Uwięziona – część 1

Nawet nie zdajesz sobie sprawy, że w tej chwili tysiące osób zostaje uprowadzonych, podczas gdy Ty spokojnie czytasz ten tekst w domowym zaciszu. W majowe, leniwe popołudnie siedzisz z książką w dłoni na tarasie i co rusz słyszysz komunikat o kolejnej zaginionej. Żadnej z nich nie odnaleziono. Plakaty wywieszone na słupach, które mijasz w drodze do szkoły, powodują, że wracasz myślami do kolejnego dramatu. Z kolejnego zdjęcia spogląda na Ciebie uśmiechnięta blondynka. Młoda, szczęśliwa. Wygląda zupełnie jak Ty. Patrzysz ukradkiem na swoje blond kosmyki i zaraz na zatłoczoną ulicę miasta, którą musisz przejść. Ściskasz kurczowo torbę z książkami i mijasz kolejne uliczki. Budynek szkoły majaczy w oddali. Duszno Ci. Zatrzymujesz się, by nabrać tchu w płuca. Ktoś Cię woła. Ktoś łapie Cię za rękę… To jest ostatnia rzecz, którą pamiętasz z piątkowego dnia, 5 Maja 2006 roku.


Dzień Pierwszy

Wilgoć. Pachnie wilgocią. Chcę otworzyć oczy i nie mogę. Są sklejone, tak jakby ktoś sypnął mi w nie piachem. Mocuję się dobrą chwilę. Ciemno. Jest ciemno. Mimo że udaje mi się nieco odchylić powieki i tak nic nie widzę. Leżę na czymś, co przypomina mocno sfatygowany materac pokryty kocem. Dotykam. Chcę wstać i nie daję rady. Kręci mi się w głowie, jestem jak na haju. Siadam na materacu z wielkim trudem, po omacku szukam krawędzi prowizorycznego łóżka. Wstanie z niego jest jak heroiczna walka ze swoim ciałem. Przegrywam ją. Opadam znów na materac. Boję się.
– Halo!!! – dobywam z siebie głosu. – Czy ktoś tu jest?
Trę oczy, żeby dojrzeć cokolwiek w tych ciemnościach . Mimo pytania, nikt nie odpowiada. Głucha cisza. Przerażam się. Próbuję po raz kolejny, tyle że głośniej.
– Czy jest tu ktoś? Halo! – staram się krzyknąć, co nie jest łatwe. Zaschło mi w gardle i nie wiem jak długo tutaj leżę.
Znów cisza. Nie wiem, gdzie jestem.
Nie wiem po co. Denerwuję się. W końcu wybucham.
– Gdzie ja jestem?! – krzyczę ile sił w płucach. Mdleję.

Dzień i noc to jedność.

Ocknęłam się. Coś razi mnie po oczach. Światło. Kątem oka dostrzegam żarówkę. Świeci słabo, lecz wystarczająco, żebym mogła cokolwiek dostrzec. Rozglądam się niepewnie.
– Boże… – tysiąc myśli przelatuje mi przez głowę – gdzie ja jestem?…
Piwnica. Jestem w piwnicy. Siadam na materacu, który wraz ze światłem stał się nagle małą pryczą . Nie mam pojęcia, jak długo byłam nieprzytomna. Straciłam poczucie czasu. Uświadamiam sobie, że nawet nie wiem, jaki jest dzień. Płakać mi się chce. Przynajmniej jest światło.
Pomieszczenie jest całkiem spore . Nie ma okien. Drzwi. Są drzwi. Dobiegam do nich z nadzieją, lecz ani drgną. Stalowe, zimne, zamknięte na cztery spusty. Walę w nie pięściami, ale nic to nie daje. Odpuszczam. Odpuszczam, mimo że łzy same płyną mi po twarzy. Jestem bezradna. Postanawiam zobaczyć, co jest w dalszej części pomieszczenia. W rogu piwnicy stoją jakieś regały. Idę tam. Proste stalowe regały po środku zimnej piwnicy. Nic na nich nie ma poza zwykłymi szpargałami, które często się trzyma w takich miejscach. Szmaty, puste słoiki, jakieś stare bezużyteczne bibeloty. Nic więcej. Zła walę słoikiem o ziemię, jakby miało mi to jakoś pomóc.

Pomieszczenie nr 2

Wchodzę między regały, łudząc się, że coś tam znajdę. Moja histeria nie przynosi skutków, poza tym, że coraz bardziej odczuwam pragnienie. Za regałami dostrzegam kolejne wątłe światło. Lampka na stoliku. Traktuję ten stolik jako wybawienie.
Stoi na nim butelka. Woda. Tak bardzo chce mi się pić, że dopadam jej jak wygłodniała zwierzyna na polowaniu. Malutka butelka decydująca o moim przetrwaniu. Piję łapczywie.
Drzwi, znów drzwi. Odstawiam butelkę na stolik zaraz po tym jak je zauważam. Dopadam do nich. Są otwarte. Cieszę się jak małe dziecko, gdy klamka puszcza bez problemu. Rozczarowanie. Prowizoryczna łazienka.
– Jezu… – mówię na głos, bo dociera do mnie, że to dla mnie. To zaplanowane.
Kolejne pomieszczenie. Nie ma okien, ale ma światło. Jest też brodzik, umywalka z małym lusterkiem, sedes. Jest woda. Dwa ręczniki leżą na nim złożone w kostkę. Popadam w histerię. Klękam na podłodze, gdy zdaję sobie sprawę, że nie mam szans, by się stąd wydostać. Uderzam w nią pięściami z łoskotem, by sobie ulżyć. Krzyczę histerycznie. Nikt nie reaguje.

W moim więzieniu…

Leżę na podłodze w prowizorycznej łazience. Cała się trzęsę. Nie wiem, czy z zimna, czy z powodu wylanych łez . Podnoszę się ku umywalce. Odkręcam kurek drżącą dłonią. Jest woda, nawet ciepła. Chwilowe ukojenie. Obmywam się nią, jakby była najlepszym lekarstwem na moją opuchniętą twarz. Wycieram jednym z ręczników przygotowanych zapewne specjalnie dla mnie i chwilę patrzę w lusterko na swoje zapłakane odbicie. Zastanawiam się, czy przyjdzie mi tu umrzeć i znów wybucham płaczem. Tego strachu nie da się porównać z niczym. Z rezygnacją wracam z powrotem i rzucam się na zimny materac. Płaczę jeszcze długo. Jak długo, tego nie wiem. Usypiam ze zmęczenia, choć nie wiadomo, czy jest dzień czy noc.

To nie sen…

Budzi mnie głód. Wystarczy unieść powieki i już wiem, że dalej jestem w tym samym obrzydliwym dla mnie miejscu. Ssie mnie w żołądku, a nie widzę perspektyw na jakieś jedzenie. Światło tli się w rogu, tam, gdzie stolik. Żarówka u góry zgasła nie wiedząc kiedy. Zmierzam do stołu po butelkę wody. Nie dowierzam, ale widzę jedzenie. Stoi na stoliku . Tak po prostu tu jest… Chwytam bułkę bez zastanowienia i gryzę wygłodzona. Dobra, smakuje mi. Jest tez kubek a w nim jeszcze ciepła kawa. Zatem był tu ktoś.
– Kim Ty jesteś u diabła?! I czego ode mnie chcesz?! – drę się jak opętana. Nic. Cholerna cisza. Mam ochotę walnąć kubkiem w ścianę. Nie zdążę tego zrobić. Zapadam w otchłań.

Laptop

Gładzę dłonią koc na pryczy. Nawet nie mam pojęcia jak tu trafiłam. Znów jestem na łóżku. Ktoś mnie tu przeniósł. Tylko po co? Myśli przelatują mi przez głowę . Zaczynam być bystra.
-Stolik.. – myślę – stolik..
Podnoszę się z trudem. Mam wrażenie jakby ktoś zdzielił mnie w głowę czymś tępym .Taka jestem osowiała. Uparcie idę w stronę lampki z nadzieją ,że coś tam znajdę. Intuicja mnie nie myli. Na stole stoi laptop. Ot, zwykły czarny laptop ale włączony. Widzę to wyraźnie. Siadam na krześle i naciskam klawisz. Marzę o tym ,żeby działał. Nic tu nie ma, mimo że uparcie stukam w klawiaturę . Tylko biały ekran. Jestem zła .Ukrywam twarz w dłoniach. Wtedy słyszę sygnał. Na ekranie tekst napisany czarną , grubą czcionką.
-Gramy w grę?
– Jaką grę do cholery?! – piszę – Kim Ty jesteś do diabła i gdzie ja jestem ?!! -zaczynam płakać.
Zero odpowiedzi . Ryczę jak głupia. Piszę.
– Nie chcę tu umierać..- zalewam się łzami. Wiem już ,że to nie żarty.
-To gramy w grę? -pyta po raz kolejny ekran.
-Tak – odpisuję pospiesznie.
-Zasady gry.. -czytam – Opanowanie , bystrość umysłu , posłuszeństwo.
Staram się stłumić w sobie emocje ,żeby nie histeryzować. Czytam.
– W łazience są ręczniki, w szafce pod umywalką ubranie . Weź prysznic i załóż je.
Faktycznie ,straciłam całkowicie poczucie czasu i nawet nie zdawałam sobie sprawy jaka jestem brudna. Posłusznie wykonuję polecenie. Dopiero potem dowiem się ,że tym zyskam. Gdy tylko przekraczam próg łazienki, drzwi zamykają się za mną z hukiem. Rzucam się na nie i ciągnę za klamkę , ale są zamknięte. Zrezygnowana idę się myć. W końcu i tak nie zrobię nic innego.

Obiad…

W szafce znalazłam dres. Nawet ładny a i pasuje jak ulał. Ponadto bieliznę i jakieś kosmetyki , które mogą okazać się przydatne. Porywacz zadbał o mnie w każdym calu. Weszłam pod prysznic. Cudownie było poczuć świeżość wody. Moczyłam się pod prysznicem dobre kilka minut . Stawiam nogę na posadzkę i słyszę chrzęst w zamku. Otworzył drzwi. W pospiechu wdziewam na siebie przygotowane odzienie , podsuszam ręcznikiem mokre jeszcze pasma i smaruję twarz kremem znalezionym w szafce. Chcę jak najszybciej opuścić łazienkę i zobaczyć , co tym razem jest za ścianą. Wybiegam.
Niby nic się nie zmieniło. Prycza ta sama, stolik ten sam, nawet laptop na swoim miejscu, ale zaraz.. Jest obiad. Jakieś dziwne danie , lecz wygląda całkiem smakowicie. Kubek z ciepłym piciem. Niewiele myśląc zasiadam do stołu i pałaszuję. Moją uwagę odwraca dźwięk ,który sygnalizuje nadejście wiadomości od Porywacza. Przysuwam komputer i czytam.
– Posłuszeństwo jest nagradzane. Jakie imię zawsze chciałaś nosić?
Bez zastanowienia odpowiadam.
-Elach.
– Od dziś będziesz nazywana Elach.
-Mam na imię Sea!!! – od razu protestuję zdziwiona.
-Sea nie żyje – mówi mi Porywacz, a ja nie rozumiem.
– Jej już nie ma. Załatwiłem Ci darmową śmierć. Kilka dni temu był Twój pogrzeb.
Nie dowierzam temu, co czytam. Widelec , którym przed chwilą jadłam obiad wypada mi wprost na talerz. Moja mina chyba mówi sama za siebie , bo mój kat dopisuje pospiesznie.
– Witamy w Hiszpanii Elach.
Wstaję z krzesła. Jestem zszokowana.
-Jaka Hiszpania??!!!.Ja mieszkam w Londynie -nie wiem , czy mówię to na głos czy nie, bo grunt usuwa mi się spod nóg. Mdleję .

Kara…

Budzę się na łóżku. Jestem zamroczona. Najwyraźniej mój oprawca był tutaj i zgarnął mnie z ziemi. Szybko się podnoszę i biegnę do stolika , bo chce wyjaśnić to co usłyszałam. Staję jak wryta. Nie ma laptopa. Nie ma go. Załamuję się, lecz nie daję po sobie poznać. Wiem ,że to kara za moje nieopanowanie. Wracam na łóżko i tkwię tam bez ruchu nie wiem jak długo. Nie mam przecież pojęcia , czy jest dzień czy noc. W końcu usypiam ze zmęczenia. Budzę się kilkakrotnie , bo myśli nie pozwalają mi na sen. Przemyślałam to. Wiem ,że gwałtowne zachowanie wzbudza złość w moim oprawcy i nie mogę sobie na nie pozwolić. Wiem też ,że mnie obserwuje. Inaczej nie mogę wytłumaczyć kary. Bo skąd wiedział jaka jest moja reakcja? Podnoszę się z łóżka stanowczo. Rozglądam się w poszukiwaniu kamer. Nic jednak nie znajduję. Postanawiam posprzątać i zrobić lekkie przemeblowanie , skoro przyszło mi tu żyć. Grzebię w bibelotach na regałach licząc ,że coś tam znajdę przydatnego. Jest kreda! Niczym marzenie teraz w obliczu braku kontaktu z Porywaczem. Chowam ją do kieszeni dresu.
W pocie czoła uwijam się i taszczę regały w jeden wybrany przeze mnie kąt. Chcę , by to jakoś wyglądało. Wśród śmieci znajduję imitację szczotki i staram się nią zmieść kurz . Jestem cała brudna ,ale zadowolona z wykonanej roboty. Idę pod prysznic z nadzieją ,że mój oprawca dostrzeże mój trud.
Nie dostrzegł i dalej mnie karci. Umyta wychodzę z łazienki i nic się nie zmieniło. Zastanawiam się , jak dać mu jakiś znak mojej poprawy. W końcu mnie widzi. Wymyślam na biegu napis na ścianie , bo tylko to przychodzi mi do głowy. Mam przecież kredę. Tylko które miejsce wybrać? Decyduję się na ścianę nad łóżkiem. Musi tam patrzeć. Jestem pewna. Bazgrolę kredą na ścianie : „PRZEPRASZAM” i dopisuję „jestem głodna” . Siadam na łóżku i czekam na reakcję. W końcu morzy mnie sen.

Przyjęte przeprosiny…

Zerkam na stolik chwilę po tym jak unoszę powieki. Celowo postawiłam o na widoku, by mieć dobry punkt obserwacyjny. Jest pusty. Ze złością idę do łazienki. Wracam i nie wierzę w to , co widzę. Jest komputer. Rozmyślam jakim cudem się tam znalazł i czemu nic absolutnie nie słyszałam. Dopadam do niego jak do wybawienia. Piszę .
-Dziękuję.
-Kara przyniosła dobre rezultaty widzę..- pisze Porywacz wyraźnie ubawiony moimi przeprosinami.
-Tak, chyba tak.
-Jedzenie? -pyta mnie.
– Chętnie – Chwytam jabłko znalezione na stoliku i nadgryzam z zadowoleniem. Chyba powoli zaczynam godzić się z myślą mieszkania tutaj. Jeszcze nie wiem ,że potem dopadnie mnie chandra.
Huk , który słyszę ,okazuje się otwartą szufladą na której stoi taca z moim posiłkiem. Zamknie się od razu jak wezmę tacę. Zajadam ze smakiem.

Kryzys…

Nadchodzi po kilku godzinach , gdy do mojej świadomości na dobre wkracza myśl o moim więzieniu. Powoli dociera do mnie ,że jestem w obcym kraju , nie żyję i nie mam jak się stąd wydostać a nawet gdyby mi się udało i tak nie ma mi kto pomóc. Wiem ,że muszę być posłuszna temu , kto mnie tu zamknął i nawiązać z nim nić porozumienia , bo inaczej umrę w tym podziemnym lochu. Dramat. Płaczę w poduszkę, by nie widział mojego nieopanowania.
Zaraz po przebudzeniu postanawiam napisać wiadomość do Oprawcy . Jestem w kryzysie i jest mi wszystko jedno , co ze mną zrobi. W złości piszę mu krótką notkę , jak to mi źle i jak bardzo mam dość więzienia , dodając że mam gdzieś czy mnie tu zabije czy nie. Zaraz potem brutalnie odłączam laptop od gniazdka zasilającego i rzucam się na łóżko z płaczem. Jestem wykończona.
Jakiś czas nikt nie reaguje , ja także nie. Postanowiłam nie okazywać słabości. Twardo leżę twarzą do ściany, gdy słyszę dźwięk. Nie wiem co to i mimo ,że zżera mnie ciekawość , nie odwracam się. Moje zainteresowanie wzbudza zapach świeżego powietrza, którego nie czułam od dawna. Odwracam się , bo nie jestem w stanie dłużej tkwić w niewiedzy. Nie wierzę własnym oczom. Jedna z dykt okalających małe okienka podpiwniczane jest odsłonięta. Okno! Dopadam go spragniona świeżości jak nigdy dotąd. Wdycham powietrze przez małe okratowane okienko . Teraz wiem ,że jest dzień. Przede mną pole , rozległe zielone pole , pustka i nicość zarazem, ale mnie wystarcza. Wreszcie wiem jaka jest pora dnia i jak pięknie jest na zewnątrz. Jestem zachwycona że mogę, po raz pierwszy od dawna, usłyszeć śpiew ptaków i poczuć powiew wiatru mimo tak małej powierzchni okna. I nie zasuwa go. Wiem ,że chciał wymusić na mnie chęć życia, tylko po co? Pewnie i tak mnie stąd nie wypuści. Rozkoszując się otwartym oknem , siedzę na łóżku aż do zmroku. Dopiero wtedy zamknie się ono lecz nie na długo. Zasypiam.

Taktyka…

Zachęcona małym sukcesem , postanawiam iść za ciosem i wyzyskać coś jeszcze od mojego Oprawcy. W końcu zależy mu na mnie skoro zmusił mnie do działania. Postanawiam grać rolę słodkiej dziewczynki i udawać ,że jest mi z nim dobrze. Wiem ,że wtedy jest zadowolony i mogę dostać coś więcej. Zastanawiam się , czy spełni moje zachcianki i poprawia mi się humor. Wiedziona swoim planem idę pod prysznic jakby nigdy nic a gdy tylko z niego wychodzę na stole zastaję śniadanie, gazetę dla kobiet i nowy zestaw ubrań. Stojąc w samym ręczniku spostrzegam ,że tym razem nie jedno lecz kilka małych okienek zostało otwartych . Chwytam laptop ,żeby na nowo go podłączyć. Niech wie , że mam zamiar z Nim rozmawiać. Celowo siadam przy stole w samym ręczniku. Niech sobie popatrzy. Nadgryzam bułkę ze śniadania , gdy słyszę sygnał nadejścia wiadomości.
– Zadowolona ? – pyta.
-Nie do końca ..- odpowiadam tajemniczo – Dzięki za okna. Miło jest poczuć świeże powietrze i znać porę dnia.- Jestem nad wyraz miła.
-Jakieś życzenie? – pisze mój Kat. Oj , czuję że węszy podstęp.
– Tak – odpowiadam zgodnie z prawdą – Chciałabym słyszeć muzykę, mam dość ciszy.
Szuflada otwiera się z hukiem a ja biegnę do niej trzymając w garści poły ręcznika. Leży w niej mini radio ze słuchawkami. Chwytam je , póki jej nie zamknął. Mój plan działa. Muszę tylko pomyśleć co zrobić by choć na chwilę wypuścił mnie z tej nory..
-Dziękuję !!!- piszę mu szybko i zaraz dodaję – Czemu mnie tu trzymasz i spełniasz moje zachcianki? Równie dobrze mogłabym tu zdychać z głodu..
– Nie ma za co. Czy to wszystko? – pyta ale mojego pytania jakby nie zauważa. Zapominam się i puszczam zawinięty prowizorycznie ręcznik, który opada i odsłania mi kawałek piersi. Za to mój rozmówca wyjątkowo jest dziś rozgadany i zadaje pytania o śniadanie, czego nigdy nie robił . Podoba mi się to. Wpadam na pomysł.
– Mógłbyś napisać wprost ,że chcesz popatrzeć – piszę mu bez ogródek. W końcu jestem prawie naga a ciało mam niczego sobie. Atakuję go.
– Chcę popatrzeć – odpowiedz Oprawcy zwala mnie z nóg. Pierwszy raz od dawna zaczynam się śmiać. Idę za ciosem i ściągam ręcznik. Mimo że nigdy nie afiszowałam się swoim ciałem, gram. O dużą stawkę.
-Patrzysz? – stukam w klawisze ubawiona faktem ,że mogę go jakoś podkręcić.
– Oczywiście. Jak mógłbym nie patrzeć. – czuję jego zadowolenie , więc gram dalej.
– Brak mi seksu -wypalam. Nie spodziewam się odpowiedzi , bo wiem że to nie wykonalne .Jakże się mylę , przekonam się potem.
– Pomyślę , czy można coś z tym zrobić…- nie dowierzam literkom na monitorze. Złapał haczyk ale czy na pewno? Uśmiecham się ,żeby widział moje zadowolenie i wdziewam koszulkę , którą mi wcześniej przygotował sygnalizując mu ,że dość oglądania mnie i idę na łózko posłuchać radia.
Słucham nieustannie do południa modląc się , by nie wyczerpała się bateria . To takie kojące dla uszu słyszeć nowe dźwięki po tak długiej przerwie. Nie słyszę za to jak otwiera się szuflada z poobiednim posiłkiem ani jak mój Porywacz wzywa mnie po jego odbiór. Dopiero później orientuję się ,że coś tam jest i podbiegam. Posiłek już lekko przestygł , ale nie jest źle. Jem w spokoju . Chcę wstać po obiedzie ale nie mogę . Nogi ciążą mi jakbym je miała ze stali. Odpływam.

Pierwszy Raz…

Dotyka moich ud. Muska delikatnie , głaszcze, pieści spokojnie. Wodzi po nich dłonią raz po raz, coraz wyżej aż cierpnie mi skóra. Cicho wzdycham , gdy bawi się moją cipką jak zabawką .Wsuwa do niej palec. Nie przestaje nim poruszać, póki nie wilgotnieję. Wysuwa go, by wejść w nią. Przyjemnie. Jest całkiem duży, ciepły i daje mi doznania, których nie miałam już dawno. Prawdziwa rozkosz.
Budzę się z letargu i stwierdzam ,że kocham się ze swoim Oprawcą. Leżę na łóżku, mam związane dłonie i opaskę na oczach. Tkwię tam kompletnie bezradna a On spełnia moje poranne życzenie z niezwykłą precyzją. Zadbał o każdy szczegół , tak bym nie mogła go dotknąć nawet przez chwilę. Mimo tego ,uśmiecham się delikatnie i po raz kolejny odpływam w nieznane.

Wspólne życie…

Od momentu pamiętnego spotkania z moim katem , podjęłam trudy naszego wspólnego życia pod jednym dachem. Dni mijały na zapamiętywaniu pory dnia, sprzątaniu piwnicy i wymienianiu uwag z porywaczem za pomocą laptopa. Co jakiś czas umilał mi wieczór dzikim seksem , lecz nadal związywał jak niewolnicę. W zasadzie dbał o mnie i nie mogłam narzekać na nic poza uwięzieniem.
Któregoś dnia obudził mnie świergot ptactwa , otwarte okna i brak jakichkolwiek wieści od X. Mimo próśb kontaktu, nalegań i pytań nie zjawił się ani tego dnia, ani przez 3 kolejne co doprowadziło mnie do szału i stawiało w niepewności jutra. Nieobecność tajemniczego kochanka nie zmieniała faktu ,że nadal ktoś mnie karmił. Byłam zła coraz bardziej z każdym mijającym dniem.

Powierzchnia

Czwarty dzień życia w samotności rozpoczęłam od przeczytania komunikatu o powrocie porywacza i słów:
-Tęskniłaś?
Zła niemożliwie, lecz w głębi duszy szczęśliwa że wrócił , zasiadłam przed klawiaturą wystukując pełne pretensji zdania.
-Gdzie byłeś?! Gdzie byłeś taki szmat czasu i czemu zostawiłeś mnie tutaj ?!
-Musiałem załatwić parę spraw. Tęskniłaś..- napisał wyraźnie ubawiony.
-Tęskniłam ! – odpowiadam mu z wyrzutem. I zaraz wylewam potok słów – Jestem uwięziona, nie mogę ot tak sobie stąd iść i nawet nie mam z kim pogadać a Ty znikasz sobie bez uprzedzenia .Jesteś okropny!! -prawie krzyczę.
-Chodź do mnie.. – czytam i nie dowierzam.
-Jak niby?! – piszę.
-Chodź..
-Jezu..- nie mogę uwierzyć.
Patrzę na drzwi , gdy słyszę dźwięk. Ale to nie one się otwierają. Rozglądam się w panice. To ściana. Porusza się, uchyla otwierając przede mną tunel. Tunel do wolności..

Cena wolności

Rzucam się do ściany z obawą ,że za chwilę zamknie się nie dając mi możliwości wyjścia. Jestem jak w amoku. Biegnę tunelem ze strachem. Nie mogę uwierzyć, że mnie wypuścił i że za chwilę go zobaczę. Jeszcze nie wiem jaka jest cena mojej wolności. Wiem tylko ,że przyzwyczaiłam się do niego nie wiedząc nawet jak wygląda i darzę go uczuciem poniekąd. Dobiegam do światła na końcu tunelu i wpadam do pomieszczenia , które przypomina pokój bez okien. Oświetlenie jest mocne jak na moje poprzednie warunki , więc mrużę oczy i rozglądam się z niedowierzaniem. Jestem w kamerowni. Pełno migających ekranów oślepia mi twarz a na nich każdy zakamarek mojego więzienia. Obserwował wszystko kamerami skrytymi w ścianach na tyle dobrze ,że nie byłabym w stanie odkryć miejsc w których były. Zaabsorbowana nowym miejscem , nawet go nie zauważam. Siedzi na fotelu i przygląda mi się w ciszy. Gdy tylko go zauważam , mdleję.

Jestem w domu

Mój tak długo wyczekiwany świat widzę jak przez mgłę. Obca twarz pochyla się nade mną. On. Wytrzeszczam oczy , by widzieć wyraźniej i wyciągam w górę dłoń , którą uparcie chcę go dotknąć. Jest młody. Spodziewałam się zupełnie kogoś innego. Jest ładny. Spogląda na mnie swoimi czarnymi oczyma i uśmiecha się lekko. Gładzę go po twarzy nic nie mówiąc. Nie mogę zrozumieć po co mnie uwięził skoro mógłby mieć każdą kobietę, którą zechce.
Nie jest sam. Jest z nim kilku innych, równie młodych facetów ,którzy bacznie mi się przyglądają. Odwykłam od tłumów , przerażają mnie.
-Witamy na górze -mówi słodko mój Oprawca. Pokazuje też dłonią na grupę mężczyzn.
-To moja ochrona i moi przyjaciele- kontynuuje.
-Nie będę przedstawiał , bo i tak nie spamiętasz imion.
Patrzę na nich tępym wzrokiem. Ktoś podaje mi szklankę wody. Chwytam ją i mimo że nawet nie wiem kto mi ją dał, upijam kilka łyków. Powoli ogarnia mnie panika. Nie wiem jakie ma zamiary i co ze mną będzie. Mój kat chyba to zauważa , bo zaraz pospiesznie dodaje:
-Ja nazywam się Michel. I to jest mój dom. Dom , w którym obowiązują pewne zasady – siada obok mnie na kanapie i obejmuje mnie. Słucham go z uwagą. W końcu chodzi o mój los.
-W tym domu są kamery- wskazuje palcem na małą kamerkę w rogu ściany – te kamery obserwują każdy twój ruch. Do mojego domu przychodzą klienci, którzy nic o Tobie nie wiedzą. I nie dowiedzą się ,jakim sposobem się tu znalazłaś -zerka na mnie i chwyta mnie mocno za podbródek ,żeby zbliżyć moją twarz do jego.
-Jeśli komukolwiek dasz znak ,że coś jest nie tak to Cię zabiję. Zrozumiałaś?- czuję jego oddech na policzku. Boję się.
-Gra numer jeden się skończyła Elach..Czas na grę numer dwa -śmieje się bezczelnie a mnie ciarki przechodzą po plecach.

Poznaję mój nowy dom..

Nie mogę ociec , zresztą nie mam dokąd. Nawet nie wiem ,co to za miejsce. Wiem tylko ,że jest w nim pełno kamer i ludzi ,którzy strzegą mnie jak oka w głowie. Jestem bez szans.
Michel pokazuje mi dom. Tu kuchnia, tam salon, tu łazienka , na górze sypialnie. Dom jest piękny. Urządzony bardzo nowocześnie i funkcjonalnie. Musi być bogaty, skoro ma tak dom. Wszystko niemal idealnie poza jednym. Jestem tutaj więźniem i nic nie mogę z tym zrobić.
Michel prowadzi mnie do małego oszklonego pomieszczenia tuż obok kuchni. Siedzi tam jakiś chłopak, który uśmiecha się na mój widok. Kamerownia. Pełno tutaj ekranów , na których uwieczniono niemalże każdy zakamarek domu.
-To jest kamerownia -słyszę. Mówi do mnie coś jeszcze a ja nie reaguję. Zamieram spoglądając na monitor. 7 Lipiec. Data mówi o siódmym Lipca. Nie mogę w to uwierzyć..
-Jest 7 Lipca? -pytam z niedowierzaniem -7 Lipca?! Matko Boska..-otwieram buzię ze zdziwienia i zaczynam wyliczać głośno dni mojej niewoli.
-63 dni -mówi głośno Michel a ja dostaję histerii. Właściwie nie wiem, czemu krzyczę. Wyrzucam z siebie całą moją bezsilność. Nie trwa to długo , bo Michel zaciąga na moich ustach taśmę , która uniemożliwia mi hałas , chwyta mnie w pół i siłą ciągnie ku schodom na górę. Przez moment walczę , ale szybko przegrywam. Wpycha mnie do pokoju wprost na wielkie łóżko i informuje ,że tutaj mogę krzyczeć do woli bo pokój jest wyciszony i nikt mnie nie usłyszy. Zdejmuje mi też taśmę. Już nie krzyczę. Szlocham tylko jak głupia ,choć i tak nic to nie zmienia. Z nadmiaru łez zasypiam.

Nowe życie.

Tak oto po 63 dniach mojej niewoli , rozpoczęłam proste życie u boku mojego Oprawcy. Mam nowy dom nad brzegiem oceanu, ciuchy z dobrego butiku, faceta jak z żurnala i nową tożsamość .Jedynym moim zadaniem jest błyszczeć przed nowymi klientami Michela. Mam się wiecznie uśmiechać , ociekać bogactwem i udawać wierną , kochającą kobietę. Nikt jednak nie ma pojęcia , co tak naprawdę czuję. Wewnętrznie czuję się fatalnie. Zostałam porwana , wywieziona do obcego kraju z nowymi papierami. Mieszkam w domu , w którym mojej osoby strzeże kilkadziesiąt kamer i ochroniarze łażący krok w krok , byle bym tylko nie podjęła próby ucieczki. Jestem rozliczana z każdego uśmiechu ,wypowiedzianego zdania, z każdego gestu. Bez zgody Michela nie wolno mi także wychodzić na ogród. Zezwala na to jednak tylko wtedy, gdy ma gości. W końcu muszę wypaść naturalnie przed nimi. Nie mam prawa zbliżać się do komputerów ani telefonów, których w domu pełno. Same zakazy i baczna obserwacja , która doprowadza mnie do szaleństwa. Nawet nie mam z kim porozmawiać.

Narodziny czegoś nowego

Wykorzystuję jak mogę fakt ,że Michel jest dla mnie dobry. W zasadzie mam wszystko to , o co poproszę. Prasa kobieca, kosmetyczka na każde zawołanie. Łapię się na tym ,że zaczyna mi się to podobać coraz bardziej. Gdyby nie fakt uwięzienia, to miałabym tutaj jak w raju. Dobroć Michela nie jest jednak bezinteresowna. W zamian za piękne życie oczekuje ode mnie spełniania obowiązków czysto małżeńskich w naszej wspólnej sypialni. Nie oponuje, bo i nie ma po co. Jakby nie było , to też mam z tego korzyść . Mój porywacz ma wspaniałe ciało i jest naprawdę przystojny. Umie też zaspokoić kobietę w łóżku. Śmiało stwierdzam ,że temperament ma typowo hiszpański. Nasze wspólne noce są przepełnione erotyzmem,czułością i ostrym seksem ,którego nie dane mi było poznać przez te wszystkie lata. Coraz częściej dostrzegam w nim nie tylko mojego kata ale też kogoś więcej. Mężczyznę? Kochanka? Sama nie wiem. W końcu żyjemy tutaj jak małżeństwo. Po przemyśleniu dochodzę do wniosku ,że zaczynam go kochać. Nie próbuję ucieczki , bo w starciu z pilnującą mnie ochroną nie mam szans. I tak mnie złapią .Wtedy stracę kredyt zaufania , którym obdarował mnie Michel i wszelkie udogodnienia , których jest sponsorem. I pewnie tę luksusową sypialnię zamienię na piwnicę z zimną pryczą. Miałam to już zapowiedziane wcześniej.
Na początku mojego pobytu w domu czułam się obco. Teraz, po trzech tygodniach mieszkania na górze, zaprzyjaźniłam się nawet z pilnującym mnie ochroniarzem. Wiem jednak ,że wiele nie mogę mu powiedzieć, bo i tak zaraz powtórzy dalej. Godzę się z moim nowym życiem.

Zawsze musi być ten pierwszy raz.

Nasz wspólny miesiąc życia zaowocował zniesieniem zakazu wychodzenia na ogród. Wolno mi leżeć na tarasie i pływać w przydomowym basenie. Cieszę się ,że w końcu mogę robić coś innego niż wiecznie leżeć na kanapie pod czujnym okiem kamer. To daje mi wytchnienie. Jednocześnie więcej myślę. Zaczynam się zastanawiać kim jest Michel i skąd ma tyle pieniędzy .Odnoszę nieodparte wrażenie ,że macza palce w jakiś nieczystych interesach. Nigdy nie pozwala mi brać udziału w spotkaniach z klientami. Rzekomo mam mu nie przeszkadzać. Skutecznie omija temat pracy. Podejrzane. Przecież ta ochrona nie jest tutaj tylko dla mnie, na pewno nie. Wielu wpływowych bogaczy wynajmuje ochroniarzy ,żeby czuć się bezpiecznie , lecz ja jestem niemal pewna ,że w tym przypadku mają oni zupełnie inne znaczenie. O tym , kim jest Michel dowiem się kilka dni później , czystym przypadkiem.
Słoneczne popołudnie upłynęło mi na wymyślaniu sposobów, które pozwoliłyby mi dowiedzieć się czegoś więcej o moim kochanku. Nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Każdy pomysł był głupi. W dodatku nie dawał żadnej gwarancji powodzenia , nawet kosztem kary. Szansą poniekąd był dostęp do tajnego biura Michela na samym końcu długiego korytarza. Było to pomieszczenie dla mnie niedostępne , zamykane na kod .Wchodził do niego tylko On i jego pracownicy , ja miałam zakaz. Byłam ciekawa co tam jest. Zawsze, gdy tam wchodził , zamykał szczelnie drzwi. Nie było słychać nawet strzępków rozmowy.
-Muszę się tam dostać- przeszło mi przez myśl. Nie wiedziałam tylko jak mam to zrobić niepostrzeżenie.
Okazja nadarzyła się z sama z siebie , ledwie trzy dni potem. Od rana w domu panowała atmosfera chaosu. Wszyscy chodzili dziwnie poddenerwowani , ciągle dzwoniły telefony. To musiało być coś ważnego, bo Mich był zły i krzyczał coś po hiszpańsku do słuchawki. Nic nie rozumiałam. W końcu zamknął się w swoim biurze i tam kontynuował rozmowę. Drzwi tego tajemniczego miejsca stanęły dla mnie otworem w chwili, gdy wybiegł z niego rozmawiając przez telefon i nie domknął drzwi. Widząc nadarzającą się okazję ruszyłam biegiem w stronę pokoju. Był otwarty. Jakimś cudem zamek nie chwycił. Tym lepiej dla mnie. Weszłam tam upewniając się wcześniej ,że nikt nie idzie korytarzem.
-Zerknę tylko -powiedziałam sama do siebie ze strachem ,że złapią mnie na gorącym uczynku.
Pokój był przestronny. Ogromne okna szczelnie osłonięto roletami. W rogu stały dwie kanapy a między nimi szklany stolik. Na środku duże biurko z fotelem w iście dyrektorskim stylu. Na biurku laptop. W pierwszej chwili miałam ochotę go dopaść i wysłać mail z prośbą o pomoc, ale powstrzymałam się. Nie miałam czasu. Doszłam za to do biurka , uchyliłam szybko szufladę licząc ,że znajdę jakieś dokumenty ale zamiast papierów zobaczyłam „to”. Zamarłam. Michel miał broń. I to nie jedną . To pewnie z niej miał mnie zabić , gdybym próbowała wiać. Ale nie tylko broń widziałam w szufladzie. Leżała tam jeszcze torebka z białym proszkiem, duża torebka. Narkotyki Michela. Albo je brał , albo nimi handlował.
-Jezu Chryste.. – tylko tyle zdołałam powiedzieć, gdy ktoś złapał mnie za włosy z całą siłą i rzucił mną na ziemię. Michel. Tamtego dnia po raz pierwszy dał mi w twarz a potem zawlókł na górę i tam zadawał kolejne ciosy. To był pierwszy i ostatni raz , gdy płakałam i błagałam by nie bił.
Do tej pory dźwięczą mi w uszach jego słowa:
-Zawsze musi być ten pierwszy raz..

Gehenna.

Pierwszy raz zaowocował kolejnymi. Od gameto dnia Michel pastwił się nade mną regularnie , gdy tylko weszłam mu w drogę. Po jakimś czasie uodporniłam się na to na tyle ,że na mojej twarzy nie było śladów łez. On bił a ja czekałam aż skończy , w milczeniu. Nic innego nie mogłam zrobić. Mój krzyk i rozpaczliwe prośby, by przestał, wzbudzały w nim jeszcze większą agresję a wtedy tłukł jeszcze mocniej , aż do krwi. Był bardzo agresywny. Starałam się jak mogłam, byle tylko był zadowolony. Teraz wiedziałam, czym się zajmuje i jak bardzo może mnie skrzywdzić. Moje pomysły dotyczące ucieczki zeszły na dalszy plan. Zaczęłam odczuwać przed Nim strach . To było tak silne uczucie ,że nie potrafiłam się normalnie poruszać , gdy był w pobliżu. Stłamsił mnie .Przegrałam.
Za to zupełnie nie krył się już ze swoją pracą. Wszystko robił na moich oczach. Wiedział ,że ze strachu przed nim nie pisnę ani słowem.
Michel Ashanti. Tak tak. Nazywał się właśnie Ashanti. Największy boss na rynku handlu bronią i przemytu kokainy na światową skalę. Tego dowiedziałam się z czasem. Dla osób z zewnątrz Mich był wzorem dobrego biznesmena , który inwestuje na giełdzie ogromne pieniądze. I tak było. Faktyczną przykrywką Michela były inwestycje różnego rodzaju, w tym giełda i kluby w Hiszpanii byleby tylko zamydlić ludziom oczy. Ochrony potrzebował nie tylko dla mnie ale zwyczajnie dla swojego własnego bezpieczeństwa, gdyby ktoś chciał go zlikwidować w tym gangsterskim światku. Tak oto znalazłam się pod czujnym okiem gangstera, mordercy i dilera narkotyków , który mógł zatłuc mnie bez mrugnięcia okiem. Teraz bałam się jeszcze bardziej.
Schodziłam mu z drogi , gdy tylko się dało. Uśmiechałam się szeroko na jego widok i byłam potulna jak baranek. Nie dawałam mu żadnych powodów do bicia a nocami dawałam z siebie wszystko byle tylko go zaspokoić. Kamery nie robiły już na mnie wrażenia , zresztą ochrona także. Wydawali się być mili, jak tylko „Miś” podnosił na mnie rękę. W zasadzie nie było mi z nimi źle. Gdy tylko Michel znikał za bramą domu, oni pomagali mi jak mogli. Nie mogli zrobić tylko jednego- pozwolić mi uciec. Ryzykowaliby życie – moje i swoje. Mich nie miał skrupułów. Zabiłby mnie. W złości wielokrotnie powtarzał ,że strzeli mi kulę w łeb jak tylko go zdenerwuję. Niekiedy myślałam ,że następnego dnia już się nie obudzę. Żyję z dnia na dzień.

Szansa.

Moja gehenna trwa. Michel bije i wcale się z tym nie kryje przed swoimi współpracownikami. Nie wolno mi dać po sobie poznać jaki przeżywam koszmar. Sińce i rany zakrywam lekkimi lnianymi koszulkami z długim rękawem. Pewnie i tak każdy domownik domyśla się czemu je noszę. Wszyscy jednak milczą jak zaklęci. Wiadomo czemu. Nie ma nawet sensu, bym mówiła o tym cokolwiek. Zresztą powoli przestaję się odzywać do nich wszystkich. Zamykam się w sobie. Otaczam szczelną skorupą , by czuć mniejszy ból. Znieczulam się na wszystko tak samo jak na zadawane przez Michela ciosy.
Ale tego dnia coś się zmieniło. Zeszłam na dół jak zawsze na śniadanie i zobaczyłam szeroko otwarty taras , odsłonięte rolety i zamkniętą kamerownię.
-Co się dzieje? – pytam ochrony ze zdziwioną miną , ale to Mich udziela mi odpowiedzi łapiąc mnie za podbródek. To nie oznacza nic innego jak nowy przykaz.
-Przyjadą tutaj ogrodnicy i będą robili ogród -popatrzył na mnie ostrzegawczo – będą tutaj klak dni.
-Pamiętaj -popatrzył mi w oczy- Pozwalam na to byś zajęła się ogrodem , nic jednak poza tym -puścił mój podbródek.
Kiwnęłam grzecznie na zgodę, choć w głowie szalała myśl,że to może być moja szansa.

Ogrodnik.

Tą cudowną sposobnością ujrzałam grupę ogrodników zajmujących się rzekomo „moim” przydomowym ogrodem. Kilku facetów, nawet całkiem niezłych,miało kopać, pielić i urządzać mój azyl według moich wskazówek. Sprawiło mi to radość. Dawało nowe zajęcie pośród tej monotonii ale też umożliwiało kontakt z ludźmi z zewnątrz a tego potrzebowałam najbardziej. Nie powiem , bo właśnie wtedy przez myśl mi przeszło ,że mogłabym spróbować poprosić o pomoc. Nie miałam jednak pojęcia, czy aby Ci panowie nie są jakimiś znajomkami Michela. Wtedy naraziłabym się na ogromne niebezpieczeństwo a tego panicznie się bałam. Musiałam jakoś to sprawdzić, nie wiedziałam jak..

Simon.

Jeszcze tego samego dnia Panowie rozpoczęli prace w ogrodzie , ja zaś miałam zastanowić się czy mi to odpowiada i ewentualnie dać swoje sugestie dotyczące wystroju. W tym celu sam Mich zakupił mi pisemka wnętrzarskie i ogrodnicze, które przeglądałam tuż przed wyjściem na taras. W zasadzie byłam wdzięczna ,że Ci ludzie się tu pojawili. Dzięki nim ten dom nabrał światła i przez jakiś krótki nawet czas stał się zupełnie przytulny i normalny. Nieważne ,że to było na pokaz. Miałam chwile wytchnienia i byłam traktowana normalnie. W międzyczasie bacznie obserwowałam naszych krótkoterminowych domowników. Zresztą z wzajemnością. Często mi się przyglądali i wymieniali jakieś ciche uwagi między sobą.
Następnego dnia jeden z nich zawołał mnie do ogrodu, by pokazać mi nową dostawę kwiatów. Tak myślę sobie ,że szukał okazji by ze mną porozmawiać. Miałam okazję, by poznać go bliżej.
-Simon- powiedział wyciągając do mnie szorstką dłoń. Jest przystojny i w niczym nie przypomina Hiszpana. Akcent także ma czysto amerykański i powalający uśmiech. Mógłby mnie uwieść.
-Elach- mówię , mimo że to nieprawda. Na imię mam przecież inaczej.
-Siostra? – pyta dalej uśmiechnięty Simon a ja zauważam Michela, który bacznie mi się przygląda stojąc na tarasie.
-Żona- wypalam , bo nie wiem jak zareagować.
-Ubolewam -mówi Simon ze śmiechem w stronę mojego oprawcy. Ten o dziwo także się uśmiecha. Chyba jest zadowolony z mojej odpowiedzi. Znika za chwilę w zaciszu domu. Mogę zatem pogadać z Simonem. Widać ,że nie jest Hiszpanem , na pewno nie. Pytam o pochodzenie. Amerykanin,jak ja. Drżę w środku. Simon z pewnością wie , gdzie jesteśmy i gdzie jest konsulat, tylko jak mu to powiedzieć?! Muszę wymyśle jakiś sposób. Gorączkowo szukam jakiś możliwości , lecz w obliczu zdenerwowania nic nie przychodzi mi do głowy. Zrobię to potem. Z Simonem gada się bardzo miło. Daje mi też do zrozumienia ,że mu się podobam.
Widać to w gestach i czynach. Stale śle w moją stronę uśmiechy , obserwuje , woła też co chwilę bym oceniała jakieś duperele , na które i tak mój wpływ jest znikomy. Ja za to widzę złego Michela. Wyraz jego twarzy mówi sam za siebie ,że nie podoba mu się ta relacja. Daje mi to delikatnie do zrozumienia. Znikam na górze w sypialni, by nie dostarczać mu pretekstu do bicia. Tkwię tam póki ogrodnicy się nie ulotnią. Wieczór mija spokojnie. Tylko „Miś” ironizuje złośliwie :
-Żona..żona..Gdybyś tak jeszcze się nie uśmiechała szeroko do tego blondyna -wywraca oczami.
-A co miałam powiedzieć?!Mogliśmy wcześniej ustalić relacje między nami, to nie byłoby tego- mówię z przekąsem, ale delikatnie. Jedno słowo za dużo oznaczać może kłopoty.
-Niech będzie żona- Mich zaczyna się śmiać. W zasadzie na jego twarzy widać triumf. Faktycznie całkowicie mnie
stłamsił. Jestem mu w pełni posłuszna a teraz jeszcze gram rolę jego żony.
Schodzę rankiem na śniadanie i uderza mnie głośne:
-Dzień Dobry Elach! – nikt inny jak Simon . Stoi w drzwiach ściskając jakieś narzędzia ogrodnicze i jak zawsze szeroko się uśmiecha.
-Simon! Jak praca? -moje powitanie jest chyba dość pospolite lecz bezpieczne, biorąc pod uwagę schodzącego tuż za mną męża.
-Idzie szybko, trochę za szybko jak na tak doborowe towarzystwo – odpowiada mi roześmiany. Podrywa mnie ewidentnie. Nie powiem, nawet mi się to podoba.
Widzę zazdrość na twarzy Michela i odczuwam swój mały sukces. Oczywiście tuż po śniadaniu biegnę do ogrodu pod pretekstem sprawdzenia postępu sadzenia kwiatów. Chcę zobaczyć Simona. Będą tu jeszcze jakieś dwa dni. Czas ucieka , to stanowczo mało by mi pomógł. Postanawiam zaryzykować. Czuję ogromny strach. Okropne uczucie.
Mieszkam w tym domu już spory czas. Wiem ,że jedynym miejscem bez kamer jest WC na górze. Nie mam jak przemycić długopisu ani kartki .Zabieram ze sobą chustkę higieniczną i kredkę do oczu. To musi mi wystarczyć. I tak nie opisze mu mojej historii. Proszę Boga , by na stronie Interpolu były jeszcze moje dane. Według prawa nie żyję ale może jest nadzieja. Kreślę na chustce :
„Sea Corporis , ur. 31.05.1987 , znajdź na internecie”- nie mogę napisać więcej. Zostaje mi tylko modlitwa o cud i jakaś wspaniała sposobność wręczenia mu tego zwitka. Coś wymyślę.
Zwitek wręczam mu wieczorem , gdy podziwiamy nowo zasadzone rabaty i nikt nas nie obserwuje. Mówię mu tylko:
-Przeczytaj – i znikam w domu. Ze strachu nie mogę zasnąć. Przez całą noc wałkuję się z boku na bok. A może to był błąd?

Dom Simona...

-Piękna jest Pani Ashanti -leżał na twardym łóżku i rozmyślał o niej – Ten typ by Cię zatłukł , gdybyś spróbował odbić mu kobietę – powiedział na głos sam do siebie. Wtedy przypomniał sobie ,że przecież dała mu coś tuż przed końcem pracy. Chwycił swoje spodnie ogrodnicze i jął w nich grzebać, Wyciągnął zmiętą chusteczkę i rozwinął.
„Sea Corporis , ur. 31.05.1987 , znajdź na internecie” – przeczytał.
-Dziwne -mruknął- po jaką cholerę mam szukać jakiejś laski.
Wtedy jeszcze nie miał pojęcia w co przyjdzie mu się uwikłać. Leniwie podniósł się z łóżka i poczłapał w stronę komputera. Chwilę czekał aż się włączy.
-Zobaczmy , kim jesteś Sea.. -wpisał w wyszukiwarce dane i wcisnął enter. Oniemiał. Pochłaniał kolejne zdania z narastającym przerażeniem i patrzył. Z ekranu uśmiechała się do niego rozpromieniona blondyneczka , nikt inny jak Elach Ashanti , ale podpis zdjęcia przedstawiał informacje, których Simon zupełnie się nie spodziewał..
„Sea Corporis, ur. 31.05.1987 , lat 20, zaginiona w maju 2007 na przedmieściach Londynu, włosy blond, oczy niebieskie …”- dalej stos notek o zaginionej i na koniec notatka:
„NIE ŻYJE- odnaleziona 24 czerwca 2007”
-Jezu Chryste!?!! – raz po raz czytał informacje – Przecież ona żyje!! Znam ją , rozmawiam z nią! Czemu do cholery masz inną tożsamość Elach! -uderzył klawiaturą o biurko.
Tamta noc była bezsenna dla naszego ogrodnika. Cały czas myślał o Elach i jej tajemniczym zniknięciu. Przewracał się z boku na bok , próbując ułożyć tę dziwną łamigłówkę w jedną całość ale nie rozumiał. Wiedział tylko jedno – koniecznie musi dowiedzieć się , czemu Sea udaje kogoś innego.
A i Sea kręciła się na łóżku nie mogąc zasnąć. Myśl, czy Simon znalazł jakieś informacje o niej , nie dawała jej spokoju. Bała się następnego dnia. Zupełnie jak Simon.

Chwila prawdy.

Schodzę na śniadanie w ogóle nie wyspana. Przeraża mnie myśl ,że Simon odkrył mój długo skrywany sekret a jeszcze bardziej boję się ,że nie Michel starannie ukrył ślad mojego istnienia i nikt mi nie pomoże. Widzę ogrodników krzątających się w ogrodzie i nie mam odwagi tam spojrzeć. Macham tylko dłonią , krzycząc krótkie „hello!” i znikam w kuchni. Dopóki Mich nie wyjedzie z willi , nie mam co marzyć o jakiejkolwiek rozmowie z Samim.
Czekam ,aż zje coś w biegu i wskoczy do samochodu. Na rękę mi to. Wróci za jakiś czas .Dziś ma ważny transfer. To potrwa. Zostaję pod opieką ochrony. Udaję wierną żonę i lecę do ogrodu pod byle pretekstem. Rozczarowanie. Simon nie daje żadnych znaków , że odczytał tę cholerną chustkę. Nie wiem ,co robić. Idę do Niego , bo woła mnie do oceny nowo posadzonych krzewów. Wskazuje na nie palcem i coś mi mówi , ale ja nie słucham. Wreszcie mnie szturcha i szepce :
-Sea.. dlaczego..- łapie mnie delikatnie za dłoń udając ,że mi coś tłumaczy.
-Porwana -piszę mu palcem po ziemi , jednocześnie zerkając czy nikt nie patrzy. Przeraża mnie fakt ,że Mich mógłby coś zauważyć.
-Pomóż mi.. -nawet nie wydobywam z siebie dźwięków. Sami czyta mi z ruchu warg.
-Jezu..- Simon łapie się za głowę i zaczyna żywo gestykulować , głośno krytykując moją propozycję posadzenia nowych roślin.
-Załapał- jestem szczęśliwa, bo nie dał nikomu żadnych znaków ,że wie o czymkolwiek.
Wracam do domu w euforii. Staram się nie okazywać podniecenia. Co najwyżej wytłumaczę to fascynacją nowym ogrodem. Mich niczego nie zauważa. Zasypiam w jego umięśnionych ramionach spokojnie.

Plan Simona.

Simon od tygodni pracuje w naszym ogrodzie. Odkąd zna o mnie całą prawdę , jest mi lżej. W miarę możliwości wtajemniczam go w kolejne dni mojego życia z Michelem. Staram się mu przekazać jak najwięcej faktów. Sami dobrze wie, że jak coś się nie powiedzie, to Michel zabije mnie bez mrugnięcia okiem. Jest bardzo ostrożny. Błagam go na wszelkie świętości ,żeby nie zgłaszał nic miejscowej policji. Przypuszczalnie ich także Michel ma w garści i tylko będą z tego kłopoty. Zresztą już są. Mich zaczyna głośno demonstrować swoją zazdrość o blond ogrodnika. Nie podoba mu się ,że spędzam z nim tyle czasu. Tłumaczę ,że przecież Sami o niczym nie ma pojęcia i jest tylko pracownikiem ogrodu. Na jakiś czas usypiam jego czujność. Tym razem muszę być ostrożna podwójnie. Zauważam ,że ochrona bacznie mnie obserwuje. Mam nadzieję ,że mój ogrodnik to widzi. Inaczej wszystko stracone. Póki co, Simon informuje mnie ,że spróbuje jakoś mi pomóc. Ma mało czasu. Praca w ogrodzie niebawem zostanie skończona a ja na powrót odcięta od świata. Plan ewentualnej ucieczki nie jest łatwy. Nie może pomóc mi nocą , ani za dnia i w zasadzie nie wiadomo jak to rozegrać. Całość dodatkowo komplikuje fakt ,że nie wychodzę. Nieustannie jestem pilnowana jak nie przez ochronę , to znów przez czujne kamery. Zaczynam się obawiać ,że nic z tego nie wyjdzie i popadam w przygnębienie.
-Spróbuj wyjść na zewnątrz – szepce mi Sami do ucha.
Jestem przybita tym wszystkim. Wieczorem bardzo szybko kładę się spać, co zwraca uwagę Michela.
-Masz kryzys ? – pyta , szturchając mnie za ramię.
-To nie kryzys – mówię przekonująco aczkolwiek smutno.
-To co jest? – docieka. Chyba myśli ,że zakochałam się w Simonie a to byłoby mi nie na rękę.
-Nic – odpowiadam mu. Chyba pękam , bo wylewam za chwilę całą swoją frustrację. Prawie krzycząc opowiadam , jak dość mam życia w zamknięciu , jak mi źle ,że nie mogę wyjść z domu jak normalna kobieta i że ogólnie czuję się okropnie. Michel mi nie ufa. Jest nieugięty a mój płacz go nie wzrusza. Mówi kategorycznie „NIE” na wszelkie moje pomysły urozmaicenia monotonii. I absolutnie nie chce słyszeć o tym , bym opuściła mury domu. W zasadzie chciałam wziąć go na litość tym moim stękaniem , ale nie wyszło. Jestem coraz bardziej zła. Już wiem ,że żadnym sposobem nie wydostanę się stąd, choćby nie wiem co. Swoim zachowaniem rozdrażniam Michela, który karci mnie na dobranoc mocnym uderzeniem w twarz. Płacząc zasypiam.

Może jest nadzieja.

Przez pół następnego dnia unikam mojego Oprawcy ,żeby go nie drażnić. Czas spędzam w sypialni udając ,że mam dzień dla siebie. Staram się wypaść naturalnie. Nie jest mi teraz potrzebne bicie. Policzek pali mnie jeszcze po wczorajszym. Michel udaje ,że nic się nie stało. Mimo tego , jak tylko schodzę na obiad , dobrowolnie go przepraszam dając mu do zrozumienia ,że ostatnie wydarzenie to moja wina. Chyba jest zadowolony z obrotu sprawy. Ja ukradkiem rozglądam się za Samim. Nie zdaję sobie sprawy, co zgotuje mi ten ogrodnik dzisiejszego wieczoru.
Poobiednie popołudnie spędzam w salonie na oglądaniu telewizji i rozmowach o niczym. Do czasu aż Mich nie zawoła mnie do ogrodu. Idę tam z nadzieją ,że spędzę kilka chwil z ogrodnikiem. Z oddali słyszę ożywioną dyskusję obu Panów.
Rozmawiają o jakimś nowym zakupie do ogrodu. Z daleka nie słyszę o czym. Włażę w sam środek konwersacji.
-A może Pani Ashanti pojedzie wybrać te , które podobają się jej najbardziej?- pyta Simon a ja drętwieję.
-Co wybrać?- odzyskuję głos, choć wszystko się we mnie trzęsie. Simon jeszcze nie wie, jak bardzo mi teraz pomaga. Ciekawa jestem odpowiedzi Michela. Zastygł w bezruchu i teraz i intensywnie nad czymś myśli. Chyba jakby tu się wymówić ,żebym nie mogła jechać. Przecież Simon rzekomo nie wie o moim porwaniu , zatem Mich musi zachować pozory.
-Dobrze, pojedzie moja żona – jest wyraźnie zakłopotany zaistniałą sytuacją a ja mam ochotę rzucić mu się na szyję. Że też nie pomyślałam wcześniej ,że Sami wymyśli coś takiego! Ten chyba widzi wdzięczność w moich oczach , bo z uśmiechem umawia się z Misiem na podróż po zakupy. Jedziemy z ochroną. Taki jest warunek Michela. Wreszcie wyjdę z domu!
Biegnę na górę ,żeby się przygotować. Za mną Mich. Łapie mnie za szyję i wygina dając do zrozumienia ,że nie życzy sobie absolutnie żadnych kłopotów i głupich pomysłów. Przytakuje mu i schodzę na dół. Tam już czeka na mnie Simon, ochroniarz i samochód.

Zakupy.

Podróż przebiega normalnie. Podziwiam krajobraz. W końcu wyszłam po raz pierwszy od czasu porwania i nawet nie wiem , gdzie jestem . Dłuższy czas jedziemy polem .Po tym domyślam się ,że nasz dom stoi na odludziu. Nie miałabym nawet kogo poprosić o pomoc, gdyby udało mi się zwiać jakimś cudem. To jakieś dziwne miejsce. Same pola , las, trochę wody wokół i nic poza tym. Chwilami dyskutuję z Simonem na temat naszych zakupów. Jedziemy po dekoracje i nowe donice do ogrodu. Głośno ustalamy jak mają wyglądać. O dziwo mój ochroniarz także wtrąca się w rozmowę. Dzięki temu nie ma napięcia, choć ja jestem mocno podekscytowana tą wyprawą. Myślę ,że mija około trzydziestu minut nim wjeżdżamy w teren zabudowany. Dość długo. Rozglądam się. Barwnie tutaj. To jakaś mała mieścina a może tylko mnie się tak wydaje. Przejeżdżamy ją dość szybko. Za chwilę poznam smak miasta.
Główna ulica pełna jest sklepów wszelkiej marki. Tłoczno na niej. To chyba jakiś deptak. Pełno tu ludzi wszelkich ras. Gestykulują rozmawiając. Nie wiedzą ,że tuż pod ich nosem ktoś przeżywa dramat. My jedziemy do Centrum Handlowego. Tuż przed wyjściem z domu Mich powiedział mi ,że mogę sobie coś kupić. Jestem w euforii. Wysiadka na parkingu. Zauważam napis : „La Feurte „ . Zastanawiam się , czy to nazwa miejscowości w której się znajdujemy. Może potem spytam o to Samiego. Teraz przecież nie mogę. Ochroniarz kroczy przy mnie jak druga skóra. No tak ,zapomniałam. Mówię do niego Steve. Tak ma na imię. Jest wysoki, łysy i mocno umięśniony. Zmiótłby mnie jednym ciosem. Ciekawe , czy Simon by sobie z nim poradził. Rozmyślam nad tym w drodze do wejścia. Chyba mam głupie myśli.
To hiszpańskie Centrum Handlowe nie różni się niczym od europejskich. Tak samo w nim duszno , tłoczno i głośno. Dookoła holu szklane witryny. W każdej coś innego. Na holu tłum ludzi w różnym przedziale wiekowym. Hiszpanie mają tą wadę ,że mówią szybko i głośno. Straszny hałas. Kulę się w ramionach Steve’a . Odwykłam od tego.
Simon prowadzi do Centrum Ogrodniczego. Pełno tam donic , kwiatów i sadzonek. Pachnie urzekająco. Od razu ciągnie mnie w stronę kolorowych dodatków i tłumaczy głośno , co zaplanował. Słucham z przejęciem. Nawet Steve się wciągnął i ogląda wazony. Zerka na mnie ukradkiem. Odżywam.

Uciekam.

Z przejęciem biegam po sklepie ogrodniczym a mój ochroniarz za mną , lecz w oddali. Zachowuje pozory. Co i rusz się czymś zachwycam. Gdybym mogła , wykupiłabym pół tego sklepu. Moją uwagę przykuwa ogrodowa huśtawka. Testuję ją niczym mała dziewczynka, śmiejąc się przy tym donośnie. Widzę Simona .Macha ręką w moim kierunku. Idę do Niego. Pokazuje mi co wybrał i szepce: Będzie dobrze. Nie wiem o co mu chodzi , ale idziemy do kasy. Płaci Steve. Targamy to wszystko na wózku, bo jest zbyt ciężkie by nieść.
Po drodze wskakuję do sklepu z ciuchami. Michel obiecał ,że mogę sobie poszperać , więc korzystam póki mogę. Z zapałem przeglądam wieszaki i kosze pełne fatałaszków. Zatracam się w tym nie zwracając uwagi na Steve’a i Simona. Ktoś raptownie szarpie mnie za rękę i wciąga do niepostrzeżenie do przymierzalni, jednocześnie zakrywając usta dłonią. Boże Mój..nie chcę tego znów przechodzić. Mało nie mdleję. To Simon.
-Sea cicho! Cicho jasna cholera – szepce mi do ucha.
Uspakajam się, ale tylko na chwilę. Ogarnia mnie paniczny strach ,że zaraz znajdzie nas Steve.
-Słuchaj mnie uważnie ! Drugi raz nie powtórzę, nie ma na to czasu..- Sami mówi szeptem.
-Zobaczę , co robi Steve a Ty przebierz się w te rzeczy- pokazuje palcem na kupkę ubrań – załóż perukę. Zrób to dokładnie i bez pośpiechu. Przyjdę po Ciebie. Do tego momentu nie wychylaj stąd nosa ! -przykazuje mi i opuszcza przymierzalnię. Stoję w odrętwieniu. Cała się trzęsę.
-Teraz albo nigdy – myślę i ściągam ubranie. Krok po kroku wykonuję polecenia Samiego. I czekam. Te chwile wydają się wiecznością. Simon w końcu zagląda do mnie i mówi szeptem :
-Szukamy Cię, wyjdź jak zagadam Steve’a i biegnij do wyjścia. Nie zatrzymuj się nawet na chwilę i nie oglądaj. W sklepie jest tłum ludzi – Znika za kotarą. Słyszę tylko jak mówi kolejne : Przepraszam. To chyba dla zmyłki.
-Znajdźmy ją ! -słyszę Steve’a – koniecznie! -jest zły. Wnioskuję po jego głosie. Słyszę też jak dzwoni gdzieś. Pewnie do Michela.
Odchylam kotarę i widzę jak obaj przeszukują każdy zakamarek sklepu. Czekam. Ze strachu mam mokro w majtkach. Wykorzystuję moment , gdy obaj oddalają się w drugi kraniec pomieszczenia. Wychodzę. Idę spokojnie , lecz stanowczo w stronę wyjścia. Nie mogę wzbudzić podejrzeń.
Przekraczam magiczny próg mojej wolności i rzucam się biegiem przed siebie. Jedyne co słyszę to okrutne bicie mojego serca i tupot moich nóg po posadzce Centrum. Wybiegam na zewnątrz ciężko dysząc. Jestem przerażona. Nie wiem co robić,panikuję.
Ktoś mnie obejmuje. Chwyta pod pachy i prowadzi z dala od budynku. Nie oponuję. Jestem w szoku. Nie znam zupełnie kobiety, która mi pomaga. Zaprowadza mnie w róg i mówi :
-Jestem Ałła. Od Simona. Spokojnie.
Patrzę na nią i cała się trzęsę. Nie rozumiem dobrze , co do mnie mówi. Łzy jak grochy spływają mi po twarzy. Nie mogę się opanować. Serce mało nie wyskoczy mi z piersi.
-To nie może być takie proste.. -dukam- nie może..
Ałła ciągnie mnie pod pachę w stronę auta stojącego na uboczu. Wręcz wpycha mnie do niego. Kierowca odjeżdża z piskiem opon. To dopiero początek mojej drogi ku wolności..Mdleję w tym cholernym aucie.

Moja Droga Krzyżowa

Budzę się na łóżku. Nade mną zaniepokojona twarz Ałły. Mówi coś po hiszpańsku do jakiejś innej kobiety. Nic nie rozumiem. W panice zrywam się na równe nogi. W ostatniej chwili jej dłonie mnie przytrzymują. Chyba jeszcze nie dociera do mnie cała prawda. Nadal nie mogę opanować tego makabrycznego drżenia rąk. Ałła usiłuje mnie uspokoić. Chce mi przekazać parę informacji. Mówi z akcentem hiszpańskim, więc muszę się mocno skupić by ją zrozumieć. Siadam i patrzę na nią tępo.
-Sea to dopiero początek drogi- mówi mi Ałła- musimy Cię jakimś cudem stąd wydostać. Od teraz Ja i moi przyjaciele będziemy się Tobą zajmować. Simon nie może rzucić na siebie cienia podejrzenia ,że Ci pomógł – Ałła tłumaczy mi spokojnie i rzeczowo. Dociera do mnie ,że nie będzie wcale łatwo.
-Nie masz dokumentów , nie masz niczego. Do miejscowej policji nie ma się co zwracać. Michel Ashanti to wpływowy potentat. W tym rejonie nikt Ci nie pomoże – tłumaczy.
-Czemu to robisz? Czemu narażasz własne życie? -pytam zalewam się łzami.
-Jestem to winna Simonowi. To długa historia -odpowiada mi kobieta. Ałła jest bardzo drobna. Typowa Rosjanka o ciemnych włosach. Niska i szczupła. Podziwiam ją ,że pozwoliła się wplątać w coś takiego. Na jej twarzy nie widać strachu.
-Ałła jak mam się stąd wydostać? – ciągle pytam.
-Spokojnie. W tym domu nikt Cię nie będzie szukał. Tu przeczekasz kilka dni. Mieszkam w nim ja, mój mąż i moja siostra – przywołuje gestem kobietę , z którą jeszcze niedawno gadała po hiszpańsku. Ona bardzo przypomina mi Ałłę , widać że to siostry. Są do siebie bardzo podobne.
-Jestem Ivona – mówi do mnie łamaną angielszczyzną i wyciąga rękę na powitanie.
Podaję jej dłoń niepewnie.
-Ivona jest wtajemniczona we wszystko – Ałła tłumaczy. Mój mąż będzie wieczorem. Na imię ma Cristiano. On też wie o Tobie – jak to mówi, wygląda na uosobienie dobroci. Jestem jej tak bardzo wdzięczna.
Ivona wtrąca się do rozmowy. Mówi nieskładnie i z trudem ją rozumiem. Ałła jej pomaga. Wiem tylko ,że mam się wykąpać, przebrać w inne ciuchy a także obciąć i ufarbować włosy, żeby w razie kryzysu trudniej było mnie rozpoznać. Kiwam głową potakująco. Tylko na tyle mnie teraz stać, szok jeszcze nie minął. Nim posłusznie dam się zaprowadzić do łazienki, dziewczyny karmią mnie kanapkami . Jem niewiele. Nic nie mogę przełknąć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *