Postmodernistyczne arcydzieło


Usiadł z nadzieją, że tym razem jego nowe opowiadanie nie zamieni się w kolejny esej o teorii literatury. Komputer szumiał zachęcająco, płaski ekran LCD wykonany w technologii Ultra Brite™ odbijał jego zarośniętą twarz.

Wziął głęboki wdech i napisał pierwsze zdanie: „Usiadł z nadzieją, że tym razem jego nowe opowiadanie nie zamieni się w kolejny esej o teorii literatury.” Kurwa, zaklął i gwałtownie wstał z krzesła. Znowu się zaczyna. Podszedł do barku i wyciągnął butelkę wódki. Dwie pięćdziesiątki gorzkiej żołądkowej później znowu zabrał się do pisania, konstatując z rozczarowaniem, że Pilch jakoś w niego nie wstąpił. I już przy końcu drugiego akapitu wezbrała w nim złość.

Tylko nie wątki autobiograficzne, jęknął, to takie zgrane, że już żałosne. Zamachnął się, żeby uderzyć pięścią w klawisz backspace, lecz jego ręka zadrżała. Nie potrafił tak po prostu wymazać tego, co sam stworzył. Kompleks ojca. Przeklinał i pisał dalej: rzeczownik, kurwa, czasownik. Pogrążał się. Podmiot, kurwa, orzeczenie. Przecinek. Kropka.

Fala optymizmu, która zalała go nie wiedzieć czemu, pozwoliła mu przez parę sekund myśleć, że właśnie tworzył postmodernistyczne arcydzieło. Uśmiechnął się do siebie i przez parę minut wesoło stukał w klawiaturę, gapiąc się w ekran, na który wyskakiwały przypadkowe słowa. Nie poprawiał błędów ortograficznych, postmodernistyczna proza je dopuszczała nawet w narracji, błądzić jest wszak rzeczą ludzką, a autor to w końcu mimo wszystko człowiek, choćby dla swoich bohaterów pretendował do roli Boga. Interpunkcją też się nie przejmował, tym nie bardzo przejmowali się nawet moderniści. Wielokropki, jego ulubione, fruwały po całych zdaniach, jakby narrator opowiadania… miał… problemy… z wyduszeniem z siebie… słów… jakby… brakowało mu… tchu…

Starał się, jak mógł. Ale z każdym zdaniem euforia mijała. Kolejne autotematyczne opowiadanie. Komu jeszcze chciało się czytać o kolejnym pisarzu, który przeżywał męki siódmego kręgu piekieł, pisząc głupawe, przeintelektualizowane opowiadanie? Jemu na pewno nie. Ze współczesnych lubił czytać Vonneguta i Rushdiego, może i skażonych postmodernizmem, ale wciąż mających do opowiedzenia kapitalną historię.

Właśnie: marzyła mu się kapitalna historia, historia z bohaterami, których mogłaby podziwiać jego nastoletnia córka, prawych, odważnych, lojalnych, jakby wyciętych z Tolkiena. Historia, w której on, współczesny Romeo, padałby na kolana przed współczesną Julią i prosił ją o rękę; w której przezwyciężaliby sprytem i miłością przeterminowaną rodzinną waśń i na końcu odjeżdżali białą limuzyną na lotnisko, z którego odlatywaliby na miesiąc miodowy w Hiszpanii. W drugiej części (jeśli rynkowi spodobałaby się pierwsza i wydawca złożył zamówienie na sequel) samolot mogliby porwać terroryści, a on i ona bohatersko mogliby się im przeciwstawić; razem rozbroiliby bandytów, a potem Romeo zastąpiłby bestialsko zamordowanych pilotów i z pomocą wieży kontroli lotów w Paryżu wylądowałby bezpiecznie…

Tia…………………………………………..

W zamyśleniu nacisnął kropkę, dopiero po kilku sekundach orientując się w swoim gapiostwie. A niech będzie, postanowił. Postmodernistyczne arcydzieło przecież, nie?

Zaczął się pocić. Jeśli jednak ma to być postmodernistyczne arcydzieło, to jednak trzeba coś napisać. Najlepiej coś inteligentnego. Teoretycznego. Może jakiś cytat? To byłby jakiś pomysł, motyw, o który można by zaczepić interpretację…

Jezu! Interpretacja! Prędko musi wymyślić jakąś chwytliwą interpretację! Postmodernistyczne arcydzieło może być bełkotliwym zbiorem losowo rozrzuconych sylab, byleby miało odpowiednio bełkotliwą, lecz podpartą jakimś nowoczesnym systemem filozoficznym interpretację. Bre kata machlong uxi siuuta. Świat chyli się ku upadkowi. Tak. Bardzo ambitne. Bardzo oryginalne. Z brodą sięgającą końca dziewiętnastego wieku. Pisarz zmaga się poczuciem bezsensu… Lepiej, ale dalej tkwimy w fin de siecle’u. Potrzeba czegoś, co wyśle „Ziemię jałową” w kosmos. T.S. Eliot na księżycu. Co robi T.S. Eliot na księżycu? Szuka scenerii do nowego poematu: „Ziemia twarda, zimna, porowata i do tego zryta kraterami”.

Kurwa.

Dlaczego nadużywa tylko jednego przekleństwa? Przecież w języku polskim jest tyle pięknych wulgaryzmów. A każdy z nich możliwy do wykorzystania w formie rzeczownikowej, czasownikowej i przymiotnikowej. Po co? Dlaczego? Skąd te pytania? Czemu jego opowiadania nie może mieć tak po prostu klimaktycznego zakończenia?

Żeby to wszystko jakieś specjalnie oryginalne było. Ale nie. Śmierdzi, ordynarnie śmierdzi kopiowaniem Bartha, którego ostatnio – nie bez bólu – czytał. Co z tym zrobić? Jak to przerwać?

Zdecydował się na rozwiązanie szekspirowskie. Jeśli coś zmierza donikąd, wybij całą obsadę. Niech skończy się na stosie zwłok.

Z szuflady biurka, na którym stał jego laptop, wyciągnął naładowany pistolet. Przyłożył wylot lufy do prawego ucha i pociągnął za spust. „Postmodernistyczne arcydzieło” urwało się wpół

15/4/2006

0 thoughts on “Postmodernistyczne arcydzieło

  1. Pono postmodernizm wyrzeka się też oryginalności… za której brak ów narrator się zastrzelił. Epoka końca możliwości, epoka samozagłady…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *