Urlop

Urthońskie niebo już całkiem ściemniało. Na jego atramentowym tle równy rząd gwiazd, oplatający okrągły półksiężyc, wyglądał niczym jasna, rozmazana spirala. Ich blask był ostatnią pochodnią, która wskazywała mu drogę. W górnej warstwie Beulah zajmowanej przez najgodniejszych mieszkańców stolicy, szybko gasły światła. Jedynie pomarańczowa latarnia przed łaźnią Ethinthus wciąż płonęła spokojnym, kuszącym ogniem, a zza drzwi łaźni dobiegały głośne śmiechy i słodkie chichoty roznegliżowanych dziewcząt. Pewnie zabawa przeciągnie się do samego rana. Żywił skrytą nadzieję, że jego córka w niej nie uczestniczy…
Szczelniej opatulił się długim, granatowym płaszczem. Siąpił lekki deszcz. W Beulah często tworzyła się gęsta mgła, ale kiedy wieczór zamieniał się w noc, zaczynała powoli opadać. Nic więc nie ograniczało mu widoczności.
Doskonale wiedział, gdzie zmierza. Doskonale znał drogę. Nawet w słynnej, urthońskiej mgle odnalazłby właściwy kierunek.


Szedł przyspieszonym, nieco nerwowym krokiem, uprzejmie odpowiadając na pokorne ukłony Miejskich Gwardzistów z oddziału Azazela, którzy patrolowali okolicę. Musieli się jakoś zasłużyć, albo pochodzili z uboższych rodzin szlacheckich, gdyż służba w arystokratycznej warstwie miasta była zaszczytem, a nie obowiązkiem. Gwardziści nie mieli tutaj zbyt wiele do roboty.
Przeczesał włosy palcami, strząsając z nich krople deszczu. Cholerna, urthońska pogoda. W takich chwilach szczególnie tęsknił za Urizen i jego ciepłymi, wilgotnymi wieczorami. Nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie skończy rozrachunki wpływów i odpływów funduszy z królewskiej kasy i ze spokojnym sumieniem wróci do Ratio, by zagłębić się w rysowaniu i sprawach swojej prowincji.
To było dla niego naprawdę istotne. Cała reszta świata mogła nie istnieć.
No może poza jedną osobą, którą zamierzał przekonać do zrobienia sobie urlopu. Urlopu od pracy, ale w szczególności od zranionej dumy i beznadziejnego uporu.
Nie przypuszczał, że marszałek Belzebub aż tak się na niego obrazi. Od miesiąca unikał jego towarzystwa, a gdy już doszło między nimi do spotkania traktował go, jak powietrze. Nie reagował na zaczepki, żarty i uszczypliwe komentarze. Po prostu demonstracyjnie milczał, nawet nie zaszczycając go spojrzeniem.
Szczerze powiedziawszy kanclerz Eblis był wściekły. Wydawało mu się, że dał Belzebubowi wystarczającą ilość czasu na rozmyślania. Do tej pory nie odwiedził go w jego rezydencji w Beulah, bo czekał aż sam przełamie barierę milczenia. Nic takiego nie nastąpiło. Co więcej jego obojętność i chłodny, uwłaczający dystans doprowadzały kanclerza do szału. Nie sądził, że drogi Bell okaże się taki małostkowy i samolubny. Chociaż to właściwie było do przewidzenia. Belzebub niewiele się zmienił od czasów ich młodości i choć teraz był najważniejszym graczem politycznym w Zoa, jedynie niefortunnym zrządzeniem losu pozbawionym tytułu króla, nadal trzymały się go szczeniackie zagrania.
Zwłaszcza, że wiedział jak zranić Eblisa. I to skutecznie…
Ten niezłomny opór, a nawet okrutne mniej, lub bardziej udawane lekceważenie zarówno perwersyjnie podniecały i niemożliwie drażniły hrabiego. Umiejętnie podsycały jego pożądanie i egoistyczne, erotyczne pragnienia.
Czyżby naprawdę marszałek chciał zobaczyć go skomlącego przed jego drzwiami?
Bynajmniej Eblis nie zamierzał dawać mu tej satysfakcji. Szedł do niego, bo był wściekły. Poważnie wściekły. Czarę goryczy przechyliło zachowanie Bella na ostatnim bankiecie u Lucyfera. Marszałek całą swoją uwagę poświęcił księciu Koryu i nawet pieszczotliwie ujął jego rękę przy pożegnaniu.
Eblis wszystko widział. Pewność, że Bell robi mu na złość, okazując zainteresowanie księciu, wcale nie uspokoiła szalejącej w jego sercu zazdrości, ani tym bardziej nie załagodziła urażonego honoru kochanka. Te emocje raz na zawsze uciszyły dyskretne podszepty zdrowego rozsądku, że to tylko gra, że Bell nim manipuluje i że jeśli teraz się nie złamie, to on pierwszy się podda. Wyobraźnia podsuwała mu obrazy Belzebuba w objęciach księcia.
Kto wie, co on teraz robi?
Koryu jest młody, przystojny i w dodatku bardzo w Bella zapatrzony. Może rzeczywiście zaniedbany marszałek wykorzysta nadarzającą się okazję?
O, nie!
Tego Eblis nie zniesie!
Tak się zacietrzewił, że prawie widział jak zabija Koryu, a potem niewiernego Belzebuba. Drugi raz nie pogodzi się ze zdradą ukochanej osoby. Nie i koniec! Wystarczy, że musiał ścierpieć okrucieństwo żony. W zupełności wystarczy…
W takim właśnie mieszanym nastroju, zmierzał do rezydencji Bella. Była umiejscowiona po drugiej stronie ratusza, co kiedyś wydało mu się przewrotną ironią losu, że dwaj śmiertelni wrogowie: mer Azazel i marszałek Belzebub mają swoje siedziby tak blisko siebie… Teraz już nic go nie potrafiło zdziwić. Również to.
Spoconą z emocji dłonią przekładał metalowy klucz w kieszeni.

eblis1
Drzwi otworzył mu lekko zaspany kamerdyner. Nawet w domu marszałka, służba kładła się wcześniej spać.
Pogoda za oknem nie sprzyjała długim, nocnym eskapadom, ani przesiadywaniu do późna. Jednak Bell starym zwyczajem nigdy nie kładł się spać przed północą. A właśnie na ściennym zegarze w przedpokoju wybiła 23.30. Hrabia gestem odprawił kamerdynera i wspiął się po drewnianych, misternie rzeźbionych schodach na piętro, gdzie znajdował się gabinet Belzebuba.
Chwilę stał przed drzwiami, wsłuchując się w swój nierówny oddech. Próbował uspokoić przyspieszone bicie serca. Czuł się, jak za dawnych lat, kiedy bezskutecznie ubiegał się o względy środkowego syna margrabiego Tharmas – Bella.
„Co za dziecinada!” – skarcił się w myśli i zdecydowanie włożył klucz do zamka. Przekręcił go, ale usłyszał tylko zgrzyt mechanizmu, który wcale nie zamierzał ustąpić i dotarła do niego smutna prawda – Belzebub zmienił zamek!!!
Jego klucz zwyczajnie przestał pasować…
Co teraz?!
Hrabia oparł czoło o drzwi. Zamierzał odezwać się do Bella przez ich osłonę, ale w ostatniej chwili zrezygnował. Nie będzie się oszukiwał. Musi przyłapać ich na gorącym uczynku! Skoro Belzebub zmienił zamek najprawdopodobniej chciał mu powiedzieć dwie rzeczy: albo, że faktycznie śmiertelnie się obraził za układ z Azazelem, do którego Eblis zmusił go szantażem, albo, że przyjmuje właśnie swojego młodego pupilka i nie życzy sobie niemiłych zakłóceń, jak na przykład niespodziewana wizyta tego durnia hrabiego Urizen!
Bądź, co bądź Eblis mu tego nie odpuści!!! Przypomniał sobie, że gabinet Belzebuba ma balkon…
***
Wiedział, że prędzej, czy później do tego dojdzie. Usłyszał zgrzyt klucza i podszedł do drzwi. Przez moment czekał na jakieś zaczepne działania, ale nic takiego nie nastąpiło. Stał przy drzwiach z papierosem w zębach i opierał o nie ręce.
„Eblis, ty idioto!” – pomyślał.
Chyba przeszła mu złość, ale nieprzyjemne uczucie upokorzenia pozostało. Kiedy powiedział, że hrabia będzie skomleć przed jego drzwiami, dokładnie to miał na myśli.
No i proszę. Doczekał tej nadobnej chwili! Wcale go jednak nie cieszyła. Wcześniej nie podejrzewał, że urlop od Eblisa znowu udowodni mu jak wielkim darzy go uczuciem… Że być może na swój sposób za nim tęskni…
Usłyszał jego kroki na schodach.
Poszedł sobie. No trudno.
Belzebub wrócił do łóżka. Przeglądał jeszcze państwowe papierzyska i zastanawiał się nad złożeniem kilku, urzędowych podpisów. Niektóre projekty nie do końca go przekonywały.
Starał się ignorować swoje rozczarowanie.
***
Wylądował na balkonie. Pozwolił rozwiać się iluzji skórzanych skrzydeł. Tworzył je ciemny dym z domieszką sadzy. Stanowiły zmaterializowaną moc demona. Pojawiała się, ponieważ zaklęcie błyskawicznego przenoszenia się z miejsca na miejsce, wymagało pełnego skupienia i usystematyzowania mocy. Było najtrudniejszym i najbardziej skomplikowanym, demońskim czarem. Podobno margrabia Forell, ojciec Belzebuba wykradł je od legendarnego Serafina Metatrona, jedynego tak potężnego anioła, który przebywał na wygnaniu w Zoa. Nie udało mu się jednak w pełni skopiować anielskich skrzydeł zazwyczaj powstających z załamania światła. Dlatego to samo zaklęcie w wersji demońskiej było nie do końca poprawne, ale wciąż skuteczne. Poza tym im skrzydła były wyraźniejsze i bogatsze w szczegóły, tym magiczne umiejętności autora iluzji okazywały się większe. Nie przesadzając Eblis celował w rzucaniu tego czaru i lubił z niego korzystać. Bez wątpienia było przydatne.
Otrzepał skraj płaszcza, poprawił jego kołnierz i najpierw dyskretnie zajrzał do wnętrza gabinetu Belzebuba. Marszałek uczynił z niego także swoją sypialnię. Teraz pomieszczenie oświetlały jedynie świece przy jego łóżku o wyraźnym seledynowym blasku. Dla podtrzymania pozorów bogactwa i blichtru, wydawał ogromne sumy na renowację całego domu, ale tak naprawdę przebywał tylko w jednym pomieszczeniu. Miał w nim wszystko, czego potrzebował: ekscentryczne, drewniane biurko, czerwony, zamszowy fotel, kominek, segment i oddzielne półki z książkami oraz wygodne łóżko z zielonym baldachimem. Właśnie na nim leżał ze swobodnie wyciągniętymi przed siebie nogami, wciąż jednak obutymi w przystrojone koronką oficerki do kolan. Ten szczegół upewnił Eblisa, że jeszcze nie kładzie się spać.
Głęboko westchnął. Negatywne emocje i strach, które go tutaj przygnały powoli zaczęły się ulatniać. Co też on sobie wymyślił? Jego Bell przyjmujący księcia Koryu? Absurd!
„Biedny ciężko pracuje, nosa nie wychyla z papierów, a ty jak jakiś histeryk, biegniesz do niego z wyrzutami!” – pomyślał skruszony i gotów przyznać się do okropnej winy – pozwolił się opętać zazdrości!
Tak jak przypuszczał drzwi balkonowe pozostały lekko uchylone. Belzebub zazwyczaj wietrzył gabinet późnym wieczorem, kiedy już opadała mgła i powietrze nie była aż takie wilgotne, jak w dzień.
Eblis delikatnie popchnął jedno oszklone skrzydło drzwi i bezszelestnie wślizgnął się do środka. Marszałek nie uniósł głowy znad trzymanych dokumentów. Hrabia przeszedł przez pokój i stanął obok jego łóżka. Nie wiedział co ze sobą począć. Na chwilę sparaliżowało go uczucie kompletnej bezradności. Przyglądał się skupionemu na pracy przyjacielowi, tłumiąc westchnienie. Zielonkawy blask świec przyciemniał rubinową barwę włosów Bella i jego ciemnobrązowe oczy sprawiając, że były prawie niewidoczne pod zasłoną długiej, prostej grzywki. Miał na sobie białą koszulę z szerokimi, koronkowymi mankietami i wysokim kołnierzem oraz miodową, aksamitną kamizelkę, niedbale rozpiętą i pogniecioną, co wywołało jego rozbawione zdziwienie. Belzebub pedantycznie dba o swój strój, a tu taka wpadka…
Na palcach obu jego dłoni błyszczały kolorowe, szlachetne kamienie, oprawione w srebrne pierścienie. Wśród nich, Eblis dostrzegł  ten najskromniejszy, ale za to najcenniejszy – pierścień z kwiatem o pięciu spiczastych płatkach, symbol władzy margrabiego Tharmas.
Zirytowany hrabia odchrząknął. Bell był wciąż pogrążony w lekturze i nawet przewrócił kartkę. Specjalnie go ignorował, co na nowo rozgniewało Eblisa. Przypomniał sobie wyrachowane gierki, którymi od miesiąca Belzebub testował jego cierpliwość i dobrą wolę. Teraz się przeliczy!
Hrabia pochylił się nad nim, opierając ręce na materacu po obu jego stronach. Dmuchnął prosto w jego policzek. Bell nawet nie drgnął. Wtulił więc twarz w jego szyję i przygryzł płatek ucha. Tym razem doczekał się reakcji. Belzebub zadrżał i odepchnął go jedną ręką, bo w drugiej nadal trzymał dokumenty. Spróbował obrócić się do niego plecami, ale Eblis przytrzymał go w mocnym uścisku i niecierpliwie odszukał jego usta. Zastygli w pocałunku, który swoim chłodem zmroziłby nawet upalne plaże prowincji słońca Luvah. Lodowate wargi Bella ugięły się pod naporem wygłodniałych warg Eblisa, lecz w żaden sposób nie odpowiedziały. Hrabia i tak odczytał to jako przyzwolenie na kontynuację. Wtedy Belzebub powiedział jeszcze z ustami przy jego ustach:
-Rzucasz się na mnie, jak kiedyś w pałacu Forella… Pamiętasz?
-Jak mógłbym zapomnieć? – Eblis uśmiechnął się figlarnie na wspomnienie ich pierwszego pocałunku, który nastąpił po pewnym niefortunnym bankiecie ojca Bella, margrabiego Forella.
-Ale to już minęło. Znudziłem się tobą.
Spojrzenie Belzebuba było miażdżące. Pełne dobrze wymierzonej ironii i czegoś bardzo podobnego do pogardy…  Nie wiedział, co odpowiedzieć. Zabrakło mu słów. Bell oswobodził się z jego uścisku. Odrzucił papiery na zmiętą kołdrę i wstał z drugiej strony łóżka.
-Znudziłem się tobą, więc wyjdź! – powtórzył.
-Przestań się wygłupiać, Bell. Z okazji naszej długiej abstynencji, pozwolę ci dzisiaj być do góry!
-Ty i te twoje durne żarciki! – Belzebub przeszedł w stronę balkonu i otworzył drzwi na oścież – Nudne, banalne i wyświechtane! Żegnam pana!
Ironicznie się ukłonił i wskazał mu wyjście ręką.
-Nie mówisz poważnie. – Eblis swawolnie wzruszył ramionami, kładąc się na łóżku, na miejscu, które wcześniej zajmował marszałek – Wracaj do łóżka, bo przy oknie cię zawieje i się przeziębisz! – zapraszająco poklepał dłonią materac – Kto wtedy obejmie stery władzy opuszczonego Zoa i zadowoli twego lubego? On niestety nie gustuje w małolatach, jak co niektórzy tutaj!
-Skończyłeś?
Hrabia przewrócił oczami.
-Właśnie się zastanawiam. Chyba tak. Albo nie! Czekaj! Chciałem jeszcze dodać, że od pewnego czasu zachowujesz się, jak rozhisteryzowana baba!
-Wypłakałeś swoje żale, pora wracać do Urizen.
Eblis podparł głowę dłonią, mierząc Bella na poły rozbawionym, a na poły pożądliwym wzrokiem.
-Nigdzie się nie wybieram.
-W takim razie ja wychodzę.
-Gdzie? Drzwiami wejściowymi ci nie pozwolę. Nim się do nich zbliżysz, zagrodzę ci drogę, a z balkonu też nie zlecisz, bo jesteś już zbyt słaby na rzucenie zaklęcia skrzydeł. Smutna rzeczywistość, kochany! Jesteś na mnie skazany! – hrabia zachichotał.
-Tak cię to bawi? – ton głosu Belzebuba był chłodny i rozdrażniony i nic nie wskazywało na to, że zaraz powie coś zabawnego.
-Owszem.
-Znudziłem się tobą, bo mam wewnętrzną potrzebę odmłodzenia. Dlatego od tej pory będę sypiał z Koryu. Albo z Astarotte. Kobieta dla odmiany, czemu nie? Albo będę sypiał z Koryu i Astarotte równocześnie. Stworzymy trójkąt erotyczny i będziemy się pławić w rozpuście, jak Lucyfer! O! Wolę to, niż cierpieć obłudnego zdrajcę w moim łóżku! Wynoś się!
Oczy marszałka ciskały błyskawice. Nerwowym gestem przekręcał pierścień margrabiego Tharmas na serdecznym palcu prawej dłoni. Nim padły słowa o zdrajcy, Eblis dusił się ze śmiechu, wyobrażając sobie owo lubieżne zaspokojenie wewnętrznej potrzeby odmłodzenia. Teraz śmiech ugrzązł mu w gardle. Zamrugał z dezorientacją, jakby jeszcze nie docierał do niego sens wypowiedzi marszałka.
-Nie wierzę. – powiedział w końcu po chwili ciszy pełnej napięcia – Naprawdę aż tak obraziłeś się na mnie za układ z Azazelem?
-To kwestia mojego honoru.
-Ach tak?! Więc twój honor jest ważniejszy ode mnie?!
Eblis również podniósł się z łóżka. Stanął przed Belzebubem, który sprawiał wrażenie wcielenia spokoju i wyrachowania, choć nie przestawał przekręcać pierścienia na palcu.
-W tak ważnej sprawie powinieneś się ze mną skonsultować. – powiedział cicho, odgarniając włosy z kołnierza.
Sięgały mu dokładnie do ramion i były naturalnie proste. Bell zaczynał je poprawiać za każdym razem, gdy tracił pewność siebie, albo gdy rozmowa przybierała niespodziewany dla niego obrót. Eblis znał go tak długo, że zdążył to zauważyć i zapamiętać. Uśmiechnął się do siebie w duchu i poszedł tym tropem.
-Nigdy nie zgodziłbyś się na układ z Azazelem!
-Tak,  bo wymyśliłbym coś innego. Znacznie lepszego!
-Nim poszedłem do Azazela, przeanalizowałem wszystkie możliwe warianty. Nie chciałem tylko wyrwać Cherry z rąk twojego książęcia, ale także ochronić ją przed ewentualną zemstą markiza, a co więcej zapobiec zdemaskowaniu naszego wkładu w działalność „Deadline”!
-Powtórzę to jeszcze raz. W tak ważnej sprawie, powinieneś się ze mną skonsultować! A co gdybym ja przedsięwziął inne kroki zmierzające do rozwiązania problemu Cherry? A co gdyby wtedy nasze działania się na siebie nałożyły?
-Tak, jak my za chwilę?
Bell poczerwieniał z wściekłości i zawstydzenia.
-Jeśli tak bardzo zależy ci na seksie, wybierz się do Ethinthus! Udasz, że przyszedłeś odwiedzić Cherry!
Eblis zamierzał ostro zripostować, ale zrezygnował, bo w końcu dotarło do niego, o co tak naprawdę chodzi marszałkowi. Skończony dureń z niego, że wcześniej nie przyszło mu to do głowy! Wypuścił powietrze i głęboko odetchnął.
-Masz rację. Powinienem się z tobą skonsultować. Przepraszam.
Przez moment czekał na reakcję Bella, ale żadna nie nastąpiła. Po prostu wpatrywał się w niego obojętnym wzrokiem, kapryśnie zaciskając usta.
-Nie zrobiłem tego, ale nie dlatego, że zignorowałem twoje uczucia i przejęcie całą tą sprawą, która wyniknęła podczas karnawału, jak również nie dlatego, że zwątpiłem w twoją pomysłowość, ale dlatego, że chciałem się wykazać jako ojciec… Wcale nie chodziło o ciebie, Bell… Tym razem chodziło o Cherry. Postąpiłem tak, jak postąpiłem, bo moja córka mnie potrzebowała. Nie wiem, czy zadowala cię to tłumaczenie, ale innego nie będzie.
-Taa… I to ja oczywiście jestem tym niewyrozumiałym potworem, który nie pojmuje twojej wspaniałomyślności, osobistego uroku i szlachetnej miłości! – Belzebub bezradnie rozłożył ręce – Chyba lepiej dla ciebie będzie, jeśli się teraz na zawsze pożegnamy, a ja przystąpię do budowania trójkąta z Koryu i Astarotte!
Miał śmiertelnie poważną minę.
***
-Możemy się pożegnać. – Eblis zaśmiał się cicho – To w końcu nasz zwyczaj. Ile razy przedtem to robiliśmy? Najpierw w Fountaine- Village u lady Minevry na wieść o wojnie pomiędzy naszymi prowincjami, potem po udanej inwazji Urizen na Tharmas i śmierci Forella, następnie po moim ślubie z Lamią, a na koniec po jej samobójczej śmierci, kiedy nie chciałem cię więcej widzieć.
-Coś podobnego! – prychnął ironicznie.
-Wiesz, że tym razem pożegnamy się po raz piąty? Może w końcu ustanowimy jakiś rekord…
Belzebub zmarszczył brwi. Ostatnią siłą woli powstrzymał się przed uśmiechem. Nie potrafił długo gniewać się na Eblisa, nawet kiedy chciał. Właściwie od chwili, gdy hrabia go pocałował, przestał być na niego zły. Rozbrajała go jego urocza niezdarność i szczerość. Dla zasady okazywał mu wzgardę, choć coraz trudniej mu to wychodziło. Zwłaszcza, że dawało o sobie znać jego specyficzne poczucie humoru. Z wielkim wysiłkiem stłumił w sobie śmiech i zachował kamienną twarz.

bellzebub
Owszem, na początku był wściekły na Eblisa za nieformalny układ z Azazelem i nieprzyjemności, na jakie go ten układ naraził. Bo jak to? On, zagorzały wróg „psa Lucyfera”, samowolny marszałek Zoa zgadza się na azyl dla Pistis Sophii w Urthonie? Całe Zoa aż zatrzęsło się od plotek i niekończących się spekulacji. W końcu na jednym z bankietów w Orc u Lucyfera, rozdrażniony Bell publicznie powiedział, że wzruszyło go ogromne uczucie Azazela do Sophii i postanowił dopomóc ich miłości. Odczytano to jako wyrachowane szyderstwo i co niektórzy odetchnęli z ulgą, że wszystko wróciło do normy.
Po tym zdarzeniu gniew Belzebuba na Eblisa zaczął się zmniejszać. Okazało się, że sytuacja nie wygląda tak tragicznie, jak mu się wydawało.
Azazel nie pozostał mu dłużny za tę kpinę i na następnym balu wychwalał pod niebiosa sentymentalną i czułą naturę marszałka w tak ironiczny i sarkastyczny sposób, że wywołał niekontrolowane salwy śmiechu wśród zebranych. Podobno Lucyfer aż się popłakał.
Belzebub mógł się więc ostentacyjnie obrazić i od nowa rozpocząć ich małą, zimną wojnę. Pozory zostały utrzymane. Układ sił nie uległ zmianie, a tego właśnie najbardziej bał się Bell. Że straci część swoich wpływów na rzecz Azazela. Ten nie wydawał się jednak zainteresowany podbudowaniem swojej pozycji. Najbardziej z całego arystokratycznego światka dbał o zachowanie równowagi. Marszałek nawet poważnie się zastanawiał nad postawą markiza, bo on nie przepuściłby żadnej okazji, żeby go zniszczyć…
Eblis stanowił oddzielny problem, problem zupełnie innego rodzaju. Znali się od zamierzchłych czasów, sypiali ze sobą od śmierci żony hrabiego i chociaż Bell nie lubił nazywać tych rzeczy po imieniu – tworzyli dość niedobraną, ale zadowoloną z siebie parę. Nikt nie rozumiał go tak, jak Eblis. Nikt tak o niego nie dbał. Belzebub nie narzekał też na ich bogate życie erotyczne i choć z młodości pozostało mu zamiłowanie do flirtów, był mu wierny. Jego samego napawało to ogromnym zdziwieniem.
W każdym bądź razie przyzwyczaił się, że Eblis akceptuje jego polityczne działania, czasem podpowiada jakieś błyskotliwe wyjście z podbramkowej sytuacji, ale nigdy sam bezpośrednio nie miesza się w politykę. Tym bardziej za jego plecami. Dlatego tak bardzo zabolał go układ z Azazelem i szantaż, do którego posunął się Eblis, żeby go do niego zmusić… Zachował się tak, jakby Bella nic nie obchodziła Cherry, a co gorsze jakby marszałek sam nie potrafił zaradzić temu kryzysowi. To go właśnie najbardziej uraziło. Dręczył Eblisa przez cały miesiąc, a ten imbecyl pewnie nie zdawał sobie sprawy, że jedyne czego od niego chce to po prostu przeprosiny. Obudził się dopiero, gdy Belzebub zaczął nadmiernie interesować się Koryu.
-Gdybym nie zabrał się za księcia, nigdy byś mnie nie przeprosił. – powiedział teraz, krzyżując ramiona na piersi.
Eblis uśmiechnął się szeroko swoim uprzejmym, pogodnym uśmiechem. W jego ciemnoniebieskich oczach pojawiły się figlarne błyski.
-Uff! Przynajmniej nie mówisz już o pożegnaniu. Szczęściarz ze mnie!
Bell nie wytrzymał. Parsknął śmiechem. Hrabia się tego nie spodziewał. Spoglądał na niego ze zdumieniem i lekką urazą. Ciemny błękit jego oczu miał odcień indygo, z którym współgrały jego czarne, gęste brwi i czarne, krótkie włosy zaczesane do tyłu, ale dobrze ułożone.
Spod długiego, granatowego płaszcza wystawała mu  koronkowa stójka od białej koszuli i jej podłużne mankiety. Jak zwykle elegancki i subtelny kanclerz Zoa, hrabia Urizen Eblis.
Belzebub szczerze go za to nie znosił.
-Rekordu nie będzie. – wykrztusił, starając się zapanować nad swoim rozbawieniem.
-Teraz nie jestem już tego taki pewien! – mruknął naburmuszony Eblis.
-A zmieniając temat… Mam pytanie. Czy ta propozycja z pozycją na górze jest wciąż aktualna?
Hrabia zatrzasnął za nim balkonowe drzwi.
Odpowiedział pocałunkiem.
***
-Muszę odwołać poranne spotkanie z delegacją z Luvah w sprawie podwyższenia cen kamieni szlachetnych z ich kopalń…
-Nie wstaniesz?
-W związku z powyższym sądzę, że nie…
-To lepiej od razu weź sobie urlop!
-Urlop?!
-Urlop.
-Ja urlop?!
-Tak, właśnie ty…
-I co będę robił?
-Zadbam o zapewnienie ci rozrywki.
-Tak jak przed chwilą?
-Mhm…
Dłoń Eblisa powędrowała pod kołdrę, najpierw błądząc po jego piersi i brzuchu. Przymknął oczy i poddał się napływowi przyjemności.
-Czemu nie? – wymruczał – Nigdy nie miałem urlopu, a zapowiada się całkiem interesująco…

KONIEC

Tekst: Magdalena Pioruńska

Ilustracje: Julita Mastalerz

więcej prac autorki na stronie: http://joolita.deviantart.com/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *