Cykuty łyk

Sokrates strzelił sobie czwartą lufę i spojrzał na Platona niewidzącymi oczyma. Co on sobie, kurwa, myśli?, zastanawiał się Platon, nalewając kolejną rundkę. Że będę mu tak usługiwał do końca jego pieprzonego życia, a on się będzie tylko gapił?
– O czym myślisz, chłopcze? – odezwał się chwiejnym głosem Sokrates.
Chłopcze. Jeszcze raz nazwie mnie chłopcem, a rozbiję mu tę zastawę o ten łysy łeb.
– O niczym, panie – wymamrotał Platon.
– Błogosławieństwo młodości, nie myśleć o niczym – sentencjonalnie powiedział Sokrates i uczynił niedbały gest, który nakazał Platonowi zapisać słowa mistrza. Sam nigdy nie nauczył się pisać. Po co miałby to robić, skoro stać go było na młodocianego pomocnika, który nie tylko potrafił skrobać po glinianych tabliczkach, ale też wyglądał jak Adonis. – Napij się ze mną.


Młody jeszcze-nie-filozof zacisnął wargi. Jeśli wydaje ci się, że uda ci się dwa razy ta sama sztuczka, to się grubo mylisz.
– Wahasz się – Sokrates zmarszczył brwi. – Wahanie jest… – zawahał się – wahanie jest przywilejem ludzi, którzy mają dużo czasu.
Takimi sentencjami mógł rzucać od rana do wieczora.
– Tak jest, mistrzu – ostrożnie zgodził się Platon.
– Więc przestań się opierdalać i rób, co ci mówię. Twój czas należy do mnie, kupiłem go i spożytkuję podle mojego życzenia. Pij!
Platon wychylił gliniany kubek i przewrócił go do góry dnem, żeby pokazać, iż był pusty. Przegrał tę nie-dyskusję i świetnie o tym wiedział. Konsekwencje nadejdą bardzo szybko.
– Widzisz, mój chłopcze, świat jest ułudą, zasłoną zarzuconą na nasze oczy, przed którymi bogowie ukrywają prawdziwą rzeczywistość, rzeczywistość idei…
– Mam pisać? – upewniał się Platon.
– Nie – Sokrates machnął ręką. – To brzmi jak jakieś mistyczne mambo-dżambo. Nikt tego nie kupi. Lepiej zacznę od początku. Świat jest… świat jest… kurwa, nalej mi jeszcze jednego.
Gdy jeszcze jeden został skonsumowany, mistrz Sokrates wzniósł prawą rękę, jakby głosował podczas ateńskiego zgromadzenia. Ręka lekko drżała.
– Świat jest… – wznowił swój monolog, ciągle błądząc. – Świat jest… jak pudełko czekoladek…
– Co? – zdziwił się Platon.
– Co? – powtórzył za nim Sokrates, jak obudzony ze snu.
– Powiedziałeś, panie, że świat jest jak pudełko czekoladek.
– Nigdy w życiu niczego takiego nie powiedziałem. I co to są te… czekoladki?
– No nie wiem. Myślałem, że mistrz znowu wykreował nowe pojęcie. Co ja tam wiem? Jestem tylko uczniem…
– Niewolnikiem – poprawił go Sokrates.
– Prawda, niewolnikiem.
– Od tych luksusów we łbie ci się przewraca.
– Zaraz, nie jestem przecież niewolnikiem. Jestem wolnym człowiekiem. Ja u mistrza tylko pracuję… na studia zarabiam. Na studia u mistrza…
– Możesz robić co zechcesz, kiedy jesteś u mnie?
Platon wyprostował się. Jego nauczyciel przystąpił do przeprowadzenia dowodu. Nawet po pijanemu nie miał w tym sobie równych. Najlogiczniejszą rzeczą było uważnie się przyglądać z nadzieją, że kiedyś on też tak będzie potrafił ściemniać.
– No… nie.
– Wykonujesz moje polecenia?
– No… tak. W zasadzie tak.
– Możesz zatem powiedzieć, że w godzinach pracy nie jesteś całkowicie wolny?
– Tak jakby…
– Ergo – Platon zastrzygł uszami. Oto nadchodziła najważniejsza część wywodu: wniosek – ergo nie jesteś w godzinach pracy wolnym człowiekiem. A jak nazywamy ludzi, którzy nie są wolni, jeśli nie niewolnikami?
– No…
– Czy zatem, nie udowodniłem ci ponad wszelką wątpliwość, że jesteś niewolnikiem, chłopcze?
– Toż to sofizmat, panie.
– Milcz, niewolniku! Bo każę wychłostać!
– Ale ja tylko…
Do pokoju wbiegł zaalarmowany służący. Sokrates kiwnął na niego, żeby podszedł bliżej.
– Weź no, Decymitresie, wychłoszcz go porządnie. Tylko ostrożnie, nie chcemy, żeby na tej delikatnej skórze zostały blizny, prawda?
Platon, już pogodzony ze swoim losem, nie protestował. Zostało mu logicznie udowodnione, że był niewolnikiem, i dużo wcześniej oraz dość praktycznie, że jeśli jego pracodawca/właściciel postanowił sprawić mu lanie, lanie będzie mu sprawione, bez względu na liczbę i jakość argumentów, jakie by ewentualnie przedstawił. Ku uciesze Sokratesa (który z działów filozofii najbardziej lubił estetykę) zrzucił swoją szatę i pochylił się, opierając się na ławie.
W tym czasie Decymitres przyniósł mokrą szmatę z kuchni: przyrząd, który wywoła maksimum bólu przy minimum śladów, rzecz przetestowana przez niezliczone gospodynie domowe od zarania dziejów po czasy nam współczesne.
– I raz!
Nie daruję mu tego! Jeszcze popamięta Platona, stary zboczeniec!
– I dwa!
Będzie skamlał o litość, kiedy z nim skończę.
– I trzy!
Ale ja będę nieugięty! Splunę mu w oko i powiem…
– I cztery!
…trzeba było pomyśleć wcześniej, staruchu!
– I pięć!

***

Długo myślał Platon nad swoją zemstą, intensywnie angażował swoje zdobyte u mistrza Sokratesa umiejętności logicznego rozumowania, starając się wypracować taki plan, który nie tylko pokazałby staremu filozofowi, gdzie raki zimują, ale też który nie wiązałby się ze złamaniem surowego ateńskiego prawa.
Wreszcie, po trzech tygodniach dumania, wykrzyknął tradycyjne:
– Eureka! Mam!
Wyskoczył z wanny, wytarł się, odział i pobiegł na posterunek ateńskiej straży miejskiej.
– Chciałbym złożyć zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez mojego szefa – powiedział jednym tchem.
– A któż to jest twoim szefem i cóż takiego przeskrobał? – padły zasadnicze pytania.
– Sokrates.
I rozpoczął długą (i wzruszającą) opowieść o biciu, molestowaniu seksualnym, a także deprawowaniu nieletnich w Sokratesowym liceum. Strażników najbardziej zainteresowało to deprawowanie. Molestowanie i bicie niewolników („a czyż pracownik w czasie pracy nie jest niewolnikiem?”, argumentował strażnik Policjades, najwyraźniej też będący pod wpływem wielkiego filozofa) były powszechnie akceptowanymi formami rozrywki wyższych klas greckiej socjety. Ale deprawowanie… no, to już byłby punkt zaczepienia.
Sokrates od dawna miał na pieńku z ateńską radą miasta. Od dawna trwały też poszukiwania haka na niego, dzięki któremu można byłoby się go w końcu pozbyć. I wreszcie był!
Proces był krótki. Na agorze zebrali się wszyscy, którzy się liczyli (i całkiem sporo tych, którzy nie liczyli się wcale). Przemówił oskarżyciel, przemówił broniący sam siebie Sokrates (niepomny powiedzenia, że prawnik, który broni się sam, ma durnego klienta; Sokrates miał w głębokim poważaniu sentencje, których nie był autorem), zapadł z góry ustalony wyrok: śmierć poprzez zatrucie pokarmowe (a konkretnie przez wypicie zdrowej dawki cykuty).
Platon stał z boku, zastanawiając się, czy by nie stanąć w obronie swojego mistrza, przecież aż tak źle u niego nie miał, prawda, zdarzał się okazjonalny szybki numerek, kiedy starego naszła ochota, ale u innych nauczycieli nie byłoby wcale lepiej, wszyscy młodzi adepci filozofii skarżyli się na fizyczne zajęcia pozalekcyjne… Kara śmierci wydawała się w takim układzie cokolwiek przesadna.
Milczał jednak, kiedy Sokratesowi podawali czarkę z jego ostatnim drinkiem. Przypomniał sobie początek tego opowiadania, kiedy to pili razem i ukradkiem otarł łzę, która spłynęła po jego policzku. Potem pomyślał, że w zasadzie mógłby kontynuować dzieło mistrza, wszak trzymał w domu cały stos tabliczek z jego naukami, o których nikt nie wiedział. O zwojach pergaminu nie wspominając.
Przyszłość nagle zarysowała się w dużo jaśniejszych barwach. I kiedy Sokrates teatralnie osuwał się na ateński bruk, Platon już lekko się uśmiechał.

Koniec

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *