten typ człowieka.
Przed wyjazdem Mirek prosił swą żonę by jeszcze się wstrzymała, poczekała na jego powrót:
– Może warto jeszcze raz spróbować? Mamy przecież dziecko. Czy jej – spytał, wskazując na śpiącą dziewczynkę – szczęście jest ci obojętne?
Próba zmiany decyzji współpartnerki zakończyła się fiaskiem. Żona miała już ugruntowane zdanie:
– Właśnie ze względu na naszą córkę, lepiej będzie jak odejdę. Sam mnie wyrzucałeś…
– Wybacz, ale mówiłem: „Jeśli ci się nie podoba to się wynoś!” Dodam, że mówiłem to w gniewie. Wcale nie chcę byś odeszła.
– Za późno na żal. Już postanowiłam. Jutro się wyprowadzam. Nie staraj się mnie zatrzymywać. Nie udało się nam. Pora przerwać tę farsę.
To było wszystko. Wyjechał z rozdartym sercem.
Z całą beznadziejnością swojej sytuacji przyszło mu się zmagać przez 2 tygodnie. Myślał o przyszłości, o tym, że zawiódł, że jest przegrany. Profesor wyczuł od razu zmianę w zachowaniu swojego współpracownika. Taktownie nie pytał o nic, starał się, aby jego podwładny miał dużo zajęć. Mirek z nieukrywaną wdzięcznością spełniał wszystkie polecenia profesora. Przepisywał notatki swego pryncypała, sporządzał streszczenia z odczytów, na których jego zwierzchnika nie było, zawsze starał się być dyspozycyjny. Jego sumienność i dbałość o rzeczowe wyrażanie swoich opinii zjednywały mu przychylność zebranych. Doszło nawet do tego, że otrzymał propozycję pracy w stolicy na równorzędnym stanowisku na Uniwersytecie Warszawskim. Nie chcąc urazić swego rozmówcy odmową, obiecał zastanowić się nad propozycją. Z góry wiedział, że odpowiedź będzie negatywna. Nie wyobrażał sobie w danej chwili, aby mógł stracić kontakt z córką. Była dla niego wszystkim co miał. Wielokrotnie myślał o jej przyszłości, dla niej pracował na dwóch etatach będąc w domu gościem. W jego odczuciu nie zaniedbywał swych obowiązków. Starał się nakłonić żonę do większej dbałości o dom, spełniał jej „kaprysy”. Chciała usunąć sobie nadmierne owłosienie twarzy – pokrył niemałe, jak na jego skromne zarobki koszty sześciokrotnego zabiegu laserowego.
Jedyne, czego pragnął to, aby schudła. Przy wzroście 158cm waga 90 kg wydawała mu się zdecydowanie zbyt duża. Jednak żona nie zamierzała nic z tym zrobić…
Zaczęło się psuć między nimi w momencie, gdy ich przyjaciółka Dorota Ł. oznajmiła, że mąż postanowił się z nią rozwieść. Tak, wtedy zdałem sobie sprawę, że bardziej mnie pociąga Dorota niż Marta – uświadomił sobie Mirek po raz nie wiadomo, który analizując swe błędy.
Nie była to prawda – żona po latach przyznała, że sama prowokowała sytuacje „kłopotliwe”, aby się przekonać ile dla Mirka znaczy przysięga małżeńska. Odgrywała komedię niewinnej i oszukanej, aby znaleźć usprawiedliwienie dla własnych niedoskonałości. Dopiero, gdy Dorota otwarcie przyznała się do faktu, że pozwoliła Mirkowi dotykać swoje piersi, Marta wykorzystała ten argument i początkowo wspaniałomyślnie wybaczyła swemu partnerowi zdradę. Po pewnym czasie jednak stwierdziła, że nie może tego znieść i wyprowadziła się.
Życie jest bezwzględne. Jedno potknięcie może zniweczyć plany i marzenia na przyszłość. Mirek nie mógł się pogodzić z decyzja swej partnerki. Postanowił walczyć.
Siedział w gronie roześmianych i zadowolonych facetów, słuchał muzyki serwowanej przez prezentera dyskoteki i zaczynał być dobrej myśli.
– Popatrz, ale boginka!… – z zadumy wyrwał go głos kolegi.
Spojrzał w stronę wejścia i też oniemiał. Akurat DJ puścił piosenkę Wilków „Eli Lama Sabahtani”. Parafrazując słowa piosenki, jego przyjaciel Wojtek, niewiele się namyślając, podszedł do kobiety i z uśmiechem na ustach stwierdził:
– Z tobą w te drzwi weszły niebiańskie anioły! Czy zechce pani usiąść przy naszym stoliku i pozwoli postawić sobie drinka? Trochę tu tłoczno – dodał usiłując zagaić rozmowę.
Kobieta badawczym spojrzeniem oceniła swego bądź, co bądź przystojnego rozmówcę, popatrzyła w stronę wskazanego stolika, po czym ze słabo maskowaną pewnością siebie stałego klienta lokalu, kiwnęła głową dodając:
– Chętnie skorzystam z zaproszenia pod warunkiem, że postawi pan drinka również mojej koleżance Joli, która właśnie kończy makijaż – ręką wskazując na wysoką brunetkę, kobieta obdarzyła swego rozmówcę promiennym uśmiechem ukazując białe i równe zęby.
– Nie ma sprawy – z galanterią odparł mężczyzna. – Jeszcze jedno miejsce dla koleżanki niebiańskiego anioła na pewno się znajdzie. A tak na marginesie mam na imię Wojtek. Czy dużym nietaktem będzie zaproponowanie przejścia na ty?
– Nie wiem czy nie za wcześnie, ale niech będzie – z lekkim wahaniem odparła kobieta. – Mam na imię Amelia, ale znajomi mówią do mnie Dagmara.
Kobieta wyciągnęła dłoń, którą Wojtek z nabożną niemal czcią uniósł do ust delikatnie muskając wargami końcówki palców. Ten gest był bardzo miły, ale u nadchodzącej Joli wywołał śmiech.
– Cóż to za czarujący gentelman? Już myślałam, że tacy mężczyźni zdarzają się tylko w powieściach – zwracając się do Amelii i mrużąc kokieteryjnie oczy, ze śmiechem spytała Jola.
– Pani pozwoli – nazywam się Wojciech A., jestem inżynierem z Katowic.
Wyszukaną galanterią mężczyzna pragnął zatuszować niezadowolenie, ze zbyt wczesnego nadejścia przyjaciółki Dagmary.
Tymczasem Amelia z zainteresowaniem przyglądała się siedzącemu przy wskazanym przez Wojtka stoliku smutnemu mężczyźnie. Nie była w stanie później wyjaśnić, dlaczego właśnie na niego zwróciła uwagę. Być może zaintrygowała go jego małomówność. Z całą pewnością był atrakcyjny, gustownie ubrany i miał to „coś”. Tylko, co to było? Trudno jej było sprecyzować. Choć Wojtek przez cały czas ich pobytu w lokalu starał się zwrócić uwagę Amelii na siebie, ona odpowiadała mu zdawkowo i z przymusem. Na samym początku Wojtek przedstawił przybyłym kobietom swoich przyjaciół. Każdego z siedzących przedstawiał imieniem i nazwiskiem a na koniec dodawał zdanie mające humorystyczne zabarwienie. Gdy doszedł do bohatera tej opowieści stwierdził:
– To jest Mirek P. z Krakowa – młody, rokujący wielkie nadzieje asystent profesora Lucjana W. Stan cywilny – nieznany, stan posiadania również. Słowem jedna wielka zagadka…
Mirek uśmiechnął się tylko na te słowa, uścisnął wyciągniętą dłoń, skinął lekko głową i usiadł na swoim miejscu rzucając od czasu do czasu ukradkowe spojrzenia w stronę Dagmary.
Przy stoliku Wojtek usiłował skupić na sobie uwagę zaproszonych pań. Tylko Jola z uwagą słuchała jego słów. Zebrani od razu odgadli, że inżynier przypadł jej do gustu. Wojtek jednak chciał wzbudzić podziw Amelii. Jej też jako pierwszej zaproponował taniec /tango argentyńskie/, które prezenter dyskoteki puścił na wyraźne życzenie jednego z gości.
Parkiet zaroił się od tańczących. Ich stolik także. Mirek został sam. Nie miał ochoty na tańce. Jeszcze nie. Lubił tańczyć, przed maturą należał do zespołu tańca towarzyskiego „SEMAFOR”. Najdziwniejsze było to, że ze swą żoną nie był na ani jednej dyskotece. Przed ślubem nie było okazji, gdyż nosił żałobę po tragicznie zmarłym bracie. Po ślubie zaś dość szybko zorientował się, że Marta nie umie tańczyć. Zrezygnował, więc z życia towarzyskiego, dawne znajomości umarły śmiercią wymuszoną przez okoliczności. Pierwszy wspólny Sylwester spędzali u brata żony, gdzie nie było tańców a jedynie niskiego poziomu żarty. W dwa tygodnie po ślubie narodziła się Basia. Wtedy już nie było możliwości wyjścia razem. Ich życie zdominowała rutyna. Co niedzielna wizyta u rodziców lub odwiedziny koleżanek żony zupełnie dezorganizowały spokój i harmonię ich małżeństwa. O ile wizyty swoich rodziców Mirek sam prowokował, o tyle koleżanki żony /stanowiące zupełne jej przeciwieństwo/ każdorazowo niepotrzebnie podgrzewały atmosferę zniechęcenia i narastającej obojętności, która nasilać się zaczęła po urodzeniu Basi.
Dopóki dziecko było malutkie i nie rozumiało wielu rzeczy częste różnice zdań na temat sposobu wychowywania i przyszłości dziewczynki, młodzi konsultowali ze swoimi rodzicami. Być może był to błąd. Poglądy teściów Mirka P. były zupełnie inne niż jego rodziców. W rozmowie z synową rzadko, kiedy jego ojciec przyznawał jej rację. Z kolei teściowa do zachowania Marty miała swoje zastrzeżenia. Marta każdą uwagę kierowaną pod swoim adresem traktowała jako atak na niezależność i krytykę jej sposobu życia. Nie mogła zapamiętać sobie, żeby przy obieraniu warzyw lub owoców skórki wrzucać bezpośrednio do kosza a nie najpierw do zlewu. To tylko jeden z najbardziej /zdaniem Mirka/ jaskrawych przejawów jej tzw. niezależności. Nic ją nie nauczyło kilkakrotne zatykanie się zlewu. Według niej „wcześniej czy później zlew i tak by się zatkał – stać nas na kupno odpowiednich środków”. Choć mówiła, że był okres, w którym żyli w nędzy, nie była /zdaniem Mirka/ przyzwyczajona do oszczędności. Inną /dość istotną/ sprawą było zaufanie.
„Właściwie od początku Marta mi nie ufała – myślał obserwując tańczącą z Wojtkiem Dagmarę. – Czy tak być powinno? Zawsze wydawało mi się, że małżeństwo to monolit, w którym dwoje ludzi połączonych przysięgą na dobre i złe nie ma przed sobą tajemnic. Jak ona lekko i wdzięcznie tańczy… Szkoda, że nie spotkaliśmy się wcześniej. Teraz jest już za późno… Na tak piękną kobietę, taki jak ja może, co najwyżej tylko popatrzeć. Szczęściarz z tego, kogo ona pokocha…”
Tymczasem muzyka zamilkła. Towarzystwo wróciło do stolika.
– Pięknie tańczysz droga Amelio – powiedział Wojtek.
– Amelio? A więc nie ma pani na imię Dagmara? – zdziwił się Mirek.
– Amelia to imię, którego nie lubię. Dla przyjaciół jestem Dagmara… – trochę zbita z tropu odparła kobieta.
– Amelia, Dagmara… Jakie to ma znaczenie? Wyjątkowo piękną kobietę moim zdaniem przedstawiciele płci brzydkiej winni zwać boginią i cieszyć się chwilą, w której zechce boska osoba zaszczycić ich swym spojrzeniem…
– Ależ jesteś słodki! – wykrzyknęła Jola. – Przepraszam, ale słowa, które powiedział pan inżynier są tak nietypowe dla mężczyzn, których do tej pory znałam…
– Nie wiem, kim byli ci troglodyci, z którymi się Jolu stykałaś, ja – zapewniam cię – z mlekiem matki wypiłem szacunek i nieśmiałość w stosunku do pięknych i mądrych kobiet. Według mnie kobieta to najbardziej doskonałe dzieło Boga…
Wojtek potrafił kontynuować temat, nawet wtedy, gdy nikt go nie słucha. Stałoby się tak i teraz, gdyby nie z pozoru niewinne pytanie Mirka „czyżby?”, które przerwało nieprzerwany potok słów zwracając uwagę zgromadzonych w stronę pytającego. Pierwsza przerwała niespodziewaną ciszę Amelia:
– Zechciałby pan wyrazić swoją kontr opinię?
– Raczej nie, wybaczy pan Wojtku, że panu przerwałem…
„Po co mi te jałowe dyskusje, myślał, widać, żeś się chłopie zadurzył bez pamięci”. Jak ślimak w niesprzyjających warunkach szuka schronienia w swojej skorupie, tak i Mirek wycofując się z przerwanej rozmowy miał nadzieję, że nie będzie niepokojony. Przezornie uniósł do ust szklankę wypełnioną czerwonym winem i w milczeniu, niezmiernie wolno sączył płyn boga Bachusa.
– To niegrzecznie i nierozważnie ze strony dorosłego mężczyzny przerywać komuś wypowiedź, a potem unikać wyrażenia swojego zdania. Czyżby się pan bał Mirku? Czego? Z pewnością nikt ze zgromadzonych tutaj pana nie zlinczuje!
Wypowiedziane słowa stanowiły prowokację, której celem było skłonienie smutnego, z tajemniczego powodu mężczyzny, do aktywnego uczestnictwa w dyskusji. Amelia miała także nadzieję, że bojąc się dalszych docinków skłoni mężczyznę do rozmowy.
Prowokacja odniosła zamierzony skutek. Mirek P. uśmiechnął się smutno, a potem teatralnym gestem zastępującym słowa „dobrze, samiście tego chcieli” odparł:
– Jeśli oczekuje pani rewelacji, to czeka panią rozczarowanie. Uważam, że, jak to powiedział Miłosz „jednako waży piękno i brzydota”, czyli wszystko jest względne.
– Co za filozoficzne podejście… – z humorem wtrącił Wojtek.
– Ma pan rację. Tam gdzie mowa o gustach, tylko filozofia jest neutralna – kontynuował dalej Mirek.
– I to wszystko? – z udawanym zawodem w głosie stwierdziła Amelia.
– Jak zauważył mój przedmówca mam dziś filozoficzny nastrój, a to nie jest właściwy moment do rozmów.
Dalszą rozmowę przerwał DJ, który zapowiedział powiedział: „A teraz panie proszą panów i bawimy się z zespołem GIPSY KING”. Amelia skorzystała z okazji i podchodząc do Mirka poprosiła go do tańca. Już na parkiecie podczas gorącej rumby powróciła do przerwanej rozmowy. Układ taneczny, który zaproponował Mirek znany był jego partnerce – nie było żadnych przeciwwskazań do kontynuowania dyskusji. Patrzący z boku z zazdrością obserwowali tańczącą parę. Jej długie włosy przy każdym obrocie tworzyły coś na kształt płaszcza wodnego, który rozchylał się by ukazać niezwykłe zjawisko. Mirek z podziwem patrzył na partnerkę. Jego zachwyt, aż za dobrze widoczny w oczach, sprawiał Amelii dużą przyjemność. Uśmiechała się do niego i delikatnie ocierała podczas krótkich chwil schematu tanecznego.
Oboje jednak myśleli o czymś zupełnie innym.
Mirek był zachwycony, tym, że znalazł partnerkę, z którą bez problemów mógł tańczyć. Uzmysłowił sobie, że taniec to jego żywioł, że przez niemal pięć lat trwania swego małżeństwa nie odczuwał tak wielkiej radości i uniesienia. Twarz jego promieniowała. „Może minąłem się z powołaniem?” – przemknęła mu błyskawiczna myśl i zgasła równie szybko jak się pojawiła.
Amelia tymczasem obserwując zmianę nastroju partnera, sobie przypisywała zasługę i też się cieszyła. Ona uwielbiała taniec. Niestety, nie zbyt często wychodziła na dyskoteki. To, co głęboko skrywała w swym sercu, teraz zepchnęła głęboko w podświadomość i chciała zapomnieć o rzeczywistości. W jej przypadku było to jeszcze bardzie skomplikowane niż sytuacja bohatera tego opowiadania.
Amelia, a właściwie Ewa W. była mężatką od 20 lat. Za mąż wyszła z wielkiej i szalonej miłości. Miała to być jedna wielka namiętność na całe życie. Początkowo tak było. Jednak „bajkowe życie” skończyło się z chwilą narodzin córeczki. Jej mąż Bogdan W, podejrzewał ją o zdradę, zrobił piekielną awanturę, gdy się dowiedział, że Ewa jest w ciąży, próbował ją nakłonić do aborcji. Kobieta zdecydowała się urodzić dziecko, „na które jeszcze jest czas”. Przez cały czas połogu a następnie dzieciństwa swej córki, praktycznie sama zmagała się z jej wychowaniem. Doszło nawet do tego, że gdy dziecko było chore i lekarze rozkładali ręce, ona zdecydowała się na ryzykowne leczenie i… wygrała! Mąż przyglądał się dokonaniom swej żony z boku. Nie przeszkadzał, ale i nie pomagał. Całą swą miłość przelał na syna, który tym razem był zaplanowany. Dziewczynka wzrastała w cieniu miłości. Matka za wszelką ceną starała się zapewnić Weronice /tak miała na imię dziewczynka/ niedostatki miłości rodzicielskiej. Prawdopodobnie to właśnie spowodowało, że dziecko, będąc już dorosłą kobietą miało pełne zaufanie do swojej matki. To także przyczyniło się do utraty autorytetu ojca.
Trudno określić, kiedy tak naprawdę Bogdan W zaczął mieć problemy z alkoholem. Faktem jest, że, od kiedy urodził się syn, coraz częściej zaglądał do kieliszka. Tłumaczył dość naiwnie, że nie jest chory, że w każdej chwili może przestać. Owszem przestawał na kilka dni, po to tylko by później nadrabiać wcześniejszą abstynencję i bardziej się staczać.
Tańcząc z Mirkiem, Ewa nie odczuwała żadnych skrupułów, że zostawiła pijanego, śmierdzącego wymiocinami, męża samego w domu. Mieli przyjść razem, ale jeden z kolegów miał urodziny i oczywiście ważniejsze to było od obietnicy, złożonej rano Ewie. Ile razy można wybaczać niedotrzymanie danego słowa? Ile razy poświęcać się dla człowieka, który potrafi tylko zaspokajać siebie i swoje własne, silne poczucie wartości?
– Muszę przyznać, że jest pan niezwykłym mężczyzną. Musi mieć szczęście pana żona…
– Żona?… Czy widzi pani gdzieś na mojej ręce obrączkę? – „Co ja robię?! Trudno, słowo się rzekło. To i tak nie ma znaczenia. Potańczymy, skończy się dyskoteka i nigdy już się nie spotkamy…”
Tymczasem na wieść, o tym, że jest kawalerem, coś aż podskoczyło w Ewie. „Pewnie ma przykre doświadczenia z kobietami, może jest rozwiedziony? W każdym razie jest wolny!”
– A pani? Pewnie ma pani wyjątkowego mężczyznę u swego boku, który klaszcze uszami i chodzi na rzęsach, każdego dnia powtarzając, jakie to szczęście, że taka – Mirek podkreślił wyraźnie słowo „taka” – kobieta jest jego żoną.
– Może przejdźmy na „ty”, tak będzie lepiej.
– Jak sobie życzysz. To jak?
– Z czym? – udając, że nie usłyszała ostatniej wypowiedzi, spytała Ewa.
– Masz męża, dzieci…
– A… Tak, owszem mam… Czy to ci przeszkadza? – spytała szybko, widząc, że posmutniał.
– Nie, przez chwilę tylko myślałem, że w tym kraju prócz niepełnoletnich i wdów są jeszcze wolne, atrakcyjne kobiety.
– Są, zapewniam cię. Istnieją także kobiety, które są mężatkami, ale tylko z nazwy…
– Przepraszam, możesz powtórzyć ostatnie zdanie, bo niedosłyszałem.
Kobieta nachyliła się w stronę ucha mężczyzny i powtórzyła:
– Powiedziałam, że można być mężatką tylko z nazwy.
– Owszem. Mężczyzna też może trwać w takim związku.
– No właśnie…
Muzyka umilkła. Mirek podał ramię swej partnerce i wspólnie udali się do stolika.
Czekało ich miłe zaskoczenie. Wojtek z Jolą poznali się i widać było, że dobrze im razem. Jedyne dwa miejsca wolne były tuż obok siebie, w kąciku. Mirek wolałby patrzeć na wprost w oczy swej partnerki, jednak nie wypadało wpychać się pierwszemu. Przepuścił, więc Ewę przed sobą i sam przysiadł z lewej strony kobiety.
Również i teraz Wojtek zaczął pełnić rolę wodzireja towarzystwa. Zwracając się do przybyłych stwierdził z błyskiem w oku wyraźnie podpitym głosem:
-Proszę o chwilę uwagi. Koleżanki i koledzy. Nie jestem pewien, czy zdajecie sobie sprawę, że między nami siedzą niekwestionowani mistrzowie parkietu.
-Amelio – zwrócił się do siedzącej już za stołem – wybacz, że ośmieliłem się poprosić cię do tańca. Było to dla mnie bardzo ważne, ale /prawdę powiedziawszy/ nie przypuszczałem, że zechcesz zatańczyć z takim, co tu dużo mówić żółtodziobem w porównaniu z siedzącym obok ciebie mistrzem. Cicho… zaraz kończę – odparł do usiłującej go uciszyć Joli.
– Faktem jest, że z nieukrywaną zazdrością i podziwem patrzyłem na was jak tańczyliście. Może nie znam się na poprawności tych wszystkich figur, ale powiem wam jedno: Mirku i Amelio powinniście pomyśleć o wystartowaniu w turnieju tanecznym. Skończyłem…
Nasi bohaterowie początkowo nic nie odpowiedzieli. Potem jednak oboje jak na komendę wybuchnęli radosnym śmiechem.
– Wiesz, to dziwne – zwrócił się Mirek do Wojtka – też o tym samym myślałem. Jednak mam za sobą pokaźny dorobek naukowy, lubię swoją pracę i nie zamierzam jej zmieniać. Gdybym poświęcił się tańcowi nie byłoby mnie tutaj i pewnie nigdy nie poznałbym tak uroczej kobiety…
Po tych słowach Mirek zbliżył dłoń Ewy do swych ust i złożył /umyślnie mlaskając/ głośny pocałunek.
Jeszcze przez około godzinę trwała dyskoteka. Całe towarzystwo zdradzało oznaki „kontrolowanej uciechy”. Gdy DJ zapowiedział ostatni tego wieczora kawałek tylko Mirek i Ewa o własnych siłach wstali i zaczęli tańczyć. Pozostali jedynie podrygiwali w takt muzyki.
Trzeba zaznaczyć, że wypity alkohol znacznie poprawił nastrój Ewy. Ulegając czarowi wspaniałych tonów tanga argentyńskiego, kobieta przylgnęła do ciała partnera i pozwoliła się prowadzić bez najmniejszych oporów. Gdyby ktoś zechciał przyjrzeć się bardziej krytycznie jej ruchom z pewnością odgadłby, że Ewa pragnie zatracić się bez pamięci. Więcej nawet – swoim zachowaniem widocznie prowokuje partnera dając mu do zrozumienia, że tego wieczoru może pozwolić mu spełnić najskrytsze marzenia.
Zachowanie Ewy wyraźnie podnieciło wyobraźnię Mirka. Starał się jak najczęściej przytulać do idealnego /jego zdaniem/ ciała kobiety, specjalnie powtarzał niektóre figury schematu tanecznego. Po skończonym tańcu zbliżył swą twarz do ucha Ewy i wyszeptał:
– Dużo bym dał za możliwość ucałowania twych warg…
Ewa, niczym zaczarowana, delikatnie musnęła jego policzek i roześmiała się radośnie.
– Jesteś niesamowity. Znamy się zaledwie kilka godzin, a ty już chcesz się całować…. Nie za szybko sobie poczynasz?
– Wybacz – rzekł trochę zawstydzony Mirek – to przez ten alkohol. Mam słabą głowę. Przez chwilę straciłem kontrolę nad sobą. Zawsze marzyłem o takiej kobiecie jak ty. Nigdy jednak nie miałem na tyle śmiałości by poprosić ją do tańca, nie mówiąc o czymś więcej… Czy… Czy mogę cię, chociaż odprowadzić?
Ależ on wrażliwy! No nie jeszcze tak delikatnego mężczyzny nie spotkałam. Oczywiście, że możesz! Nawet nie wyobrażam sobie powrotu w towarzystwie podchmielonej Joli i jej amanta! Powyższe myśli przebiegły jak błyskawica przez umysł Ewy. Słowa, które wypowiedziała były jednak inne:
– No nie wiem, czy będę się czuła bezpieczna…
– Zapewniam cię, że tak. Zapomnijmy o tym, co powiedziałem. Bardzo mi przykro…
– Niepotrzebnie się martwisz. Jesteśmy dorośli…
Dalszą konwersację przerwało nadejście pozostałych uczestników, którymi komenderował nad podziw energicznie Wojciech A.
– Kochani zbieramy się! – dość głośno oznajmił. – Nie ma już czasu. Dyskoteka się skończyła, uważam, że należy odprowadzić miłe panie do domu. Co pan na to drogi magistrze?
– W pełni podzielam pana zdanie.
– Jeśli tak, to idziemy do szatni. Pnie przodem! – Wojtek z gracją przepuścił przed sobą obie kobiety. Mrugając zaś do Mirka dodał ściszonym głosem – Co? Udała się dyskoteka? – i nie czekając na odpowiedź stwierdził – Moim zdaniem, bardzo!

W drodze na przystanek autobusowy Mirek ukradkiem obserwował Ewę. Nie śmiał wymówić słowa. Jak ja mogłem nawet pomyśleć o tym, że tak wyjątkowa kobieta zechce mnie pocałować? Co mi strzeliło do głowy? Dobrze, że był alkohol. Zawsze można stwierdzić, że za dużo wypiłem. Ale to nie jest wyjście. Moje życie się rozpada. Małżeństwo, które od co najmniej roku było fikcją teraz faktycznie się skończyło… Czy aż tak nie mam w sobie za grosz przyzwoitości, by posunąć się do flirtu z mężatką? Kto dal mi prawo do rozbijania /w konsekwencji dalszych działań/ cudzego małżeństwa? O czym myślałeś stary ośle? Na co liczyłeś? Lepiej po przyjściu do hotelu spójrz w lustro i przejrzyj na oczy!!!
Jego dalsze katusze przerwała Ewa, która zaniepokoiła się milczeniem Mirka:
– Pół dolara za twoje myśli – zaczęła humorystycznie
– Nie są aż tyle warte. Jest mi bardzo przykro i wstyd…
– Wiesz co? Urwijmy się. Będziemy mieli czas by porozmawiać…
– Nie jest zbyt późno? – z niepokojem zauważył Mirek.
– Jeśli się boisz, to rzeczywiście – godzina 23:30, jest odpowiednią porą do pójścia spać.
– Nie to miałem na myśli. Jeśli, podkreślam jeśli mielibyśmy porozmawiać, to lepiej powiedzieć sobie wszystko bez pośpiechu. Noc, moim zdaniem, nie jest odpowiednią porą do zwierzeń…
– Może masz rację. Wiesz co? Dam ci moją wizytówkę. Zadzwoń do mnie jutro, jeśli oczywiście chcesz.
– Z przyjemnością. O której godzinie?
Kobieta podając wizytówkę i widząc nadjeżdżający autobus szybko rzekła:
– Jestem w pracy od 8. Zadzwoń kiedy będziesz mógł. Dzięki za miły wieczór…
– Zadzwonię na pewno – zdążył powiedzieć do wsiadającej Mirek.
Drzwi autobusu zamknęły się i tak skończył się wieczór, który zapoczątkował niesamowite zmiany w życiu Mirka i Ewy.
Następnego dnia rano Mirek obudził się z bólem głowy. Nawet nie pamiętał jak dotarł do hotelu. Zajęcia dnia pochłonęły go do tego stopnia, że dopiero przed godziną 14 mógł usiąść spokojnie i zadzwonić.
Jakież było jego zdziwienie, gdy na wyciągniętej z kieszeni kurtki wizytówce otrzymanej od poznanej kobiety widniało imię EWA W. a poniżej tytuł dyrektor banku, adres oraz telefon. Początkowo myślał, że Dagmara, albo Amelia pomyliła wizytówki. Zadzwonił więc do sekretariatu prosząc do telefonu kobietę o znanych sobie imionach. Zdziwił się bardzo, gdy sekretarka powiedziała mu:
– Pani dyrektor uprzedzała, że będzie pan dzwonił. Niestety, obecnie jest zajęta. Czy zechciałby pan zostawić numer telefonu?
Podał swój numer i w osłupieniu odłożył słuchawkę. „Czyżby EWA wstydziła się swojego imienia? Czemu mnie okłamała? Po co ta cała komedia? Kim ona jest i co jeszcze ukrywa?”
Ich znajomość zaczęła się od niewinnego kłamstwa. Należy jednak zaznaczyć, że oboje nie byli do końca wobec siebie szczerzy.

Rozdział III – „Gra o wszystko”.

Przyzwyczajenie do gromadzenia pamiątek bywa zgubne. Najgorsze jest to, że niektórych wspomnień nie da się wymazać. Pamięć ludzka ma to do siebie, że w najmniej oczekiwanym momencie wydobędzie to, co już zdawałoby się zostało pogrzebane w niebycie czasu. Zderzenie z przeszłością może okazać się nie do zniesienia.
Tak stało się we wrześniu 2003 roku. Mirek po godzinach wytężonej pracy wracał do domu. Jak zawsze jechał tramwajem. Nagle jego wzrok spoczął na ogłoszeniu biura podróży. Roześmiana twarz młodej kobiety zachęcała do spędzenia niezapomnianych chwil na wybrzeżu Hiszpanii. Nie wiadomo, dlaczego Mirek pomyślał o Costa Brava. Był tam z Martą. Jego nastrój uległ gwałtownemu załamaniu. Dawno zapomniane obrazy wróciły jak koszmar senny. Wszystkie słowa, gesty, atmosfera upojnych dni i nocy; wszystko to wtargnęło do duszy Mirka z siłą huraganu.
Najbardziej niepokojące było to, że Mirek oczekiwał na przyjazd swej ukochanej. Wychodząc z pracy kupił 3 białe róże. Radość i nadzieja rychłego spotkania rozwiała się jak mgła. Dawne wątpliwości i niepewność na nowo wkradły się do serca bohatera.
Jestem facetem z pogmatwaną przeszłością – myślał jadąc tramwajem – na próżno wmawiam w siebie, że nie mam przeszłości. Nie ma nawet siły, by zakończyć tą kiepską komedię jakim jest mój związek z Martą.
Nagle poczuł jak czyjaś dłoń wsuwa mu się do kieszeni. Natychmiast złapał złodzieja wprawnie wykręcając mu nadgarstek i ściskając dłoń. Jakież było jego zdziwienie, gdy tuż koło siebie ujrzał wystraszone oczy nastoletniej dziewczyny. Z pozoru obojętnie spytał:
– Czego szukasz dziecino? Wolność ci się znudziła?
Nagle zrobiło się tłoczno, ktoś popchnął Mirka, ktoś inny wyszarpnął mu portfel z kieszeni. Dziewczyna uwolniła się z uścisku i czym prędzej uciekła korzystając z otwartych drzwi tramwaju. Mirek nie zdążył zareagować, nawet nie krzyknął. Nie miał dużo pieniędzy. Tylko tyle, aby starczyło na obiad.
Co by było, gdyby na miejscu tej dziewczyny stała moja córka? Nie mam, myślał dalej, żadnego wpływu na jej wychowanie. Czy mam prawo budować własne szczęście? Jak będzie wyglądać przyszłość mojej córki?
Przypomniał sobie jak podczas ostatniego wspólnego weekendu córka stwierdziła: „Wiesz tato, jak będę jeszcze starsza to zostanę twoją żoną”. Te słowa bardzo go wzruszyły. Cały czas, od chwili rozstania z żoną starał się w miarę regularnie spotykać z Basią. Ustalił nawet z Ewą, że najczęściej będą się spotykać co drugi tydzień, tak by pogodzić obowiązki ojca. Ewa przystała na to z zadziwiającą ochotą.
Związek Mirka i Ewy trwał mimo coraz bardziej uwidaczniających się różnic charakterów. Można by zaryzykować twierdzenie, że oboje byli sobie wierni, ponieważ łączące ich uczucie odżywało tylko podczas krótkich chwil spędzanych razem. Potem zostawała niepewność i wiara w rychłe spotkanie. Zarówno Mirek jak i Ewa, każdorazowo niezwykle intensywnie przeżywali bycie razem – „sycili” swe ciała „na zapas” tak jakby mieli się już więcej nie zobaczyć. Taka ewentualność pojawiła się dwukrotnie podczas ich ośmioletniej znajomości. Pierwszy raz stało się to w 1998 roku. Wtedy Ewa miała operację łękotki. Mirek obawiał się, że po narkozie jego ukochana może stracić pamięć i zupełnie nie będzie wiedziała, kto do niej dzwoni. Jego obawy okazały się bezpodstawne. Kobieta zaraz po przewiezieniu na salę ogólną zadzwoniła do niego. Operacja się udała. Długotrwała rehabilitacja sprawiła, że po operacji nie pozostał najmniejszy ślad. Drugim razem to on miał operację. Miał usuwane wrzody na żołądku. Przy okazji usunięto mu również woreczek żółciowy. Przy operacji popełniono jakiś błąd, który spowodował /na szczęście/ krótkotrwałą śpiączkę. Wybudzanie trwało cały dzień. Potem jeszcze dobę pozostał na sali intensywnej terapii. Wyglądało to groźnie, ale wszystko dobrze się skończyło.
Nie wiadomo, czemu na godzinę przed przyjazdem ukochanej, Mirek przypomniał sobie jeden z niezliczonej ilości e-maili, które w ciągu tych lat pisali do siebie. Jego treść była znamienna:
Mirku!
Kocham Cię rzeczywiście i wirtualnie. Tęsknię, pragnę i nie mogę sobie dać z tym rady. Pragnę być przy Tobie, żebyś mógł mnie całować, kochać i pieścić. Chciałabym móc przytulić się do Ciebie i widzieć Cię szczęśliwego, roześmianego i mojego.
Czy zechcesz na mnie jeszcze poczekać? Chcę być cała wyłącznie Twoja. Aby się tak stało wcześniej muszę uregulować swoje sprawy. Lubię, gdy coś jest albo czarne, albo białe – nie znoszę szarości. Będziesz miał na tyle cierpliwości? Jak wpłyną na nas święta?
Całuję
Ewa
To było w niecały miesiąc od chwili, gdy się poznali. Prośba o cierpliwość wynikała z wcześniejszego postanowienia Ewy, że rozwiedzie się z mężem. Szczerość wyznania bardzo zaimponowała Mirkowi. Jakże mógł nie zaczekać? Żadna ze znanych mu kobiet nie wywarła na nim tak silnego wrażenia. Praktycznie po powrocie do Krakowa nie umiał sobie znaleźć miejsca. Nienormalna cisza, która panowała w mieszkaniu drażniła go i wpędzała w apatię. Z ulgą wychodził do pracy, rozwiązywał liczne problemy, którymi obarczał go profesor Lucjan W. Gdy nadchodziła sobota pędził do córki. Starał się, aby dziewczynka nie wyczuła jego strachu, żalu i zniechęcenia, jaki towarzyszył jego wymuszonym rozmowom z Martą. Wypoczywał tylko podczas krótkich chwil spędzanych z Ewą.
Jakże mógłbym pogodzić się z Martą? Przecież to ona chciała odejść. Pisząc te słowa Ewa bardziej bała się swojej reakcji niż moich wtedy jeszcze nacechowanych fascynacją, uczuć.
Już po wejściu do mieszkania Mirek rozebrał się, usiadł na łóżku i zamyślił się. Właściwie mogłem już nie żyć. Tyle książek przeczytałem, z tyloma ludźmi rozmawiałem próbując odbudować rozsypane w drobny mak życie, a właściwie nic nie osiągnąłem. Co z tego, że kocham z wzajemnością najpiękniejszą kobietę świata, jak nie potrafię się z tego cieszyć? Jak długo jeszcze starczy nam sił na ciągłe krętactwa i wymyślanie powodów aby być razem? Nadszedł czas, by zalegalizować nasz związek. Najpierw jednak rozwód z Martą.
Mirek od dawna nosił się z zamiarem definitywnego zakończenia swojego małżeństwa. Planował unieważnić swój związku przed sądem papieskim . W ciągu ośmiu lat, jakie upłynęły od odejścia Marty stracił resztki szacunku, jaki żywił do swojej byłej partnerki. Różnice w poziomie życia jeszcze bardziej pogłębiły dzielącą ich przepaść. O ile w początkowym okresie ich umownej separacji Mirek starał się namówić Martę do powrotu, obecnie nie chciał nawet o tym myśleć. Jego córka pogodziła się z tym, że ojciec jest tylko gościem, zaakceptowała fakt, że musi wracać do mamy. Trudno jej było się pogodzić z myślą, że tak będzie zawsze, ale w końcu i do tego przywykła.
Tylko ze względu na Basię Mirek wahał się i nie mógł podjąć zdecydowanych działań. Radził się różnych osób, rozmawiał nawet z księdzem. Wszyscy doradzali mu aby ostatecznie rozwiązał swoje sprawy, bo tak dłużej żyć nie można.
Trzeba było wcześniej myśleć, a nie wyganiać mnie z TWOJEGO mieszkania. Nigdy już nie wrócę do Ciebie, bo nie odpowiadasz mi jako mężczyzna. Sam prowokujesz moją szczerość. Masz pomysły z kosmosu, które nijak się mają do rzeczywistości. Takie zdania usłyszał podczas ostatniego widzenia z córką od kobiety, która kiedyś podobno go kochała. Dlaczego podobno? Nie umiał znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Coś na kształt przeczucia mówiło mu, że Marta wyszła za niego z obawy zostania starą panną. On przez cały okres ich narzeczeństwa, a potem 4 lat faktycznego bycia razem wmawiał w siebie, że jego żona jest wyjątkowa. Wierzył jej zapewnieniom, że temperament przyjdzie z wiekiem. Sam nawet się zastanawiał, czy aby czasami z nim jest wszystko w porządku…
Też mi się zebrało na wspomnienia… Spoglądając na zegarek stwierdził, że do przyjazdu Ewy została tylko godzina. Zmarnowałem dwie godziny na bezproduktywne myślenie, które i tak nic nie zmieni. Poznałem kobietę, dla której jestem ważny, z którą jest mi bardzo dobrze – nie ma sensu rozdrapywać ran.
To była teoria. Fakty zaś mówiły, co innego. Wcale nie był pewien czy kobieta, z którą wiązał życiowe nadzieje i plany będzie podzielać jego punkt widzenia dotyczący wspólnej przyszłości. Miał się o tym wkrótce przekonać…

Ekspres z Warszawy przyjechał punktualnie. Ewa w bardzo ładnym, jasnym płaszczyku wysiadła z wagonu i z elegancką torebką na ramieniu podeszła w kierunku roześmianego Mirka. Mężczyzna objął ją i delikatnie pocałował w usta. Jednocześnie powiedział:
– Bardzo się cieszę, że przyjechałaś. Miałaś udaną podróż? Nikt za tobą nie wsiadł?
Ostatnie pytanie stanowiło szablon, który już od dwóch lat był niezmienny. Eks mąż Ewy wciąż mieszkał z nią we wspólnym mieszkaniu i groził: puszczę cię w skarpetkach i udowodnię twoją wiarołomność! Było to o tyle niesmaczne, że mimo prawomocnego wyroku i udowodnionej winy, Bogdan W. cały czas zachowywał się jak „pan i władca”.
Mirek mógł jedynie współczuć swej wybrance. Jego wiara w policję i wymiar sprawiedliwości legła w gruzach, gdy się dowiedział /podczas jednej z wcześniejszych rozmów telefonicznych/, że można bez konsekwencji przywłaszczyć samochód tłumacząc, że jest potrzebny do celów służbowych, a eks żona / de facto właścicielka pojazdu/ może go uszkodzić. Oburzające tłumaczenie /bo podczas trwania małżeństwa Ewa ani razu nie zadrapała samochodu/ zostało przyjęte przez stróżów ładu i porządku, zaś cała sprawa umorzona przed wszczęciem.
Kobiecie pozostało dochodzenie swych praw własności na drodze postępowania cywilnego. Znając jednak ogólny marazm i nieudolność polskich sądów – na posiedzenie i wyrok w tej sprawie przyjdzie czekać dość długo…
Ale obecnie Ewa była roześmiana. Cieszyła się, że spędzi te kilka godzin ze swoim kochankiem. Nie miał najmniejszej ochoty opowiadać o swoich problemach. Mirek z postoju wziął taksówkę i w niedługim czasie byli u niego w mieszkaniu. Tutaj, nim Ewa zdołała się rozebrać, wręczył jej pięknie rozkwitłą azalię.
– Te białe kwiaty są wyrazem mej czystej i bezinteresownej miłości – rzekł i pocałował swą ukochaną w usta.
– Jakie piękne – z zachwytem oglądała doniczkę Ewa. – Już myślałam, że zapomniałeś.
Odstawiła kwiatek na bok, zarzuciła ręce na szyję kochanka i tym razem długo i namiętnie całowała jego usta. Po chwili jej ręce zaczęły wędrować po torsie Mirka a wprawne palce rozpinać guziki koszuli. Mirek w tym czasie całował twarz, szyję i powoli mocując się z guzikami bluzki kobiety, dotarł do stanika. Delikatnie głaszcząc materiał, wyczuł jak sutki Ewy twardnieją. Zdecydowanym ruchem odpiął stanik i uwolnił piersi kobiety. Na chwilę zatrzymał się. Spoglądając w zachwycie na uniesione brodawki i idealnie wyrzeźbione piersi Ewy.
– Za każdym razem, gdy cię rozbieram zdumiewa mnie piękno twego ciała. Nie wiem, czy już ci mówiłem, że masz ciało stworzone do miłości… Twoje piersi są niesamowite! – dodał i zaczął pieścić brodawki kobiety ustami.
W tym czasie Ewa palcami pobudzała jego, z każdym ruchem twardniejącego członka. Gra wstępna trwała jeszcze przez moment, po czym oboje udali się do łazienki, gdzie po wspólnej kąpieli i przejściu do łóżka oddawali się rozkoszom cielesnym w sposób tylko im znany.
– Uwielbiam się z tobą kochać! – krzyknęła Ewa, podczas szczytowania – O tak! Nie przestawaj! Jeszcze chwilę! Mirku! Mój Mirku! Nikt nie pieścił mnie tak jak ty!!!
W chwilę potem wyczerpani, ale szczęśliwi leżeli obok siebie całując się i dalej prowadząc rozmowę:
– Bardzo lubię tę chwilę, kiedy osiągasz spełnienie. Jesteś wtedy tak cudowna. Tak niesamowicie piękna! Słowa są zbyt ograniczone by w pełni wyrazić moje odczucia. Chciałbym móc cię sfilmować, aby, gdy będziesz daleko cieszyć swój wzrok twoim widokiem.
– Zawsze będę z tobą. Nie potrzebujesz filmu. Ciesz się tym, co masz.
– Cieszę się. Tyle tylko, że jesteś kilkugodzinnym gościem. Wyjedziesz a ja znów wrócę do swego prywatnego piekła. Chciałbym…
Kobieta położyła palec na ustach kochanka i zaczęła go całować. W chwilę potem położyła się na jego brzuchu i delikatnie poruszając tułowiem masowała jego szyje, brzuch a na koniec członka swoimi jakże wspaniałymi, stwardniałymi od podniecenia piersiami.
Mirek nie mógł być obojętny. Choć bardzo pragnął podzielić się z Ewą swoimi przemyśleniami, postanowił odłożyć to na potem.
To „potem” zdarzyło się dopiero następnego dnia. Obudzili się wtuleni w siebie. Dzień wstał pochmurny i zimny. Po namiętnych pocałunkach i pieszczotach ubrali się, zjedli śniadanie i podczas rozmowy o godzinie wyjazdu Ewy, Mirek wtrącił:
– Bardzo chciałbym byśmy ustalili termin twojego przyjazdu do mnie na zawsze…
– Może porozmawiamy o tym następnym razem?
– Dlaczego? Mam wrażenie, że świadomie unikasz tego tematu. Nie wiem tylko, czemu?
Gdybym ci powiedziała i tak byś nie zrozumiał. Jesteś wspaniałym mężczyznom. Ja jednak jestem, myślała Ewa, wolna a ty wciąż tkwisz w związku. Wiesz! Na pewno wiesz już, czemu.
– Czy musimy psuć już i tak pochmurny poranek wałkowaniem tego samego tematu? Przecież wiesz, że mam syna. Tomek w przyszłym roku ma maturę. Teraz może nie przejść do następnej klasy. Moi rodzice są bardzo chorzy. Ojciec ma raka prostaty. Będę przyjeżdżać do ciebie tak często jak tylko dam radę. Przecież doskonale wiesz, że chcę być z tobą…
– Chcieć to móc – w naszym przypadku to stwierdzenie jest prawdziwe. Nie chcę tak dłużej żyć. W porządku… W przyszłym roku najpóźniej w lipcu sprowadzasz się do mnie. Przyjmuję jako wystarczający, argument, że Tomek musi zdać maturę… Ale pamiętaj od lipca mieszkasz u mnie.
– O nie! Nie zgadzam się na wyznaczanie terminów! Dotąd tak nie było.
– To prawda. Jak słusznie zauważyłaś „dotąd”. Traktuje nasz związek bardzo poważnie. Nie jesteś „przelotną miłostką”. Chciałbym byś była moją żoną…
– Tutaj już chyba trochę przesadziłeś. O małżeństwie nie ma mowy! Raz byłam żoną, drugi raz już nie chcę! – w jej głosie pojawiły się nutki gniewu.
– Zrozum wreszcie, że jestem za stara na powtarzanie błędów – dodała po chwili Ewa, jakby się usprawiedliwiając.
Przegrałem. Tylko czy to znaczy, że jestem dla niej wyłącznie partnerem do łóżka? Albo zaakceptuję ten fakt i będzie OK., albo… No właśnie albo, co?
– No dobrze – z ciężkim sercem, muszę ustąpić. Dziwi mnie tylko, że wolisz mieszkać pod jednym dachem z człowiekiem, który uważa cię za wroga, niż z mężczyzną, który kocha cię do szaleństwa. Nigdy nie zrozumiem kobiet…
– Mirku! Spójrz na mnie! Czy myślisz, że nie wolałabym byś mógł przyjeżdżać do mnie? Mieszkanie jest moje! Sama je wyremontowałam. Niby, z jakiej racji mam komuś robić prezenty? Samochód sobie /drań!/ przywłaszczył. Sprawę o podwójny dowód rejestracyjny prawdopodobnie umorzą. Nie chce mi się wracać, ale muszę ze względu na syna. On jest jeszcze bardzo dziecinny. Nigdy bym sobie nie darowała, że przeze mnie popadł w złe towarzystwo, w narkotyki…
– A skąd ty wiesz? Czemu zakładasz najgorszy wariant?
– Niczego nie zakładam. Widzę tylko, że mój syn uczy się wyłącznie wtedy, gdy jestem w domu i zagonię go do nauki.
– Chciałem zaznaczyć, że twoja odpowiedzialność za syna wygasa z chwilą osiągnięcia przez niego pełnoletności. Jest to dokładnie za rok…
– Więc za rok wrócimy do tego tematu. Dobrze? – pojednawczo stwierdziła Ewa.

Nie było sensu dalej kontynuować tej rozmowy. Czas odjazdu Ewy zbliżał się nieubłaganie. Poszli jeszcze na godzinę do kawiarenki w Małym Rynku. Posiedzieli, mówili o swoich planach na najbliższy tydzień, a potem Mirek odprowadził swą ukochaną do pociągu. Przed odjazdem zapewniali siebie, że będą tęsknić i pisać do siebie przez internet.
Gdy pociąg odjechał, Mirek na opustoszałym peronie zdał sobie sprawę, że jego plany i marzenia o wspólnej przyszłości nie mają szans realizacji.
Żal ścisnął go za gardło. Do oczu napłynęły łzy, które siłą powstrzymał. Boże, jak długo jeszcze będę musiał znosić rozczarowania i upokorzenia od losu? Nie dość, że moje małżeństwo się rozpadło? Czemu nie mogę być szczęśliwy? Modlę się przecież o szczęście innych… Kobieta, którą ubóstwiam, wzgardziła moim uczuciem. Może mnie i kocha – nie dość jednak silnie, aby ze mną zamieszkać. Co ja mam takiego w sobie, że potrafię jedynie zainteresować na chwilę? W pracy mnie nikt nie lubi, do domu nie mam, po co wracać… Do bani z takim życiem!

Zakończenie.

W związku partnerskim nie powinno być niedomówień. Czasem lepiej powiedzieć więcej i później sprostować zaistniałe nieporozumienie niż liczyć na to, że współpartner sam się domyśli ukrytego znaczenia wypowiadanych słów. Można przyjąć z bardzo dużym (nawet 99%) prawdopodobieństwem, że ukryte znaczenia zostaną zupełnie mylnie odebrane. Tak było w przypadku tej historii.
Ewa prosiła o więcej czasu, chciała uporządkować swoje życie, pozamykać zaczęte sprawy. Ponieważ jako dyrektor banku miała możliwość wyboru miejsca pracy spośród wielu rozsianych po kraju filii, nie byłoby problemu z pracą w Krakowie. Tego jednak nie powiedziała. Słowem nie zdradziła, że poczyniła już pewne przygotowania. Chciała sprawić Mirkowi niespodziankę. Nie zdążyła…
Mirek (o czym już wiadomo) odczytał słowa Ewy jako niechęć do bycia razem. W dwa miesiące po pamiętnej rozmowie odbyła się rozprawa rozwodowa Mirka z Martą i zapadł wyrok. Marta otrzymała alimenty w wysokości 450zł, wyparła się wcześniejszych wpłat. Kwota przyznana przez sąd stanowiła nieznacznie mniej niż połowa zarobków Mirka. Wobec bezwzględnej i pazernej na pieniądze eks żony mężczyzna był bezsilny. Jego porażka stała się przyczyną tragedii rodziców – ojciec po usłyszeniu „rewelacji” tak się zdenerwował, iż umarł na zawał. Mirek pozostał sam z matką, która z dnia na dzień stawała się słabsza. Nie był w stanie pomóc. Namówił ją do zamieszkania razem… Pewnie był to błąd, choć motywy były jak najbardziej szlachetne. Niestety nie przesadza się starych drzew. Ta stara zasada okrutnie się zemściła. Pewnego dnia matka Mirka spadła ze schodów i nie odzyskawszy przytomności zmarła w szpitalu po tygodniu pobytu na intensywnej terapii.
Był to tragiczny splot wypadków, który sprawił, że Święta Bożego Narodzenia stały się dla Mirka okresem strasznie trudnym. Choć Ewa wspierała go jak mogła – nie śmiał prosić jej o to by przyjechała.
Kielich goryczy przepełnił się w Wigilię. Mirek jak tylko mógł opóźniał swoje wyjście z uczelni. Praktycznie wychodził ostatni. Była 1700. W gmachu Politechniki Krakowskiej zostali tylko portierzy. Mirek był na skraju wyczerpania nerwowego. Jeszcze ostatkiem sił ze sztucznym, wymuszonym uśmiechem przyjmował życzenia świąteczne i noworoczne od współpracowników. Potem zamknął drzwi pokoju na klucz i włączył komputer by napisać do Ewy.
Siadł i niewiele się namyślając wystukał mało zrozumiały wiersz:
W tej metodzie jest szaleństwo,
Nic nie znaczy człowieczeństwo!
Dziś łzy, niczym krople krwi daremnej
Wyżłobiły na mej twarzy ślady ciemne.
Ciebie pewnie to nie wzruszy,
Że w krwawiącej wiecznie duszy
Mej jest próżnia!
Baw się, śmiej się, i do późna
W nocy tańcz aż do utraty tchu;
Ja będę martwy czekał tu!
KOCHAM CIĘ i nawet w grobie
Marzyć będę wciąż o TOBIE:
O tych nocach przepełnionych westchnieniami,
Słowach, których treść pozostanie między nami,
Deklaracjach bez pokrycia
I aspektach mego życia,
Które niczym bez CIEBIE było –
TU i TERAZ się skończyło!
Jeśli czytasz moje słowa,
Myślisz pewnie, że rozmowa
Między nami coś by dała;
Daremnie się smucisz – NIC by nie rozwiązała!
Zostań z Bogiem! Bądź szczęśliwa!
Jam jest martwy – TY bądź żywa.

Nie było nawet podpisu. Świat, któremu (w odczuciu Mirka) nieznana jest litość stłamsił w bohaterze tego opowiadania wolę życia. Mirek zatytułował e-maila „Ostatnie pożegnanie” i wysłał go na dobrze sobie znany adres skrzynki internetowej. Zgasił komputer nie czekając na odpowiedź. Siląc się na spokój opuścił gmach uczelni i udał się w stronę przystanku tramwajowego. Im bliżej był celu, tym coraz większy żal ściskał mu gardło. Świadomość, że został sam, że nikt (dosłownie) na niego nie czeka, bo Marta przezornie wyjechała z Basią do swego brata, ograniczając się do nic niewartych życzeń „Wszystkiego najlepszego z okazji Świąt i Szczęśliwego Nowego 2004 roku”; ta świadomość sprawiła, że przestał zwracać uwagę na niebezpieczeństwo. Na skrzyżowaniu ul. Basztowej z Placem Matejki widząc nadjeżdżającego z dużą prędkością tira Mirek wbiegł na jezdnię. Samochód wpadł w poślizg na oblodzonej nawierzchni. Mirka siła zderzenia odrzuciła na odległość ok. 20 metrów. Padając skręcił kark. Ostatnim obrazem, jaki zarejestrował umierający była twarz najdroższej kobiety z wyrazem śmiertelnego przerażenia i jej słowa: „COŚ TY NAJLEPSZEGO ZROBIŁ?!!!”
Ewa, gdy przeczytała wiersz (następnego dnia po opisanym zdarzeniu) natychmiast zadzwoniła do Mirka. Niestety – telefon milczał, bo właściciel leżał w kostnicy. Kobieta jak nigdy dotąd z wielką desperacją usiłowała się dodzwonić. Daremnie. Napisała także (co jej się wcześniej nie zdarzało) bardzo długi i przejmujący e-mail. Zdradzała w nim wszystkie swoje plany. Nie wiedziała tylko, że się spóźniła…

Niechaj ta opowieść będzie przestrogą dla tych, którzy sferę uczuć traktują niezwykle lekko. Nie można mierzyć siły czyjegoś uczucia „przykładając” do niego własną miarę.

MIŁOŚĆ JEST JAK WIATR – NIE WIDAĆ JEJ ALE MOŻNA JĄ CZUĆ.

KONIEC

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *