Człowiek wysoko przetworzony

Człowiek wysoko przetworzony

Na szczęście okazało się, że było to takie jakieś czasowe przesilienie, ale do snów czysto erotycznych jakiś czas nie mógł jeszcze powrócić. Wytworzył swego rodzaju fuzję w postaci kompaktowego „dwa w jednym”, czyli sen służbowo-erotyczny. Najczęściej molestował koleżanki, a potem pieprzył robotę w całym pełnym wymiarze. Niestety później rano miewał spore kłopoty z dyspozycyjnością…

[…]
Co go do tego skłoniło? Chyba to, że rzecz działa się na jawie, gdy miał do czynienia z Zhutky’m z krwi i kości, a nie senną marą.
O Zhutky’m chodziły plotki, że miał rzadką grupę XL Rh strong i stąd, ta jego cała siła przebicia.
[…]
Zhutky zawsze wolał pracować. Może nie zawsze, ale od daty podjęcia pracy do chwili obecnej, a potem aż do czasu nieokreślonego, na jaki był zatrudniony. Bał się jedynie zawieszenia w czynnościach. Wyobrażał sobie z trwogą, że unosi się jak balon między fruwającymi czynnościami, które utraciły wagę i rozpychając je rozpaczliwie goni decyzje, polecenia i dokumenty, które wagi nie utraciły i spadają w otchłań, z której już nigdy ich nie będzie mógł wyłowić, a na samym dole stoi Volny i złowieszczo chichocząc wyłapuje wszystko do skoroszytów i na dyskietki.
[…]
Już sobie wyobrażał jak idzie do niszczarki w białej koszuli oklejony kolorowymi karteluszkami memo zerwanymi ostentacyjnie przez Volny’ego z jego personalnego monitora, obciętym przez kadrowca krawatem, a palacz ze sprzątaczką rzucają na stos jego autorskie raporty, wnioski i decyzje.
Usprawiedliwienie
Tu zafascynowało twórcę słowo „pracoholizm”. Brzmi nieco robotniczo-chłopsko, bo dlaczego nie narkoholizm ani pracomania?
Historyjka ta zakotwiczona jest w realiach szesnasto-godzinnego kapitalizmu, jaki aktualnie tu obowiązuje. Poza tym ta wspaniała nowo-nomenklatura. Nie doceni tego piękna, kto nie słyszał monstrualnego slangu komuny.Idzie robak po ścianie
Co pomyśli, to przystanie
Przystanie, pomyśli na nowo
A gdybym chodził pionowo?
Może byłoby głębszym sensem
Bym został Robo Sapiensem
Przystanął, zakrzyknął: chłopaki!
Wołając inne robaki
Zbierzmy się wszyscy do kupy
Wmontujmy se kręgosłupy
Wyrzućmy te metamery
Robakiśmy! do cholery
Nie będą pasować normalne
Wbudujmy choćby moralne

Lecz nie trwońmy rezerw werwy
Szanujmy swoje rezerwy
Róbmy choć krótkie przerwy
By wytrzymały nerwy

Laborant taśmowy Volny stał i tylko wkładał próbki do komory testowej kontrolowanej przez symulator najbardziej leniwej rasy królika doświadczalnego. Wydano spore pieniądze na opracowanie urządzenia w obawie przed reakcją obrońców przyjaciół człowieka, którzy zaliczyli do nich też królika nie pytając o zdanie. Człowiek przyjaciół ma, nie licząc królika, ale czy oni w nim też? Nawet sam siebie darzy przyjaźnią z wielkiej łaski, bo to albo religia albo kolor skóry, albo jakiś inny casting. Ale dobrze, bo któż by, oprócz niego samego, za biedakiem się wstawił, gdyby symulator symulował właśnie człowieka, i to w dodatku doświadczalnego?
Tymczasem efekt przeszedł oczekiwania i mało kto jest pewien, że symulator nie symuluje symulacji, bo królik jest jak żywy. Volny tylko wkłada i reszta dzieje się prawie sama.
Podczas dozowania zalecono ostrożność, ale nie chcąc wzbudzać nadmiernej ciekawości osób nieupoważnionych nie wymagano rzucających się w oczy środków, choćby używania kombinezonów czy rękawic. Było jedynie polecenie by dokładnie myć ręce i nie głaskać. Nic nie wspomniano o spożyciu testowanych mediów, to znaczy nie nakazywano: ani nie spieszyć się przełykając ani bezwzględnie odejmować od ust – nałożono jedynie limity zużycia.
Żeby odwrócić uwagę od próbek, wzmocniono wszystkie, niezwiązane z testowaniem zakazy, bo każdy z nich ma swoje stadium przesilenia, w którym przeistacza się w imperatyw pożądania, w pokusę nie do odparcia. I za pomocą tego starego mechanizmu, wywołano wrażenie, że przed laborantem, przez cały czas, stoi w pewnej odległosci od taśmy, ale w zasięgu wzroku, waza pełna zakazanych owoców – wszystko inne jest dozwolone, a zatem banalne.
Metoda zdawała egzamin, ponieważ w natłoku zakazów trudno dokonać wyboru, więc z łamania, w większości przypadków, rezygnowano. Dodatkowo wydano kilka luźnych zupełnie nakazów – tak, że w końcu obsługa czuła się jak mile widziana osoba nieupoważniona, za którą wysłano list gończy, a dla której wstęp jest kategorycznie wzbroniony (uwaga, logika narodowa).
Najczęściej ulegający pokusie wpadał w pętlę i nie chciał, ale musiał, a jednocześnie chciał i nie mógł. – Po prostu zwykły marking i zamieszanie.
Cecil Volny pracował tu dość długo i z coraz większą wprawą, aż tu nagle – pojawił się nowy szef. To był tak zwany młody wilk, jeden z tych, co to przez kałuże pomyj, do pewnego rodzaju chwały i zaszczytów poprzez pracę parły – więc praca, jeszcze raz praca i nie wiadomo ile jeszcze razy praca. Oczywiście zawodowa na stanowisku, a nie gdzieś w ogródku, czy na działce; w macierzystej firmie, pełnym wymiarze, i ten pełny wymiar wysysał i tak już prawie pusty wymiar czasu wolnego.
Junior menedżerska liberia, a więc lśniący czarny garnitur, w którym odbijają się lakierki z długimi zadartymi noskami, klapy marynarki kelnerskie, koszula codziennie wieczorem pretendująca kołnierzykiem, a krawat zawiązany na bakier albo po prostu doznaje przechyłu. Do tego siłownia (masa mięśni równoważna jest energii wiązań chemicznych koksu bez kwadratu prędkości światła – chyba, że w solarium), sauna, jogging i świeżość dezodorantu. Niedzisiejsi mogliby odnieść wrażenie, że w tym zestawie brak tylko platynowej dwójki w górnej szczęce (złota wykluczona, pasuje jedynie do brązowego garnituru), ale niedzisiejsi, zupełnie słusznie, są na wczoraj, a nie jak sama ich nazwa mówi – na dzień dzisiejszy.
Bill kierownik Zhutky był tym nowym szefem, a zastąpił obecnego dyrektora, któremu ostatnio zdarzyło się popełnić awans (Awans jest jednym z podstawowych motorów napędu cywilizacji służbowej), czyli skreować dzieło sztuki biurowej. Dzieło tej klasy, różni się od innych tym, że już przed popełnieniem, musi znależć poklask wśród elit – i to elit szczególnych, bo szefostwa. Czasami zdarza się też nie popelniony, a raczej doznany albo doświadczony, ale wtedy to kicz – w omawianym przypadku – wykluczony.
Z pobieżnej charakterystyki, od razu widać, że w Zhutky’m firma miała do czynienia z zaawansowanym egzemplarzem pojedynczego zasobu.
Od pewnego czasu jednak z Zhutky’m działo się coś dziwnego. Nie wystarczało wzmacnianie świeżości dezodorantem, a wydajności enerdżajzerem, których zmiksowane zapachy tworzyły niepowtarzalną aurę – taki bukiet kreatywności, utożsamienia i integracji. Z dnia na dzień tracił wrodzoną kreatywność, jego decyzje coraz częściej były jawnymi plagiatami poprzednich, co oznaczało zastój w rozwoju i kryzys organizacyjny podległego mu deptu (skrót od departamentu). Jak zwykle krążył po firmie żyłując do maksimum aktywność na oczach przełożonych i relaksując się na podwładnych bez przerywania wątków kolejnych zadań, a w bardziej zaawansowanych przypadkach – nastajaszczych wyzwań.
Dotychczas Volny pracował – to znaczy wykonując znane rutynowe czynności na terenie stanowiska, bezmyślnie myślał, że pracuje. Tymczasem nie dostrzegał, że nie był wystarczająco zintegrowany, dostatecznie się nie utożsamiał i nie był na swym stanowisku wystarczająco kreatywny, nie mówiąc o powszedniej wydajności.
– Za długo jesteś w domu. Weź się w garść! O czym myślisz biorąc wypłatę? Pamiętaj, kto ci płaci! – ze służbowym wdziękiem przypominał, napominał i ostrzegał Zhutky.
Płaciła oczywiście firma, ale za pośrednictwem właśnie Zhutky’ego, który mimo spadku formy był czujny i nie pozwalał nawet na chwilkę dezintegracji, na choćby niewinne dziecięce nieśmiałe „fuck you” szeptem, to znaczy z paluszkiem w nosie w charakterze tłumika.
– Nie mów tak Cecil! To nie jest najlepszy pomysł. Nie podoba się? – Możesz zmienić firmę.
– Ja tylko tak… Chciałbym zmienić, ale od tego jest przecież zarząd. Wszystko się podoba, krótka piłka szefie – nieudolnie identyfikował się Volny, jeżeli nie z departamentem, to przynajmniej ze stanowiskiem za pośrednictwem krótkiej piłki.
Ta piłka, to przejaw retoryki futbolowej, która była konikiem prezesa. Okrągła piłka, bramki dwie, mszczące się niewykorzystane sytuacje – to jego ulubione pojęcia ekonomiczno-organizacyjne, a skoro jego to i podległych managerów, a skoro ich, to i ich podwładnych – i tak obowiązywały aż do szczebla Volny’ego włącznie. Rozmawiając z Zhutky’m Volny bał się przypadkowo spowodować zapłon mieszanki enerdżajzerowo-dezodorantowej na wydechu, bo u Zhutky’ego było jak w silniku: ssanie sprężanie, praca i wydech. Ssanie i sprężanie podwładnych, praca i krótki wydech nieświeżego bukietu mieszanki. Co do silnika, to zasada działania tego urządzenia (ssanie, sprężanie,praca,wydech) oparta jest na obiegu zasobu w przyrodzie rynku. Najpierw oczywiście ssanie mleka, czy to z piersi, czy z butelki. Potem sprężanie w szkołach, punkt kulminacyjny, czyli wydatkowanie pracy przez formę dorosłą i na końcu – zdech.
Temat obecnego zadania formy doroslej Volnego miał na celu maksymalne wydłużenie etapu trzeciego i zhumanizowanie ostatniego poprzez możliwie godny likwid w komfortowej niszczarce.

– Ty Volny, polecenia wykonujesz tak jakoś bez polotu, jakby od razu odgórnie. Do tego trzeba mieć oddolną inicjatywę rozumiemy się? Po czym Zhutky nagle odchodził na jakiejś podstawie mniemając, iż się rozumieli.
– Tak. Rozumiem – kwitował Volny, będąc przekonanym, po kilku opuszczonych w połowie szkoleniach, że wykonanie ze zrozumieniem niepotrzebnie trwa dłużej niż wykonanie bez niego. Tak przecież robią automaty, i to w dodatku bezstresowo.
Ale zrozumienie sensu czynności, to nie to samo, co zrozumienie szefa. Ten jest monumentem, gdy się go rozumie powierzchownie – tak mniej-więcej na poziomie dla początkujących. Zrozumienie dogłębne może odsłonić mieliznę, którą często trzeba na własną rękę pogłębiać.
Volny polecenia wykonywał nie odgórnie, tylko górnolotnie, czyli wręcz przeciwnie – właśnie z polotem, na tyle od nich abstrahując, by nie czuć wykonywania, tym samym się nie męczyć i tymże samym być w ciągłej gotowości do dalszego wykonywania.
– Co powiedziałeś? To właśnie cały ty, jak zwykle odgórnie i bez polotu. Znów ni w pięć ni w dwanaście! – strofował Zhutky.
To odstępstwo od klasycznego „ni w dziesięć” miało wskazywać na szersze, niż się należło spodziewać, horyzonty w aspekcie myślenia abstrakcyjnego. Na tym nie koniec, bo druga cyfra dowcipnej frazy jest zmienną, tylko chwilowo wyniosła dwanaście i ma tendencje rosnące w zależności od każdego następnego polotu.
Innym razem Zhutky dawał wykład o elastyczności, która od pewnego czasu, była pod każdym względem istotnym parametrem zasobu, czyli w ujęciu tradycyjno-archaicznym – pracownika.
– Jesteś stosunkowo mało elastyczny – Cecil. Nie dajesz sobie rady w warunkach dynamiki nowoczesnych ram organizacyjnych. Nie wiem czy wiesz, ale nie jesteś niezastąpiony…
– Ni w pięć ni, zdaje się, w trzynaście – szefie – meldował samokrytycznie Volny i ta iteracja go „na chwilę bieżącą” uratowała, ale tylko na bieżacą – nie na dzień dzisiejszy i nie „w całym elemencie” poruszonego tematu.
Dynamika wymagała elastyczności, co najmniej na poziomie gumy do żucia, by zużytego Volny’ego można było w każdej chwili wypluć. Jeżeli nie chciał być wypluty, powinien starać się zwiększyć elastyczność do poziomu, co najmniej, gumy od majtek, by ułatwić przyjmowanie upomnień i nagan. Ogólnie rzecz biorąc chodziło o wykonywanie szerokiej gamy poleceń zawsze i wszędzie, w dzień i w nocy, na morzu, lądzie, w powietrzu i kosmosie, urlopie, zwolnieniu, na żywo i z playbacku, a nawet w zapomniany dawno sposób „czy się stoi czy się leży”.
Dotychczas Volny lubił swą pracę, ale nowy szef tak się z nią utożsamił, że nie sposób było ten układ zdezintegrować. Lubił w ten sposób, że było mu obojętne – ta czy inna. Właściwie, pracować nie lubił, wolał zarabiać, a nawet nie zarabiać, tylko mieć pieniądze, nawet nie mieć, byle tylko wydawać. Ale pracował dobrze, choć nie dla firmy tylko dla siebie, a na pewno nie dla Zhutky’ego i ten niechybnie to wyczuwał.
Czasem przygnębiony Volny próbował, rozpaczliwie, na złość wszystkiemu, swoje stanowisko piastować, tak jak to robią zasoby wysokie rangą. Na początek walnął w kąt narzędzia, rozglądnął się czy nikt nie widzi, co u wysokich rangą jest zbędne, pogłaskał symulator i poczuł nieznaczną ulgę. Od pewnego czasu biedny doświadczalny królik miał coraz bardziej czerwone oczy i Volny czasem ukradkiem podawał mu łyżeczką kefir ze szczyptą sałaty. Sam czasem miewał takie oczy i wiedział, co to znaczy. Królik spojrzał, na niego ciepło, jak gdyby nawiązywał przyjaźń, ale Volny był czujny ciągle pamiętając, że to jednak zręczny sumulator.
Pomyślał chwilę, jaki zakaz by tu jeszcze, pod nieobecność Zhutky’ego, przekroczyć i oblizał palce, czując wyraźne podniecenie. Robił to już, nie wiedzieć dlaczego, od jakiegoś czasu i odczuwał, nie wiadomo skąd, coraz większą satysfakcję z pracy. Rutynowe czynności na stanowisku wymagały jakoś mniejszej integracji, kreatywności, dopuszczały zupełną ignorancję w zakresie języków, a nawet nie potrzebowały zwykłego skupienia. Tak więc on, doświadczony pracownik mógłby sobie nawet równocześnie dłubać w nosie, ale z wielu względów nie dłubał, choćby po to, by Zhutky nie odliczył czasu dłubania i nie zwiększył normy.
Tymczasem z Zhutky’m coś było, coraz bardziej, nie tak jak należy. Jego polecenia stawały się monotonne i zupełnie łatwe do przewidzenia, tak, że Volny nawet najbardziej wyrafinowane wykonywał z wyprzedzeniem, z minimalnym zaangażowaniem elastyczności, wprawiając szefa w niemałe zakłopotanie. Żuł gumę i z lekkością, zupełnie na marginesie tego żucia wypełniał dmuchając pękające z plaskiem balony, jak gdyby chciał powiedzieć „zobacz nie jestem mniej elastyczny niż pieprzona guma” i nie muszę dłubać w nosie żebyś ten „elastic” dostrzegł. Kontrolował się jednak i nie dopuścił do spuszczenia spodni by zademonstrować elastyczność gumy w majtkach.
Dotychczas wszystko było na wczoraj, a teraz już zrobił, co było na dziś, zabierał się do wykonania tego, co na jutro, a w głowie dawno już miał pełny harmonogram na miesiąc z wyprzedzeniem. Nie było dla niego różnicy między wykonywaniem prostych ustnych, a najbardziej wyrafinowanych wielopunktowych pisemnych poleceń. Wszystkie wykonywał sprawnie i z dużym zapasem, tak, że czasem Zhutky nie nadążał z wydawaniem. Volny wysysał polecenia z kreatywnych obszarów mózgu szefa już w ich stanie embrionalnym, żyznym olewaniem zasilał i dojrzałe perfekcyjnie wykonywał. Nigdy nie tknął żadnego przed osiągnięciem pełnej dojrzałości służbowej.
Kiedy tylko Zhutky otwierał usta by zacząć „Słuchaj Cecil, nie wiem czy wiesz, ale…”, Volny już kończył wykonywanie filozoficznym „Wiem, że swoje wiem…”. Wtedy Zhutky natychmiast dostawał torsji i znikał w toalecie. Kiedy innym razem próbował „Słuchaj stary, to chyba nie jest najlepszy pomysł…”, Volny oznajmiał – „Stop: w sprawie, w której przychodzisz mam najlepszy z możliwych pomysłów i dawno go już wdrożyłem”. Zhutky znów biegł do toalety, ale i w tym biegu wyprzedzał go Volny, po czym bez najmniejszej żenady załatwiał tam swoje najbardziej wyrafinowane potrzeby. Nawet wtedy, kiedy wyprowadzony z równowagi Zhutky wydawał polecenia zupełnie pozbawione sensu, Volny potrafił dostrzec w nich sens ukryty, co niemalże nie wyciągnęło Zhutky’ego z kryzysu. Kiedyś wydał niesamowity bzdet, burak perłowy wśród nonsensów, a Volny elegancko rzecz wykonał z korzyścią dla firmy. Zhutky poprawił krawat i stwierdził, że: „coś mu chyba jest, ale nawet w trudnych sytuacjach, jak widać, daje sobie radę”. Pod wpływem tego drobnego incydentu nieco otrzeźwiony Volny stwierdził, że nie należy przesadzać z precyzją wykonywania, a tym bardziej nadinterpretacją.
Choć sytuacja była, co najmniej dziwna, to Volny, nie zastanawiał się nad tym skąd się to wszystko u niego bierze, a nawet czerpał ogromną radość z każdej choćby najgłupszej czynnmości, byleby była służbowa.
– Jak tak dalej pójdzie, to on awansuje – martwił się Zhutky.
– Wyślę na urlop. To go wybije z rytmu – zatarł spocone ręce i jakież było jego zdziwienie, kiedy nazajutrz Volny z samego rana położył na biurku podanie o dwa miesiące bezpłatnego.
– Traci na dyspozycyjności – ucieszył się Zhutky.
– A kto będzie za ciebie pracował? – chytrze udał troskę w całkowitym przekonaniu o nieistnieniu zasobów niezastąpionych.
– Sam się zastąpię – hardo i nie bez cienia nonszalancji stawiał się Volny.
– A jak mi pójdziesz na zwolnienie? – asekurował się Zhutky.
– To też przyjdę. Moja dyspozycyjność jest niespożyta – Volny dobrze zapamiętał to „mi” dające do zrozumienia, że pomiędzy matką firmą a nim, ciągle na swym stanowisku, stoi Zhutky.
Mimo sporego wysiłku, Zhutky nie potrafił nie wyrazić zgody.
– On nie może być taki. To ponad jego charakterystykę… – myślał, ale nic mu do głowy nie przychodziło.
Wróciwszy do symulatora Volny stał i kątem oka obserwował zadzior na paznokciu. Czasem każdemu coś takiego się przytrafia. Albo przy krojeniu cebuli, gdy z płaczem odwraca głowę, albo z braku witamin lub mikroelementów.
– Co ten królik tak zasuwa? – przemknęło mu przez myśl, podczas gdy ciągle obserwował zadzior.
– Kilka dni temu futrzak nawet tym długim uchem nie ruszył… – zadumał się spoglądając na symulator. Zadzior nie bolał ani nawet nie swędział, a mimo to coraz bardziej denerwował. Czkawka też nie boli, a potrafi zdenerwować, zmęczyć, zniechęcić do wszystkiego. Żebyż choć poszczególne czknięcia były jakoś sygnalizowane, ale nie. Pojawiają się najbardziej niespodziewanie jak tylko to możliwe – tak samo ten zadzior. Pojawił się niespodziewanie i po prostu był. Niby tylko był, ale za to ciągle – i im dłużej, tym coraz bardziej, do tego stopnia, że Volny nie mógł już jego istnienia znieść. Jedną ręką obsługiwał symulator i wbrew zakazowi głaskał królika, a drugą podniósł i obserwował z bliska zadzior. I pomyśleć, że taki marny szczegół potrafi zmącić radość płynącą z wydatkowania pracy i to w dodatku, od czasu uzyskania bezpłatnego urlopu, nie na rzecz własną, a na rzecz macierzystej firmy. Patrzył na zadzior z coraz większą nienawiścią coraz bardziej przybliżając do oczu aż te zaczęły groteskowo zezować, zapewne by zwiększyć ekspresję złości. Przez cały czas jedną ręką wciąż pracował na niewiarygodnym wprost poziomie wydajności mimo wyłączenia z akcji drugiej z powodu zadzioru.
W pewnym momencie chwycił demo nowej wersji służbowego tasaka do wstępnej obróbki próbek stałych i wybrał „Edycja: Tnij”.
Zwolnienie lekarskie: tak. Zwolnienie i tylko zwolnienie, żeby i tak już wyżyłowaną dyspozycyjność podnieść na następny stopień zaawansowania pracując chory, ale, niczym zdrowy jak ryba, wół. Patrzył z satysfakcją na kikut, z którego jeszcze nie zaczęła płynąć krew. Dopiero po jakimś czasie dotarło do niego, że uciął wraz z całym palcem i stąd jest kikut. Popatrzył na panel sterowania tasaka i trochę się zmartwił: opcje „edycja: sklej” i „edycja: cofnij” były nieczynne. Tak – to przecież demo.
Po chwili niczego już nie żałował, choćby tego, że gdyby chwycił implementację pilniczka do uzyskiwania finalnej gładzi, zapewne precyzyjnie usunąłby zaburzenie.
To byłoby piękne…, praca podczas zwolnienia, bez jednej ręki, a na poziomie nie niższym od średniej zakładowej. Tego jeszcze nikt nie dokonał…
Na jego ziejącej wciąż nienawiścią do usuniętego zadzioru twarzy pojawiła się ulga. Krew zaczęła płynąć, a Volny jak piłkarz po strzeleniu gola wykonał krwawą dłonią ten męski gest symbolizujący ni to zwycięstwo, ni to zbliżenie macho i kobiety, a zwany powszechnie wałem. Dopiero po jakimś czasie zrozumiał, co się stało i zaczął, cofając się w najbliższą przeszłość, chronologicznie żałować tego męskiego gestu, a potem skrawania tasakiem. Krew ciągle płynęła, ale druga ręka nie przerywała pracy.
– Fuck you! – zaklął którymś z nie uciętych palców i ze zdziwieniem dostrzegł, że nic nie boli, krew przestaje ciec i czuje już charakterystyczne lekkie swędzenie gojenia. Następnie zlizał ostatnią kroplę, by nie pozostawić śladu na wypadek inspekcji. Ze zwolnienia nici, ale pal sześć.
– Co się dzieje? To jakiś sen! Cecil uspokój się! Klepnął się kilka razy po twarzy i zabrał się wszystkimi dwiema rękami, do pracy, żałując, że nie ma trzech i że Zhutky nie widzi tego entuzjazmu. Taki stan pojawia się jedynie po kompletnie zaskakującym happy endzie. Na przykład, gdy podmiot uchodzi z życiem po zderzeniu z rakietą balistyczną zapominając zapiąć kamizelkę kuloodporną albo po upadku z dachu wieżowca na biust opalającej się seksbomby – w wyniku czego trzeba jedynie wymienić jej wkładki.
Ten nastrój oczyszczającej euforii, a może także nagłe objawy potrzeby fizjologicznej, zupełnie przytłumiły zdumienie i Volny o incydencie zapomniał.
Toaleta w firmie oczywiście jest, ale zgodnie z aktualnym zarządzeniem, tylko do użytku w klarownych przypadkach uzasadnionych, a więc trzeba tak gospodarować dyspozycyjnością, by wypadło poza godzinami. Ktoś kiedyś jednocześnie palił papierosy, czyli nie w miejscu i czasie do tego wyznaczonym i stąd zarządzenie, a przecież tamten skumulował dwie ograniczające dyspozycyjność czynności! Trzeba niestety się pogodzić z tym, że czasem etos polecenia góruje nad rachunkiem ekonomicznym. W tej sytuacji wyprzedzanie Zhutky’ego i załatwianie się wgłos, bez żenady, w różnych pozycjach, nie wchodziło w rachubę.
Wypadło na terenie, więc – szybko i do roboty – pomyślał Volny, gdy tymczasem ktoś otworzył sąsiednią kabinę i rozpoczął proces.
– Nie tylko ja! – uradował się Volny – ale kto to może być? Tylko cicho, jak najciszej, to może nie usłyszy – wstrzymywał oddech, ale nie samym oddechem żyje się podczas zasiadania, więc z sąsiedniej kabiny dobiegać zaczęły towarzyszące odgłosy.
– Toż to ten głos! To on! – struchlał Volny. Po przemyśleniach dotyczących precyzji wykonywania i nadinterpretacji poleceń, a chyba szczególnie po zajściu z palcem postanowił jednak wzmożyć czujność, choć kabina wydawała się tak przytulnym i bezpiecznym pomieszczeniem.
– Żeby tylko nie poznał, bo doliczy do dniówki, jak sędzia w meczu. Mówią, że jest dwulicowy i to chyba prawda, bo poznaję go po tym służalczym oddolnym dyszkancie. Oddolnym, w tym wypadku, znaczy pochodzącym z miejsca gdzie każdy zasób ma dupę w pozycji siedzącej, bo w stojącej dyszkant byłby odtylny.
Volny zakończył, zapiął, spłukał i cichutko wyszedł niezauważony.
Znów stał przy symulatorze, zapominał prawie o szefie, gdy wtem znienacka smagnął go ten jego ostry odgórny pierwszy głos. Odgórny, to znaczy pochodzący z miejsca, które podwładny i chłop rosyjski mają mieć „w kubeł” .
– Volny, ty ogryzasz paznokcie? To rzutuje na twój wizerunek, ten z kolei na wizerunek deptu, a tamten na obraz twojej firmy!
– Twoja firma, Twój to, twój tamto, weź swój ten, weź swój tamten, a ja przecież nic nie mam, no może tylko ten wizerunek i on też jest do dupy? – osaczony Volny niemalże wpadał w rozpacz.
Wyglądało na to, że Zhutky wyraźnie wracał do formy i znów potrafił kompletnie zaskoczyć. To była prawdopodobnie krótkotrwała niedyspozycja względna spowodowana nieobserwowanymi dotychczas wskaźnikami Volnego, który sam jak zwykle tego nawet nie zauważył.
– Czego on się czepia? Co go to wszystko obchodzi? – żalił się do siebie Volny, a Zhutky stał za plecami i uporczywie świdrował przenikliwym głosem.
Volny powoli się odwrócił, włożył palec w usta i z całej siły wszystkimi zębami, jednym kłapnięciem odgryzł z lekkością, z jaką się odgryza czubek cygara. Oblizał krew z taką dzikością, że aż Zhutky’m rzuciło. Mimo to, ten stał i mimo to ciągle nie przestawał. Volny ogryzł palec, wypluł kości i niespodziewanie rzucił się z zębami na szyję nieszczęsnego, przypominając sobie równocześnie, jak matka pouczała, by dokładnie przeżuwał.
– Jedz mięso wroga, a przejmiesz jego siłę – z dziką satysfakcją pomyślał, ale to już nie matka, a raczej przedszkolanka ludożerców. Spojrzał i nagle zdał sobie sprawę z powagi sytuacji. Oto u jego stóp leży konający Zhutky.
– Co ja zrobiłem!? Zgniję w kryminale. Nikt nie uwierzy, że to świnia, czyli w obecnym stanie – wieprzowina. Oficjalnie przecież jest przez wszystkich podziwiany!
Oficjalne podziwianie charakteryzuje się tym, że mimo iż „nie ma za co”, to jest jednak praktykowane. Coś w rodzaju takiego „Show must go on”, ale bez żadnego „show”, po prostu czyste „must go on”. Nie ma w tym jednak nic dziwnego, bo chyba jedynie w wypadku szczerego „dziękuję” można bez obaw powiedzieć „nie ma, za co” i to też nie każdemu.
– Nie! Nie mogę! – z odrazą pomyślał Volny i z nie mniejszą wypluł resztki tętnicy Zhutkyu’ego, który leżał, a z jego szyi, prosto do kratki ściekowej, płynęła krew.
Leżąc rozpaczliwie gapił się w sufit i już konwulsyjnie podrygiwał tracąc przytomność. Na hali nie było nikogo – przerwa śniadaniowa, najlepsza jego pora. Kto uwierzy, że u progu kariery, w dobrej formie i to w dodatku w przerwie śniadaniowej popełnił samobójstwio? Co innego fajrant, ale przecież też nie! Zrezygnowany Volny rozglądnął się i jego wzrok spoczął na butelce z napisem „Renaturat”. To był ten testowany na króliku płyn.
– Może zdezynfekować? – pomyślał. Ale czy przedśmiertnie, a już za chwilę pośmiertnie, jest sens?
Chwycił butelkę i skropił ranę. Zhutky dalej leżał nieprzytomny, ale po chwili krwotok ustał i odzyskujący przytomność niedoszły denat jeszcze leżąc znów przeszedł do ataku.
– Volny! Ja cię zgnoję! Zgnijesz w pudle! Zgniotę jak robaka!
Leżał i w oczach zdrowiał. Po kilku minutach na szyi pozostał mu tylko modelowy strup jak na kolanie urwisa. Wstał i dalej nacierał na Volny’ego, który zdumiony ledwo wydobył z siebie głos.
– Niesamowite! Pan żyje! – krzyknął. Nic pan nie zrobi. Nikomu pan nie powie. Przecież pan żyje i jest zdrowy – nikt nie uwierzy… A tak w ogóle, dlaczego mówię pan? Nikt ci ty draniu nie uwierzy! – raz a dobrze wyżył się w końcu Volny i to najpewniej używając dużo mniej niszowych określeń niż „drań”.
– Spróbój się wygadać, to powiem, jak się na tobie goi, ty wilkołaku. Tylko na was goi się szybciej niż na psie.
Volny nie wierzył w to, co mówił, ale akurat tak mu się skojarzyło i przez chwilę wydało się całkowicie realne.
Zhutky chwycił się za szyję. Strup odpadł i nie było nawet blizny. Spojrzał ze strachem na Volny’ego i zaczął się cofać nie potrafiąc ukryć paniki.
– Ty wampirze! – wysyczał i po kilku niepewnych krokach w tył, rzucił się do ucieczki.
Żaden rozsądny zasób, choćby po oglądnięciu tysiąca thrillerów, nie uwierzy w wampiry, czy wilkołaki, ale po przeżyciach, jakich doświadczyli, nie ma na to żadnej gwarancji. Jeżeli nie w wampiry, to w mutantów, a kołek w serce prawdopodobnie działa z jednakowym skutkiem w stosunku do jednych, jak i drugich, nie mówiąc o tych z normalną orientacją kulinarną i genetyczną.
Zhutky zamknął się w biurze i przez czas jakiś, nie odbierał telefonów kontemplując rodzaj oczyszczenia osiągany po powrocie z tak zwanej dalekiej podróży, czyli na przykład, po swoim niespodziewanym zmartwychwstaniu. Każdy w takiej sytuacji osiąga swój indywidualny pułap tego oczyszczenia. Przez krótką chwilę, dopóki nie odbierał telefonów, był człowiekiem dobrym, że przyłóż do rany, z wyłączeniem oczywiście jego własnych ran. Już wyjmował bloczek wniosków o podwyżkę, gdy w pewnym momencie nie potrafił jednak się powstrzymać, odebrał telefon i koniec. Kiedy szef jest nagi, to oczywiście perwersyjna pornografia, kiedy jest w gaciach – to po prostu dobry człowiek, ale niech tylko dotknie segregatora, dziurkacza, pieczątki, nie wspominając o, za przeproszeniem, myszce – a biada podwładnym kiedy odbierze telefon.
Po kilku przytaknięciach, niemalże całując uszko urządzonka, był to już dawny Zhutky. Odrzucił bloczek z odrazą i wyszedł butnie trzaskając drzwiami.
– To fikcja! – dumał. Czysta fikcja. Lubił fikcję, ale wyłącznie fikcyjną, przefiltrowaną przez gadżety, najlepiej za parawanem ekranu. W krótkich wolnych chwilach czasem, oglądał smoki, wampiry, mutantów, wilkołaki – ale nie fikcja realna! Pierwszy raz zetknał się z taką. I to żeby kosmita albo smok, ale to Volny!, którego przecież dotychczas kontrolował, jak działacz przebieg gry. (Działacz sportowy przebieg meczu.)

Od czasu krwawej przygody z Zhutkym Cecil Volny, nic w tym kierunku nie robiąc, stał się utożsamionym i zintegrowanym pracownikiem – no niemalże compact razem z instantem, w każdym razie Zhutky tego służbowo nie kwestionował. To było jak cisza przed burzą. Tak dotychczas nie bywało i Volny miał powód się niepokoić.
– Czyżby naprawdę myślał, że jestem mutantem? No chyba nie wierzy w wampiry!
Na wszelki wypadek, rozglądając się czy nikt nie widzi, profilaktycznie smarował testowanym płynem okolice serca mniemając, że skoro w śmierci klinicznej Zhutky’ego pomógł, to może też i przed jego własną uchroni…
No i pewnego wieczora, na ciemnej ulicy przyskoczyli kilerzy, powalili, wbili kołek ostrym interfejsem w lewą komorę, wrzucili ciało w krzaki i szukaj wiatru w polu.
Przez dwa dni nic o sobie nie wiedział.
– Nicość – myślał – wypełniam nicość, więc chyba jestem? Następnie wymacał kołek. To był dawno wycofany nieekologiczny egzemplarz ze starego plastiku. Wycofania domagało się Towarzystwo Przyjciół Wampirów i wygrało w końcu proces ze Stowarzyszeniem Łowców. – Perfekcyjnie zaciosany – widać robotę zawodowca. Kołek działa dopóki tkwi, więc żaden profesjonalista nie wbije drewnianego rozkładającego się w ciągu jednego sezonu łowczego, podczas gdy tradycyjny plastik zapewnia około czterysta lat gwarancji.
Wyrzucił kołek z odrazą. Została blizna, ale czuł się dobrze – tylko głodny. Tymczasem w mieszkaniu lodówka zupełnie pusta, a sklepy o tej porze zamknięte. Usiadł zmartwiony, zagapił się bezmyślnie w okno i, nie wiedzieć kiedy, zupełnie bezwiednie zaczął gryźć paznokcie. Coraz mocniej, coraz zachłanniej, coraz większymi kęsami, ale żuł dokładnie, po czym z pełnym żołądkiem zasnął. Nic już nie czuł i nie zauważył, że ogryzione palce prawie na bieżąco odrastają.
Nazajutrz ochoczo zjawił się w pracy. Nie dziwiło go, że po tak ciężkich przeżyciach, kiedy bliski był przecież utraty życia, w głowie miał jedno. Praca i tylko praca. W nocy nawet śniło mu się stanowisko i bardzo sympatyczny Zhutky. Taki sam, jakim przez chwilę był, nim odebrał feralny telefon po oczyszczeniu, że dzień pracy zaczynał od podwyżki i razem chodzili na mecze.
– Tfu, co za głupstwa! – zdał sobie sprawę z absolutnej nierealności czegoś takiego na jawie.
Do pracy rwał się jak rumak i od jakiegoś czasu nie miewał snów erotycznych, tylko służbowe z akcentem na dyscyplinę i organizację albo robocze z naciskiem na wydajność. Z satysfakcją przypomniał sobie jak kilka dni wcześniej odprawił dziewczynę, którą nazywał szarą myszką, zdając sobie w pełni sprawę, że była całkiem różowiutka.
Na szczęście okazało się, że było to takie jakieś czasowe przesilienie, ale do snów czysto erotycznych jakiś czas nie mógł jeszcze powrócić. Wytworzył swego rodzaju fuzję w postaci kompaktowego „dwa w jednym”, czyli sen służbowo-erotyczny. Najczęściej molestował koleżanki, a potem pieprzył robotę w całym pełnym wymiarze. Niestety później rano miewał spore kłopoty z dyspozycyjnością.
W końcu kiedyś przy piwie stwierdził, że chrzani całą firmę, nie wyłączając zarządu, ale się przestraszył i na tym się skończyło. Przejściowo tylko śnił czystą pornografią z zadziwiająco tępym naciskiem na ostre podniecenie, ale w końcu wszystko wróciło do normy i znów rozkoszował się łagodną erotyką z wszystkimi fazami stosunku w stosownych fazach snu.
Jedno go trapiło: zdawał sobie sprawę, że dwa dni nie był w pracy. Robił sobie wyrzuty, że gdyby szedł inną drogą, może uniknąłby napadu i firma nie straciłaby różnicy, jaką stanowiła wartość jego pracy pomniejszona o wartość produkcji innego, mniej wydajnego zasobu albo – co gorsza – o nic nie pomniejszona.
– Stres, to stymulator wydajności – pocieszył się i ochoczo chlapnął swój nieczytelny podpis papilarny w sam środek czytnika. Jak przyjemnie był zaskoczony, gdy usłyszał przymilny komunikat, że podpis jest czytelny.
– No, no – spojrzał na palce i gwiżdżąc poszedł dalej. Zwykle musiał powtarzać z powodu zatarcia linii nadmierną wydajnością, z powodu, której miał odciski na palcach, a nie palców na czytniku.
Pytają gdzie był, że szef go poszukuje, że jest bardzo zły, że podejrzewa o lenistwo, bo podobno, on Volny, paluszki ma delikatne jak dama w krynolinie. Z tymi paluszkami, to robota czytnika. Pod płaszczykiem przyjaznego komunikatu informacja popłynęła prosto do Zhutky’ego.
Dotarł jednak na stanowisko i nagle, z niewiadomego powodu, chwycił ten sam symulator tasaka do wstępnej preparacji, na którym jeszcze były resztki Rh Zhutky’ego, nasmarował ostrze renaturatem i ruszył prosto do jego gabinetu. Co go do tego skłoniło? Chyba to, że rzecz działa się na jawie, gdy miał do czynienia z Zhutky’m z krwi i kości, a nie senną marą.
O Zhutky’m chodziły plotki, że miał rzadką grupę XL Rh strong i stąd, ta jego cała siła przebicia.
Volny zapukał i wszedł nie czekając na zaproszenie. Zdumienie Zhutky’ego było ogromne, jak gdyby się spodziewał wszystkiego oprócz Volnego, w dodatku, co prawda z demo, ale przecież nie długopisu – tylko tasaka.
– Może po prostu niesie do ostrzenia? – w przebłysku nadziei pomyślał Zhutky.
– Zdaje się, że mnie bardzo potrzebujesz… – wycedził Volny.
– Precz mutancie, bo wezwę ochronę! – próbował straszyć Zhutky – poczekaj chwilkę… Pogadamy, może kanapkę? Mam serek z czosnkiem, wspaniała rzecz – podstępnie, ostatkiem nadziei, teraz knuł przestraszony, dobrze znając stosunek mutantów do czosnku modyfikowanego genetycznie. Ortodoksyjny mutant po prostu się zrzyga, a to może wystarczyć…
– Poczęstunek szefa, to dla mnie więcej niż miesięczna wkładka regeneracyjna – wyrecytował Volny rytmicznie.
– Nie było szkoleń na temat poczęstunków – on improwizuje! Jest nadkreatywny – myśl ta jeszcze bardziej przeraziła i tak już przestraszonego Zhutky’ego.
– On nie może być mutantem. To by musiało być w papierach! Jeżeli nie mutantem, to kim w takim razie jest? A jeżeli jest? Co on może? – kłębiło się w myśli to najwłaściwsze wszystkim biurokracjom pytanie.
– Grupa krwi!? – warknął Volny.
– Po co? – w tym momencie Zhutky gotów był uwierzyć w wampiry, albo choćby ich krzyżówki z mutantkami.
– Byle czego nie pijam. Nie gap się. Krew zmywa odór – Volny miał na myśli nieszczęsny czosnek.
– Słowo daję, Zero Rh Light! – przysięgał Zhutky.
– Lajtem, to się moczą w żłobku, a zero jesteś sam – roześmiał się złowrogo Volny.
Zhutky struchlał nie na żarty, tymczasem Volny szybkim ruchem odrąbał mu dłoń i żeby nie uronić kropelki, z pulsującej tętnicy nalał do szklanki z resztką dopalacza „Czterdzieści Volt”.
– Chcesz iść na zwolnienie? – zapytał.
– Nie… ty wolisz pracować – wysyczał złowieszczo.
– Ale co mi tam. Daję ci wolną rękę – pomachał odciętą dłonią śmiejąc się z własnego, w tym momencie – czarnego, poczucia humoru.
– Tak. Ty wolisz pracować – kontynuował – daj łapę.
– Nie tą! Ten świerzutki kikucik! Nie mam zamiaru wróżyć.
Przyłożył odrąbaną dłoń do rany, pochuchał, podmuchał, przyklepał i było po wszystkim.
Zhutky zawsze wolał pracować. Może nie zawsze, ale od daty podjęcia pracy do chwili obecnej, a potem aż do czasu nieokreślonego, na jaki był zatrudniony. Bał się jedynie zawieszenia w czynnościach. Wyobrażał sobie z trwogą, że unosi się jak balon między fruwającymi czynnościami, które utraciły wagę i rozpychając je rozpaczliwie goni decyzje, polecenia i dokumenty, które wagi nie utraciły i spadają w otchłań, z której już nigdy ich nie będzie mógł wyłowić, a na samym dole stoi Volny i złowieszczo chichocząc wyłapuje wszystko do skoroszytów i na dyskietki.
– Gotowe. Możemy się napić – Volny chwycił szklankę i zauważył jak blady jest Zhutky.
– Napijmy się, wrócą rumieńce – zachęcił – to siup do pierwszej krwi.
Podniósł szklankę i bardzo się zdziwił, że coś takiego mu przyszło do głowy, to znaczy propozycja, nie mówiąc o toaście, kompletnym braku jakiejkolwiek odrazy czy tym bardziej wyrzutów sumienia.
– To przecież nie jogurt, nie czernina, nawet nie ten filmowy keczup – myślał – to żywa krew z osoczem, białymi i czerwonymi krwinkami…
– Tfu! Śmierdzisz. Żłopałaeś volty – odstawił ze wstrętem szklankę, wstał, wytarł serwetką tasak i wyszedł. „Czterdzieści volt”, to najmocniejszy dopalacz – tylko dla najtwardszych osobowych zasobów energetycznych.
Sporo czasu potrzebował Zhutky by dojść do siebie. Był przecież po tym wszystkim osłabiony, ale w jego organizmie krążył czynnik Rh strong, więc powoli wyraźnie dochodził do normy. Tyle, jeśli chodzi o formę fizyczną. Co innego z psychiką, która próbując odpocząć, namawiała mózg by choć na chwilę stanął, to ona wtedy będzie mogła siąść, bo w prężnym pędzącym mózgu nie ma czasu przysiąść ani na chwilkę. Po ostatnich przeżyciach mózg Zhutky’ego nieco przystanął i psychika siadła, ale oczywiście nie na długo. Na to pozwolić sobie nie mogła, nawet po godzinach ani na urlopie.
– On mnie zniszczy. Cóż to za moc? Jak on to robi? – pytała oszołomionego Zhutky’ego jego własna siedząca ciągle psychika.
Nawet nie zauważył, kiedy sam zaczął ogryzać paznokcie u niedawno jeszcze odciętej ręki. Szybko odrastały, ale nie dawał za wygraną. Zawsze mawiał, że jeżeli już coś robić, to drążyć do jądra sukcesu. W ostatniej chwili zorientował się, że ta jego sprawdzona doktryna nie ma zastosowania do ogryzania paznokci na aktualnie prezentowanym poziomie, ale było już za późno.

– Może chce pan o tym porozmawiać panie Zhutky? Pokładamy w panu wielkie nadzieje, a pan, co? Weźmie pan kilka dni wolnego. Ktoś pana zastąpi, choćby, na przykład, Volny… – dyrektor kątem oka spojrzał z niesmakiem na ogryzione paznokcie.
– Volny… tak, to dobry pracownik, ale raczej nie. Dam sobie radę – wykręcał się Zhutky.
– Powiem jasno – ciągnął dyrektor.
– Z pańskim wizerunkiem jest niedobrze. Mam nadzieję, że nie jest nieodwracalnie wyeksploatowany. Proszę skorygować, rozumiemy się? A może chce pan o tym porozmawiać na piśmie?
Zhutky zawsze czuł się lepszy z ustnego. – No, co? Sauna, solarium, kreatywność, zaangażowanie – wszystko w porządku… – dziwił się. Jakoś nie potrafił dostrzec, że całość wizerunku jednak nie jest w porządku. A nie zawsze image jest właściwy, kiedy poprawne są poszczególne składniki. Czasem potrafią tak ze sobą interferować, że całość wychodzi do kitu. Na przykład uśmiech piękną złotą górną dwójką w kontraście do chromowej klamry przy pasku, której nie przykrył wystający fałd śnieżno białej koszuli. Przykład przestarzały, ale bardzo obrazowy.(Złoto jest niemodne, chyba, że w sztabach.) A co dopiero, gdy jeden, choćby zupełnie nieważny, składnik szwankuje? Właśnie przypomniał sobie film ze szkolenia: wszystko dopięte na ostatni guzik, tymczsem jeden z guziczków rozporka wyszedł na wierzch ponad fałdę kryjącą. No i co z tego, że też dopięty? Oczywiście klops – kompletna dyskwalifikacja. Bo coż to miałby być za przekaz i dla kogo? Jakiego rodzaju to gotowość? Chyba, że w sprzyjających warunkach odczytać sygnał jako pewien rodzaj dyspozycyjności.
– Ależ panie dyrektorze… – nieśmiało zaprotestował, ale po ułamku sekundy był pewien, że się rozumieją i już tylko ustnie słuchał, to znaczy z rozdziawioną gębą.
– Niech pan spojrzy, Zhutky, na swoje, za przeproszeniem, paznokcie z punktu widzenia zasobu przełożonego. Jak pan sobie wyobraża elementarne grożenie palcem? A teraz z punktu widzenia podwładnego. Na ich widok każdy z nich może zareagować uzasadnionym poczuciem humoru! Ma pan dwa dni i proszę się doprowadzić do porządku – krótka piłka? – zakończył retorycznym pytaniem dyrektor, odwrócił się ostentacyjnie na pięcie i poszedł.
Nikt tak jak Zhutky nie potrafił sobie wyobrazić jak krótka to piłka i co może się zdarzyć po drugiej połówce nieobecności. Mistrz Templariuszy się zagapił i skończył na spalonym, ale tamte czasy minęły i groził po prostu out.
Przecież to nieobecni nie mają racji, toteż w sytuacji podbramkowej „grzeją gdzieś w ogródku ławę” na urlopie, a potem out.
– Do czego zdolny jest Volny? – w zaaferowaniu nawet nie dostrzegł piękna konsonansu przypadkowego rymu.
Zhutky wynajmował komfortowy apartament z ekskluzywną, automatyczną partnerką. Wszystkie bez wyjątku obwody, czy to w talii, pasie, czy biuście – scalone. Już go nieco nudziła, więc kupił nowe dialogi, samośmiew pełnopanelowy z ulubionej noweli oraz najnowszą wersję ciszy zbliżonej do naturalnej na wypadek gdyby się rozgadała. O dziwo kazał zmniejszyć pamięć. Wtedy szybciej zapominała zdrady, ale myliła imię z imionami poprzednich partnerów. Był trochę zazdrosny o pilota, tak, że często przechodził na ręczne – w ogóle, w tych sprawach, był raczej tradycjonalistą i nie lubił po próżnicy pieprzyć virtuałów. Pełnej satysfakcji doznawał, dopiero gdy wilgotniały jej ciekłe kryształy.
– Gdzie ona jest? – złościł się, że gdzieś się zawieruszyła, kiedy jej akurat potrzebował.
– No nie! Leży zupełnie oziębła, kompletnie rozładowana!
Tej klasy partnerka musi, około kwadransa przed sesją się grzać – dopiero wtedy jest do użycia. Teraz będzie musiał ten kwadrans harować wstępnie.
– Od czego on jest! – walnął pięścią pilota i przeszedł na ręczne. Ustawił częstotliwość i głębokość – zawsze na maksa, uznawał tylko przeżycia ostre i głębokie. Posuwał suwakiem, ale była zupełnie obojętna, nie reagowała, tylko paplała i ciągle była tak chłodna, że jej jędrne czipy pokryły się szronem. Samoczynnie włączała samośmiew i chichotała jak durna rozrzucając po pokoju akcesoria. Odszukał pilota, ale ten miast trzymać ostrość lakierował jej klawisze przycisków.
– Teraz nawet obiadu nie poda – Zhutky wpadł w złość, ale w ostatniej chwili przypomniał sobie, że nie ma czego żałować, przecież jest niedogrzana, więc i obiad byłby zimny.
Zniechęcony usiadł na kanapie i dla otuchy wyciągnął przed siebie kciuk, aby, bez względu na wszystko, ustawić w pozycji sukces i tak trzymać.
– Daj banana! Daj banana! – zasepleniła partnerka, którą wyłączył kopnięciem w myszkę. Długo jednak „tak nie trzymał”. Nagle ogryzł chrupiącą skórkę, po czym zabrał się za soczysty świeżo odrośnięty paznokieć, a na deser wziął delikatną keratynkę małego paluszka.
Wreszcie uspokojony pościelił łóżko i zasnął. Przyśnił mu się służbowy standard. Czarno-biała klasyka gatunku z sennika samego prezesa. „Człowiek z plastiku w korytarzach z marmuru”. Surowi rodzice, wrodzona pracowitość, pierwszy uczciwy milion i następne. Do trzeciego znał wszystko na pamięć, a czwartego nigdy nie prześnił, tylko notorycznie przesypiał, aż tym razem zupełnie zaspał. Jak zwykle obiecywał sobie przejść całą karierę, czyli wszystkie stacje, a zawsze kończyło się na jednej z pierwszych – najczęściej „Prezes wpada pierwszy raz”.
Wstał i poczuł się nie do końca dyspozycyjny. – No tak. Wszystko jasne. Ma przecież wolne i w takiej sytuacji trudno wymagać przejścia wszystkich milionów drogi prezesa. Na szczęście miał zawsze przygotowany plik zadań na wczoraj, więc mógł trenować, ale to jednak nie to, co świeże wydatkowanie w ścisłej interakcji ze stanowiskiem.
Znowu wróciły niepokoje. Ten wstrętny Volny spokojnie sobie świadczy na tym swoim etacie i może nawet zwiększył wydajność – bez jego, czyli Zhutky’ego, nadzoru – i sam już ujmuje w raporcie? Może zauważył go dyrektor, albo nawet rzucił się w oczy prezesowi?
Znów odpieczętował – tym razem drugi kciuk – i po dziesięciu sekundach połowy paznokcia nie było. Stosunkowo ładnie ukształtował ostrymi zębami młodego wilka, po czym obrobił jeszcze środkowy i serdeczny.
Na kolację miał małe palce – lekko strawne i delikatne. Kiedy znów rano wstał, były już zregenerowane.
Po dwóch dniach oczywiście stawił się w pracy. Usiadł za biurkiem i od razu zadzwonił telefon. To był dyrektor.
– No i jak tam mój drogi? Czy już w porządku?
Zhutky odruchowo spojrzał na paznokcie i struchlał, ale odchrząknął i jakoś udało mu się wydobyć głos.
– Tak, tak. Oczywiście, oczywiście… – to było taktyczne kłamstwo, ale konstruktywne. Stosował takie nie tylko w kontakcie z partnerkami.
– Miłych zadasnio-wyzwań – życzył dyrektor i na szczęście odłożył słuchawkę.
Paznokcie były kompletnie zrujnowane. Zhutky nawet nie wiedział, kiedy to zrobił. Co prawda odrastały niemalże w oczach, ale nie mógł się powstrzymać od gryzienia. Starał się trzymać ręce nonszalancko w kieszeni, żeby nie było widać, ale tak mógł tylko w konfrontacji z podwładnymi. Przełożeni mogli taki akt odczytać różnie, ze skutkiem niekoniecznie korzystnym dla jego pozycji. Następnego dnia przyszedł z zabandażowanymi rękami. Dyrektor z groźną troskliwością zapytał, co się stało, ale Zhutky przytomnie wyjaśnił, że ma pomysł na nowy wizerunek, w związku z czym przeszedł operację plastyczną.
Tydzień z głowy, ale co będzie, kiedy zdejmie bandaże, a wizerunek nie będzie wystarczająco nowy?
W domu zrzucał bandaże i, nie zwracając uwagi na wizerunek, oddawał się niemalże wyuzdanemu obżarstwu. Paznokcie już nie wystarczały. Rzucił się na całe palce, po czym ze wstydem skojarzył, że w ten sposób, człowiekowi przetworzonemu nie wypada, więc przyniósł sztućce i talerzyk.
Konta partnerki od kilku dni nie ładował, więc leżała zupełnie oziębła, a on stracił możliwość wykonywania zbliżeń. Rzucił, się w dalszą orgię ucztowania, ale w pewnej chwili, jako młody przecież wilk, spojrzał na nią nieuchronnie i opamiętał się.
– Chyba już dość tego żarcia. A nuż mi się nie wszystko do końca zregeneruje i zostanie jak u małego bobaska? – nie dziwiło go wcale, że w ogóle odrasta i nie zadawał sobie pytania, jak się to dzieje, a nawet był podświadomie bliski przekonania, że to jakaś jego wyłączna zasługa.
Do pracy przyszedł w świetnej swoim zdaniem formie dyspozycyjnej. Widząc tryskającego energią Zhutky’ego, dyrektor nie potrafił się powstrzymać od wyciągnięcia na powitanie swej aksamitnej dłoni wysokiej rangi pracownika umysłowego. – Wyciągnął swą także, nie tak oczywiście aksamitną i niższej rangi pracownika, zachwycony Zhutky. I w tym momencie dyrektor prawie zesztywniał. W ręce trzymał rączkę noworodka – mięciutką i różowiutką.
– Zhutky, ty się cofasz! Jesteś zawieszony, i to w bezczynnościach. Od zaraz! A teraz precz z oczu! Odwrócił się i swoim zwyczajem zniknął za rogiem któregoś z marmurowych korytarzy.
Zhutky wrócił do domu kompletnie złamany. Bezczynności. Na szczęście poza terenem firmy – tam by nie wytrzymał. W którymś momencie musiałby dotknąć skoroszytu, podpisać decyzję, albo wykonać jakieś choćby nieaktualne już polecenie, a to oznaczałoby niewykonanie aktualnego.
– Od razu w bezczynnościach… Bez żadnego ostrzeżenia – żalił się w myślach. Bał się przecież zwykłego zawieszenia w czynnościach rutynowych, kiedy wyobrażał sobie z trwogą, że unosi się jak balon między fruwającymi poszczególnymi jednostkami czynnościowymi, a cóż dopiero kiedy wokoło próżnia i mimo, że się jest zawieszonym, to się spada, bo nie ma żadnej siły wyporu, tylko siła przebicia balonu, aż sięga się dna i jedynym wybawieniem może być tylko likwid…

Już sobie wyobrażał jak idzie do niszczarki w białej koszuli oklejony kolorowymi karteluszkami memo zerwanymi ostentacyjnie przez Volny’ego z jego personalnego monitora, obciętym przez kadrowca krawatem, a palacz ze sprzątaczką rzucają na stos jego autorskie raporty, wnioski i decyzje.
Znów spróbował z aktualną partnerką. Niestety nie była już aktualna – po prostu nie doładował w porę konta. Jednak dziwnie czuł, że relaksowała go cisza, bez tego jej monotonnego nadawania.
– Może to ASTS – zaraza przywleczona przez rozbitków z kosmosu. Tam jeszcze podobno ciszy zupełnie nie zlikwidowali. Przeraził się nie na żarty. W najlepszym przypadku, bolesna, bezgłośna szczepionka.
Chwycił, się za klapki na uszach. – Dlaczego nie ma wibracji? Kiedyś starczyła chwila nieuwagi podczas zmiany nośnika, ale przytomna stewardessa w porę zacisnęła klapki nim uszami trysnęła krew.
Cisza jest groźna. Wystarczy kilka chwil, wychodzisz poza zasięg, wypadasz z obiegu i koniec. Tu nie ma recyklingu ni reinkarnacji – śmierć kreatywna i odchód. Potem oczywiście kliniczna, zupełnie bez znaczenia. – Do tego prowadzi ciszofilia.
Przepisy nakazują nagłośnienie i ultradźwięki dla niesłyszących.
A więc połączenie z didżejem rodzinnym i łącze z dyżurną dyskoteką. Każdy gra swoje. To wspomaga rywalizację. W firmie najczęściej gra szef pobudzając nieodzowną złość zawodową. W domu, w dobrym tonie jest otworzyć okno i udostępnić pozytywną moc sąsiadom.
Słuchał wyłącznie wibracji z najwyższej półki i to bez podstawiania taboretu. Miewał jednak zaburzenia. Czasem niespodziewanie zdejmował klapki i kazał się chłostać po obnażonych uszach. Ale na szczęście tylko w domu pod kontrolą dominującej partnerki.
Dobrze wiedział, kto w firmie nasłuchuje, poniżej słyszalności i tych miał w ręku. Podobno prezes ma partnera, który nadaje kontratenorem i tylko w chwilach uniesienia dyspozycyjnego pozwala sobie na alt, ale prezes sam sobą jest z najwyższej półki i śmieją się dowcipnisie, że jeżeli wpadnie, to na najwyższą pryczę. Nieformalnym zwyczajem, każdy szanujący się prezes kiedyś wpada, z tym, że wtedy już mogą mu jedynie zagwizdać i unplugged wypłacić odprawę.
Osiemdziesiąt decy, to próg bezpieczeństwa, na szczęście bele to nie kłody. Poniżej, od razu, występuje lekkie zaczerwienienie i trzeba uważać, bo tego nie widać pod klapkami.
Poniżej sześćdziesięciu uszy stają, bębenki biją na alarm i porażony rytmicznie drga do rymu, a w cięższych przypadkach wulgarnie. Jeżeli nagle przestaje stajlować, może to oznaczać zejśćie z ziemskiego parkietu, a jakiż żal , gdy ze stadionu!
To jednak nie była ciszofilia. Zhutky zastawił stół i bezwiednie zaczął przyrządzać palce nóg. Prawa ręka była już sprężystą dłonią wyrośniętego nastolatka zdolną do noszenia noża i widelca. Posiłek starczył na kilka godzin i znów wróciła depresja z coraz dziwniejszymi objawami. Najpierw był to krótki odpoczynek, którego nigdy dotąd nie potrzebował. Potem coraz dłuższy, a od pewnego czasu odpoczywał już tylko wykonując najcięższą dostępną w bezczynnościach pracę, po postawieniu sobie najwyższych wymagań. Było tak źle, że gotów był nawet zadzwonić do Volny’ego. Podniósł słuchawkę, wykręcił numer i usłyszał:
– Volny. Słucham?
– To ja twój szef.
– Wszyscy wiedzą, że jesteś zawieszony, a więc bądź na tyle elastyczny i spadaj na płytę główną. Cały wydział trąbi. Co? No dobra. Szybko mów, o co chodzi, bo jestem zajęty.
– No tak. On pewnie w domu też potrafi być służbowo zajęty – w Zhutky’m zawibrował spazm zazdrości i rozpaczy.
– Ale on nie jest zawieszony, to nie sztuka – usprawiedliwił się.
– Ale w jaki sposób mógł mnie widzieć jak zawieszony spadam? To jego sprawka! Przecież mógłbym wisieć do odwołania… – myślał w trwodze i już widział Volny’ego, jak po jego upadku zostawia go na samym środku płyty głównej auli korporacji i idzie w górę wprost w wyciągnięte ramiona zarządu.
– Ze mną jest coś nie w porządku. Proszę, przyjedź po robocie – zaskowyczał głosem bardzo młodziutkiego wilczka – nic mi się nie chce.
– Dziś muszę zostać dłużej – mścił się Volny.
– Kategorycznie nie musisz. Zabraniam! Przyjeżdżaj od razu – to polecenie.
W ostatniej chwili Volny powstrzymał się od rutynowego wykonania i nie komentując zdecydował pojechać gwoli czystej prywatnej satysfakcji.
– Czyli jednak nie wykonał. W drodze zastanawiał się, czy dlatego się powstrzymał, że dość miał rutyny wykonywania, czy był to nawet przejaw błyskotliwej kreatywności, stawiającej wyżej „break out” niewykonania od wątpliwego splendoru ascetycznej pochwały Zhutky’ego. A przecież nawet nie pochwały, nawet nie akceptacji i nawet nie przyjęcia do wiadomości, a właśnie cynicznego zgryźliwego marudzenia o odgórnym polocie płynącym z czysto oddolnej inicjatywy wykonywania.
– A może on nie jest cyniczny? Może ma to wrodzone w głąb i właśnie z tego głąba taka osobowość? – na krótko odezwały się wyrzuty sumienia z powodu niewykonania. W połowie drogi myślał nawet o zawróceniu, zaczęciu od początku, czyli od choćby trybu rozkazującego „Zabraniam!” i wykonania całości polecenia jak należy. Potem zbudził się w nim gwałtowny sprzeciw i miał ochotę na zrobienie przerwy rekreacyjnej gdzieś z dala od wszystkich poleceń świata.
– Ale czy jest gdzieś takie miejsce w globalnej wiosce? – pytał retorycznie i retorycznie odpowiadał, że nie ma. Globalny chłop jest przywiązany do ziemi, i to do całej. Nie tak jak kiedyś do małego poletka. Nie ma gdzie uciec i tylko smutno, że polecenie wydał taki ekonom jak Zhutky.
I koniec rozterek. Chciał, nie chciał, dojechał w porę i to jednak na polecenie, mimo całego buntu.

– Cześć. O co chodzi? Taak… Już rozumiem, chcesz dać podwyżkę, ale przecież w domu brak wymaganego aparatu wykonawczego. Poza tym żałujesz, że nie możesz, bo jesteś przecież zawieszony – kpił sobie Volny.
– Dobra. Masz podwyżkę. Oczywiście podpiszę, kiedy już będę w pracy. Chodzi o coś innego. Ze mną coś jest. Coś mi się stało i ty chyba wiesz, co.
– Zawołaj swego wiernego Score’a – odgryzał się Volny.
– On jest wierny tylko na terenie. Nie wiem, jaki jest na zewnątrz poza zasięgiem zakresu obowiązków…
– Co? Boisz się spojrzeć mu w CV? Zainteresowania, hobby, najmocniejsza strona, samoocena i wszystko… Krótka spacja. Myszka jest jedna – klawisze jej dwa!
Zhutky’ego zatkało. To pewnie najnowsza retoryka prezesa. On, czyli Volny musiał być na szkoleniu… – pomyślał. Potrafił jednak się opanować i skupić na tyle by powrócić do rozmowy.
– No tak, ale skąd ja tu w stanie zawieszenia wezmę akta… Chyba nie odmówisz? – jak gdyby zląkł się.
– Wiem, jesteś po prosu mutantem i stąd te wyniki – zgadywał blefujac.
– Wampirem! – śmiał się Volny.
– Mówię poważnie – Zhutky zdecydowanie odrzucił nutkę pokerową i wilczo- samczy maczyzm.
– Volny nie widział go w takim stanie i nawet się przez chwilę wzruszył, ale w porę powróciło opanowanie.
– Nie chcę ci pomóc, ale wyleczę. Wszystko przejdzie – nic się nie martw. Wrócisz, dasz podwyżkę i po krzyku. Piłka jest okrągła jak kwota podwyżki no nie? – Volny cieszył się ze swego dowcipu jak piłkarz z gola, tylko, że nie założył koszulki na oczy, nie zrobił salta, nie kołysał fikcyjnego dziecka i nie przejechał po dywanie szefa na kolanach. Nie mniej i Zhutky cieszył się powrotem do utartej retoryki futbolowej.
– Chyba jednak Volny na szkoleniu nie był. Pewnie mu się wyrwało – przeszło Zhutky’emu przez myśl i nabierał pewności siebie.
– Cwaniak z ciebie Volny – ty dobrze wiesz, jak się mszczą zmarnowane sytuacje. No niech już będzie, ale dosyć tej footbologii. Co mam robić? – w firmie za nic w świecie od ustalonej retoryki by nie odstapił, ale tu usiłował sprytnie podejść Volnego udawanym luzem. W tej, tak nietypowej, sytuacji nastąpiła chwila ciszy, po której Zhutky nie wytrzymał i wilcza ciekawość zwyciężyła.
– Jak to zrobiłeś? Powiedz… – niepewnie zawarczał.
– A, spieszyło mi się i walnąłem w kant biurka.
– Jajami? – zarechotał Zhutky.
– Jądrami. Tam są chromosomy – poprawił Volny – a w nich co? Oczywiście DNA. Każdy o tym wie.
– Zhutky słuchał z otwarymi ustami. Był wysokiej klasy specjalistą i właśnie się czegoś spoza dziedziny dowiedział. Że DNA, to tak, ale w jądrach?
– Inaczej się nie da? – spytał nieco zmartwiony.
– Nie. Tylko w ten sposób – kategorycznie zapewnił Volny.
– Nie wiesz jak zachodzą mutacje? – tłumaczył pompatycznie – miliony lat nic się nie dzieje, aż tu nagle łup i po wszystkim. Nie mogę zapewnić, że zajdzie. Mnie się udało, no to jak? – Zhutky wyglądał jak gdyby się zastanawiał.
Gdyby to było przed tym wszystkim, obaj pękliby ze śmiechu, ale nie teraz, po wszystkich wydarzeniach. Nawet Volny nie pękał, choć próbował zadrwić, bo sam wszystkiego do końca pewny nie był. Racjonalne myślenie musi mieć komfort. Musi być ciepło, spokojnie i trzeba mieć co jeść, ale nawet kiedy tak jest, też nie zawsze wychodzi. Przecież nie tak dawno, najedzone najpoważniejsze autorytety przekonane były, że czarownice latają na miotłach, i dlatego linie lotnicze założono dopiero kilka wieków później.
– Chcesz? Proszę bardzo – i Volny z całej siły zaaplikował aż mu paluch w twardym skądinąd bucie strzyknął.
Przestraszony nie zwrócił na ból najmniejszej uwagi, nie mogąc się oprzeć efektowi zabiegu. Zwinięty w kłębek Zhutky stracił przytomność, ale wkrótce odzyskał i ucieszony Volny, po prostu postanowił podawać środki przeczyszczające. Nie żałował pieniędzy na drogie preparaty, bo pieniądze były Zhutky’ego, a były to już środki przeczyszcajace wszystko, na co tylko w organizmie natrafiły zaczynając standardowo od przewodu pokarmowego a kończąc zapewne na sumieniu, o czym Volny nie miał pojęcia, w przeciwnym razie, z pewnością byłby bardziej oszczędny. Z sumieniem nie było u Zhutky’ego kłopotów, zawsze miał czyste, bo dał sobie operacyjnie zablokować, żeby mieć lepszy poślizg przy awansach. Po tygodniu przeczyszczony Zhutky w przyzwoitej formie zjawił się w firmie, a Volny powoli wykręcał numer.
– Cześć. To jak z tą podwyżką? – pytał nie bez dreszczyku emocji, jak to często bywa, gdy chodzi o pieniądze.
– Z jaką podwyżką? – odwarknął Zhutky.
– Na podwyżkę trzeba zasłużyć… – mądrzył się zionąc atawistyczną pewnością mutanta, w którego przecież, z pewnym prawdopodobieństwem, przetransformował go Volny.
– Teraz ty spadaj na kartę, najlepiej na czysty blankiet swojej podwyżki ¬– zawył tryumfalnie – i słuchaj śmieciu – wysyczał.
– „Wewnątrz układu złożonego z przełożonego i podwładnego, na podwyżkę zasługuje tylko pierwszy, niezależnie od zasług drugiego, a nawet dla dobra podwyżki pierwszego, należy zasługi drugiego wykorzystać”.
Zhutky lubił czasem powiedzieć coś – jak mówił – dowciklapnego i była to jego własna transkrypcja kreatywna ukazu cara Piotra pierwszego w sprawie zachowania podwładnych w obliczu szefów.
Volny’emu, po takim wywodzie opadła szczęka i zaraz po niej słuchawka. Ze złości sam nie wiedział, czy lepiej zająć się szczęką na poczet uśmiechu „keep smiling”, czy podnieść jeszcze raz słuchawkę i przedstawić Zhutky’emu swoje zdanie językiem bardziej klarownym od urzędowego.
Tak po prawdzie, to sam nie był pewien czy zasłużył. Przyznał, więc cząstkową rację Zhutky’emu, ale złość nie przeszła. Spojrzał przelotnie na walające się pudełko po środkach, którymi faszerował Zhutky’ego i bezwiednie przeczytał ulotkę. Gdyby przeczytał ją wtedy, kupiłby coś tańszego i resztki sumienia być może skłoniłyby Zhutky’ego do wystąpienia o podwyżkę. Nie wiedział biedak, że nic by to nie dało. Przecież Zhutky miał zablokowane.

– Racja jest zawsze po stronie szmalu. Byłaby podwyżka – byłaby i racja po mojej stronie – zaciskał pięści ze złości.
Zhutky znów brylował. Z ładniejszą po przeczyszczeniu cerą i sylwetką, co jest połową wizerunku, jeszcze więcej czasu poświęcał firmie i obciął premie wszystkim stojącym w miejscu.
– Co nowego? – zagadnął pewnego dnia Volny’ego jak gdyby nigdy nic.
– Czy mogę cię odwiedzić? – było jasne, że miał na myśli drobiazgową kontrolę i wykazanie, że Volny też stoi.
Takim ciepłym domowym słowem często posługiwał się w pracy, bo ona była jego prawdziwym domem, za to w seksie stosował zwroty biurowe języka urzędowego, tak że nawet partnerki najlepszych firm, które zmieniał jak rękawiczki, nierzadko słały intuicyjne, lecz nie zawsze przyjazne komunikaty.
– A pamiętasz, co mówiłeś, kiedy potrzebowałeś pomocy? – zaatakował Volny.
– Nic nie pamiętam. Nigdy niczego nie potrzebowałem. Sam doszedłem do wszystkiego ciężką pracą. Ciężkie dzieciństwo, surowe wychowanie, uczciwość, pierwszy mil…
– Znam to – przerwał Volny – a ja lekką, łatwą i przyjemną – ot tak dla zabicia czasu. Nie każdemu wszystko przychodzi łatwo – odgryzł się zostawiając Zhutky’ego z rozdziawioną częścią gębową twarzy, otworzył drzwi hali i podszedł do blaszanej szafki, żeby w ostatniej chwili, przed kontrolą, zrobić porządek, a przede wszystkim schować gdzieś butelkę testowego renaturatu, którą wbrew zakazowi trzymał.
Nie zdążył, potknął się w pośpiechu, a cała zawartość rozbitej butelki wraz z kawałkami szkła znalazła się na szefie, który zzieleniał z wściekłości, machał pięściami, wygrażał Volny’emu jak tylko potrafił, ale już po chwili ogryzał jak szalony paznokcie, nie mogąc sobie całkowicie poradzić z prostymi nawet technikami zarządzania, jak choćby zwykłe grożenie palcem, na które przecież tak wyraźnie zwracał uwagę dyrektor.
Wybuchł wydziałowy skandal, w efekcie Zhutky został znów zawieszony, ale potajemnie przychodził do firmy nocą i uporczywie tasował segregatory oraz indeksował bazy danych.
W końcu we krwi, przyłapanego przez ochronę, stwierdzono pracohol i wyleciał na out, a potem wylądował w zamkniętym zakładzie relaboryzacji. Diagnoza brzmiała – nie leczony problem pracoholowy, z zagrożeniem przejściem w nieulaczalną pracofilię.
Tu mógł do woli wydawać polecenia, których ogromny wybór był dostępny bez recepty oraz świadczyć pracę na symulatorze pracy syzyfowej, na miejscu, bez wychodzenia na zewnątrz.
Codziennie rano gimnastyka z kilku serii startup na przemian z countdown, krótkie zajęcia z lenistwa i do symulatora. Zgodnie z zaleceniami zaczynał od poziomu łopata: sztych, łopata: ruchy. Powoli odcięto go od przerwy śniadaniowej i dni wolnych. Aktualnie, halowa dyżurna, z uwagi na szybkie postępy pozwala przenosić góry, z tym, że przed snem musi odstawić wszystko na swoje miejsce.
Od niedawna zakłady relaboryzacji wyposażane są w nowoczesne symulatory, na których można świadczyć każdą pracę, po dowolnej krzywej zamkniętej, zupełnie bez wykonywania i nie lecą nawet wióry, gdy rąbią drwa.
*
Pewnego dnia Volny dostał telefon od samego dyrektora. Po rozmowie z przedstawicielami zarządu dostał sporą podwyżkę i delegację in blanco.
Produkcję naturalnego renaturatu już wcześniej wstrzymano jako nierentowną, natomiast syntetyczny okazał się niebezpieczny z powodu trudnych do wyeliminowania oddziaływań ubocznych, z których jednym z mniej niebezpiecznych było szybkie uzależnianie. Poza tym, po aferze z Zhutky’m dyrekcja bała się by nie wyszło na jaw, że preparat jest na bazie pracoholu. Pięcioprocentowy renaturat to pięć procent regeneronu i aż dziewięćdziesiąt cztery pracoholu. Reszta zależy od producenta.

KONIEC

0 thoughts on “Człowiek wysoko przetworzony

  1. Dobry tekst warto przeczytać – napisane z humorem w stylu S. Lema o pracy w korporacjach firmach.
    Maximum wydajności a jak oszczędzać to na płacach pracowników.
    Tekstowi 5 gwiazdek się należy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *