Uwięziona – część 2

Cristiano poznaję wieczorem. Jest Hiszpanem. Ciemnowłosy, młody i opalony. Jestem przestraszona, ale zupełnie niepotrzebnie. Przy nim mogę czuć się bezpieczna. Nie zdradzi mnie. Zapewnia mnie o tym kilkakrotnie podczas wieczoru. Potem jestem już w miarę spokojna. W innym ubraniu i z innym kolorem włosów wyglądam nawet dobrze , a najważniejsze to zupełnie inaczej. Mam teraz czarne włosy. Ścięto mi je na krócej. Nie mogę się przyzwyczaić.


Podczas kolacji Ałła informuje mnie o wstępnym planie dalszych działań. Całość utrudnia fakt ,że Michel wszędzie ma kontakty a ja nie mam papierów ale ona twierdzi ,że i z tym jakoś sobie poradzimy. Pierwsza rzecz to wydostać mnie stąd do innego miasta. Potem Ci , którzy dalej się mną zajmą , załatwią mi jakieś lewe papiery na których będę mogła przekroczyć granicę. Do Francji. Stamtąd najszybciej odlecę do domu i tamtejsza Policja mi pomoże. Cristiano ostrzega ,że nie będzie łatwo. Mnie nie pozostaje nic innego , jak zaufać ludziom takim jak On.
W nocy śnią mi się koszmary. Budzę się z krzykiem. Do rana tkwi przy mnie Ałła. Dobra z niej kobieta.
Zrywam się rano. Dziewczyny robią śniadanie gadając między sobą. Pytają, jak się czuję. Mówię prawdę. Stale myślę, co robi teraz Michel. Czy mnie szuka. Szuka mnie na pewno. Opowiadam o panicznym lęku jaki przed nim odczuwam. Ivona mówi mi ,że u ofiary porwania to normalne. Jestem ofiarą porwania? Tak. Chyba tak.

***

Przy śniadaniu trwa dyskusja na temat opuszczenia przeze mnie miasta. Dziewczyny mają obawy ,że dworzec będzie obstawiony i ktoś mnie zauważy. To za duże ryzyko. Przerywam tę gadkę pytając o Simona. Ałła nie wie. Nie ma z nim kontaktu. Obawiam się ,że mogło mu się stać coś złego. Histeryzuję. Ivona uspokaja. Mówi ,że Simon sobie poradzi a teraz czas zająć się mną. Ustalamy szczegóły aż do obiadu. Podświadomie myślę o Samim. Mimo wszystko wolałabym wiedzieć ,że jest bezpieczny.
Pierwotny plan zapowiadał wyjazd nocą, jednak Cris i dziewczyny mają obawy ,że ludzie Michela tylko na to czekają. W końcu ustalamy ,że pojadę w ciągu dnia. Na dworcu autobusowym jest wtedy pełno ludzi, trudniej będzie wyłapać mnie w tłumie. Kierunek : Madryt. Tam zaopiekuje się mną znajoma Ałły. Nazywa się Rosa. Pomaga kobietom uprowadzonym, takim jak Ja. Cris pojedzie ze mną . Będzie udawał mojego chłopaka ,żeby zmylić tajniaków mego oprawcy. Wyrażam podziw dla Ałły ,że się na to zgadza. W końcu to jej mąż.
Wszelkie szczegóły i termin wyjazdu omawiamy do późna. Kwestią sporną jest mój lęk. Nie mogę zacząć panikować choćby nie wiem co. Cris doradza, bym zażyła przed wyjazdem tabletki na uspokojenie. Jeśli zacznę krzyczeć, będę stracona. Zgadzam się ze wszystkim co mówi, choć w głębi duszy drżę na samą myśl opuszczenia tego domu.
Wyjazd za trzy dni. Wtedy będzie w miarę bezpiecznie.

***

Dziś dzień wyjazdu. Nie spałam pół nocy. Ałła znów ze mną siedziała. Przez poprzednie dni popadałam naprzemiennie w stan euforii i przygnębienia, radości i panicznego lęku. Dziś jestem przerażona.
-Gotowa? – pyta Cris. Ubrany luzacko w dżinsy, modny top i czapkę bejsbolówkę. Stoi przede mną i patrzy pytająco.
-Gotowa- odpowiadam choć mam ochotę zakopać się w łóżku i nigdy z niego nie wychodzić. Z ranka Ivona nafaszerowała mnie uspokajaczami , bym nie histeryzowała. Jestem przez nie nieco przytępiona. To chyba dobrze. Uczesana, umalowana, w czapce z daszkiem chwytam torbę i ruszam za Crisem. Obejmuje mnie. Czuję się nieswojo , widząc że Ałła na to patrzy. Ona sama nic nie mówi. Uśmiecha się tylko. Dziewczyny żegnają się ze mną bardzo czule. Polubiłam je przez te kilka dni. Tak wiele im zawdzięczam. Ruszam do drzwi. Za nami Ivona. Ma nas zawieźć na dworzec. Idę niepewnie. Odruchowo bacznie się rozglądam , mimo że nikogo tu nie ma. Biegiem wskakuję do samochodu. Cris tkwi przy mnie.
-Za niespełna godzinę mamy autobus do Madrytu. Bilety już mam . Oszczędzi nam to stania przy kasie -mówi Cristiano podczas drogi- poczekamy w aucie aż nadejdzie czas odjazdu. Jeśli zauważysz kogoś podejrzanego , nie panikuj. Powiedz mi o tym. Musisz zachowywać się zupełnie naturalnie. Jak dobrze pójdzie, w Madrycie będziemy za trzy godziny. Tam wyjdzie po nas Rosa. Zabierze nas do domu. Zaopiekuje się Tobą a ja wrócę do Ałły następnego dnia. Ona pokieruje Tobą dalej.
-Dziękuję Wam- mówię odruchowo. Zbiera mi się na płacz. Hamuję się w ostatniej chwili. Dworzec tuż tuż. Dojeżdżamy.
Pełno tu ludzi. Wiele autobusów i tłok nie do opisania.
-My jedziemy ze stanowiska numer pięć – informuje mnie mój rzekomy chłopak.
Rozglądam się nieco nerwowo. Strach bierze górę nade mną. Nie mogę tego powstrzymać. Cristiano ściska moją dłoń.
-Sea spokojnie..będzie dobrze! – pociesza mnie. Na szczęście tłum jest za duży , bym mogła faktycznie kogoś dostrzec.
Wysiadamy. Macham Ivonie na pożegnanie, starając się zachowywać naturalnie. Biorę Crisa za rękę i ruszamy w stronę wiaty. Autobus już stoi. Byle wsiąść. Cristiano widząc panikę na mojej twarzy szybko mnie obejmuje i przyciska do siebie. Mija dziesięć , może piętnaście minut nim usiądziemy na wolnych miejscach w autobusie. Wszystkie miejsca zajęte. Zaraz odjazd. Oddycham z ulgą. Za wcześnie. Nim autokar odjedzie, dostrzegam w tłumie znajomą twarz. Widzę jak się rozgląda. Znam tego typa. Był u Michela.
-Jest…- szepcę do Crisa- jest tam- mówię z trudem. Przerażenie. Panika.
-Sea opanuj się- Cris stara się ratować sytuację.
Nie mogę złapać powietrza. Autobus rusza. Oddalam się od człowieka na dworcu. Mam nadzieję ,że mnie nie widział. Jadę odzyskać moje życie.

***

Tęga kobitka o lekko zmarszczonym czole. Ubrana w zwykłą kolorową sukienkę i klapki koloru żółtego. To Rosa. Uśmiechem wita mnie w Madrycie. Mam to szczęście ,że mówi biegle po angielsku i nie będzie kłopotów z dogadaniem się.
-Podróż w porządku? – pyta Rosa już w aucie , które wiezie nas do domu. Kiwam głową. Przyznaję ,że widziałam znajomego typa na dworcu.
-A więc szuka Cię..- Rosa wzdycha- Poradzimy sobie z nim.
Jej głos w tym momencie nie brzmi przekonująco,ale mimo wszystko dodaje mi otuchy. Ściskam Crisa za rękę. Przez chwilkę pomyślałam o pocałunku. Ganię się w myślach. Przecież to mąż Ałły. Staram się podziwiać miasto. To piękne miejsce.
Dom Rosy stoi na obrzeżach Madrytu. W cichej , malowniczej okolicy. Pusto tu jakoś. Przed domem mały ogródek. Rosa trzyma w nim kwiaty. Jak patrzę na nie , to mam przed oczami Simona. Cały czas myślę, co z nim. W środku bardzo przytulnie. Cały dom urządzony w stylu rustykalnym. Na dole salonik z kominkiem, kuchnia i łazienka. Na górze 3 sypialnie. Tak tu miło i ciepło. Rosa prowadzi mnie do jednej z nich. Tutaj zamieszkam na jakiś czas. Nie mogę opuszczać domu. Jest popołudnie. Robię się głodna. Rose każe mi się rozgościć a potem zejść do kuchni. Sama idzie przygotować jakiś obiad. Cris za nią. Pewnie chcą pomówić o tym co dalej. Zostaję sama w przytulnej sypialni. Postanawiam się odświeżyć i zejść na dół. Zajmuje mi to dobre pół godziny. Zastaję ich wesoło gaworzących przy stole.
-O czym gadacie? -wpadam do kuchni.
-Wspominamy początki naszej współpracy. Siadaj. -Rosa zaprasza do stołu- i częstuj się. Musisz być głodna – mówi.
Faktycznie jestem . Zjadam ze smakiem makaron z mięsem przez nią przygotowany.
-Sea czeka nas wiele rozmów -nagle Rosa poważnieje- Będę potrzebowała od Ciebie informacji a to oznacza,że będziesz zmuszona powrócić do wszystkich miłych i niemiłych chwil -kontynuuje dalej – muszę znać fakty- milknie.
-Chcesz wiedzieć jak mnie porwano? -zastygam z widelcem w dłoni. Cristiano słucha i milczy.
-Chcę wiedzieć wszystko -Rosa jest nieustępliwa.
-Pytaj a odpowiem , jeśli to ma jakoś mi pomóc -mówię w końcu.
-Sea, nazywam się Rosa Vilemo. Pracuję w organizacji wyciągającej kobiety sprzedawane do burdeli i więzione wbrew swojej woli. Oczekuję szczerości. Muszę znać nawet najdrobniejsze fakty, które mi pomogą. Nim się tym zajmiemy , wpierw odpocznij. Chce byś była w pełni sił.
-Dobrze,odpowiem na twoje pytania. Postaram się nie przeoczyć niczego – odpowiadam i wracam do jedzenia. Nie mam ochoty dalej o tym mówić.
-Cristiano jutro z rana wraca do domu. Odwiozę go, a Ty tutaj zostaniesz. Ustalmy pewne zasady. Nie opuszczasz domu. Nie wyglądasz przez okna , nie odchylasz rolet. Jesteś tu i Cię nie ma. To dla twojego bezpieczeństwa. Moja organizacja nie pracuje z policją w Madrycie, ale powiadomię we Francji kogo trzeba – w rzeczywistości Rosa wydaje się być taką zwykłą babeczką a to taka twarda kobieta.
-Rosa załatwi Ci paszport na jakieś dane osobowe i bilet do Paryża. Polecisz tam sama. Na miejscu odbierze Cię człowiek Rosy i pokieruje Tobą dalej. Załatwienie tego potrwa , więc pobędziesz w Madrycie z tydzień -informuje mnie Cris.
-Przeraża mnie to – mówię i w tej samej chwili Rose łapie mnie za rękę.
-Będzie dobrze – pociesza.
Siedzimy przy tym stole do późna. Usypiam z miejsca. Zmęczenie daje się we znaki.
Rankiem budzi mnie Rosa. Oznajmia mi ,że już jadą i zostaję sama. Przypomina raz jeszcze o naszej umowie. Żegnam się z Cristiano dziękując mu za okazałą mi pomoc. Oni wychodzą a ja wracam do łóżka. Przysypiam nim Rosa nie wróci.

***

Rosa wraca niezwykle szybko. Słyszę zgrzyt otwieranego zamka i tupot jej stóp na schodach. Wpada do mojego pokoju,żeby upewnić się że nadal jestem i zasypuje mnie pytaniami , czy oby przypadkiem nie wyszłam z domu choć na chwilę. Zaspana odpowiadam spokojnie ,że trzymałam się wszelkich zasad , które mi wyznaczyła. Kiwa głową potakująco i zbiega po schodach uprzednio nakazując mi zejście na śniadanie. Zwlekam się z łóżka pod prysznic i potulnie schodzę na dół. Chwilami odnoszę wrażenie ,że znów jestem uwięziona i znów zmuszona do trzymania się jakiś cholernych zasad, ale wiem ,że Rosa robi to dla mojego bezpieczeństwa. Sam fakt ,że tu jestem to i tak dla niej ogromne ryzyko.
Witają mnie gorące bułeczki na stole. Jestem głodna i naprędce chwytam jedną z nich do ust.
-Jak zjesz, przyjdzie czas na rozmowę – od jedzenia odrywa mnie głos Rosy.
-Chcesz wypytać mnie o przebieg zdarzeń? -pytam z bułką w dłoni.
-Przede wszystkim muszę wiedzieć sporo o twoim oprawcy. Jakoś muszę Cię stąd wyciągnąć i przekazać informacje dalej -Rosa mówi konkretnie i stanowczo.
-Dobra..- wzdycham, bo wcale mi się nie uśmiecha opowiadanie o Michelu. Jak tylko słyszę to imię , zaraz mam dreszcze i znów myślę o Samim.
Jemy w ciszy, którą co jakiś czas przerywa odgłos uderzania kubkiem o blat stołu.

***

Po śniadaniu Rosa prowadzi mnie do salonu a sama znika w kuchni przygotowując kawę i herbatę. Widzę ,że to potrwa. Moszczę się na kanapie chwytając w dłonie jedną z grubych poduch tam leżących i czekam.
-Jaki on jest?-pada pytanie. Rosa stoi w drzwiach salonu z tacą parujących filiżanek.
-Młody..-waham się z odpowiedzią. Chyba nie potrafię o nim mówić- ładny. Hiszpan. Wiek około dwudziestu kilku lat –
mówię i milknę. Wbijam wzrok w ziemię. Rosa siada naprzeciw mnie w fotelu.
-Długo byłaś w niewoli?
-Sześć miesięcy, coś koło tego.. -właśnie w tej chwili zdaję sobie sprawę jak długo mnie więził. Złe wspomnienia powracają.
-Sea, wiem że jesteś z Londynu. Pamiętasz tamten dzień?
-Szłam na uczelnię. Czytałam ogłoszenie o zaginięciu jakiejś młodej dziewczyny. Była podobna do mnie. Wiem ,że było mi duszno. Zatrzymałam się i ktoś złapał mnie za rękę. Nie pamiętam.. – szlocham. Chyba nie chcę sobie tego przypominać. Rosa podaje mi pudełko chustek. Pewnie była na to przygotowana.
-Sea, wiem że ta rozmowa jest dla Ciebie trudna. Muszę wiedzieć – łagodny ton Rosy działa na mnie uspokajająco. Dopiero teraz zauważam dyktafon. Nagrywa to.
-Czemu nagrywasz? -pytam wycierając łzy chusteczką.
-Oszczędzi Ci to zeznań -mówi mi i pyta dalej – Gdzie Cię trzymał?
-Obudziłam się w piwnicy. Nie wiedziałam ,że jestem w innym kraju. Teraz wiem ,że mnie narkotyzował.
-Jak długo tam byłaś?
-Nie wiem..czterdzieści, sześćdziesiąt dni?Jezu..nie pamiętam.
-Co robił?
-W sumie nic. Na początku buntowałam się. Karmił mnie,dostarczał ubrań na zmianę. Zawsze robił to usypiając mnie albo jak wchodziłam do wc.
-Miałaś łazienkę?
-Tak, była przygotowana specjalnie dla mnie -opowiadam Rosie jak zamykał drzwi na zamek , o zamkniętych oknach, o laptopie i płaczę głośno. To za duża trauma.
-Sea, ja muszę zadać to pytanie.. -Rosa wpatruje się we mnie- Gwałcił Cię?
Patrzę na nią zapłakana. W sumie sama nie wiem.
-Nie- mówię w końcu- po raz pierwszy kochał się ze mną za moim przyzwoleniem a w zasadzie dzięki mojemu sprytowi. Zachęciłam go , bo chciałam się dowiedzieć kim jest – opowiadam o mojej taktyce.
-Czemu Cię wypuścił?
-Nie wiem. Może wiedział ,że ma już nade mną kontrolę?- pytam Rosę – łaknęłam go. Uzależnił mnie od siebie.
-Jak to się stało?
-Nie było go trzy dni. Dostawałam jedzenie ale nie było z nim kontaktu. Teraz wiem ,że to była ochrona. Po trzech dniach laptop się odezwał. Wtedy zrobiłam mu karczemną awanturę ,że mnie zostawił. Tęskniłam za nim -płaczę, bo przypomina mi się pachnące , zadbane ciało Michela. Chyba mi go brak – Otworzył mi przejście . Wtedy zobaczyłam go po raz pierwszy – kontynuuję – zemdlałam. Obudziłam się na górze.
-Bałaś się ,że Cię zabije?
-Tak. Nastraszył mnie -opowiadam Rosie o zasadach naszej gry.
-Jednak nie zrobił tego..
-Nie. Czemu nie mógł sobie znaleźć normalnie kobiety na którą miałby władzę jak nade mną ?! Czemu Ja?! -wybucham pretensją do Rosy , choć ona jest niczemu niewinna.
-Zastanawiałaś się nad tym ?- jej głos jest taki spokojny.
-Nie jeden raz. Michel jest przystojny. Mógłby mieć każdą , jaką chce. Do tej pory nie wiem , czemu to zrobił.
-Myślałaś o tym ,że Michel zmienił cel twojego porwania?
Patrzę na Rose ze zdziwieniem.
-A jaki miałby inny cel? Może chciał mnie zabić?
-A może sprzedać? -nie dowierzam pytaniu.
-Sprzedać?!
-Sea… wydaje mi się ,że byłaś przeznaczona na sprzedaż do burdelu w zachodniej Hiszpanii , ale Michel się wycofał.. Spodobałaś mu się i nie dał Cię na aukcję.
-Jaką aukcję?
-W sieci jest strona ,do której dostęp ma ścisłe grono bogaczy w Hiszpanii. Na tej stronie kwitnie handel żywym towarem. Bardzo ciężko ją zlokalizować a jak już Ci się uda , to musisz mieć hasło. Tam sprzedaje się kobiety.
-Jezu.. -szlocham.
-Pytanie tylko, czemu Cię ocalił..Może byłaś dobra w łóżku, a może bo byłaś ładna , a może po prostu Cię pokochał..?-
Rosa wylicza- Bił Cię?- jest bezlitosna w swoich pytaniach a ja nie mogę się otrząsnąć z tego , co usłyszałam przed chwilą.
-Tak -spuszczam głowę – często. Mówił ,że jestem nieposłuszna. Nie wolno mi było nikomu dać do zrozumienia ,że zostałam uprowadzona. Groził ,że mnie zabije.
-Skąd Elach?
-Dał mi nowe dokumenty na samym początku. Powiedział,że Sea nie żyje. Miałam nakaz zwania się Elach.
-Wiedziałaś czym się zajmuje?
-Bardzo długo nie. Miał swój tajny pokój w którym załatwiał interesy. Nie mogłam tam wchodzić.
-Jak się dowiedziałaś?
-Wykorzystałam chwilę, gdy nie domknął drzwi. Weszłam tam i zobaczyłam narkotyki. Wtedy bardzo mocno mnie zbił – łzy płyną mi po policzku. Ocieram je chusteczką.
-Złapał Cię?
-Tak. Akurat wtedy zobaczyłam narkotyki. Z czasem niczego przede mną nie ukrywał .Już wiedziałam , więc nie było po co.
-Handlował przy Tobie?
-Nie. Miałam zakaz brania udziału w rozmowach z klientami. Potem przypadkowo odkryłam,że handluje także bronią.
-I nie tylko..Michel Ashanti handluje też żywym towarem..
-Jesteś pewna?
-Niestety tak. To największy handlarz na czarnym rynku. Dla osób postronnych to typowy biznesmen. Lokuje pieniądze w akcjach i dzięki temu jest czysty. Ma wszędzie kontakty, dlatego wielu osobom nie możemy ufać.
-Miałam szczęście? – pytam znienacka.
-Ogromne -Rosa jest szczera aż do bólu- z pewnością nie jesteś jedyną ,która była w tej piwnicy ale na pewno jedną z niewielu, które spotkał taki los. Resztę sprzedano. Niektóre zabito.
-Powinnam być mu wdzięczna? -mówię z ironią.
-Niekoniecznie. Podarował Ci życie i to całkiem luksusowe, lecz z pewnością nie takie jakbyś chciała -Rosa zakończyła ten wątek z humorem.
-Z pewnością.. – i ja się przez chwilę uśmiecham.
-Ale wyciągnę Cię z tego.. będzie dobrze. To chyba tyle na dziś – Rosa wyłączyła dyktafon.
-Dzięki – mówię nagle a ona wstaje i tak po prostu mnie przytula. Łkam w jej rękaw jak małe dziecko do późnego popołudnia.

***

Przez te dwa tygodnie , które spędziłam u Rosy , wiele zrozumiałam . Strach przed Michelem nie minął , ale zmniejszył się na tyle ,że pozwolił mi jakoś funkcjonować. Wiele wieczorów i poranków spędziłyśmy na wspólnych rozmowach , podczas których pytała mnie dokładnie o cały przebieg mojego życia z nim. Przez cały ten czas załatwiała także formalności związane z moim przejazdem przez granicę. Nie wiem ja to zrobiła, ale któregoś dnia przyniosła mi paszport i inne papiery niezbędne mi w podróży. Moje pytania skąd to ma , zostawiała bez odpowiedzi. Ufarbowałam włosy po raz kolejny, by nie mieć odrostów i spośród ciuchów danych mi przez dziewczyny a potem Rosę, zrobiłam torbę podróżną.
Planowo rankiem miałam wyruszyć na lotnisko w Madrycie ,skąd odlatywał samolot do Paryża. Cała operacja była ryzykowna, zważywszy na rozległe koneksje mojego porywacza ale innego wyjścia nie było. Najgorsze było jednak to ,że miałam lecieć zupełnie sama a dopiero we Francji odbierał mnie znajomy Rose. Biorąc pod uwagę mój strach i obsesję , moje zachowanie w samolocie stało pod znakiem zapytania.
-Wszystko masz? -pytała Rose wieczorem na dzień przed odlotem.
-Mam – nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Zauważyła narastające we mnie zdenerwowanie, bo zaraz dosiadła się tuż obok i chwyciła mnie za dłoń.
-Sea , nic się nie stanie. Nie będziemy tam same. Na lotnisku jest mnóstwo ludzi. Jeśli chcesz stąd wylecieć, zachowaj zimną krew. Michel nie spodziewa się Ciebie na lotnisku , bo wie ,że nie masz paszportu, ale.. -urwała – wszystko może się zdarzyć. Najważniejsze ,byś wsiadła na pokład samolotu.
-A jeśli ktoś poleci ze mną? Co zrobię !? – drżę.
-Musiałby wiedzieć z wyprzedzeniem ,że lecisz do Paryża. Równie dobrze mogłabyś polecieć do Libii albo od razu do Londynu.
-Rosa, to mnie przerasta- zaczynam wyć.
-Będzie dobrze, słyszysz?! -potrząsa mną- jestem pewna, że będzie dobrze!
Nie śpię pół nocy z nerwów. Nie wiem jak to zniosę ,ale muszę , jeśli chcę być wolna.
Rano budzi mnie Rosa.
-Ruszaj się! Czas się szykować. Zjemy coś na biegu i jedziemy na lotnisko.
Zrywam się w pośpiechu. Biorę szybki prysznic i zbiegam do kuchni. Chwytam kubek z kawą i przygryzam kawałek bułki, bo nic innego nie chce mi przejść przez gardło. Za pół godziny wyjazd. Dopada mnie strach i nie mogę go zahamować. Jeszcze dwadzieścia kilka minut i moja podróż się zacznie.

***

Na lotnisku tłum. Ludzie biegają od okienek do okienek. Wszyscy z ogromnymi bagażami. Wolni, beztroscy i uśmiechnięci. Gdybym mogła, schowałabym się w walizce na całą podróż. W ręku ściskam paszport i bilet. Stajemy z Rosą w kolejce do odprawy. Ileż tutaj tego ludu. Im dłużej stoimy, tym bardziej kurczowo trzymam moją torbę i nerwowo się rozglądam.
-Spokojnie- szepce mi Rosa do ucha.
Jakoś to na mnie nie działa. Trauma jest zbyt duża. I uzasadniona jak się okaże niebawem. Staram się jak mogę , by wypaść naturalnie. Z mizernym skutkiem. W zasadzie trzęsę się jak galareta a serce wali mi jak młot. Byle zostać odprawionym. Moja kolej. Kładę bagaż do kontroli i dokumenty do odlotu. Teraz mam obawę,że odkryją ich fałszywość. Wlepiam oczy w kobietę na odprawie. Sprawdza je dość dokładnie a mnie ślina podchodzi do gardła. W końcu.
-Dziękuję. Proszę zgłosić się do wyjścia numer pięć – z uśmiechem wręcza mi kartę pokładową i paszport.
Oddycham z ulgą. Rosa chyba także.
-Gracias – dziękuję po hiszpańsku i wysilam się na uśmiech.
Ruszamy w stronę drzwi numer pięć , skąd odjadę na pokład samolotu za czterdzieści pięć minut. Te minuty to dla mnie wieczność , mimo że już tyle za mną. Stałyśmy w tej cholernej kolejce dobre pół godziny , mimo że jest dopiero ósma rano. W drodze słucham ostatnich wskazówek Rose.
-W Paryżu odbierze Cię niejaki Jean-Paul . To starszy facet, emerytowany policjant. Pomaga nam w organizacji. Wie, jak wyglądasz i jak jesteś ubrana. Dlatego tak bardzo zależało mi na wcześniejszym doborze stroju. Zawoła Cię po imieniu , które masz w paszporcie-mówi cicho Rose a ja zerkam w paszport.
-Emily Casey – tak się rzekomo nazywam.
-Zajmie się Tobą dalej i od razu poinformuje mnie , czy bezpiecznie dotarłaś – Rose mówi dalej.
Siadamy w kącie kawiarenki , niedaleko wyjścia , którym wyjadę na pokład. Wystarczy przejść szklanym korytarzem by tam dotrzeć. Jeszcze czas. Zamawiamy po kawie, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Staram się zakrywać twarz. Czuję się wtedy lepiej. Zresztą twarz ukryta w dłoniach wygląda naturalnie , biorąc pod uwagę tak wczesną porę przybycia tutaj . Wyglądam jakbym była śpiąca. Rosa co chwila zerka na zegar ścienny odliczający upragniony czas. Ona chyba też się denerwuje. Siedzimy tam dobre dwadzieścia minut jak obwieszczam Rosie ,że chcę już iść pod drzwi. Nie zdaję sobie sprawy , jak dobry to pomysł w tym momencie. Chwytam torbę na ramię i czekam aż Rose zapłaci za kawę. W tej samej chwili moje palce kurczowo zaciskają się na pasku od torby. Jakiś gość bacznie mi się przygląda. Bardzo bacznie. Oblatuje mnie strach. Gdybym była tutaj turystycznie , pomyślałabym że mu się podobam ale dobrze wiem ,że to nie o to chodzi. Ten pajac nie spuszcza ze mnie oka , zresztą tak jak Rosa , która też na niego patrzy i jest wyraźnie zdenerwowana.
-Emily! – woła mnie . Reaguje od razu i kroczę do niej. Wychodzi mi to o dziwo całkiem dobrze. Rosa jest tuż przy wyjściu z kawiarenki a koleś tuż przed nim.
-Do drzwi – mówi mi szeptem i delikatnie ciągnie do siebie-
czas na odlot – tym razem głośno powtarza a ja udaję ,że patrzę na zegar na ścianie, choć mam ochotę krzyczeć na cały terminal. On nadal na mnie patrzy. Ruszamy do piątki. Do pokonania mamy długi , oszklony korytarz. Ściskam torbę coraz mocniej.
-Znasz go ?
-Nie – ręce mi drżą – widziałaś jak patrzył – panikuję.
-Emily, do wyjścia.. -mówi Rosa spokojnie , choć widzę jak jest przerażona sytuacją. Nie wytrzymuję i odwracam się. Robie potworny błąd. Steve..
Rosa!! – krzyczę w panice. Ona się odwraca i zamiera. Na końcu korytarza Steve. Stoi z tym gościem i o czymś z nim gada. Swoim krzykiem zwracam jego uwagę. Nasze spojrzenia się spotykają. Pode mną uginają się nogi . Staję jak wryta. Rose razem ze mną. Steve mnie poznaje. Zaczyna biec w moją stronę. Rose ciągnie mnie za rękaw.
-Emily! – w końcu i jej nerwy puszczają . Ani drgnę.
-Uciekaj do wyjścia!!!! – jej krzyk budzi mnie z letargu. Łapię torbę i zaczynam biec. Ten korytarz wydaje się nieskończenie długi. Wpadam na schody ruchome. Odwracam się i widzę jak Rose szarpie się z kolesiem , który mnie obserwował.
-Rose!!! -krzyczę.
-Uciekaj!!! -drze się Rosa.
Biegnę schodami ruchomymi rozpychając ludzi na boki. Za mną Steve i jakiś jeszcze inny palant. Nie znam go , ale w tym momencie to mało ważne. Lecę ile sił. Wbiegam na górę .Przede mną jeszcze jeden korytarz. Na jego końcu magiczna piątka. Świeci się z daleka. Ten numer to moje wybawienie. Steve chwyta mnie za kaptur kilka metrów od drzwi. Krzyczę.
-Zostaw mnie!!! – staram się zwrócić na siebie uwagę ludzi. Patrzą na nas. Usiłuję też wyswobodzić się z bluzy.
-Za pięć minut zamykamy odprawę biletową LOTU4587 .. -słyszę przez megafon. To mój lot.
-Niech Pan puści tę dziewczynę ! -jakaś kobieta się wtrąca.
-Proszę się nie wtrącać! -Steve ją odpycha.
Nie mam wyjścia. Szarpię się z nim ile mogę. W końcu odpinam suwak bluzy i zrzucam ją z siebie. Chwytam torbę i dopadam do drzwi . Steve za mną. Znów mnie łapie. Macham stewardowi przed nosem kartą pokładową. On też szamocze się razem ze mną.
-Ta Pani wchodzi na pokład. Pan nie. -mówi steward stanowczo.
-Ta Pani nigdzie nie poleci! -wrzeszczy na niego Steve.
-Elach!!! -drze się na mnie.
Wykorzystuję zamieszanie i wyrywam się do drzwi. Wpadam w nie wprost na płytę lotniska. Odwracam i widzę jak Steven negocjuje z policją wezwaną przez stewarda. I jak Rosa dopada do drzwi numer pięć. Stoję na betonowej płycie i zalewam się łzami.
-Proszę Pani? – stewardessa chwyta mnie za ramię – czas wsiadać do samochodu i jechać na pokład.
-Już idę- odpowiadam przez łzy. Patrzę w stronę Rose i ruchem warg mówię ostatnie : Dziękuję. Odwracam się na pięcie , by wsiąść do samochodu wożącego ludzi do samolotu. Nim usiądę w nim spojrzę tam raz jeszcze. Steve nadal tam stoi, nadal z policją, ale Rose już nie ma. Wmieszała się pewnie w tłum, by prędko odjechać. Ruszam. Zaraz będę w samolocie. Polecę odzyskać moje życie..

***

W Paryżu czeka na mnie Jean-Paul . Nie wiem jak zniosłam tę podróż , bo spałam połowę drogi. Pamiętam tylko ,że powiedziałam stewardessie , że płaczę z tęsknoty. Nic innego nie przyszło mi do głowy. JP to miły człowiek. Faktycznie wygląda na typowego emeryta. Nigdy w życiu bym nie powiedziała,że był gliną. Wita mnie dość wylewnie. Na moje szczęście jego angielski jest dla mnie zrozumiały , także z porozumieniem się nie będzie problemu. W drodze do auta opowiadam mu o wydarzeniach na lotnisku i błagam , by zadzwonił do Rosy i sprawdził czy jest bezpieczna. Obiecuje to zrobić jak tylko dojedziemy do domu. Okazuje się także ,że jest żonaty. Podobno żona czeka już na nas z lunchem. Jestem ciekawa jaka jest. Gadamy o tym podczas drogi.
Dom Paula to typowy mały domek z ogródkiem na przedmieściach Paryża. Z zewnątrz przypomina mi dom Rosy. Chyba będzie mi tu dobrze , nim Paul postanowi , co dalej. W środku czysto i miło. W progu wita mnie Elisee – to żona JP. Fajna babeczka. Lekko przy tuszy , ubrana w zabawny czerwony dresik. Całuje mnie w policzki łamaną angielszczyzną wyrażając ulgę ,że udało mi się tutaj dolecieć cało. JP bierze moją torbę i niesie na górę a Elis ciągnie mnie do kuchni. Oglądam się za Paulem. Obiecał mi ,że zatelefonuje do Rosy. Mówię o tym Elis jednocześnie wspominając lotniskową szarpaninę. Ma lekko przerażoną minę i krzyczy do Jeana , by natychmiast sprawdził co z Rosą.
JP schodzi po dobrych piętnastu minutach. Informuje mnie ,że rozmawiał z Rosą i ta ma się całkiem dobrze. Dla własnego bezpieczeństwa zmieniła miejsce zamieszkania , choć te draby i tak nie wiedzą kim jest. Oddycham z ulgą.
Paul uświadamia mi ,że oni wiedzą już gdzie jestem. Z pewnością zobaczyli dokąd lecę , jednak szanse na znalezienie mnie w mieście mają znikome. Mimo tego, nie jestem tutaj całkowicie bezpieczna a wylot do Londynu w tej chwili jest absolutnie niemożliwy. Jedyne co można zrobić, to powiadomić konsula w Ambasadzie Brytyjskiej o całej sytuacji. Czuję się jak w pułapce. Obecnie mam odpocząć i nabrać sił, bo walka jeszcze przede mną . Potem Jean-Paul poruszy swoje kontakty, by ta sprawa nabrała tempa jak najszybciej. Robię, co każe bo nic innego mi nie pozostało. Jeszcze nie wiem ,że czeka mnie miesiąc we Francji.
***

Paul ma chyba niezłe kontakty jako glina- emeryt bo sprawnie i szybko pojawiam się przed obliczem konsula w Ambasadzie. Wiele o mnie wie. Przy okazji dowiaduję się ,że Rosa posłała Paulowi taśmy z nagraniami naszych rozmów , także on nie będzie mnie mocno wypytywał. Tym lepiej dla mnie . Zbiera mi się na płacz , jak tylko muszę znów o tym opowiadać. Konsul pyta , czy potrzebna mi pomoc psychologa. Odmawiam. Nie jest ze mną jeszcze tak źle , albo sama siebie oszukuje. Przedstawia mi także agenta Interpolu , który zajmuje się porwaniami i handlem żywym towarem a teraz zajmie się także moją sprawą. Nazywa się Ramos. Tommy Ramos. Na oko ma może trzydzieści kilka lat, jest nawet sympatyczny. Pyta , czy potwierdzam to co jest na taśmach. Przytakuję. Mam podpisać oświadczenie w tej sprawie. Tommy prosi o podanie dokładnych danych Michela.
-I co z tego? – wybucham – co to da?!! Znajdzie mnie i zabije a nic na niego nie macie!
Paul prosi bym zachowała spokój i usiadła na miejscu.
-Bez względu na to czy cokolwiek na niego mamy , czy nie -tłumaczy mi Tommy- jest to potrzebne do obserwacji. W końcu popełni błąd.
-Czy podczas twojej obecności były tam także inne kobiety?- pyta nagle.
-Nie, nikogo innego tam nie widziałam. Być może były ale ja nic o tym nie wiem – odpowiadam zgodnie z prawdą- nie wiem też kim byli jego klienci – dodaję jeszcze. Jestem zmęczona tymi pytaniami.
-Sea , chcemy Ci pomóc ale.. -mówi konsul- bez współpracy niewiele możemy zrobić.
-Co jeszcze chcecie wiedzieć? -pytam wyraźnie zła i zdenerwowana. W zasadzie odkąd uciekłam stale opowiadam o tym samym.
-Gdzie jest dom?
-Nie wiem, to jakaś mała mieścina -mówię i za chwilę przypominam sobie nazwę Centrum Handlowego , z którego zwiałam- La Feurte – wypowiadam głośno nazwę – byliśmy tam w Centrum Handlowym. To jest jakoś pół godziny jazdy stamtąd. Nic więcej nie wiem.
-Jak wygląda ten dom?
-Duża willa. Wypasiona. Ukryta przy samym lesie. Praktycznie w polu. Zielona willa odgrodzona wysokim płotem -relacjonuję to ,co zapamiętałam.
-Strzeżona?
-Tak, bacznie. Wszędzie kamery, w środku ochrona- opowiadam Tommy’emu o umiejscowieniu kamer . Przez tyle miesięcy nauczyłam się niemal na pamięć miejsc, w których są. Widzę, że dokładnie to notuje. Potem pyta o moje prawdziwe dane. Wcale go nie dziwi fakt ,że Michel sfingował moją śmierć. To dość powszechne tam.
W tą rozmowę wtrąca się konsul. Informuje mnie ,że postara się aby ta sprawa nabrała tempa jak najszybciej , ale to potrwa. Z racji braku papierów i posiadania lewych dokumentów wylecę samolotem rządowym. Tak będzie dla mnie najlepiej. Oczywiście on sam powiadomi władze w Londynie , także zostanę objęta natychmiastową ochroną.
Z takimi wieściami czuję się o niebo lepiej. Niestety zostanę wywieziona w miejsce odległe od miasta , bym była bezpieczna. Jest mi to obojętne , byleby mieć w miarę normalne życie. Powrót do niego nie będzie łatwy. Na pewno nie jest obecnie możliwe, bym odzyskała moją tożsamość. Muszę żyć z innym nazwiskiem. Mam się zastanowić z jakim. Postanawiam zostać przy Cassey. Przyzwyczaiłam się do niego. Będę objęta programem ochrony świadków.
Wychodzę od konsula z lekką duszą. Nawet francuski obiad ugotowany przez Elisee smakuje lepiej , niż dotychczas.
O dacie wyjazdu poinformuje mnie Ramos. Ma się zjawić u Paula niebawem.

***

Miesiąc we Francji. Zżyłam się z Paulem i Elisee na tyle mocno ,że ciężko mi ich zostawić. Swojej rodziny nie mam. Zresztą podczas pobytu w sierocińcu i tak nikt się mną nie interesował. Czemu mieliby teraz? Jean-Paul i jego żona stali się dla mnie rodziną. Nie mieli dzieci , więc i ja byłam traktowana jak córka. Obiecuję ,że zadzwonię jak tylko znajdę się w bezpiecznym miejscu. Mam łzy w oczach , gdy się z nimi żegnam. Chyba chciałabym tu zostać.
Wyruszam z obstawą agentów Interpolu do miejsca odlotu rządowego samolotu. Szalenie mi smutno. Tam, w Wielkiej Brytanii będę zdana sama na siebie. I na policję. Będę żyć z innym nazwiskiem , w ukryciu , w strachu i w niepewności jutra. Fatalna przyszłość. Mimo tego lepsza niż życie z Michelem. Czemu nie umiem się cieszyć z danej mi wolności?
Wylatuję pod eskortą. Jest ze mną kilka innych dziewczyn wyrwanych z burdeli w Francji i Hiszpanii. Możemy się powymieniać doświadczeniami, choć między tym co przeżyłam ja a one jest kolosalna różnica. Tak naprawdę to jestem szczęściarą. Już nie pierwsza osoba mi to powtarza.
Na lotnisku Heathrow już czeka na nas policja. Jedziemy na bazę , jak to potocznie nazywają. Tam zostanę po raz kolejny przesłuchana i potem odwieziona w miejsce bezpieczne , gdzie zacznę nowe życie.

***

Przesłuchiwali mnie kilka godzin. Jestem wymęczona i jedyne o czym marzę to ciepła kąpiel i miękkie łóżko. Ciągle zadają te same pytania. A kiedy? A gdzie ? A ile tam byłaś? Uśmiechają się przy tym szeroko , jakby to było coś normalnego. W ich oczach jest litość i współczucie. Tego najmniej mi teraz potrzeba. Po raz kolejny zasugerowano mi pomoc Psychologa. Zastanawiam się po co. Przecież nie jestem w aż tak złym stanie psychicznym. A może tylko bronię się przed tym? Faktycznie mam problemy ze snem, coraz częściej budzę się z krzykiem. Może rzeczywiście potrzebna mi terapia?
Wiozą mnie do jakiegoś miejsca , gdzie spędzę noc .W sumie teraz jest późny wieczór i nie ma gdzie pojechać. Tę noc spędzę w motelu. Jest mi wszystko jedno. Nadal jestem pilnie strzeżona. Panowie są tuż obok.
Pokój motelowy nie jest jakiś specjalny. Ot proste łóżko, mała łazienka , jakiś telewizor i telefon na recepcję. Tylko tyle. Nawet nie mogę z niego zadzwonić. Mam zakaz kontaktowania się ze znajomymi, bo mogłabym zaszkodzić sprawie. Poza tym są przekonani ,że ja nie żyję i tylko wywołałabym szok u nich. Wszystko w swoim czasie. Jak bardzo się czuję teraz samotna. To jest straszne. Pytam policjantów, czy mogę zadzwonić do Jean-Paula. Ich zgoda jest kojąca. Chwytam szybko za słuchawkę i czekam na sygnał. Głos Elisee dodaje mi sił. Gadam z nimi prawie trzydzieści minut i płaczę w słuchawkę. Tęsknię za nimi cholernie. Obiecują mnie odwiedzić jak tylko znajdę się w odpowiednim miejscu. Kończę tę rozmowę rycząc jak mała dziewczynka. Następnie biorę prysznic i szybko wskakuję do łóżka. Zasypiam niemal natychmiast o dziwo nie budząc się ani razu w ciągu nocy . To chyba ze zmęczenia.
Budzi mnie walenie do drzwi. Zrywam się jak oparzona. To moja ochrona. Informują ,że czas na nas i pytają jak spędziłam noc. Odpowiadam zgodnie z prawdą ,że spałam naprawdę dobrze i chcę już ruszać. Narzucę na siebie cokolwiek.
Jadę do Potter’s Bar. To małe miasteczko pod Londynem. Typowa wieś. Pełno tam życzliwych ludzi i będę miała pełen spokój. Nim znajdę pracę lub cokolwiek, dostanę dofinansowanie od Państwa oraz skromne mieszkanko na początek. Od tej pory funkcjonuję jako Sea Cassey.
Przekonuję się jak tu cudnie, gdy tylko zajeżdżamy do Potter’s. To niezwykłe miejsce ujmuje mnie ciszą i niezliczoną ilością zieleni. Jedna główna ulica i wokół niej małe budyneczki. Pewnie wszyscy się tutaj znają. Jak dobrze. Rozglądam się z zainteresowaniem. Mają chyba wszystko, co potrzeba do normalnego ,wiejskiego życia. Jestem zadowolona. Zatrzymujemy się przy dwupiętrowym budynku przy końcu ulicy. Tutaj będę mieszkać. Na drugim piętrze. Nie mogę się doczekać. Chwytam torbę i potulnie kroczę za policją.
Mieszkanko jest małe. Ot dwa pokoiki , kuchnia i łazienka. Ale moje. Tylko moje własne. Pomalowano je na zielono. Ten kolor podobno uspokaja. Gówno prawda. O tym jednak później. Siadamy na sofie w mini salonie. Jako osobę chronioną obowiązują mnie pewne zasady i muszę je poznać.
Dom jest pod ochroną. Policja będzie mnie obserwować. W mieszkaniu jest zamontowany interkom. Wygląda jak telefon , ale mam w nim całodobową łączność z policją. W łazience jest skrytka. Tak to nazwali. Te niepozorne drzwi, które przy niej widnieją są tak naprawdę stalowe. Zamyka je szyfr , który ukryto w szafce na papier toaletowy. Idę z nimi , by to zobaczyć i słucham uważnie. Gdyby mnie coś niepokoiło, mam natychmiast użyć interkomu a potem zamknąć się w WC. Policja ma obowiązek pojawić się tu chwilę po moim sygnale. Oczywiście mam nie nadużywać tego z powodu błahostek. I znów na podsłuchu i znów pod obserwacją. Wzdycham. To się chyba nigdy nie skończy.
Panowie pytają mnie , czy wszystko jest jasne , bo jeśli tak to oni już jadą a ja mam się rozejrzeć w mieszkaniu. Mówią mi także ,że mam normalnie funkcjonować ale być ostrożna. Na odchodne informują ,że w lodówce mam zapas żywności a na stole w kuchni pieniądze, gdyby mi czegoś brakowało. Zamykam za nimi drzwi. Mam żyć. Jak mam żyć?

***

W moim nowym mieszkaniu spędzam całe dwa dni nie ruszając się nigdzie na krok. Oglądam wszystko , co zostało mi podarowane na początek i ubolewam ,że nie mam nic swojego z poprzedniego , prawdziwego życia. Siedzę na sofie z kubkiem w dłoni i rozmyślam o życiu moich przyjaciół. Jak teraz wyglądają ? Czy mają dzieci? Zastanawiam się też ,czy bardzo płakali na moim pogrzebie.
Nie wiem czemu to przyszło mi to głowy właśnie teraz. To wszystko jest takie skomplikowane.
Za oknem piękna, słoneczna pogoda. Powinnam wyjść i rozejrzeć się w miasteczku , ale coś mnie powstrzymuje. W rezultacie siedzę w mieszkaniu kolejny dzień i nie wychylam z niego nosa. W nocy zrywam się kilkakrotnie i nasłuchuję , czy nikt do mnie nie wchodzi. To jest jak psychoza.
Nim zasypiam po raz kolejny z rzędu postanawiam ,że rankiem zmuszę się do spaceru.
Wstaję z mocnym postanowieniem wyjścia na miasto i zabieram się do szykowania. Nie wyglądam najlepiej. Nieprzespana noc odciska się na mojej twarzy. W łazience znajduję tylko proste kremy, nie ma żadnych kosmetyków, którymi mogłabym zamaskować widoczne sińce. To tym bardziej motywuje do wyjścia na zakupy. Przy pieniądzach położonych na stole znajduję dokumenty potwierdzające nadanie mi pomocy finansowej na rok czasu, płatnej do końca każdego miesiąca. Oznacza to ,że mam czas na to by się zaadaptować i nie zginę z głodu. Ulga. Zerkam na kalendarz wiszący na ścianie, by zobaczyć który jest dziś i ile mam czasu do następnej wypłaty. Muszę być oszczędna. Pieniądze lądują w mojej kieszeni a klucze do mieszkania w dłoni . Ruszam na miasto. Jak krótka będzie to wizyta , dowiem się później.
Wychodzę na zewnątrz. Delikatny, letni wiaterek smaga mi włosy. Rozpuściłam je, bo tak czuję się pewniej. Kroczę chodnikiem . Mijam kolejnych mieszkańców bez słowa i za każdym razem wbijam wzrok w ziemię, byle nie patrzeć im w oczy. To taka trauma. Tak naprawdę to jestem przerażona ich obecnością a jeszcze bardziej przerażona tym ,że jestem tutaj sama. Idąc zauważam sklep i wchodzę doń czym prędzej , by kupić to co mi niezbędne. W pospiechu, choć sama nie wiem po co się tak spieszę, wybieram kosmetyki które mi pasują i wkładam je do koszyka. Staję w kolejce do kasy. Wydaje się być nienaturalnie długa. Wtedy ktoś chwyta mnie za rękę. Koszyk wypada mi z dłoni. Dostaję ataku paniki i wybiegam stamtąd jak oparzona. Biegnąc słyszę jeszcze:
-Proszę Pani!!! Niech Pani zaczeka!- nie reaguję, chcę być w domu jak najszybciej. Wpadam na górę jak szalona. Jestem cała mokra i panicznie się boję ,że ktoś mnie goni. Szczelnie zamykam za sobą drzwi. Efekt mojego strachu jest taki, że siedzę zawinięta w koc do rana i cała się trzęsę. Boję się wyjść.

***

Z każdym kolejnym dniem jest mi coraz trudniej. Od tamtego pamiętnego dnia wyszłam ledwie kilka razy i było to okupione panicznym lękiem przed tym ,że ktoś mnie porwie. Sukcesem było jednak to ,że udało mi się przełamać i poznać niektórych mieszkańców Potter’s . Nikomu nie wspominam ani słowa o tym , kim jestem ani co mnie spotkało. Chyba nie jestem na to gotowa. Miło jednak jest mieć jakąś znajomą twarz tuż obok siebie. I choć przychodzą kryzysy, wydaje mi się ,że wkraczam na dobrą drogę do nowego życia. Dni mijają powoli i póki co beztrosko , a ja jestem coraz bardziej odważna. Do tamtej nocy..
Cudowna passa minęła, gdy podczas snu zbudził mnie hałas dochodzący z korytarza mojego mieszkania. Jedyne, co czuję to jak oblewa mnie zimny pot a moje ciało staje się na tyle bezwładne ,że nie jestem w stanie poruszyć nawet małym placem u nogi. Leżę i nasłuchuję a panika narasta.
Jedno skrzypnięcie, potem kolejne i potem jeszcze jedno a ja mam wrażenie ,że ktoś jest w moim mieszkaniu i co gorsza , chodzi po moim korytarzu. Zaciskam ręce na pościeli. Czekam. Znów skrzypnięcie. Biorę głęboki wdech i siadam cicho na łóżku. Bezszelestnie odsuwam kołdrę na bok i stawiam stopy na podłodze. Na szafce nieopodal łóżka trzymam nóż. Czuję się z nim bezpieczniej a nie włożyłam go pod poduszkę tylko w obawie,że mogłabym się nim skaleczyć w czasie snu. Teraz tego żałuje ale jest za późno. Byleby do niego dotrzeć. Podnoszę się delikatnie i na palcach sunę ku szafce. Te chwile wydają się dla mnie wiecznością. Chwytam za rękojeść. Nie mam wyjścia. Idę do korytarza i pierwsza rzecz ,którą robię stojąc w drzwiach, to rozpalam światła. Pusto. Zerkam na drzwi. Zamki wydają się być zamknięte nadal tak samo jak były. Idę wzdłuż ścian do kuchni, ale tam też jest pusto. Zostaje mi tylko łazienka , która jest na końcu korytarza i nie wiem czy mam w sobie tyle siły by tam dotrzeć. Interkom. Przychodzi mi to do głowy pomimo ,że w zasadzie nic się nie dzieje. Nie wiem jeszcze co jest w łazience , lecz mieszkanie wydaje się być w porządku. Biegnę do interkomu. Wciskam głośnomówiący i pierwszy lepszy guzik. Z ledwością łapię powietrze.
-Sea? Co się dzieje? -słyszę głos w interkomie.
Nie mogę złapać tchu. Dyszę tylko ciężko wprost w mikrofon.
-Sea!!? Tu Tim. Co się dzieje?!
-Tim pomóż mi.. – udaje mi się wycharczeć- Ktoś jest w moim domu..- mówię i słyszę skrzypienie -Tim!!!!!- krzyczę z całych sił.
-Idź do łazienki! – krzyczy Tim do interkomu.
Łazienkę mam tuż na wprost rzekomego telefonu. Zawsze jest otwarta , dzięki czemu nie musiałam się upewniać ,że nikogo w niej nie ma. Wpadam do łazienki i zamykam ciężkie, stalowe drzwi na zamki. Upadam na podłogę i krzyczę z całych sił. W dłoni mam nóż , w głowie poczucie bezradności,że Michel mnie znalazł.
Nie wiem , ile minut zajęło przybycie Policji ale są tutaj. Krzyczą do mnie przez drzwi. Krzyczę także , ale ze strachu ,że to nie oni. W końcu drzwi stają otworem. Policja ma autopiloty , którymi je uruchamia. Zastają mnie na podłodze w strasznym stanie.
-Sea! -potrząsają mną- Co się stało?
Widzę ,że jest ich kilku. Dwóch ze mną a reszta krązy po moim małym mieszkaniu. Sprawdzają każdy kąt.
-Ktoś był w tym domu!!- wrzeszczę na całe gardło.
-Spokojnie- policjant chwyta mnie pod pachy i wyprowadza do pokoju – Usiądź i porozmawiamy – chce , abym zrelacjonowała wszystko od początku do końca, jak tylko się opanuję.
-Spałam -mówię w końcu po kilku minutach – obudziło mnie skrzypienie podłogi. Byłam pewna ,że ktoś jest w domu -wybucham płaczem.
-Jeśli chce sierżant Ramos zostanie z Tobą tutaj na noc – mówi do mnie jeden z nich – Mieszkanie jest czyste, nie ma śladu włamania ani obecności osób trzecich – tłumaczy – Lecz jeśli to ma Cię jakoś uspokoić..
Kiwam głową. Tak bardzo boję się tutaj być sama. Nadal jestem przekonana ,że ktoś tu był a nawet jeśli się mylę, to wiem jedno. Jestem chora i wymagam pomocy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *