Mam na imię Lisa- część czwarta

Matylda siedziała już przy swoim stoliku – biurku i wertowała zeszyt z rachunkami.
– A co dziś tak wcześnie? – Zapytała, kiedy Anna pojawiła się w salonie.
– Wcześnie? Normalna pora – odparła, wzruszywszy ramionami.
– Hm…, jest przed ósmą. Trochę wcześnie… Też nie mogłaś spać?

– A co, ty też nie spałaś? Zrobić ci kawy?
Anna nie czekając na odpowiedź, zaczęła przygotowywać dwie filiżanki mocnej, czarnej kawy.
– Tak, napiję się kawy. Spałam niby trochę, ale co to za sen – marudziła Matylda, zbierając palcami włosy z czoła, które niepostrzeżenie się jej tam zapodziały.
– Coś ci dolega? – Upewniała się Anna.
– Tak, życie mi doskwiera – odpowiedziała. – I to jak cholera – dodała pod nosem.
Ledwo wybiła ósma, kiedy w drzwiach pojawiła się Ewa. Zobaczyć ją o tak wczesnej porze, było zjawiskiem podobnym do obserwowania zaćmienia słońca. Rzadkość nad rzadkości.
– Dzień dobry wszystkim! – Rzuciła na przywitanie. – Widzę, że się robi kawka, to ja też poproszę!
– Ty się rozchorowałaś? – Zapytała Matylda poważnie już zdziwiona.
– Nie pani Matyldo, mam się wyśmienicie – odparła z uśmiechem na twarzy Ewa.
– Żadnego wypadku dziś? – Drążyła uparcie temat staruszka.
– Dziś droga była pusta, jak nigdy – mówiąc to Ewa puściła oko do Anny.
W Cytrynie rozchodził się zapach świeżej kawy, taki co to zwiastuje dobry początek dnia. Coś jednak wisiało w powietrzu, dało się to wyczuć. Nie wiadomo było jedynie co.
Z radia płynęła energiczna muzyka – ktoś kto decydował o tym co nadawać o tak wczesnej porze dnia, doskonale znał naturę człowieka. Wiedział, że warto zaaplikować z samego rana odrobinę mocy.
Klientów nie było, nie tak wcześnie. Choć nie było pewności, czy ktokolwiek się pojawi. Rozmowy umilkły. Matylda zanurzona w papierach odpalała kolejnego papierosa, Anna pół godziny ustawiała szczotki w pojemniku, wzdychając przy tym do lustra, a Ewa sprzątała co się dało, rozpierała ją tego dnia energia, a może niezaspokojona ciekawość nie dawała spokoju.
– A pani co dziś planuje? – Zapytała Matyldę zniecierpliwiona Ewa.
– Moja droga, nie ma dnia bez planów. A co, ty nie masz co robić?
– Przecież sprzątam! – Odpowiedziała oburzona.
Jak co rano pojawił się też listonosz.
– To co dziś mamy? – Zagadnęła Ewa.
– A dziś niewiele. Tylko jeden list – rzucił mężczyzna i pognał dalej.
– Ten to nie będzie miał czasu umrzeć – rechotała Ewa.
– Taka praca… – westchnęła Anna.
Tymczasem Matylda na sam widok koperty skrzywiła się, i zwykle ciekawa każdej informacji, tym razem nie kwapiła się, by zajrzeć do środka.
– Nie otwiera pani? – Wytknęła jej Ewa.
Anna zauważyła niepokój na twarzy Matyldy. Spojrzała na kopertę i była pewna, że już podobny list widziała. Zaledwie dzień wcześniej. Taką samą pomiętą kopertę.
– Wszystko w porządku mamo? – Zapytała z troską w głosie.
– A czy wy nie macie swoich spraw? Do roboty! – Burknęła Matylda i wyszła na ulicę.
– Hm, starej odbija!
– Nie, coś się dzieje… Wczoraj też dostała taką samą kopertę. Widziałam – Anna doskonale to pamiętała.
– Myślisz – Ewie błysnęły oczy od nadmiaru zgromadzonej ciekawości – że komornik?
– Oszalałaś?
– To może być komornik… Myślisz, że mnie zwolni?
– Daj spokój. Nikogo nie zwolni. Ona tylko wciąż narzeka na brak pieniędzy, a kupuje kamienicę po Rojnym.
Ewa podskoczyła z zachwytu.
– Nie gadaj! – Podbiegła do Anny. – Czemu ja nic o tym nie wiem?!
– Jakoś wypadło mi z głowy – wzruszyła ramionami Anna.
– I co?!
– Z czym?
– No z tą kamienicą! Po co ją kupuje?!
– Bo ja wiem… Może jako inwestycję. Może chce wynająć pomieszczenia tej kancelarii obok?
– E tam. Znając starą to pewnie wymyśli jakiś złoty interes. Hm…, a może doradzić jej, żeby solarium otworzyła?
– Kolejne? Masz jedno po przeciwnej stronie ulicy – wytknęła jej marny pomysł Anna.
– Fakt! – Ewa rzuciła spojrzenie pełne żalu na solarium z naprzeciwka. – Szkoda – westchnęła – mogłybyśmy się za darmo opalać. Ile byśmy chciały… No ale lepiej opowiadaj, jak było na randce! Fajny?!
Anna przewróciła tylko oczami.
– O Boże! – Ewa widząc to wydała z siebie pisk zachwytu. – Czyli, że fajny!
– Jest niesamowity, wiesz?
– Wierzę, skoro tak mówisz.
– Myślałam nad tym długo i on chyba jest ideałem mojego faceta…
– A jaki jest?!
– Hm…, męski, opiekuńczy, niezwykle czuły… – Anna miała przed oczami jego twarz, oczy, uśmiech.
– Hm… – rozanieliła się Ewa.
– Przy nim czułam się bezpieczna i tak szczęśliwa wczoraj.
– O matko, nie kończ! Nie wytrzymam! Ale jak było, opowiedz mi krok po kroku.
Anny nie trzeba było długo prosić. Mogłaby mówić o nim godzinami.
Matylda tymczasem oparła się o mur swojej kamienicy i wyciągnęła z kieszeni wzorzystego fartucha pomiętą kopertę. Nabrała powietrza w płuca i wyciągnęła kartkę. Taką samą jak poprzednim razem. Wyglądało jakby ktoś na bazgrolił kilka zdań na kartce wyrwanej z zeszytu do matematyki. Autor z pewnością nie dbał o styl pisma, język, którym się posługiwał, ani też specjalnie nie wysilił się w poszukiwaniu unikalnej papeterii, na której mógłby skreślić kilka słów. List był stosunkowo treściwy:
Pięćdziesiąt tysięcy złotych, albo policja o wszystkim się dowie. Nas nie wystawia się do wiatru. Z nami się współpracuje!
Zmięła kartkę i pięścią uderzyła o biodro. Gdyby tylko mogła odwrócić czas…
– Mamo!
Odwróciła głowę. To Anna wołała, stojąc przed Cytryną.
– Dzwoniła policja… – wyjaśniała – ten inspektor!
– Co, znowu on? A czego chce tym razem?!
– Pytał czy jesteś, bo musi z tobą porozmawiać!
– Ze mną? Pchi! A niby o czym, co?
– Nie wiem, nic mi nie powiedział. Spytał tylko czy jesteś, więc potwierdziłam.
– Głupia, trzeba było powiedzieć, że wyjechałam na tydzień!
– Ale ja…
– Dobra! Nieważne! Porozmawiam z nim, ja nie mam nic do ukrycia! Pamiętaj.
– Będzie za pół godziny.
– Niech będzie i za dwie sekundy, guzik mnie to obchodzi. Poczeka.
Matylda weszła do salonu, a potem skierowała się w stronę schodów prowadzących na piętro.
– To powiem, żeby poczekał – upewniła się Anna.
– Jak ma interes niech czeka – i nie mówiąc niewiele więcej, wdrapała się na górę, a po chwili trzasnęły drzwi od swojej sypialni.
– Znowu policja do niej? – Dziwiła się Ewa.
– To w sprawie tego napadu na SAPAR – wytłumaczyła Anna.
– No ale czego oni chcą od niej?
– Skąd mam wiedzieć – Anna wzruszyła tylko ramionami, uznając to za mało istotne – ze mną też przecież rozmawiali.
– Ile razy?
– Raz.
– Właśnie!
– Co niby ci chodzi po głowie?
– Nie wiem, ale czy ona czegoś nie ukrywa przed nami? – Ciekawość rozpierała głowę Ewy.
– O tym napadzie?
– Przecież nie o wyborach na prezydenta kraju!
– A skąd ma wiedzieć, skoro tej nocy spała jak zabita. Nie pamiętasz już, co jej zrobiłyśmy?
– Co ty jej zrobiłaś – poprawiła koleżankę Ewa.
– Ty, ja…, każda z nas przyłożyła do tego rękę.
– Dobra, nieważne w sumie… A jeśli – znowu oczy Ewy zdradzały zachodzący właśnie głęboki proces myślowy – ona nas wszystkich wykiwała?
– Jak?
– I udawała tylko że śpi, a tak naprawdę wstała…
– I poszła zdemolować salon konkurencji? Kobieta w jej wieku? Sama jedna?
– Cenna uwaga… – Ewa w swoich podejrzeniach szła  coraz dalej – salon konkurencji…
– Zastanów się co ty pleciesz – detektywie! – Dla Anny podejrzenia Ewy zdawały się co najmniej niedorzeczne.
Ich rozmowę przerwał dzwonek, który swoim dźwiękiem oznajmił otwierane drzwi salonu.
– Dzień dobry! Inspektor Kipka – rzucił na przywitanie znany już Annie mężczyzna.
– Witam Pana – odpowiedziała.
– Czy z szanowną panią Matyldą…
– Tak, oczywiście, już ją proszę, a tymczasem… – Anna nie skończyła jednak zaoferować gościowi niczego. Jej oczom bowiem ukazała się postać sunąca po schodach. Najprawdopodobniej była to Matylda.
– O matko… – jęknęła Ewa.
– Mama? – Z niemniejszym zaskoczeniem dopytała Anna.
Zdziwienie wszystkich było uzasadnione. Matylda wypróbowywała właśnie swój sposób uwodzenia mężczyzn, a celem niewątpliwie miał być nieświadomy niczego policjant. Mimo, że obydwie kobiety znały te metody, to za każdym razem kolejny strój Matyldy, zaskakiwał je na nowo.
I tym razem nie było inaczej.
Na schodach, oczom zgromadzonych, ukazały się najpierw zielone szpilki (Matylda miała duży rozmiar stopy) i niemłode już nogi, opięte rajstopami, tzw. kabaretkami, które na górze chowały się pod czerwoną (ten kolor towarzyszył jej w każdym stroju i każdego dnia) plisowaną spódnicą. Następnie widać było złotą, błyszczącą, elegancką bluzkę stylizowaną na lata czterdzieste. I wreszcie najważniejsze. Twarz Matyldy. Tę było rozpoznać najtrudniej. Przygotowując się do wizyty inspektora musiała wykorzystać wszystkie kosmetyki, jakimi tylko dysponowała. Wyglądała tyle samo godnie, co przerażająco. Zielone cienie nad oczami, rozlewające się swobodnie wokół oczu, jak jezioro podczas powodzi, różowe policzki i głęboko czerwone usta mówiły jedno: weź mnie, rób ze mną co chcesz, nie chcę nic w zamian. Do tego pieprzyk, który pojawił się w okolicach ust, a którego rano nikt jeszcze nie widział.
Na włosach nie było wielkiego szaleństwa. Czarny kapelusz obszyty niebieskimi piórkami, w których na stałe zapodział się jeden, wielobarwny motyl, można by uznać za minimalizm. W przypadku jej osoby oczywiście.
Inspektor Kipka na widok Matyldy zrobił krok w tył. Na jego twarzy, zaskoczenia zmieszanego z nutą przerażenia nie sposób było nie zauważyć. Człowiek z jego wieloletnim doświadczeniem, pracą w wydziale dochodzeniowym, dla którego przebywanie w towarzystwie różnej maści mend, ćpunów, pedofili, czy morderców było na porządku dziennym – zadrżał przed obrazem Matyldy… Ale w końcu zetknął się z teatrem. Precyzją i aktorstwem najwyższych lotów.
– Pan posterunkowy do mnie? – Zapytała z kokieterią w głosie Matylda, zwracając się do mężczyzny.
– Inspektor, droga pani. – Poprawił ją natychmiast.
– O, któżby spamiętał… – zignorowała swoja pomyłkę.
– Czy zechce mi pani poświęcić małą chwilunię? Mam zaledwie kilka pytań.
– Jestem zawsze do dyspozycji służb porządkowych… – mówiąc to dodała swój niewinny uśmiech, który nijak się miał do specjalnie na tę okazję przygotowanego, wyuzdanego ubioru i miny taniej, starej dziwki.
– Doskonale!
– Gdzie chce pan to zrobić? – Zapytała.
Inspektor spojrzał na nią przerażony, potem na pozostałe kobiety i z jego miny można było wywnioskować, że przechodzi właśnie głęboki proces analizy, w której efekcie zechce zadać pytanie, czy nie trafił aby do burdelu.
– Ale co, szanowna pani?
Matylda doskonale wiedziała, że policjant połknął haczyk.
– No jak to? To, po co pan tu przyszedł…
Kończąc, przejechała uwodzicielsko ręką po swoim biuście, który dodatkowo uwydatniał głęboki, nawet bardzo głęboki dekolt złotej bluzki.
– Pytania… – odpowiedział przełykając ślinę – miałem pani zadać pytania.
– I owszem, to przecież miałam na myśli…
– Tu jest idealne miejsce – rzucił, jakby na swoją obronę.
– Moje drogie – Matylda zwróciła się do Ewy i Anny – możecie nas w takim razie zostawić. Ty kochana – wskazała palcem Ewę – już jedź do domu, a ty – to dotyczyło Anny – zmykaj na górę. Dziś zamykamy SWEET DREAMS wcześniej.
Obie panie odetchnęły radośnie. Pożegnały się z policjantem i wyszły przed salon.
– Myślisz, że to coś poważnego? – Zagadnęła Ewa. Odpalając papierosa, starała się jednocześnie dojrzeć jak najwięcej przez szybę. Nie było wcale łatwo zorientować się w sytuacji, bo przez firany w gęste wzory z pawiami, nie można było dojrzeć, ani twarzy, ani tym bardziej gestów wykonywanych przez Matyldę, czy policjanta.
– Wiesz – wciągnęła w płuca tyle dymu, ile tylko ludzkie płuca mogą wchłonąć za jednym pociągnięciem papierosa – policja nie zawraca sobie głowy kimś, kto nic nie znaczy dla śledztwa.
– Dla jakiego śledztwa! – Obruszyła się Anna.
– No to dla sprawy… Rany, wiadomo o co chodzi!
– Może powiedziała mu wcześniej coś istotnego i dlatego wrócił…
– Nie wiem, ale mi to kłopociskami pachnie! No nic, będę zmykała…
– Czekaj, odprowadzę cię kawałek.
Kobiety ruszyły w górę ulicą Filantropów mijając kolejne budynki w milczeniu.
– Widzisz się z nim dzisiaj znowu? – Przerwała ciszę Ewa.
– Nie wiem, jeśli tylko się pojawi na czacie.
– Wymieniliście się numerami?
– No właśnie nie, nie chciałam. Ale teraz żałuję…
– Hm, no szkoda.
Ewa przydepnęła peta i sięgnęła do torebki.
– Chcesz? – Zapytała Annę.
– Jaka?
– Owocowa…
– Nie, wiesz, że nie lubię owocowych gum. Mają taki sztuczny smak.
– A ja tam lubię. Przypominają mi dzieciństwo.
– Jakie masz plany na wieczór?
– Na dzisiejszy wieczór? – Zdziwiła się pytaniem Ewa. – Hm, no pędzę do domu…
– Widzisz się dziś z Tomkiem? – Anna zadała pytanie i oczekiwała odpowiedzi.
– Z.., tak. Widzimy się dziś… – Ewę to pytanie wyraźnie zaskoczyło.
– To dobrze.
– Tak, dobrze…
Szły razem jeszcze kilka minut, poczym się pożegnały.
Anna pamiętała doskonale, że mężczyzna, z którym Ewa się spotykała od dłuższego czasu, wcale nie miał na imię Tomek. Miał na imię… No właśnie. Za każdym razem słyszała inne imię.
„Tylko dlaczego to robi?” – Pomyślała i obejrzała się za siebie. Chciała zawołać Ewę i jeszcze z nią porozmawiać. Wyjaśnić tą sprawę. Może miała jakieś problemy, a może…
„Nie, nie powinnam się wtrącać w jej prywatne sprawy!” – Skarciła się i powstrzymała od wołania.
Natychmiast po wyjściu inspektora Kipki, Matylda sięgnęła po telefon, wybrała numer i drżącym głosem, zupełnie do niej nie pasującym, zamówiła taksówkę. Zaledwie dziesięć minut później rozzłoszczona wsiadła do podstawionego samochodu, trzasnęła drzwiami i kazała się odwieźć pod adres, widniejący na małej zielonej karteczce, którą zamachała kierowcy przed nosem.
Ten zerkał co chwilę w lusterko i gdyby nie mina klientki, zapytałby, czy nie lepiej podwieźć ją od razu do teatru. Widząc jednak, że humor jej nie dopisuje powstrzymał się od kąśliwego żartu.
– Nie można jeszcze bardziej się wlec?! – Spytała ironicznie taksówkarza.
– Korki, proszę pani. – Odpowiedział grzecznie.
– To pan ma prawo jazdy od wczoraj, żeby nie potrafił pan ominąć korków?
Ale odpowiedzi nie usłyszała.
Samochód zatrzymał się przed szarym, dużym budynkiem, którego dolne części zajmowały sklepy z odzieżą, a wyższe piętra szkoła języków obcych. Tak przynajmniej informował wielki reklamowy baner wiszący na frontowej ścianie kamienicy.
Zapłaciła za usługę marudząc przy tym, że tak drogo, i kiedy tylko wygramoliła się z warczącego pojazdu, ten odjechał z piskiem opon.
W słońcu, które tego dnia znowu królowało nad miastem, złoty kolor bluzki kobiety mienił się niczym skrzynia wypełniona wartościowymi przedmiotami. Chwilę odsapnęła i ruszyła w stronę bramy prowadzącej do wnętrza budowli, ale zrobiła zaledwie dwa kroki, kiedy coś sobie przypomniała i zawróciła. Poczekała na zmianę świateł, przeszła na druga stronę ulicy i zniknęła tuż za rogiem. Po chwili pojawiła się znowu, ale już z bukietem różowych goździków. Poruszała się po okolicy pewnie, co świadczyło o tym, że doskonale ją znała. Wróciła do miejsca, na które dowiozła ją taksówka, złapała głęboki oddech (wyglądało to jakby szła się co najmniej oświadczyć) i zniknęła w wypełnionej cieniem bramie.
Na podwórzu zastygłym w bezruchu unosił się zapach wilgoci, która przenikała każdy centymetr murów, aż po fundamenty. Panował tu przyjemny chłód, jako że tylko jedna ze ścian kamienic, okalających zewsząd podwórze, skąpana była w sierpniowym słońcu. Wszystkie mury pozbawione były tynków, a co do balkonów, to już na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że nie nadawały się one do użytku. Zdecydowana ich większość dawno się posypała i teraz, jedynym śladem ich istnienia pozostawały metalowe szkielety, utrzymujące niegdyś na swoich barkach cały ich ciężar. Część okien, które wychodziły na podwórze, pozostawała w daleko posuniętym rozkładzie. Zaniedbane, brudne, czasem i z powybijanymi szybami, okres świetności miały dawno za sobą. Teraz, w przeważającej większości, zionęły martwymi mieszkaniami, opuszczonymi niegdyś przez swoich właścicieli i lokatorów.
Na wprost bramy, po drugiej stronie podwórza, schowana nieco za krzakiem dawno już przekwitłego bzu, stała kapliczka Matki Boskiej Nieustającej Pomocy. Zza liści widać było migotający radośnie pomarańczowy płomień palącej się świeczki, który tańczył w parze z lekkimi powiewami wiatru. Na wysokim, na półtora metra betonowym postumencie, osadzona była pomalowana białą farbą, kamienna grota, w której wnętrzu stała figurka Maryi. Jej czerwono-błękitne szaty opadały w dół, od głowy do stóp, i zsunęły by się zapewne do reszty, gdyby nie szeroko rozstawione dłonie postaci, witające wszystkie zbłąkane dusze. Lekko przekrzywiona, smukła twarz z przymrużonymi oczami, sprawiającymi wrażenie podążających za człowiekiem krok w krok, wyrażała niepojęte cierpienie i smutek. Dopracowany najmniejszy szczegół. Wszystko tak jak należało – godnie i z żałobą.
Wokół bryły kapliczki widoczne pozostawały ślady po ogrodzeniu. Ciężkim, kutym, żeliwnym, które niegdyś tu stało i broniło dostępu do świętości, przed niepożądanymi gośćmi. Większości ogrodzenia jednak już dawno nie było. Zostało skradzione, tak samo jak korona, która kiedyś, wsparta na dwóch drutach, górowała nad całą, biało-błękitną figurką.
Matylda obrzuciła podwórze spojrzeniem i upewniwszy się, że nikogo nie ma na jej drodze, ruszyła w stronę kapliczki. Ze spuszczoną głową, przybrawszy postać pełną pokory oraz uniżenia wymieszanego z nutą umęczenia (niewątpliwie ciężkim życiem) zbliżyła się do Maryi. Stanęła przed jej postacią, przeżegnała się starannie, a następnie rozłożyła u jej stóp kwiaty, które kupiła za rogiem. Pozostałości starych i zwiędniętych zebrała w suchą, rozpadająca się kupkę, po czym nie mając pomysłu co z nimi dalej począć, przerzuciła na tyły kapliczki. Wróciła na właściwe miejsce, wyciągnęła z kieszeni małą świeczkę, zapaliła ją, obok tej już palącej się i uklęknęła. Zaczęła się modlić. Trwało to dobrą chwilę. W tym czasie podwórze odwiedził dziki kocur, który dawno temu przyszedł na świat – na wolności, w śmietniku kilka ulic dalej. Robił co chciał, bywał gdzie chciał i interesował się tylko tym, co wydawało się być wystarczająco istotne dla jego kociego umysłu. Jednym słowem, swobodę i wolną drogę miał we krwi. Szedł wzdłuż ściany i obwąchiwał kolejne okna ukrytej pod ziemią piwnicy. W końcu leniwie przeniósł wzrok na klęczącą pod drzewkiem bzu kobietę. Najwyraźniej kolory, których bogactwo aż kipiało z jej stroju, przyciągnęły uwagę ssaka na tyle, że postanowił poświęcić temu zjawisku chwilę swojego cennego czasu.
– Wiesz przecież – szeptała Matylda ze wzrokiem wbitym w ziemię – że nie robię tego dla kaprysu. Zależy od tego moja, nie nasza – poprawiła się szybko – przyszłość. Wszystko na mojej głowie…
Biła się zaciśniętymi pięściami w pierś.
Kot tymczasem kroczył dookoła kobiety, ale w bezpiecznej odległości.
– Dziś takie czasy – mówiła dalej – że człowiek musi sobie radzić sam. Matuchno! Ale ja wiem, że ty czuwasz nade mną. Jestem tego pewna – biła się w swoją leciwą pierś.
Kocur tymczasem podszedł jeszcze bliżej i usiadł. Nie spuszczał z Matyldy wzroku, a do tego jeszcze oblizywał się długim, kocim jęzorem.
– Nie często cię o coś proszę… Ale teraz muszę – powiedziała jeszcze ciszej. – Spraw Matuchno, żeby nikt o niczym się nie dowiedział. Nigdy!
Przeżegnała się i już miała wstawać, kiedy zatrzymała się w połowie drogi i wróciła do poprzedniej pozycji.
– I jeszcze jedno – dodała bardziej stanowczo – spraw, żeby już nigdy się nie odbudowali. Nie tu! Niech oni się stąd wyniosą czym prędzej, żebym znowu nie musiała brać na swoje stare, i co tu dużo mówić, schorowane mocno barki, takiego ciężaru. Bądź co bądź, nie było to przecież takie łatwe.
Przeżegnała się jeszcze raz, podniosła się i ucałowała pokornie figurkę w miejscu przypominającym stopy.
Siedzący obok kot zamiauczał, jakby chciał w ten sposób zaznaczyć swoją obecność.
– Poszedł stąd! – Trzepnęła go w ucho, kiedy tylko się odwróciła.
Nadszedł wieczór. W pokoju panował półmrok. Cienie mebli rysowała na ścianach łuna zimnego światła, która wydobywała się z laptopa Anny. Leżał na łóżku, tuż obok jej głowy. Zerkała na niego bez przerwy. Nie mogła sobie znaleźć miejsca, ciągle coś jej przeszkadzało. Z za okna dochodziły rozmowy dyskutujących żywo mężczyzn, dźwięki głośne, nieznośnie ostre, wdzierające się w ucho. Uparcie niewygodne łóżko i poduszka odmawiająca posłuszeństwa – mimo nieustających prób nie miała zamiaru dostosować swojego kształtu do kształtu i ułożenia głowy Anny. Marek nie pojawił się na czacie, ani tego wieczoru, ani też kolejnego…
A dni, jak na złość, mijały tak samo, bezbarwnie. Pobudka rano, praca przez cały dzień, żadnych rozmów w salonie, bo i nikt nie miał na nie ochoty. Anna z ledwością trzymała się na nogach. Pogrążona w rozmyślaniach o Marku i o tym, co tamtej nocy, spędzonej z nim w hotelu, mogła zrobić źle. Nie była w stanie skupić się na pracy, a co dopiero wdawać się w dyskusje. Matylda, nękana niemal codziennie przez policję i listonosza, przynoszącego jej kolejne tajemnicze listy, stała się nie do wytrzymania. Zjadliwa zazwyczaj, teraz przeistoczyła się w nieludzką istotę, która czepiała się wszystkiego i wszystkich. Stała się nad wyraz podejrzliwa, niepewna – nawet własnego cienia. Ku zaskoczeniu wszystkich, nawet otwierane drzwi salonu powodowały strach w jej oczach.
Kiedy tylko przychodził wieczór, ginęła w miejskim gąszczu budynków, prowadzona siecią setek tysięcy ulic Warszawy i coraz częściej odwiedzała swoją figurkę Matki Boskiej Nieustającej Pomocy licząc, że ta wstawi się za nią u Wszechmogącego. Klęczała przed nią godzinami, modląc się żarliwie, wznosząc ręce do nieba i tłumacząc swoje racje.
Anna w tym czasie włączała laptopa i godzinami szukała szczęścia w wirtualnym świecie.
Poznawała nowych mężczyzn, ale kolejne przygody z nimi (poza tą z Markiem) ograniczały się do nocnych rozmów.
Po kilku tygodniach doskonale poruszała się po portalach randkowych. Wybierała tylko odpowiednie kryteria – przedział wiekowy, miejscowość oraz typ poszukiwanego faceta. I tyle.
Krótki, przetworzony przez komputer dźwięk, oznajmił nadejście wiadomości.
„Marek!” – Przewinęła się pierwsza myśl w głowie Anny.
Czując szybkie bicie serca przeniosła wzrok z sufitu na ekran laptopa. Wcisnęła odbierz i… Niestety, to nie była wiadomość od niego. Na początku ogarnęło ją rozczarowanie i smutek, ale w końcu wytłumaczyła sobie, że o Marku czas zapomnieć . Dlatego może uznała, że ten e-mail nie był przypadkiem. Tak, zdecydowanie to nie przypadek.
„Może sposób na zapomnienie – myślała – albo nadzieja na coś nowego… Chciałabym.”
Wytarła łzę, która niepostrzeżenie błysnęła jej w oku i przeczytała nową wiadomość.
Nie wiedziałem, że są jeszcze tak piękne kobiety…
„Kiepski podryw.”  – Pomyślała. Nie odpisała i nie miała wcale zamiaru tego robić, ale za chwilę pojawiła się kolejna wiadomość od tego samego nadawcy.
Mam nadzieję, że się nie gniewasz za moje stwierdzenie?
Ależ skąd!
Skusiła się.
Pisałem szczerze.
Dzięki!
I tak, banalnie zaczęta  rozmowa, potoczyła się tym samym torem co zawsze. Anna miała tego świadomość, ale wcale jej to nie przeszkadzało. Mimo zakotwiczonych w niej oporów do nawiązywania kolejnych znajomości, ciągnęła rozmowę, która angażowała ją z każdym kolejnym zdaniem. Mężczyzna pisał dużo o sobie, czym ją zaintrygował, bo zazwyczaj w takich sytuacjach każdy starał się być skryty do granic możliwości. Pisał jej o książkach, które nagminnie czytał, wyliczał ulubionych pisarzy, opowiadał nawet o studiach i zabawnych przygodach, które z tamtego okresu akurat mu się przypomniały. Udało mu się ją rozbawić i spowodować, że zapomniała na chwilę o codzienności. Na końcu wspomniał coś o uroczystym przyjęciu, które miało być wydane niebawem, a którego on był współorganizatorem. Początkowo Anna ten wątek zignorowała, skoro jednak uparcie do niego powracał, wypytała o szczegóły. Nie trzeba było go o to specjalnie prosić – ochoczo opisał jej (wyglądało to tak, jak gdyby tylko na to czekał) w czym rzecz, a na końcu spytał, czy ma jakieś plany na najbliższy piątkowy wieczór. Jako że odpowiedź była przecząca, dopytał, czy nie miałaby ochoty towarzyszyć mu podczas owego przyjęcia. Choć kompletnie takim obrotem sprawy zaskoczona, nie zastanawiając się zbyt długo…, przyjęła zaproszenie.
*
Zamówiona taksówka zatrzymała się pod Cytryną punktualnie kwadrans przed godziną dwudziestą. Chwilę potem Anna zamknęła drzwi i poprosiła kierowcę by zawiózł ją pod wskazany adres.
O tej porze, w ciepły, piątkowy wieczór, Krakowskie Przedmieście pełne było ludzi. Głównie zagranicznych turystów – wciąż jeszcze zapalonych poszukiwaczy, odkrywców nowych, dzikich jeszcze terenów. Wydawało im się, że trafiali idealnie przyjeżdżając do Polski. Pomiędzy nimi dało się również słyszeć i polski język. Najczęściej posługiwały się nim zakochane pary, które na romantyczny spacer wybierały tą właśnie ulicę (jakby nie było przyjemniejszego i bardziej oryginalnego miejsca w mieście), albo spici młodzi mężczyźni, którym, w doskonałych humorach i z lekko chwiejącymi się nogami, było już wszystko jedno gdzie się znajdują i dokąd zmierzają.
Samochód zatrzymał się tuż przed szerokimi schodami, prowadzącymi do niewielkiego przedsionka, dopiero co odnowionego zabytkowego pałacyku. Cała, schowana za szeregiem kolumn, fasada budynku tonęła w światłach, przez co Anna poczuła się, jakby była gwiazdą filmową, stąpającą po czerwonym dywanie, prowadzącym wprost na galę rozdania Oskarów.
Zapłaciła i ledwo taksówka odjechała, kiedy jej miejsce zajął już kolejny samochód pełen gości. Dookoła szemrał lekki, wieczorny wiatr, który nieśmiało muskał jej rude włosy i czarne koronki jej wieczorowej sukienki. Wyglądała zachwycająco. Niepewnym krokiem ruszyła przed siebie. Ktoś się jej ukłonił (najwyraźniej przez pomyłkę). Jakaś para na jej widok subtelnie wymieniała się informacjami, szepcząc sobie do ucha – z pewnością nieprawdziwymi, skoro nic o niej nie wiedzieli.
Kiedy pokonała już wszystkie stopnie, przed jej oczami wyrosła, niewiadomo skąd, olbrzymia sylwetka rosłego ochroniarza.
– Dobry wieczór! – Przywitał się grzecznie.
– Dobry wieczór panu!
– W czym mogę pomóc? – Dopytywał się z kamienną twarzą.
Ubrany w czarny garnitur, w pełni skomunikowany z centralą (na co wskazywała słuchawka przymocowana do ucha), wypełniał sumiennie swoje zadanie. Jako zapora, miał przepuszczać jedynie zaproszonych gości, odprawiać z kwitkiem tych nieproszonych, a w sytuacjach zagrażających zaplanowanemu porządkowi imprezy, miał prawo użycia siły.
– Zostałam zaproszona na przyjęcie – wyjaśniła Anna.
– Poproszę zaproszenie – zażądał stanowczo.
– Zaproszenie? Hm, nie mam – zaskoczona zdała sobie z tego faktu sprawę. – Ale…
– Tak?
– Dostałam ustne zaproszenie od pana Andrzeja Lechickiego.
Wypowiedziane nazwisko zdecydowanie zrobiło wrażenie na posępnym ochroniarzu, bo odchrząknął i natychmiast przesunął się na bok.
– Witamy! Prosto i w lewo, do dużej sali – wskazał ręką, zapraszając do środka.
Przedsionek był niewielki, liczył zaledwie jakieś trzydzieści metrów kwadratowych. Jego ściany, poszatkowane drzwiami prowadzącymi do dalszych pomieszczeń, nadawały mu charakter pomieszczenia zdecydowanie przechodniego. Ściany udekorowane były obrazami, a rogi wypełniały stoliki, na których stały wazony z czerwonymi różami. Zgodnie z radą ochraniarza, Anna skierowała się od razu w pierwsze drzwi na lewo, z resztą trudno było wybrać inną możliwość, skoro tylko te drzwi stały otworem dla wchodzących gości.
Za nimi ciągnął się długi korytarz z rzędem okien (osadzonych głęboko w murze) po lewej stronie i drzwi, po stronie przeciwległej. Anna zmierzała do samego jego końca, mijana przez innych gości oraz osoby z personelu, kiedy naprzeciw niej, już w samych drzwiach prowadzących do wielkiej sali, stanął mężczyzna.
– Ty musisz być Lisą – powiedział, rozkładając szeroko ramiona w powitalnym geście.
– Witaj, to ja! Andrzej? – Upewniła się.
– Zgadza się – uśmiechnął się i podał jej rękę.
– A zatem jestem – mówiąc to westchnęła.
Poczuła ogromną ulgę, kiedy go zobaczyła. Był dokładnie taki, jakim sobie go wyobraziła, wysokim, silnym mężczyzną, z czarnymi oczami. Lekki, precyzyjnie przystrzyżony zarost okalający twarz, dodawał mu buńczuczności. Jego spojrzenie zdradzało, że w jego charakterze nie dominowały takie cechy jak uległość, pokora, czy strach. Z pewnością był odważnym mężczyzną. A do tego jego płynny sposób poruszania się powodował, że sprawiał wrażenie osoby niezwykle medialnej.
– Nawet nie wiesz – powiedział – jak bardzo się cieszę, że zgodziłaś się przyjść.
– Mnie też to sprawia dużo radości – mówiła szczerze. Czuła jak jej twarz oblewają z wolna gorące pąsy, co było skutkiem emocji, jakie Andrzej w niej wzbudzał. Czymś, z domieszką pożądania. Zupełnie nie potrafiła nad tym zapanować, przez co czuła się jak młode dziewcze, uwodzone przez starszego kolegę ze studiów.
– Zapraszam! Przedstawię cię kilku osobom.
Anna złapała go pod ramię i weszli w gęstniejący powoli, lecz systematycznie, tłum ludzi.
– Jesteś moją przyjaciółką jeszcze z czasów studiów… – szepnął jej do ucha, kiedy zbliżali się do grupki trzech osób stojących najbliżej.
Dwóch mężczyzn – jeden niższy, ze sporą nadwagą i szpakowatymi, doskonale ułożonymi włosami, miał około sześćdziesięciu lat, drugi, zdecydowanie młodszy (o dobre dwadzieścia lat) i jeszcze smukłej budowy, intensywnie coś wyjaśniał, gestykulując przy tym żywo, no i kobieta. Starsza, elegancka, wyniosła…
– Moi drodzy – rzucił Andrzej, gdy stanęli obok – chciałbym wam przedstawić moją dawną przyjaciółkę, Lisę!
Towarzystwo odwróciło się w stronę dobiegającego ich głosu.
– Pan prezydent – wyliczał, zaczynając od mężczyzny ze szpakowatymi włosami– jego małżonka oraz… – i tu zawiesił głos.
– Tomasz Streńczyński – dodał szybko mężczyzna, którego wywołaniem do tablicy, wybito z tematu – jestem prezesem fundacji Nadzieja dla dzieci – wyjaśnił od razu.
– Właśnie! – Dopowiedział Andrzej, nie zajmując sobie jednak nim więcej głowy.
– Miło mi państwa poznać – przywitała się Anna, podając rękę każdemu po kolei.
– Nie wiedziałem, że nasz drogi Andy chował przed światem tak piękną przyjaciółkę – rzucił prezydent, który jednocześnie pogładził się po dużo za dużym brzuchu, jakby na znak, że o to stanął przed nim łakomy kąsek. Całkiem apetyczny.
– Bardzo nam również miło – chrząknęła sucho prezydentowa, chcąc przywołać męża do porządku.
– Mam nadzieję, że nie przerwaliśmy żadnej ważnej dyskusji… – usprawiedliwiającym tonem powiedziała Anna.
– Wyjaśniałem właśnie panu prezydentowi, jak ważne jest dla naszego miasta budowanie kolejnych domów dziecka – zapalił się znowu do dyskusji niejaki Streńczyński – oraz jak bardzo potrzeba zwiększyć wydatki na…
– Ależ drogi kolego – przerwał mu bezlitośnie prezydent – nie czas, ani miejsce na poruszanie takich tematów! Znajdziemy na to odpowiedniejszą chwilę!
– Ale…
Mężczyzna nie był w stanie dopowiedzieć niczego więcej, bo prezydent odwrócił się do niego plecami.
– Czym się zajmujesz moje dziecko – prezydent zwrócił się do Anny z zaciekawioną miną, licząc, że usłyszy coś, co go zaciekawi, oderwie od szarej rzeczywistości, coś, co go powali.
– Podróżniczka! – Wtrącił Andrzej.
Anna spojrzała na niego zaskoczona.
– Lisa jest podróżniczką! Wróciła dopiero co z wyprawy…, po Ameryce Południowej… – kontynuował ze szczerym uśmiechem na twarzy.
– Ach tak…? – Upewniał się prezydent żywo zainteresowany.
– Zgadza się! – Potwierdziła Anna. Nie wiedziała w jakiej grze uczestniczy, ale czuła, że powinna trzymać się linii wytyczonej przez Andrzeja.
– Państwo wybaczą – uciął nieoczekiwanie wątek Andrzej – ale porwę Lisę, bo chciałbym ją przedstawić jeszcze innym gościom.
– Naturalnie, naturalnie… – od razu zareagowała prezydentowa, która najbardziej z towarzystwa życzyła sobie, aby Anna nie zawracała głowy jej mężowi.
– No szkoda! – Upomniał się prezydent. – Ale w takim razie jest mi pani winna opowieść z podboju świata. Chociaż jedną, jak tylko będzie okazja.
– Z pewnością opowie nie jedno! – Odpowiedział Andrzej i pociągnął ją za sobą.
Tymczasem tłum wypełnił szczelnie już niemal całą salę i wszystko wskazywało na to, że lada moment impreza się rozpocznie.
– Przepraszam cię za tą podróżniczkę – szepnął Andrzej – ale nie przyszło mi nic innego do głowy.
– Jasne, każdemu zdarza się zapomnieć… Bo – chciała się upewnić – wspominałam ci czym się zajmuję, prawda?
– Naturalnie, mówiłaś… Powiedziałaś, że prowadzisz salon fryzjerski, zgadza się?
Annie trudno było prowadzić z nim rozmowę, skupić się na wszystkich jej aspektach. Szczególnie teraz, kiedy tłum wymuszał na nich tak dużą bliskość. Kiedy czuła jego zapach, co ją dodatkowo podniecało.
– A zatem nie wymyśliłeś tej podróżniczki dlatego, że zapomniałeś o czym mówiłam, tylko…
– Nie mogłem im przecież powiedzieć, że jesteś fryzjerką – skrzywił się.
– Dlaczego?
– Posłuchaj! – Chwycił jej rękę. – My tu w ratuszu, naturalnie wspieramy drobny biznes. Ale to był prezydent miasta, więc sama rozumiesz, chciałem, żebyś lepiej wypadła, no i…
– I co jeszcze?
– Wybacz, że to powiem, ale ja muszę też dbać o swój wizerunek. Dzisiejszego wieczoru jestem tu służbowo – uciął sucho.
Anna pomyślała, że gdyby tak głębiej nad tym pomyśleć, to miał rację. Z resztą w ogóle jej to nie obchodziło w jaki sposób została przedstawiona, bo nie planowała więcej spotkań z prezydentem. Spojrzała w głęboko czarne oczy Andrzeja i wydało jej się, że argument kogoś o tak pięknych oczach nie może być podważony.
– Nie ma sprawy – rzekła z nikłym uśmiechem, świadczącym bardziej o grzeczności z jej strony, aniżeli pełnej akceptacji jego wytłumaczenia.
– To dobrze, że to rozumiesz.
Obok nich, w białej koszuli z czarną muchą, przeciskał się młody kelner, który wysoko, ponad głowami gości, niósł tacę wypełnioną po brzegi kieliszkami szampana.
– Napijesz się? – Zapytał Andrzej i nie czekając na odpowiedź sięgnął po dwa kieliszki.
– Dziękuję! Andrzej, powiedz mi proszę, co to za okazja tak w ogóle?
– Ta impreza?
– Tak…
Tłum, niczym posłuszne stado owiec, skierowało twarze w jedną stronę, w miejsce czegoś, co przypominało podest z mównicą, wykonaną z jasnego drewna. Jeden z pracowników obsługujących przyjęcie sprawdzał właściwe działanie mikrofonu stojącego obok niej, powtarzając: raz, dwa…, raz, raz…
– To z okazji otwarcia nowego domu dziecka – tłumaczył Andrzej – wyłożyliśmy…, to znaczy miasto wyłożyło, sporo pieniędzy na to, ale nie było wyjścia. Obiecaliśmy to w kampanii wyborczej, no i – tu wyraźnie się skrzywił – niestety musieliśmy dotrzymać słowa.
– Rozumiem…
– A ponieważ ja zajmuję się w ratuszu sprawami społecznymi, to zorganizowałem to przyjęcie, nad którym patronat honorowy objął prezydent miasta.
– To miło z jego strony.
– Nie wiem czy miło. Nie miał wyjścia.
– Ale skąd aż taka pompa przy otwieraniu tego domu dziecka?
– Eh, widzisz – na twarzy Andrzeja zagościł grymas niezadowolenia – chcemy się pokazać z jak najlepszej strony. Z resztą kto nie chce… Widzisz tam?
Spojrzenie Anny powędrowało za placem Andrzeja, który wskazywał na przeciskającego się w ich stronę biskupa.
– Biskup Krupiło.
– Kojarzę go z gazet… – opuchnięta twarz leciwego mężczyzny wydawała jej się znajoma.
– Kiedy tylko dowiedział się o programie budowy dziesięciu nowych domów dziecka i akcji wspierania fundacji pomagającym dzieciom, natychmiast włączył się do tego całym sercem. Udzielał wywiadów i pojawiał się wszędzie tam, gdzie w związku z programem pojawiały się kamery… Chociaż, tak naprawdę kibicował nam od początku. Nie mogło więc zabraknąć go i dzisiaj.
– Witamy! – Powiedział Andrzej rozkładając z uśmiechem na twarzy ramiona na przywitanie dostojnego gościa, o którym rozmawiał z Anną.
– Dobry wieczór synu! – Odpowiedział biskup skinieniem głowy. – Co za tłumy, co za tłumy. Kamery są?
– Są, z przodu!
– Bałem się, że się spóźnię! – Biskup zerknął na zegarek, który czarnym skórzanym paskiem przymocowany był do ręki.
– Bez obaw! Nie zaczęlibyśmy bez… – Andrzej jednak nie dokończył, bo ktoś przez mikrofon wywołał jego nazwisko.
-Przepraszam najmocniej, ale obowiązki wzywają! Lisa, poczekaj tu na mnie, będę niebawem. Zostawiam cię w dobrych rękach – rzucił Andrzej i zniknął w tłumie.
Chwilę później pojawił się na podeście, skąd, pod okiem uważnych kamer, zaczął przemowę od powitania najważniejszych gości: – Powitajmy pana prezydenta Chociażewskiego! Który zdecydował się objąć honorowy patronat nad naszym programem! Brawa!
– Ja cię chyba nie widziałem wcześniej – zagadnął tymczasem biskup do Anny – u boku naszego Andrzejka?
– Nie, nie sądzę…
– Nie znacie się chyba za długo? – Badał ją uważnie wzrokiem.
– Właściwie…, nie. Dziś się poznaliśmy.
– Tak myślałem – skwitował jej odpowiedź uśmiechem.
– Mam na imię Lisa – doprecyzowała.
– Powitajmy również, tych, dla których dziś się tu spotkaliśmy – mówił Andrzej doniosłym głosem, wskazując przy tym na grupkę kilkuletnich dzieci, które ktoś ustawił w równym szeregu na podeście obok niego – naszych najmniejszych, współobywateli – grzmiał – najmniejszych i najbardziej bezbronnych! Brawa!
Sala posłusznie odpowiedziała brawami.
Biskup znowu spojrzał na Annę. Chwilę milczał, jakby wahając się, czy może pozwolić sobie na odrobinę bezpośredniości. Oczywistym się wydawało, że zobaczył w niej piękna kobietę. Tego, ona sama się domyślała, widząc spojrzenia, jakimi od początku ich spotkania ją obrzucał. Ale on zobaczył w niej kogoś jeszcze…
– Nasz wspólny sukces – kontynuował Andrzej, kiedy tylko ucichła fala oklasków – ma wielu ojców! Bo i wielu na ten wieczór pracowało…
– Droga jesteś? – Biskup szepnął Annie nieoczekiwanie do ucha.
– Słucham? W jakim sensie?
Najwyraźniej nie zrozumiała co miał na myśli.
– Robaczku – powiedział czułym, ale i obscenicznym tonem – masz piękny tyłek…
– Co też biskup… – nie wierzyła własnym uszom.
– Nie udawaj, wiem, że jesteś wynajęta. Andy wspominał mi o waszej dzisiejszej nocy…
– Chyba mnie pan z kimś pomylił!
– Lubisz słuchać sprośnych dowcipów? – Naciskał.
– Nie za bardzo…
– A może – ciągnął temat, kładąc swoją rękę na jej tyłku – papcio ci opowie…, tylko umów się ze mną.
– Najczcigodniejszy Księże Biskupie – zagrzmiał głos – zapraszamy! Wasza Ekscelencjo – powtórzył Andrzej – zapraszamy tutaj do nas! Prosimy o kilka słów!
Biskup, wywołany przed szanowne audytorium, od razu oprzytomniał i najwyraźniej przypomniał sobie po co znalazł się na przyjęciu, bo natychmiast zaczął przeciskać się ku wołającemu go głosowi. Po chwili był już z przodu całego zbiorowiska, wgramolił się na podest i stanął za mównicą. W sali zapanowała idealna cisza. Tłum oczekiwał wielkich słów, znanego i wielkiego człowieka, społecznika. Ten zrobił łyk wody. Rozejrzał się po sali, spojrzał w kamery i było widać, jak w oczach nabierał godności.
– Dobry wieczór! – Odchrząknął. – Panie prezydencie, szanowni państwo, drodzy goście, współobywatele miasta, najdrożsi bracia i siostry! Spotykamy się tu dziś, w tej sali, przepięknego osiemnastowiecznego pałacyku, o bogatej historii, aby historię dalej tworzyć…
Rozległy się gromkie brawa!
– Tworzyć ją – ciągnął dalej uroczystym tonem – takimi czynami, jak ten dzisiejszy! Ktoś powie – zawiesił głos, umiejętnie budując napięcie – że to tylko jakiś tam dom dziecka… Ale ja się z tym nie zgodzę!
Uderzył pięścią w mównicę, tak mocno, aż zadrżała, stojąca na niej, szklanka z wodą.
– Nie zgadzam się, bo takimi właśnie małymi, wydawało by się czynami, budujemy wielką historię!
Znowu brawa!
– Naszą, wielką historię…! Historię Polski!
Na te słowa sala odpowiedziała salwą braw. Ludzie najwyraźniej to pragnęli usłyszeć. Oszaleli z zachwytu. Biskup dostał skrzydeł. Poczuł się znowu jak na wiecu wyborczym, choć kampania skończyła się dobre pół roku wcześniej. Pomimo, że naturalnie apolityczny, wziął wówczas udział w kilku wiecach, gdzie z trybuny porywał elektorat partii, z którą sympatyzował, równie gorącymi hasłami. I tak o to, uroczyste spotkanie z okazji otwarcia nowego domu dziecka, przerodziło się w kampanię wyborczą. Chociaż, sądząc po niezwykle żywiołowych reakcjach zgromadzonego w pałacyku audytorium – ludziom wcale to nie przeszkadzało. Kochali jego i jego bezinteresowność.
Anna oszołomiona zachowaniem biskupa i tym czego się dowiedziała o sobie, chciała jak najprędzej wyjść. Pójść dokądkolwiek, wyjść na zewnątrz i odetchnąć świeżością. Powietrzem, którym nie oddychali tacy ludzie, jak ci zgromadzeni wokół niej. Przebrnęła przez tłum i wybiegła nie odwracając się za siebie.
*
Wystarczyło kilka tygodni, żeby Matylda sfinalizowała transakcję kupna kamienicy po starym Rojnym. Dzięki niewielkiemu wsparciu udzielonemu kilku właściwym ludziom szybko i bez problemów stała się pełnoprawną właścicielką całego budynku. Spędzając wieczory (w przerwach między modleniem się przed ukochaną kapliczką) w swojej sypialni, obowiązkowo ze szklanką whiskey, snuła plany otwarcia nowego biznesu. Na razie na kartce papieru podliczała koszty związane z koniecznym remontem nowego nabytku, szukała oszczędności i myślała również o zmianach w SWEET DREAMS, choć póki co, nikomu o tym nie wspominała.
Anna natomiast oddawała się w najlepsze wirtualnym romansom, odkrywając w nich wiele przyjemności. Miała poczucie, że taki świat jest o wiele ciekawszy od rzeczywistego,  bo łatwiej poznać nowych ludzi. No i może go w pełni kontrolować. Włączała się do niego kiedy tylko chciała i tak samo szybko, za pomocą jednego kliknięcia, mogła się z niego wylogować. Wydawało jej się, że jest on przez to bezpieczniejszy. Wolny.
Znajomy dźwięk poinformował ją o nadejściu wiadomości.
Cześć, masz ciekawe zdjęcie!
Wahała się, czy odpowiedzieć…
Dzięki.
Odpisała po chwili.
W jaki sposób taka śliczna kobieta spędza taki piękny wieczór?
Kontynuował.
Odpoczywam…
Super! A zdradzisz mi swoje imię?
Mam na imię Lisa. A ty?
Lisa? Piękne imię! Pasuje do Ciebie.
Dziękuję. To zdrobnienie od… Eliza.
Ja jestem Wiktor, ale możesz do mnie mówić po prostu Wiki!
Po wymianie standardowych elementów powitania Lisa i Wiktor przeszli na bardziej zaskakujące tematy rozmowy – jak zwykle, rozmowa o kuchni, kinie, muzyce i oryginalnych (bo jakże inaczej) sposobach spędzania wolnego czasu. On przechwalał się na temat sportów ekstremalnych, jakie namiętnie uprawiał – wspinaczka górska, skoki ze spadochronu, obozy przetrwania… Jednym słowem wszystko, co wymagałoby od człowieka odwagi, posiadania doskonałej formy fizycznej, sprytu i bystrości umysłu. Do tego letnie wieczory i noce przy ognisku z gitarą, gdzieś na zboczach gór… Mężczyzna, jakich niewielu. Ona tymczasem wspomniała o salonie, którego była właścicielką (przynajmniej tak utrzymywała), o tym że kocha naturę i każdego niemal wieczoru przemierza rowerem dziki, choć miejski brzeg Wisły. Od Żoliborza na północy, aż po same przedmieścia Warszawy, na południu. Napisała też, że daje jej to poczucie wolności i swobody, bez których nie mogłaby żyć. Nie miało znaczenia, ile z tego było prawdą. On zaimponował jej, ona imponowała jemu.
Rozmowy przez kolejne wieczory i noce stawały się coraz bardziej interesujące. Zbliżały ich do siebie coraz bardziej, coraz więcej o sobie wiedzieli, lepiej się rozumieli, podobnie czuli. Dotykanie coraz bardziej intymniejszych spraw z ich życia, ośmielało Annę, a jego podniecało. Nic więc dziwnego, że kiedy tylko Wiktor zaproponował spotkanie, ona bez wahania się zgodziła. Na miejsce spotkania zaproponowała Bar Drugiej Kategorii. Czuła się tam świetnie, no a poza tym nie znała innych miejsc na randki. Oczywiście, zawsze pozostawał spacer po parku, ale chciała spędzić trochę czasu między ludźmi. Miała ochotę odreagować ostatnie dni i odprężyć się przy doskonałej muzyce, a przy okazji napić się czegoś mocniejszego.
Mieli się spotkać następnego dnia, wczesnym wieczorem…
W lokalu było sporo ludzi. Przy barze na próżno było szukać choćby jednego wolnego miejsca, a przy stolikach podobnie – same komplety. Głośna muzyka, sporo dymu z papierosów, gwar. Anna podeszła bliżej długiego baru, rozglądając się za czekającym na nią samotnym, wysokim, o wysportowanej sylwetce, facecie. Wszystko zgodnie z opisem, który jej przesłał. Miała w głowie doskonale zapamiętany jego obraz i teraz starała się jedynie dopasować go do rzeczywistości. Szukała blond włosów, krótko z resztą ściętych i brązowych oczu. Nie było to aż tak łatwe zważywszy na ilość osób, które postanowiły odwiedzić to miejsce akurat w tym samym czasie. W piątkowy wieczór trudno spodziewać się czegoś innego. Po całym tygodniu pracy ludzie mają ochotę się napić, spotkać ze znajomymi, porozmawiać. Śmiech mieszał się z głośnymi rozmowami. Szepty, które wirowały między chętnymi do podzielenia się informacją ustami, a ciekawymi świata uszami, wzbudzały zainteresowanie niezorientowanych w temacie.
Mężczyzna patrzący głęboko w oczy szczupłej kobiecie z długimi blond włosami, trzymał rękę na jej kolanie, kiedy rozmawiali. Inny, dwa stoliki dalej, przechwalał się z nieukrywaną ochotą przed grupą swoich znajomych. Z widocznym podnieceniem na twarzy opowiadał o swoich ostatnich sukcesach w pracy. Przyjąwszy postawę profesora, który wykłada właśnie przed studenckim audytorium oczywiste prawdy, patrzył na swoich rozmówców z lekką wyniosłością i pogardą zarazem. Dostojnie, coraz wyżej unosząc podbródek.
Wokół dużego owalnego stołu sześcioosobowa grupka znajomych co raz wybuchała gromkim śmiechem, kiedy kolejna osoba opowiadała o swoich przeżyciach mijających wakacji. Przy barze ktoś zamawiał trzy drinki, koniecznie z dodatkiem mięty. Splot spraw, radości i problemów.
Przy wciśniętym pod samą ścianą kwadratowym stoliku, nad którym wisiało akurat zdjęcie Oscara Petersona, siedział samotny mężczyzna. Anna przyjrzała mu się dokładniej. Nie zauważył jej, a ona starała się nie rzucać mu w oczy. Był sam i co jakiś czas zerkał na zegarek z brązowym paskiem, który zamiast na ręce, leżał na blacie stolika, wzdłuż jednej z jego krawędzi. Odwrócony w stronę okna eksponował swoje szerokie plecy i mocne ramiona, których mięśnie rysowały się wyraźnie pod opięta granatową koszulką polo. Nie widziała jego twarzy, ale pamiętała o tym, że facet, z którym miała się spotkać, zajmował się sportami wyczynowymi, a to musiało wyrobić mu doskonałą sylwetkę. Taką właśnie, jak u mężczyzny, na którego patrzyła. No i do tego kolor włosów. Gęsta blond czupryna. Niemal taka sama jak na zdjęciu. Ruszyła w jego stronę, podniosła rękę i chciała zawołać jego imię, kiedy obok niej przeszła kobieta, na którą najwyraźniej, siedzący samotnie pan, czekał. Gdy tylko się do niego zbliżyła, odwrócił twarz i wstając przywitał ją zadziornym buziakiem i figlarnym spojrzeniem. To nie był jej Wiktor.
Zawstydzona, z poczuciem, że zgromadzeni w lokalu ludzie patrzą tylko na nią i dyskutują o gafie, której przed momentem o mało nie popełniła, Anna odwróciła się by odejść, ale wtedy wpadła na innego mężczyznę, który stanął tuż za jej plecami. Próbowała go ominąć, jednak ten chwycił jej rękę
– Przepraszam – zagadnął z widocznym z mieszaniem – masz na imię Lisa?
Zaskoczona spojrzała na niego. Był niższy niż można było wywnioskować ze zdjęcia i sporo tęższy.  Musiał mieć problem z nadwagą, ale idealnie skrojona i dopasowana marynarka doskonale maskowała istniejące tu i ówdzie krągłości. Niewątpliwie były efektem niepohamowanego apetytu, no i co tu dużo mówić – zaniedbania. Do tego krótkie nogi i ręce, nieproporcjonalne z resztą ciała potęgowały wrażenie otyłości. Przypominał jej… muminka.
– Tak, to ja… – wybełkotała pełna konsternacji.
– Oh, to się cieszę! Wiktor! Nie byłem pewien, czy to Ty!
– A jednak to ja – rzuciła – taka niespodzianka.
Mężczyzna nie zrozumiał aluzji i odpowiedział niepewnym uśmiechem.
– Może usiądziemy? – Zaproponował.
– Jasne, z chęcią – kłamała – ale chyba nie mamy wolnego stolika – dodała rozglądając się dookoła.
– Rzeczywiście – zgodził się z nią i rzucił spojrzeniem po pomieszczeniu.
Annie ulżyło.
– To może w takim razie jakiś spacer mały? – Powiedziała szukając wyjścia z kłopotliwej sytuacji.
Miała nadzieję, że przystanie na jej pomysł ekspresowej randki i szybkiego pozbycia się go pod byle pretekstem. Ale najwyraźniej, stojący przed nią osobnik, nie odpuszczał tak szybko.
– O! Mamy szczęście! – Krzyknął. – Tam robi się wolny stolik!
Wskazał palcem i nie czekając na nią rzucił się w stronę zwalnianych przez trzy kobiety krzeseł. Podał torebkę jednej z nich, która wisiała na oparciu krzesła i od razu usadowił się na jej miejscu.
Anna najchętniej podziękowałaby nieznajomemu znajomemu za przemile spędzony wieczór, którego wcale nie było, lecz nie miała tyle odwagi. Poza tym, czuła ciężar ciążącego na niej zobowiązania. Pomimo że rozmawiała z nim tyle nocy i nawet go polubiła, to teraz poczuła się przez niego oszukana. Kiedy tylko go zobaczyła, to jak wygląda, zupełnie inaczej niż opisywał sam siebie, przestała mu wierzyć. Co prawda sama też nie była z nim do końca szczera, ale to akurat uważała za usprawiedliwione. Chciała być po prostu atrakcyjniejsza w jego oczach… Ciężko westchnęła i ruszyła w jego stronę.
– Spotkałem już wiele kobiet – od razu przeszedł do rzeczy, gdy tylko usiadła – ale ty…
– Co ja?
– Ty wydajesz mi się inna…, skryta.
Prześwietlał ją ciężkim spojrzeniem, wzrokiem, którego nie była w stanie zrozumieć, rozgryźć. Ukrywał za nim swoje myśli i pragnienia.
Im dłużej na niego patrzyła, tym więcej szczegółów w nim ją denerwowało. Zauważyła, że się poci. Po jego skroni, w dół, płynęła lepka stróżka potu. Wiła się powoli i ginęła za uchem. Przyglądała się jego wargom wyobrażając sobie, jak okropnie musi całować. Pewnie w ogóle nie potrafi tego robić, tylko liże kobietę jak produkt spożywczy, który kupił w sklepie za rogiem i który zje oblizując się przy tym smacznie. Ale bez zbędnych ceregieli. Po całej uczcie wytrze usta i wróci do swoich stałych zajęć…
– A więc? – Powtórzył pytanie.
– Słucham? Przepraszam…, zamyśliłam się.
– Pytałem, co planujesz potem.
– Potem? – Spytała zaskoczona.
„Potem mój drogi wychodzimy stąd i zapominamy o sobie” – pomyślała i chciała mu to wykrzyczeć.
– Później to się jeszcze zobaczy – odrzekła – najważniejsze jest teraz.
Patrzył na nią nieprzerwanie i niewiadomo było, czego po tym spojrzeniu można się spodziewać.
– No tak, tak… chwila obecna… – potwierdził. – Cieszę się, że trafiliśmy na siebie.
– Tak?
– No jasne, trudno przecież znaleźć kogoś, kto pasowałby do nas tak w stu procentach.
– Tego nie da się tak stwierdzić – studziła jego zapędy – wiesz, to chyba kwestia czasu, prawdziwego poznania.
– Niby tak, ale spojrzałem tylko na Ciebie, kiedy tak niepewnie stałaś tam na środku szukając mnie, i już wiedziałem.
– Widziałeś mnie?
– Tak.
– Dlaczego nie podszedłeś?
– Podszedłem, stałem za Tobą.
– To czemu się od razu nie przedstawiłeś?
– Obserwowałem Cię…
– Hm…, dlaczego?
– Nie wiem, może nie miałem odwagi, żeby tak od razu podejść.
– Nie…, nie wyglądasz na wstydliwego – oświadczyła Anna.
Mężczyzna zaśmiał się, nie przestając patrzeć na nią rozmarzonymi oczami.
– Ładnie pachną twoje włosy… – powiedział tak, jakby nie marzył o niczym innym, jak tylko dotknąć ich, tu, teraz. Jakby pragnienie przechodziło w potrzebę, którą musi zrealizować. W pożądanie, nad którym nie potrafi zapanować.
Zagęszczającą się atmosferę uratował kelner, który podszedł przyjąć zamówienie.
– Czy państwo już się zdecydowali?
– Tak – powiedziała Anna – poproszę wodę z cytryną.
– Oczywiście – potwierdził kelner.
– Tylko zimną.
– Jak najbardziej. A dla Pana? – Skierował wzrok na zamyślonego Wiktora.
– A dla mnie – wydął i tak sporej wielkości wargi w geście sprzeciwu przed przeszkadzaniem im w tym momencie – piwo.
– Dziękuję!
Kelner znikł i znowu zostali sami. Uczucie, które towarzyszyło wówczas Annie było trudne do opisania. Sama nie wiedziała co czuła. Pomimo, że otaczał ich tłum ludzi, ona miała poczucie, jakby to pomieszczenie dzieliła wyłącznie z nim. Czuła na sobie jego ciężkie spojrzenie, w którym była jakaś żądza, coś nieprzyzwoitego.
– Często umawiasz się z facetami? – Zapytał.
– Czy często? Nie…, właściwie prawie wcale…
Sięgnął do kieszeni swojej brązowej marynarki, z której wyciągnął papierosy i zapalniczkę. Na zapalniczce był obrazek przedstawiający nagą kobietę.
– Palisz?
– Nie, w ogóle – odparła.
– To ja zapalę, cholernie to lubię.
Tak też zrobił. Tak mocno był głodny dymu, że aż żarząca się zazwyczaj spokojnie końcówka papierosa rozbłysła naraz jasnym światłem. Nieprzerwanie na nią patrzył. Kelner przyniósł wodę i piwo, po czym z uśmiechem życzył im miłego wieczoru.
– Jesteś samotna? – Zapytał Wiktor, kiedy przez dziurki z nosa wypuszczał dym z papierosa.
– Samotna? Wiesz, to bardzo trudne pytanie – odpowiedziała Anna wymijająco.
– Nie, nie chodziło mi o taką samotność. Raczej o to, czy… – znowu się zaciągnął. – Jesteś sama, czy masz męża.
– Pewnie gdybym miała, to nie siedziałabym tu teraz.
– To wcale nie jest takie jednoznaczne.
– Tak sądzisz?
– Dziś kobiety mają mężów i nie przeszkadza im to w spotykaniu się z innymi facetami.
– Myślę, że można się spotykać z przyjaciółmi, mimo wszystko.
– Z kochankami. – Poprawił ją.
– Słucham?
– Miałem na myśli kochanków, nie przyjaciół.
– Nie, w tym sensie to nie wchodzi w rachubę. Zawsze byłam wierna.
– Nie twierdzę, że nie byłaś… – Nachylił się, jakby chciał jej przekazać poufną informację, przenosząc w jej stronę niemal cały ciężar swojego ciała. – Wierność nie ma tu nic do rzeczy. Mówię po prostu o seksie.
– A to nie to samo?
– Nie udawajmy. Oboje wiemy, że to nie to samo. Seks to cielesność, a wierność, to…, cała reszta.
Słowa, które wypowiadał powodowały u niej obrzydzenie. Rozejrzała się dookoła, jakby szukając pomocy.
– Wiesz – rzuciła zerkając na zegarek – będę musiała już iść.
– Tak szybko? Nie zgadzam się – zaprotestował.
– A jednak. Bardzo miło mi się z Tobą tu rozmawia, ale muszę wracać do domu.
Powiedziawszy to wstała, chwyciła za torebkę i wyciągnęła rękę na pożegnanie.
Mężczyzna dopił jednym haustem piwo, podniósł się z krzesła i zaproponował, że ją odwiezie.
– Nie, nie ma takiej potrzeby – odmówiła – ale dziękuję za propozycję.
– Ale ja nie przyjmuję takiej odpowiedzi.
– Kiedy ja naprawdę nie mam daleko do domu.
– Zapraszam do swojego samochodu. Podrzucę cię i tyle – powiedział bardziej stanowczym tonem.
Anna posłusznie skierowała się do wyjścia, a mężczyzna położył na stole dwa banknoty i ruszył za nią. Idąc wzdłuż baru szukała pomocy w spojrzeniach innych gości. Zerknęła do torebki. Przypomniała sobie o gazie, który jakiś czas temu podarowała jej Ewa. Był na swoim miejscu. Na szczęście zapomniała go stamtąd wyciągnąć.
Wyszli na zewnątrz. Przeszli podwórze i zatrzymali się na ulicy. O tej porze ruch niemal całkiem zamarł. Czasem tylko przemknął z wielkim hałasem silnika pojedynczy samochód jakiegoś osiemnastolatka, wiozącego na imprezę swoją dziewczynę.
W pobliżu stał zaparkowany czarny Jaguar XK, do którego najwyraźniej zmierzali. Jego karoseria połyskiwała w blasku nocnego, rozświetlonego miasta, odbijając każdy, najmniejszy nawet punkt światła. W środku samochód był czysty, wręcz lśnił, a skórzana tapicerka i wszelkie obicia, w kolorze kawy z mlekiem, dodawały mu charakteru i elegancji. Wiktor był niewątpliwie zamożnym człowiekiem.
– Słuchaj – spróbowała ponownie się wyswobodzić, kiedy stanęli obok samochodu – ja jednak nie skorzystam z twojej pomocy. Dziękuję bardzo, ale chciałabym jeszcze odwiedzić znajomych po drodze, więc…
– Powiedziałem, że wsiadasz ze mną! – Powtórzył i jednocześnie mocnym uściskiem chwycił jej łokieć.
– Po co nam kłopoty? – Zapytał ją. – Możemy sobie wzajemnie pomóc, więc lepiej wsiadaj!
Zimny dreszcz przeszedł jej ciało. Czuła na twarzy oddech tego człowieka. Przyspieszony, nieprzyjemny, zbyt bliski. Wyobraziła siebie, a raczej swoje zmasakrowane ciało, znalezione nad ranem pośród drzew jednego z setek miejskich parków. Złamana noga, zakrwawione ręce, pocięta twarz – tak przynajmniej dzieje się w filmach. Wzmianki o morderstwie dokonanym na niej w głównych programach informacyjnych następnego dnia, jakiś mały artykuł w porannych dziennikach i to wszystko na co mogłaby liczyć. No, może jeden lub dwa tytuły na całą stronę w brukowcach, pogrubioną czcionką i literami ociekającymi krwią. Żeby ktokolwiek zechciał przeczytać. Wszystko to zobaczyła w jego oczach…
„I tyle? – Myślała. – Tylko tyle zostaje po człowieku i kilkudziesięciu latach życia? Jaka ja jestem głupia, po co mi to było, po co te randki…” – katowała się wyrzutami.
Zastanawiała się czy wsiąść i zaryzykować, bo przecież te niedorzeczne przypuszczenia mogły być niczym innym, jak tylko dziełem jej fantazji. Czy powinna zrobić tak jak zawsze, opuścić wzrok i przyjąć co przyniosła chwila? Poddać się temu? Wziąć to, czym ktoś zdecydował się ją obdarzyć?
Paraliżujący strach i wrodzona pokora nakazywały wejść do samochodu. W końcu tego od niej oczekiwano! Chwyciła za klamkę i…
Im dłużej jednak patrzyła w jego oczy, tym większe towarzyszyło temu obrzydzenie. Nienaturalnie wlepiany w nią wzrok przez cały wieczór, przesadna i wręcz nachalna bliskość, wymuszana i zwiększana krok po kroku, obrzydliwe pożądanie, które emanowało z każdego jego spojrzenia, gestu… To wszystko powodowało w niej narastające uczucie buntu.
Otworzyła drzwi…
„Nie – dudniło w jej głowie – nie!”
Przytrzymała je w połowie. Rozejrzała się dookoła, ale od razu uświadomiła sobie, że na żadną pomoc nie może liczyć. Pod ścianą, naćpany dzieciak (któremu wydawało się, że jest już dorosły) ledwo trzymał się na nogach. Oparty o ścianę, błądził po bezkresnych zakamarkach swojego umysłu i nie miał zbyt dużego kontaktu z rzeczywistością.
„Rzucić się do ucieczki? – Myślała. – Nie, kondycji nie mam aż tak dobrej, dogoni mnie po kilku metrach!”
Próbowała zachować zdrowy rozsądek i przejąć przewagę nad nim. Zagrać jego kartami.
– Słuchaj – rzuciła – dokąd chcesz mnie zabrać?!
Starała się opanować drżenie warg i napływające do oczu łzy. Wszystko po to, aby tylko nie zauważył jej strachu. Ten podobno podnieca szaleńców.
„Niech uwierzy, że nie robię tego pierwszy raz…” – myślała.
Mężczyzna nie krył zaskoczenia tym pytaniem.
– Jeszcze nie wiem – odparł jednym tchem – ale się zobaczy… Gdzieś, gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzał!
– To może…
– No?
Po drugiej stronie ulicy, nieco dalej, rzucił się jej w oczy migoczący między liśćmi drzew neon hotelu, w którym kilka tygodni wcześniej spędziła noc z Markiem.
– Może pójdziemy do hotelu? – Zaproponowała.
– Chcesz wziąć pokój? – Zapytał zdumiony. Taka propozycja bowiem miała się nijak do jej dotychczasowego oporu.
– Czemu nie?
Uśmiechnął się i dotknął jej włosów.
– No widzisz, czułem, że nie mylę się co do Ciebie – mówiąc to przejechał placem po jej uchu.
– No to chodź – rzucił zadowolony z takiego obrotu spraw – znajdziemy coś po drodze.
– Szkoda czasu! – Anna starała się go powstrzymać.
– Co?
– Po co gdzieś jeździć i tracić czas – przekonywała – skoro tu w pobliżu jest hotel – wskazała na budynek stojący po drugiej stronie skrzyżowania.
Spojrzał w jego kierunku.
– Wsiadaj! – Powtórzył ostrym tonem. – Nie jestem głupkiem!
„Gaz! Mam przecież gaz!” – Przypomniała sobie znowu.
– Posłuchaj lala…
„Na co czekasz?! – Dopominał się głos w jej głowie. – Użyj go!”
Nie miała ani sekundy więcej.
– Dobrze, jak chcesz! – Przystała na propozycję.
Kiedy tylko puścił jej łokieć, zdrętwiałą ręką sięgnęła do torebki i zanosząc się płaczem skierowała pojemnik wprost w jego oczy.
Chwilę później rozległ się przeraźliwy ryk, przynajmniej taki, jaki wrzask człowieka palącego się żywcem.
– Ty dziwko! Zabiję, jak cię dopadnę! – Krzyczał zasłaniając twarz rękami. – O Jezu! Oślepłem…!
Tymczasem Anna odepchnęła go i zaczęła biec. Próbowała zebrać wszystkie siły, by biec jak najszybciej. Nie było to trudne, bo umysł ogarnięty panicznym lękiem powodował, że nogi biegły jej same. Hałaśliwe stukanie szpilek o chodnikowe płyty mieszało się z jej głośnym płaczem. Mężczyzna wciąż wił się z bólu obok swojego samochodu. Leżał bezwładny na chodniku, ale po chwili starał się już podnieść. Za pierwszym razem mu się to nie udało, ale w końcu…
– O Boże! – Krzyczała Anna. – Ratunku!
A ten krzyk dodawał jej sił. Wybiegła na ulicę. Potargane włosy wiatr pchał jej do oczu, zasłaniając i tak zamazany obraz. Czuła, jak jej ciało zlepiło się z sukienką, mokrą od potu. Wyciągnęła ręce do nadjeżdżającej taksówki, ale że ta była wypełniona pasażerami kursującymi pomiędzy klubami, samochód ominął ją tylko zwinnie i nie myślał nawet o zatrzymaniu się.
Biegła dalej, a kiedy się odwróciła zobaczyła, że mężczyzna zamyka za sobą drzwi swojego czarnego Jaguara.
Gdy usłyszała pisk opon zrozumiała, że ruszył. Tylko czy za nią?
Wyciągnęła z torebki gaz i z czarnym pojemnikiem w dłoni, nie odwracając się więcej za siebie, biegła chodnikiem co sił w nogach. Zgubiła buty, po które ani myślała wracać. Nie były może najtańsze, ale tego wieczoru ważniejszym wydało jej się przeżyć. Zwyczajnie. Ze strachu straciła orientację, w jakie miejsce zabłądziła. Biegła tak długo, że nie była w stanie określić miejsca, w którym się znajdowała. Wbiegła z jedną bocznych uliczek. Oparła się o kontener na śmieci należący do restauracji, której główne wejście znajdowało się po drugiej stronie budynku. Od frontu.
Próbowała ułożyć sobie w głowie następujące po sobie zdarzenia i zarazem złapać tyle tchu ile się tylko da. Płuca były go wyjątkowo głodne.
Choć wciąż była przerażona, to dochodziło do niej powoli, że najgorsze ma już za sobą. Kurczowo trzymała w zaciśniętej dłoni pojemnik z gazem, mimo, że niebezpieczeństwo minęło. Bolały ją bose stopy, ale była szczęśliwa, że żyje. Nigdy wcześniej nie pragnęła tak bardzo znaleźć się w domu, w swoim łóżku – ciepłym i bezpiecznym.
Próbowała w pamięci odtworzyć krok, po kroku, wszystko co się stało od momentu, w którym wyszli z baru, ale nie była jeszcze w stanie tego zrobić. Bała się nawet przywołać w pamięci wygląd jego twarzy…
Czarny Jaguar XK jechał powoli jedną z głównych ulic centrum Warszawy. Z oddali sprawiał wrażenie czającego się na swoją ofiarę dzikiego kota, który w wielkim skupieniu przemierza dostojnie dobrze znane mu tereny łowów.
Choć zazwyczaj w samochodzie grała głośna rockowa muzyka, tym razem panowała w nim idealna cisza. Głośniki stereofoniczne posłusznie milczały, czekając na bardziej właściwy moment. Mężczyzna trzymał oboma rękami kierownicę (pokrytą tą samą, co reszta tapicerki, skórą), tak jakby prowadził samochód po raz pierwszy w życiu. Mrużył oczy, które piekły i łzawiły, ale mimo to, starał się skupić na drodze. Jechał wolno i zatrzymywał się przy każdej grupie ludzie i pojedynczych osobach, które choć odrobinę przypominały Annę.
Ciszę, jaka panowała w jego królestwie, przeciął nagle dźwięk wibracji telefonu. Komórka leżała obok, na siedzeniu pasażera i miała wyciszony dźwięk. Sięgnął po telefon i sprawdził kto dzwoni w tak niewłaściwej chwili. Nie odebrał. Telefon znowu znalazł się na siedzeniu i po chwili ponownie odezwał się stłumiony dźwięk wibracji. Dzwoniący musiał być osobą zdeterminowaną, bo telefon nie przestawał dudnić ani na chwilę.
– Halo! – Powiedział w końcu mężczyzna, kiedy tylko zainstalował zestaw słuchawkowy.
– Dlaczego tak długo nie odbierasz? Martwiłam się, że coś ci się stało… – zadźwięczał w słuchawce spokojnym tonem głos kobiety.
– Nie mogłem… – pociągnął nosem. – Co u was?
– Jak praca? Długo jeszcze będziesz tam siedział? – Zapytała zatroskana.
– Uprzedzałem, że dziś znowu posiedzę do nocy. Jeśli nie przejrzę tych umów, to wpakujemy się w niezłe bagno.
– Wiem, wiem… Ale martwię się, za dużo pracujesz.
– Kochanie, będę niebawem – uspakajał ją.
– Nie jesteś teraz w biurze? Jedziesz samochodem?
– Tak, jestem w samochodzie. Wyskoczyłem tylko na chwilę, żeby coś zjeść i właśnie wracam do firmy.
– To dobrze, dobrze. Źle jest pracować na pusty żołądek.
– Tak też uczyniłem… – znowu pociągnął nosem.
– Masz katar?
– Katar? – Dopytał zaskoczony. – Nie! A właściwie tak, ale to nic poważnego, złapałem chyba jakieś małe przeziębienie.
– To pewnie od klimatyzacji znowu.
– Pewnie tak.
– Masz gorączkę?
– Gorączkę? Nie, oczy tylko mnie pieką, no i ten katar, ale wracając do domu wstąpię jeszcze do apteki i jutro będę jak nowo narodzony, zobaczysz.
– Mam nadzieję…
– Nie chcę, żebyś się martwiła. Połóż się najlepiej i wypocznij, a jak wrócę dam ci buziaka na dobranoc.
– Dobrze, tak zrobię. Wiesz, Kacper przyniósł dziś pierwszą piątkę. To dobry znak.
– Tak?! No to moja krew, dobry z niego dzieciak. Śpi już?
– Nie, nie śpi, ciągle siedzi w wannie.
Mężczyzna się zaśmiał.
– To powiedz mu, że jak tata wróci do domu, to przeczyta mu kolejny fragment książki, jeśli nie zaśnie wcześniej, rzecz jasna.
– Zaraz mu przekażę kochanie.
– No i powiedz, że mam dla niego niespodziankę.
– Co takiego?
– Kupiłem mu tą nową grę, o którą prosił.
– A to się ucieszy. No dobrze, jedź ostrożnie i wracaj szybko.
– Oczywiście, ściskam, pa!
– Pa!
Tymczasem Anna podniosła z ziemi torebkę i skierowała się w stronę bardziej ruchliwej ulicy. Nie wyszła jeszcze z cienia wąskiego zaułku, kiedy przed oczami przemknął jej czarny Jaguar.
„On mnie szuka!” – Pomyślała.
Serce przyspieszyło biegu i odruchowo sięgnęła do torebki po czarny pojemnik. Nie odważyła się wejść w łunę światła, jaką tworzyły uliczne latarnie i witryny sklepów. Zatrwożona oparła się o ścianę, wtuliła w nią swą postać, zlała w jedną całość. Znowu zaczęła płakać. Nie patrzyła przed siebie, w ogóle niczego nie widziała, bo nie odważyła się otworzyć oczu. Chciała zniknąć z tego miejsca, najlepiej zapaść się pod ziemię, albo przenieść się do domu. Czuła jak drży jej broda, z zimna, ze strachu, a może od płaczu…
Upłynęło dużo czasu, zanim była w stanie znowu się poruszyć. Była już głęboka noc, zabawy ustały, miasto pogrążyło się we śnie. Ostrożnie, wyczulona na każdy, najmniejszy nawet ruch, czy szmer, wyszła wreszcie z małej uliczki. Dogłębnie poruszona wydarzeniami, więcej – przejechana nimi, jak olbrzymim walcem drogowym, z jednej strony zniszczona, ale z drugiej też i niewytłumaczalnie wzmocniona, wolna, ocalała, wzięła głęboki oddech i skierowała się w stronę domu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *