Panaceum- rozdział 1

Rozdział I – „Lepiej wyznać to co dręczy…”

Gdy wszystko w co wierzysz w ciągu jednej sekundy przestaje mieć jakąkolwiek wartość zaczyna się tragedia.
Niby nic wielkiego – historia jakich tysiące zdarza się codziennie – współpartner zmęczony wieloletnią „katorgą”, podejmowanymi /bezskutecznie/ próbami osiągnięcia porozumienia na każdy możliwy temat, odchodzi zabierając dzieci. Pozostają wątpliwości i pytania, na które trudno dać jednoznaczną odpowiedź: czy cztery lata są wystarczającym okresem na podjęcie tak radykalnych kroków? Czy nie warto jest nadal próbować? Czy przysięga małżeńska zawarta przed Bogiem i ludźmi do niczego nie zobowiązuje?

Jeśli człowiek jest sam i w czterech ścianach przeżywa swoją tragedię – wcześniej czy później – jego zachowanie zacznie być postrzegane jako coś „nienormalnego”.
Bohater tego opowiadania – rokujący wielkie nadzieje przyszły profesor Politechniki Krakowskiej – obecnie asystent naukowo-dydaktyczny Mirek W., nie miał już sił dłużej milczeć. Podczas jednego z wielu spotkań towarzyskich odbywanych w ulubionym przez kadrę uniwersytecką klubie „BECZKA” zwierzył się koledze z tego co przeżywał:
-Widzisz Jacek, przez dwa lata starałem się odzyskać to, co nieświadomie zniszczyłem. Nieważne jest, że moja żona już w trzy miesiące po odejściu stwierdziła: Nie jestem już Twoją żoną, nie jesteśmy małżeństwem. Zapomniałem, przebaczyłem, choć bardzo mnie to zabolało. Początkowo myślałem, że sobie sam z tym poradzę – nic z tego. Nabawiłem się depresji, straciłem wszystko…
Jacek J. Ze zrozumieniem pokiwał głową. On także nie miał żony. Obaj, można tak powiedzieć „jechali na tym samym wózku”. Różne plotki krążyły na temat odejścia współpartnerki Jacka. On sam nie komentował niczego uznając, że jest to wyłącznie jego sprawa. Teraz też nie zamierzał dowiadywać się o przyczyny nieszczęścia swego przyjaciela. Stwierdził krótko:
-Możemy sobie podać ręce. Obaj jesteśmy samotni. Świat jednak stoi przed nami otworem.
-Wiesz Jacku – nie mówiłem tego wcześniej – zazdroszczę ci pogody ducha.
-Czego tutaj zazdrościć? – na wpół ironicznie odpowiedział Jacek – Ty od niedawna jesteś samotny. Przywykniesz. Takie „kawalerstwo” ma swoje plusy…
-Wybacz ciekawość, ale czy macie dzieci?
-Mamy. Ale to odrębny temat i nie mam ochoty go poruszać – szybko urwał Jacek.
-Dobrze. Nie będę pytał, zresztą nie zamierzam mieszać się w nieswoje sprawy. Potrzebuję jednak z kimś pogadać o mojej sytuacji. Czy nie będzie ci przeszkadzać jak opowiem o swoich dzieciach?
-Nie, dlaczego, mów, przepraszam.
-Gdy jeszcze byłem kawalerem dość krytycznie oceniałem małżeństwo moich rodziców. Gdy jednak sam się ożeniłem, zacząłem powielać dokładnie te same błędy, które popełniał mój ojciec. Byłem apodyktyczny, surowy, nie znosiłem sprzeciwu, chciałem zawsze, we wszystkim mieć ostatnie słowo. Do wszystkiego się wtrącałem, wszyscy byli niedobrzy – ja byłem najmądrzejszy. Moje żarty często wywoływały oburzenie i gniew małżonki. Gdy urodziła się córka – Dominika – byłem najszczęśliwszym z ludzi. Razem z moim ojcem i teściem czekaliśmy, i z wielką radością oglądaliśmy tą małą kruszynkę. Od momentu gdy dziecko wraz z Martą znalazło się w domu, żona bardzo się zmieniła. Okazało się, że zupełnie jest nie przygotowana do roli matki. Takie było nie tylko moje zdanie, ale i moich rodziców. Dziwnym wydało mi się „zarządzenie” iż przez dwa pierwsze tygodnie po powrocie do domu nikt za wyjątkiem rodziców dziecka nie może go odwiedzać. Natychmiast jednak /już następnego dnia/ zjawiła się teściowa. Potem przyjechał zięć z żoną i dzieckiem. Na samym końcu dopiero moi rodzice…
Widząc znużenie swego przyjaciela Mirek przerwał swą opowieść.
-Wybacz – kontynuował – zamierzchłe czasy, jednak bardzo mnie boli świadomość, że Marta jeszcze wczoraj była w stanie powiedzieć, że nigdy nie szanowałeś moich rodziców, zawsze uważałeś, że oni są do niczego. Gdyby tak było, zabroniłbym teściowej przychodzić do nas. Teraz widzę, że Marcie bardzo zależało na skłóceniu mnie z moimi rodzicami. Chciała pewnie by to jej rodzina dominowała. Nie udało się.
-Straszna gorycz przez ciebie przemawia. Musisz się z tym uporać. Dopóki tego nie zrobisz – kiepsko widzę twoje życie.
-Doskonale wiem, że życie przeszłością nie ma sensu. Nie po tym co usłyszałem ostatnio. Trzeba ci wiedzieć, że był taki okres, kiedy powiedziałem sobie dość, nie będę więcej chodził do teściów. Efekt był taki, że najbardziej cierpiały na tym dzieci. Mój synek Krzyś praktycznie mnie nie widział. Dziecko miało niecałe osiem miesięcy, gdy Marta odeszła. Obecnie w maju skończy 3 lata. Wzrastał i dalej rośnie praktycznie nie widząc ojca. Nie uważam, aby odwiedziny raz w tygodniu wystarczająco stymulująco na niego wpływały. Czy ty wiesz, że Marta nie potrafi przyzwyczaić Krzysia do siadania na nocnik?! Ona wierzy w bezstresowe wychowanie. Aby zachęcić chłopca motywuje go słodyczami! Chłopak robi co chce. Jest uparty i widać, że mu brakuje męskiego autorytetu. Marta uważa, że uczę się życia z amerykańskich filmów. Nie jest w stanie zrozumieć, że sama sobie nie poradzi. W swej świadomości ma zakodowane, że skoro jej matka wychowała dwoje dzieci – ona także da radę. A to jest /moim zdaniem/ największy błąd, za który zapłacą nasze dzieci.
Mirek przerwał na chwilę widząc, że Jacek słucha tylko z grzeczności. Ale mnie wzięło na zwierzenia pomyślał jednocześnie zdając sobie sprawę, że nikt nie jest w stanie mu pomóc.
-Wybacz, że zanudzam cię moimi sprawami. Obiecuję, że to pierwszy i ostatni raz.
-Nie, skądże znowu! – z energią zaprzeczył Jacek. – Mamy ze sobą bardzo wiele wspólnego. To, co ty teraz przeżywasz ja już mam poza sobą. Moja była ślubna też próbowała mnie wykończyć. Nawet nie jesteś w stanie sobie wyobrazić jak zraniona kobieta potrafi być perfidna. Justyna do tego stopnia była bezczelna, że doskonale wiedząc iż nie stać mnie na płacenie więcej niż 200zł na dzieci domagała się partycypowania w wydatkach na lekarzy, których wzywała z byle powodu, płacąc bardzo często za własne zaniedbanie i brak umiejętności.
-Czy groziła ci rozwodem i trzymała w niepewności?
-Nie, pod tym względem była w porządku – wystąpiła z pozwem rozwodowym, po pół roku odbyła się rozprawa i było po wszystkim.
-A widzisz. Miałeś przynajmniej jasną sytuację. Marta od dwóch lat “dojrzewa do rozwodu”. Początkowo myślałem, że będziemy w stanie się porozumieć, przez moment nawet /jeszcze w tym roku/ miałem nadzieję, że wróci. Dwa tygodnie temu straciłem złudzenia…
-Wiesz – dziwię ci się, że w ogóle próbowałeś. Po co?
-Bo miałem i mam nadal na względzie dobro dzieci. Nie wierzę, że Marta jest w stanie sama podołać obowiązkom wychowawczym. Obawiam się, że w psychikach naszych dzieci mogą zajść nieodwracalne zmiany, które wpłyną na ich dorosłe życie. Już teraz widzę, że córka jest zbyt ambitna, że każdą najmniejszą niedoskonałość wyolbrzymia i przeżywa jako osobistą porażkę. Krzyś z kolei jest bardzo dziecinny. Ma inklinacje do niszczenia wszystkiego. Wszystko go interesuje, wszystko musi dotknąć. Gdy mu się zabrania – płacze i za wszelką cenę stara się postawić na swoim. Boję się o niego także…
-Czy aby nie przesadzasz? Nie martwisz się na zapas? Jaki ty byłeś w dzieciństwie – pamiętasz to? Musisz zrobić porządek najpierw z samym sobą. Wydaje mi się, że za bardzo przejmujesz się i myślisz o przyszłości. Zobaczysz – nim się obejrzysz twoje dzieci wyrosną, pójdą w swoją stronę i nie będą potrzebowały twej troski.
-Wiesz – czasem i ja tak myślę. Czasami mam takie przeczucie, że moje plany i marzenia nigdy się nie ziszczą. To dziwne, ale jeszcze w szkole średniej jedna z koleżanek powiedziała mi, że umrzesz opuszczony przez wszystkich, w zapomnieniu, otoczony wyłącznie przez marzenia, których nie udało ci się zrealizować.
-Co za patos – z nutą zniecierpliwienia i drwiny stwierdził Jacek. – Przestań się nad sobą użalać…
-Wcale się nie użalam – wszedł mu w słowo Mirek – już nie! Boli mnie tylko, gdy bez zdania racji Marta jest w stanie stwierdzić: jesteś ograniczony.
-Nie rozśmieszaj mnie! Od kiedy zależy ci na jej zdaniu?! Chyba, że faktycznie tak uważasz. Wiesz czego ci trzeba?
-Innej kobiety? – niepewnie spytał Mirek
-Dokładnie.
-Czy myślisz, że znajdzie się jakakolwiek kobieta, która zechce wiązać się z facetem takim jak ja?
-A czego ci brakuje? – z rozbawieniem spytał Jacek. – Jesteś przystojny, potrafisz ciekawie opowiadać, masz stałą pracę, mieszkanie…- dalej kontynuował, lecz widząc, że jego przyjacielowi wcale nie jest do śmiechu dodał po chwili przerwy: Chłopie, jeśli będziesz szukał jakiejkolwiek kobiety to twoje poszukiwania z góry są skazane na klęskę. Musisz założyć, że możesz mieć każdą. Poważnie mówiąc – jeśli chcesz mojej rady – nie chwal się, że masz taką sytuację. Dobra, koniec tych smutków – zbliżają się Święta. Pomówmy o czymś przyjemniejszym…
Widząc uśmiech na twarzy Jacka, Mirek także się uśmiechnął. Wcale jednak nie odczuwał radości. Perspektywa trzech dni Świąt Wielkanocnych spędzanych samotnie, działała na niego przygnębiająco.
Inni będą się cieszyć, pójdą z dziećmi na spacer, myślał, a mnie pozostanie siedzieć w domu lub wspólnie z rodzicami. Co to za święta? Jeśli nawet, to rodzice przyjadą tylko z Dominiką. Krzyś jest jeszcze za mały, prócz tego bardzo lgnie do matki. Gdy Marta wyjdzie gdziekolwiek, w chwilę potem chłopak jest niespokojny i wciąż dopytuje się “kiedy mama wróci”. Nie mam najmniejszej ochoty rozmawiać z Martą, nie chcę jej już więcej widzieć.
Mirek już raz tak postępował. Było to półtora roku wcześniej. Jego postanowienie było tak silne, iż wydawało się, że nic już nie będzie w stanie tego zmienić. Widywał się wtedy wyłącznie z córką i to tylko wówczas, gdy rodzice mieli czas ją przywieźć lub gdy Dominika była u dziadków. Taka sytuacja była bardzo męcząca przede wszystkim dla rodziców Mirka. Wstręt jaki czuł przychodząc do domu teściów i obojętność żony, a także jej uszczypliwe uwagi na próby namówienia jej do powrotu, wpędziła go w tak silną depresję, że zobojętniał na wszystko.
Przeszłość w porównaniu z obecną sytuacją wydawała się być znacznie łatwiejsza. Wtedy oboje mieli do siebie żal, wzajemnie oskarżali się i wytykali popełnione błędy. Najwięcej “nienawiści” było w Marcie. Za każdym razem dosłownie “wbijała szpilkę” chwiejąc niezwykle kruchym spokojem wewnętrznym Mirka. Dochodziło do tego, że każdorazowo wychodząc od dzieci Mirek płakał. Jego cierpienie zwielokrotniały wypowiadane z fałszywym współczuciem /tak to odbierał/ słowa Marty: nie płacz, to i tak nic nie zmieni. W tym okresie do kłopotów natury osobistej dołączyły się kłopoty w pracy. Tylko cudem uniknął zwolnienia. Nie obyło się bez pomocy specjalistów. Przez dwa miesiące brał udział w terapii grupowej. Potem wyjechał do sanatorium. Odpoczął, nauczył się angielskiego, zdał egzamin państwowy. Można powiedzieć, że przez pół roku włożył niezwykle wiele wysiłku w poukładanie swej dość zawikłanej sytuacji. Miał chwile zwątpienia. Nawiedzały go zupełnie bez powodu czarne myśli. Deprecjonował wszystkie swoje osiągnięcia, nie widział sensu życia. Jedyne co jeszcze trzymało go przy życiu to wiara w to, że jest potrzebny swoim dzieciom.
Od dziecka wpajano mu dogmaty wiary katolickiej, nie mógł sobie wyobrazić, złamania przysięgi wierności, którą złożył przed Bogiem. Obecnie jednak Bóg był dla niego bóstwem niedostępnym. Owszem modlił się rano i wieczorem – nie śmiał jednak prosić o jakiekolwiek łaski dla siebie. Jeśli już, to chciał aby jego dzieci miały lepszy los niż on, by jego rodzice mogli zobaczyć szczęście Dominiki i Krzysia, aby mogli wziąć udział w każdej uroczystości weselnej jego dzieci.
Już jestem potępiony. Czy mam prawo do mego prywatnego piekła wciągnąć jeszcze jakąś kobietę? Przecież nie jest możliwe, myślał wielokrotnie analizując swoją sytuację, by jakakolwiek kobieta zechciała pokochać faceta, od którego odeszła żona. Jeśli nawet… Ale nie, nie ma nawet co, teoretycznie rozważać takiej możliwości. Prawdopodobieństwo spotkania kobiety, która byłaby nieszczęśliwa w swoim związku i zdecydowała się zaryzykować poznanie faceta “po przejściach” , na dodatek jeszcze bez prawomocnego rozwodu, jest takie jak możliwość przeciśnięcia wielbłąda przez ucho igielne.
Rzeczywistość zdawała się potwierdzać jego rozważania. Na pewno dużo tracił od razu przyznając się i otwarcie mówiąc o swojej sytuacji. Nie potrafił jednak oszukiwać. Dla niego “mówienie nieprawdy” było równoznaczne z oszustwem. Tylko czy tak ma być zawsze? Czy nie lepiej posłuchać „rady” przyjaciela?
Miłość jest ślepa. Gdy raz Amor celnie strzeli – próżno potem myśleć i analizować wszystko racjonalnie. Mirek aż za dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Dobrze wiedział, że nie umie żyć sam. Dość szybko zaczęła przerażać go ta cisza w domu, której wcześniej tak bardzo pragnął. Samotność zaczęła wyciskać na nim swoje piętno. Dawniej uśmiechnięty i pełen optymizmu, obecnie /czując się gorszy/ często chodził zamyślony, rozdrażniony, smutny. Zmiany te natychmiast zostały wychwycone przez najbliższych współpracowników, którzy na próżno starali się dociec przyczyny. Słusznie uważając, że nie ma powodu do dumy – Mirek nikomu nie powiedział o swoich problemach. W milczeniu przeżywał swój dramat. Ale wszystko ma swój kres. Perspektywa samotnych świąt była przysłowiową kroplą, która przelała kielich goryczy. A może nie warto było? Czas pokaże…
-Wiesz Jacku, wybacz, ale nie mogłem już dłużej tłamsić w sobie bólu – usiłując się tłumaczyć stwierdził po dłuższej przerwie Mirek. – Nie wiem już co mam robić. Proszę cię tylko o dyskrecję… Nie chciałbym by wszyscy…
-Nie ma sprawy – będę milczał jak grób. W pełni cię rozumiem. Ale ty także musisz pojąć jedną rzecz – ciągłe analizowanie tego co się stało nic ci nie da. Musisz sobie powiedzieć, że to co się stało już nie da się naprawić i zacząć żyć swoim życiem.
-Aż za dobrze to wiem. Tylko, że nie da się wykreślić z pamięci osoby, z którą przeżyło się wspólnie pewien okres czasu. Marta jest matką naszych dzieci. Byłoby mi /chociaż wcale nie jestem tego pewien/ łatwiej, gdybyśmy nie mieli dzieci…
-Ale macie i musisz się z tym pogodzić. Mówię ci – znajdź sobie inną kobietę, która w pełni doceni twoje zalety, będzie tolerancyjna wobec twoich wad…
-Żartujesz chyba… Ja już od bardzo dawna nie wierzę w ideały…
-Niech ci będzie. Ja swój ideał znalazłem – pojednawczo dodał Jacek. Dopił swoje piwo, a następnie, po krótkiej przerwie kontynuował – Jesteś ciężkim, ale nie beznadziejnym przypadkiem. Skończ z „samobiczowaniem”. Jesteś nie pierwszym i pewnie nie ostatnim facetem, którego opuściła żona. Nie pytam o przyczyny, ale z własnego doświadczenia wiem, że winne muszą być obie strony.
-Też tak myślałem…
-I przyjmij to za pewnik. Dopij piwo – pora się zbierać.
Mirek, mając umysł skupiony na rozmowie, nawet nie zauważył, że od ich przyjścia do klubu minęło ponad dwie godziny. Wychodził znacznie podniesiony na duchu. Zrzucił wreszcie „maskę milczenia”. Uściskał swego przyjaciela, życzył mu udanych, słonecznych i wesołych Świąt Wielkanocnych. Sam także wierzył, że i jego święta nie będą tak tragicznie smutne jak mu się wydawało.

0 thoughts on “Panaceum- rozdział 1

  1. Jakże się cieszę, że znów Cię drukują Andrzeju! Szczerze gratuluję. Mam nadzieje, że nie tylko ja docenię Twój kunszt pisarski. To opowiadanie jest trudne i nie do każdego trafi Twoje przesłanie, ale jestem przekonana (o czym świadczy wzrastająca liczba odwiedzin Twojego bloga, mimo, że nic nie publikujesz, iż czytelnicy APEIRON-a docenią Cię. Ja wystawiam Ci ocenę bardzo dobrą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *