Mam na imię Lisa – część 5

Poranek zastał Cytrynę zamkniętą na cztery spusty. Anna, obolała po nocnych przejściach, spała w łóżku, w swoim pokoju. Kołdra ginęła pod górą koców, a przynajmniej było ich tyle, ile po powrocie do domu, udało jej się znaleźć. Poza potarganymi włosami, jedynym świadectwem wydarzeń minionej nocy był wielki siniak, który rozlał się obwicie na jej lewym udzie oraz przenikliwy ból w okolicach łydki.


Matylda dosypiała w swojej sypialni w oparach alkoholu, który wydychała. Obok łóżka stała opróżniona butelka ginu, a na nocnej szafce dwulitrowa butelka toniku. Od jakiegoś czasu nie potrafiła zasnąć bez łyknięcia czegoś treściwszego. Kilka głębszych ją uspakajało, koiło nerwy, nie pozwalało za dużo myśleć, a teraz tego potrzebowała najbardziej. Nie myśleć. I choć sprytnie ukrywała swoją słabość, chowając alkohol w głowie, stojącego pod oknem, wypchanego odyńca (trofeum został wyposażone w schowek, wystarczyło tylko odchylić jego głowę do tyłu), Anna domyślała się, że Matylda sięga coraz chętniej po coś mocniejszego. Szczególnie ostatnimi czasy, mniej więcej wtedy, kiedy zaczęła otrzymywać tajemnicze koperty, liczba pustych butelek lądujących w kontenerze na śmieci, ustawionym na podwórzu, za plecami Cytryny, rosła w oszałamiającym tempie.
W ten oto sposób zdarzyło się, że Ewa pierwsza stawiła się na stanowisku pracy. A przynajmniej próbowała to uczynić, bo przywitały ją zamknięte drzwi salonu. Zaskoczenie było tym większe, że nigdy wcześniej taka sytuacja nie miała miejsca. Spojrzała na zegarek, w obawie, że przyjechała punktualnie, a co gorsza, przed czasem – ale nie. Dochodziła godzina dziewiąta, a Cytryna spała w najlepsze.
Korzystając pierwszy raz ze swojego kompletu kluczy, dostała się do środka i zaczęła dzień od kubka kawy.
Anna pojawiła się w salonie około dziesiątej, dwie godziny później zeszła Matylda. Tego dnia kobiety miały wyjątkowo pełne ręce roboty, przede wszystkim Ewa. Ledwo obsłużyła jedną klientkę, a w drzwiach pojawiły się dwie następne.
– Zajmiesz się panią? – Zapytała tylko Annę. Miała ochotę wypytać o randkę, ale nie było na to czasu. Zerkała jedynie porozumiewawczo w stronę koleżanki, sądząc, że zdobędzie w ten sposób jakąkolwiek informację – telepatycznie.
Matylda, ze skrzywioną miną (ewidentnie dokuczał jej potężny kac) obrała kierunek drzwi prowadzących do kuchni. Gdyby nie głuchy plastikowy brzęk, wiszących w nich, kolorowych koralików, za którymi zniknęła, nikt by jej nawet nie zauważył. A nie da się ukryć, że tego potrzebowała najbardziej. Świętego spokoju, przynajmniej do momentu ugaszenia dręczącego ją pragnienia spowodowanego nieprzyzwoicie niskim poziomem płynów w organizmie.
Grało radio, głośniej niż zwykle, i od samego rana panował nie dający się ogarnąć galimatias. Ewa dyskutowała z klientką, przekonując ją do swojej wizji fryzury, która miała powstać na jej głowie. Ale kobieta najwidoczniej nie była aż tak otwartą osobą i proponowane rozwiązania bardziej ją przerażały niż wzbudzały entuzjazm. Pod naporem argumentów Ewy wcisnęła się jeszcze głębiej w fotel, a ogarniające ją coraz bardziej zatrwożenie objawiało się nadmiernym i zdecydowanie niepotrzebnym mruganiem oczu.
Anna nie była tego dnia zbyt zręczna. Obcinanie szło jej trudniej, a i stanie nad klientami wymagało nie lada wysiłku, szczególnie, że dawał o sobie znać ból nogi w miejscu wielobarwnego siniaka. Starała się jednak by nikt niczego nie zauważył. Nie zamierzała bowiem opowiadać o swoich wieczornych i nocnych ekscesach.
Nieoczekiwanie, w całym tym bałaganie, rozległ się dźwięk telefonu.
– Odbierzesz?! – Rzuciły do siebie wzajemnie Ewa z Anną.
– Ja odbiorę! – Rzekła ciężkim tonem Matylda, która wyłoniła się właśnie z kuchni.
Ze szklanką kompotu wiśniowego w ręku, wzdychając ciężko, podniosła słuchawkę.
– Salon słucham!
Po drugiej stronie nikt jednak nie odpowiadał.
– Halo! – Powtórzyła głośniej.
Milczenie. Tylko bliżej nieokreślone szmery. Jak gdyby ktoś przekazywał sobie słuchawkę z rąk do rąk.
– Halo! Jest tam kto?! – Krzyknęła podenerwowana.
– W co ty starucho z nami grasz? – Powiedział w końcu mężczyzna.
– Słucham? – Odpowiedziała łagodniejszym już tonem. – To chyba pomyłka…
– Nie udawaj, znamy się dobrze! – Ciągnął dalej ten sam głos. Męski, ale należący niewątpliwie do młodego mężczyzny, może nawet nastolatka.
– Z kim pan chciał rozmawiać?
– Chcesz, żeby ktoś znalazł cię w plastikowym worku, co?
– W plastikowym…? – Powtórzyła po nim, ale nie dokończyła. Zauważyła, że Ewa stara się podsłuchać z rozmowy jak najwięcej, do tego stopnia, że pofatygowała się nawet do parapetu i ściszyła radio.
– Głucha jesteś?! – Głos stawał się coraz bardziej poirytowany.
Matylda odwróciła się do ściany i ściszyła głos.
– Wydaje mi się, że zaszła jednak jakaś przykra pomyłka…
– Posłuchaj! – Przerwał jej brutalnie. – Umówiliśmy się na robotę, tak?!
– Tak… – potwierdziła dla świętego spokoju.
– To gdzie do kurwy są pieniądze?!
– Dobrze…
– Żadne dobrze! Albo widzimy szmal do wieczora, albo jutro wykąpiesz się w Wiśle! Zrozumiałaś?!
– Oczywiście, rozumiem… To na kiedy możemy się umówić? – Starała się zachować oficjalny ton.
– Całą sumę masz przynieść dziś, w to samo miejsce gdzie ostatnio. Jasne?!
– Tak, będę… – powiedziała posłusznie.
– Czekam na ciebie wieczorem! O dziesiątej!
– Dobrze…
– A spróbuj tylko nie przyjść!
– Jak pana poznam?
Odpowiedzi nie było, dało się za to słyszeć trzask odkładanej słuchawki.
– Kto to był? – Zapytała Ewa. Twarz poczerwieniała jej od niedoboru informacji, które przepływały jej tuż koło nosa.
– A co ci do tego?! – Odpowiedziała bez zbędnych ceregieli Matylda.
– Nie no, tak tylko pytałam…
– To nie pytaj!
– Chciałam się upewnić tylko – próbowała swoich podchodów dalej – że to nic niedobrego…
Matylda więcej nie odpowiedziała. Patrząc w okno zamyśliła się chwilę i zrobiła minę, jakby nagle do jej głowy wpadł przez to okno genialny pomysł. Wyglądała na dumną z siebie. Oczy zabłysnęły iście szatańską chytrością, przymrużyła je i zasiadła za swoim stolikiem biurem. Zapaliła papierosa i sięgnęła do szuflady przytwierdzonej do spodu blatu, po zeszyt z rachunkami.
Długo jednak nie posiedziała, bo kilka minut później telefon znowu się odezwał.
– Ja odbiorę! – Rzuciła się w stronę wiszącego na ścianie aparatu Ewa.
– Nie rusz! – Wrzasnęła Matylda. – To na pewno nie do ciebie! Czekam na ważny telefon!
– Ale…
– Zajmij się panią!
Wydawszy polecenie, podeszła do telefonu, moment odczekała, aż w końcu podniosła słuchawkę.
– Tak słucham… – powiedziała ostrożnym tonem. – A to pan – rzekła po chwili z nieukrywaną ulgą w głosie. – Nie, dziś nie mam czasu… Nie, jutro też nie, bo jestem zajęta.
Spojrzała na kobiety i przewróciła oczami na znak znudzenia rozmówcą.
– To proszę, ale nie wcześniej jak pod wieczór… Do widzenia!
– Kto to? – Ewa nie dawała za wygraną.
– Ten cały, inspektor!
– Policja? – Dopytała Anna.
– Tak, Kipka, czy jak mu tam!
– A czego chciał? Pytał o mnie? – Z nieukrywaną obawą w głosie upewniała się Anna.
– O ciebie? A dlaczego niby o ciebie? – Zdziwiła się Matylda.
– No właśnie, dlaczego o ciebie miałby zapytać? – Ewa najwyraźniej pogubiła się we wszystkim. Nie nadążała, nie potrafiła powiązać ze sobą różnych elementów, nie rejestrowała dochodzących do niej sygnałów. Na znak protestu wydęła wargi i obrażona na cały świat postanowiła, że nie zada już żadnego pytania, skoro i tak nikt nie chce jej niczego powiedzieć.
– Tak tylko pytałam… – usprawiedliwiła się tymczasem Anna, licząc na to, że takie wyjaśnienie w pełni wszystkich usatysfakcjonuje. Obawiała się, że telefon z policji mógł mieć coś wspólnego z jej nocną przygodą. Pomyślała, że może znaleziono jej buty i po analizie podeszwy stwierdzono, że należą one do niej właśnie.
– Nie, to do mnie było. Znowu czegoś chciał – poirytowanym tonem odrzekła Matylda.
– Od pani? Tak często? – Nie wytrzymała Ewa.
– Miał jakieś pytania, ale powiedziałam, że najwcześniej pojutrze będę miała czas. To się odczepił na chwilę.
Letnie wieczory są jednymi z najpiękniejszych w ciągu roku. Pod bezchmurnym niebem ludzie spacerują trzymając się za ręce, odpoczywają wpatrzeni w miliony gwiazd, wymazują z pamięci mijający dzień i pełni nadziei, czekają na kolejny. Jeszcze inni… Są i tacy, którzy późnym wieczorem, pod osłoną ciemnej nocy, rozwiązują swoje problemy. Brodzą po kostki w ściekach, sądząc, że następnego dnia, wraz ze wschodem słońca, po ich nocnych eskapadach nie pozostanie żadnego śladu.
Późny wieczór na ulicy Blaszanej to pora dnia, której z pewnością nie można tu było zaliczyć do najprzyjemniejszych. To miejsce, osnute ciemnościami, idealnie nadawało się na scenerię do akcji thrillera. Czasem ktoś kogoś obrabował, ktoś kogoś zabił, albo w najlepszym przypadku ktoś zwyczajnie spuścił manto komuś innemu. Zniszczone upływającym czasem i zaniedbaniem kamienice oraz wszelkiego rodzaju zakamarki, już w ciągu dnia nie zachęcały do odwiedzin tej części miasta, a co dopiero późnym wieczorem. Nocą mógł się tutaj zapuścić jedynie złoczyńca, szaleniec, desperata albo osoba cechująca się niezwykłą odwagą. Zionące ciemnością podwórza i poczucie bezkarności u przesuwających się po murach bezimiennych cieni – wszystko to sprawiało, że ulica Blaszana była oazą spokoju oraz przystanią dla całej miejskiej hołoty i wszelkiej maści mend. Przestępcy trzymali się z dala od reprezentacyjnych miejsc i ulic miasta, a policja nie zaglądała na Blaszaną. Taki cichy układ.
Tuż przed dwudziestą drugą taksówka zatrzymała się w tym samym miejscu, w którym kilka tygodni wcześniej kobieta papuga, w upalne południe, dobijała interesu z grupką młodocianych przestępców.
Z samochodu wysiadła postać o masywnych kształtach, ubrana w czarny strój, łączący elegancję z praktycznym wymiarem misji, jakiej wykonaniu miał on najpewniej służyć. Rysujące się wyraźnie piersi świadczyły o tym, że była to kobieta. Niewątpliwie kobieta. Całej sytuacji towarzyszyło napięcie, które uzewnętrzniało się w jej kocich ruchach, nasyconych ostrożnością i przeświadczeniem o słuszności postępowania. Odsunęła się zaledwie na dwa kroki od samochodu, po czym wróciła do niego i zastukała w szybę.
– Tak? – Zapytał kierowca, kiedy tylko ją opuścił.
– Pan odjedzie kawałek – zażyczyła sobie postać.
– Ale dokąd?
– Proszę zaczekać tam – wskazała palcem – przy tym dużym słupie z ogłoszeniami.
– Klient nasz pan – odrzekł taksówkarz, uruchomił silnik i chociaż niczego nie rozumiał, odjechał dwieście metrów dalej, we wskazane miejsce. Z resztą, nikt nie płacił mu za myślenie. Wynagradzano go za jazdę samochodem.
Postać tym czasem spowiła ciemność. Cisza, która przenikała wówczas powietrze pozwalała wsłuchać się w rytm bijącego serca i w najmniejsze nawet odgłosy życia. Gdzieś po prawej stronie ulicy, w bramie trzypiętrowej kamienicy przewróciła się pusta puszka po piwie, wydając z siebie głuchy, aluminiowy hałas. To musiał być znak! Kobieta odwróciła się więc i zauważyła cień, który zniknął w otchłani bramy, prowadzącej wprost do podwórza należącego do tego budynku i natychmiast się tam skierowała.
Ulica wydawała się być opustoszała i zapomniana przez wszystkie formy życia. Żarzące się nieopodal dwie uliczne latarnie nie wystarczały, by przyzwoicie ją oświetlić.
– To ja! – Rzekła do ciemności postać, która chwilę wcześniej wysiadła z taksówki.
– Tutaj! Pani podejdzie bliżej! – Odpowiedział natychmiast zniecierpliwiony męski głos. Był to ten sam głos, z którym Matylda rozmawiała rano przez telefon.
Postać przyjrzała się ciemności uważniej, chcąc zlokalizować swojego rozmówcę, po czym weszła w mrok bramy. Kiedy się tam znalazła i oczy przyzwyczaiły się już do panującej tam ciemnicy, łatwiej było cokolwiek zobaczyć. Zobaczyła też i mężczyznę, do którego należał głos.
– To ty?! – Powiedziała postać. Kobieta.
– We własnej osobie! Masz szmal?! – Rzucił beznamiętny głos.
– Zgodnie z umową! – Potwierdziła.
– Dawaj! – Powiedział mężczyzna i wyciągnął rękę.
– Zaraz, zaraz! – Kobieta zrobiła krok w tył, jakby broniąc się w ten sposób przed agresją z jego strony.
– Co jest kurwa?!
– Jaką mam gwarancję, że to wystarczy?
– Ja ci daję gwarancję! To musi wystarczyć! – Uciął.
– Jesteś sam?
– Chyba widać! Kasa!
– A gdzie pozostali?
Mężczyzna nie odpowiedział od razu, tylko chrząknął, jakby temat stawał się dla niego niewygodny.
– Jestem tylko ja! – Odpowiedział. – Powiedzmy, że jestem… skarbnikiem! – Zaśmiał się gorzko ze swojego dowcipu.
– Oni nie wiedzą, że tu jesteś? – Próbowała wybadać teren kobieta.
– A co ci do tego?! Może i nie wiedzą…! No dawaj kasę! – Ponaglał. – Ty! A może ty jej wcale nie masz?! Mam kurwa nadzieję, że mi nie ściemniasz!
Swoim zachowaniem zdradzał, że sprawa jest dla niego pilna i najchętniej chciałby mieć transakcję już za sobą. Był z tych, co to nie ufają nikomu, nawet sobie. Nachylił się w stronę postaci i szarpnął ją za ramię.
– Spokojnie! – Rzuciła ona. – Już ci daję.
– Szybciej! – Niecierpliwił się.
– Słyszałeś…?! – Zauważyła tymczasem postać, wstrzymując tym samym dokonywaną transakcję.
– Co?!
Mężczyzna znieruchomiał.
– Coś słyszałam!
– Widzisz kogoś?! Gliny?! – Zapytał.
– Tak, chyba tam… – wskazała na podwórze.
Mężczyzna odwrócił się a wtedy postać wyciągnęła długi, kuchenny nóż i pchnęła nim zuchwale przed siebie. Słychać było jak jego metalowe ostrze zanurzyło się w ciele ofiary i brnęło dalej, w głąb brzucha, zatrzymując się dopiero na kręgosłupie.
– Co ty… – wydobył z siebie mężczyzna poczym urwał w połowie zdania. Zabrakło mu tchu, na nic więcej nie miał siły, bo ból, który mu zadano paraliżował całe ciało.
Złapał za czarny sweter przylegającego do siebie oprawcy i zamarł na chwilę w tym uścisku.
– I jak się teraz czujesz? – Kobieta patrzyła mu prosto w oczy. – Jak czuje się ktoś kto próbuje zniszczyć życie innym, co? – Pytała, wciąż trzymając nóż w ciele konającej ofiary.
Żeby zadać większy ból przekręciła nożem kilka razy w prawo, potem w lewo, a na koniec, podniosła zanurzone w wnętrznościach ostrze tak wysoko, że niemal uniosła w powietrzu sparaliżowanego z bólu chłopaka.
– Boli… – wykrztusił ustami wypełnionymi krwią i zaczął osuwać się po ścianie.
Zapadła cisza. Po gorącym dniu, miasto zapragnęło odpocząć od skwaru słońca, otuliło się w chłodną kołdrę nocy i łapiąc krótki oddech, wyczekiwało nadejścia świtu.
*
Co roku, w każdy ostatni weekend sierpnia, na niewielkim placyku, zagubionym pomiędzy barokowym kościółkiem z jednej, a kończącą tu swój bieg ulicą Filantropów, z drugiej strony, odbywał się lokalny festiwal – święto ulicy Filantropów. Organizowany od ponad wieku (jego tradycja przetrwała zawieruchy dwóch wojen oraz niesprzyjające mu czasy zubożenia duchowego ludzi, wymuszone czasami Polski Ludowej), festiwal był pozostałością po czasach świetności tego miejsca. Westchnieniem za okresem, kiedy ulica była jedną z ważniejszych ulic handlowych miasta, pełną ludzi – artystów, handlarzy, polityków i przyjezdnych, szukających tu szczęścia wędrowców, pełnych optymizmu co do swej przyszłości.
Otulony rzędami starych kamienic placyk gościł w czasie festiwalu przede wszystkim uliczne teatry, które zjeżdżały z różnych zakątków Polski na dwa dni zabawy. Przygotowywana (przez urząd promocji miasta) specjalnie na tę okazję scenografia, z każdym rokiem wychodziła coraz dalej, poza granice samego placu, i obejmowała kolejne odcinki ulicy. Odwoływała się przede wszystkim do okresu międzywojennego, kiedy jeździły tędy tramwaje, kobiety spacerowały z parasolami (chroniącymi przed promieniami słońca), pojawiały się konne patrole policji, a mężczyźni spotykali się w doskonale prosperujących tu knajpkach, prowadząc rozmowy o handlu, polityce i wybuchających, raz po raz, wojnach.
Dla ulicy, a szczególnie dla jej mieszkańców, było to prawdziwe święto. Niezwykle ważne wydarzenie, o którym dużo mówiło się na kilka miesięcy wcześniej i długo jeszcze potem, a które fetowało się tu z największą sumiennością.
– Ile na ciebie można czekać?! – Wrzasnęła Matylda pod adresem Ewy, kiedy tylko ta pojawiła się w drzwiach Cytryny.
– Korek straszny był na trasie, no i… – tłumaczyła się spóźnialska.
– I co?
– No i chciałam jeszcze popatrzeć na to co tu robią. Pięknie będzie w tym roku pani Matyldo – westchnęła. – Mówi się, że sprowadzą nawet, specjalnie na tę okazję, zabytkowy tramwaj.
– Oglądać będziesz mogła w weekend, a teraz do pracy!
– Oczywiście – odpowiedziała posłusznie Ewa i czym prędzej założyła swój biały fartuch, przeistaczając się tym samym z niepokornej i mało wiarygodnej istoty, w całkiem ułożoną pracownicę.
– Dziś pewnie będzie sporo klientów – prorokowała Matylda, która siedząc za stolikiem – biurkiem próbowała ocenić zyski, jakie może przynieść salonowi rozpoczynający się za dwa dni festiwal.
– Jak co roku… – podjęła Ewa. – Każdy będzie chciał się zrobić na bóstwo!
– Dlatego nie robimy żadnych przerw, tylko pracujemy. Żeby nadrobić zaległości.
– A gdzie Anna?
– Na górze jeszcze – mruknęła staruszka nie odrywając wzroku od swojego zeszytu z księgowością – ona też się spóźnia. Wydaję mi się, że będę musiała was obie zwolnić, jak tak dalej będziecie postępowały.
„Jak tak dalej będziecie, jak tak dalej będziecie…” – przedrzeźniała ją w myślach Ewa.
– Bo czego, jak czego – znowu podnosiła głos – ale niesolidności, lenistwa i oszukaństwa to ja nie znoszę!
Rzeczywiście, kolejka chętnych do skorzystania z usług fryzjerskich była tego dnia nieporównywalnie większa niż zazwyczaj. W sumie osiem osób! Co jak na SWEET DREAMS było całkiem przyzwoitym wynikiem, który zdecydowanie poprawił humor Matyldzie. Niespodzianka czekała jednak na sam koniec. Ostatnim tego dnia klientem okazał się bowiem Erwin, co naturalnie wywołało w Cytrynie spore poruszenie.
– Dzień dobry paniom! – Powiedział stojąc jeszcze w drzwiach.
– Dzień dobry! – Westchnął zgodnie chór rozanielonych kobiecych głosów.
– Co tu takie zamieszanie dziś? Nie mogłem znaleźć miejsca do zaparkowania.
– Festyn mamy pojutrze – wyjaśniła z dumą Ewa – i stąd tyle się tutaj dzieje.
– Może pan przyjdzie w sobotę i zobaczy na własne oczy? – Zaryzykowała Matylda.
Erwin nie wiedział jak to potraktować. Zastanawiał się, czy kobieta ten sposób nie chciała go zaprosić…
– O tak, z chęcią się pojawię – odrzekł tylko z uśmiechem.
– A zatem, wygląda, że jesteśmy umówieni – Matylda klasnęła rękami w kolana, jakby chcąc w ten sposób przypieczętować zawartą umowę. – Pasuje panu jedenasta?
– Hm…, godziny może nie ustalajmy, bo na sobotę rano mam już umówione śniadanie – uciął. – Ale z pewnością się pojawię w ciągu dnia – pomyślał, że taka odpowiedź będzie odebrana jako zakomunikowanie, że nie ma ochoty umawiać się z Matyldą na spędzenie upojnego dnia. Ot, niezobowiązująca obietnica przybycia.
– No trudno – odparła, nie ukrywając swego rozczarowania – niech i tak będzie. Ja w każdym razie będę na pana czekała.
– Pani Anno, ja dziś do pani…, na małe obcinanie – zmienił szybko temat, zwracając się do Anny.
– To co robimy? – Podchwyciła zapytana. – Jak zawsze?
– Pani wie najlepiej co robić…
Matylda zerkała na rozmowę tych dwojga z ledwo skrywanym niesmakiem. Wydawało się jej (z resztą nie pierwszy raz), że Erwin zauroczył się Anną, ale zaraz wyjaśniła sobie, że skoro jest tutaj ona – kobieta bardziej dojrzała, znacznie piękniejsza, taka co to doskonale wie, czego mężczyźnie potrzeba, to jak on, na oko nie głupi facet, mógłby zerkać na miernotę życiową pokroju Anny…
„No a po za tym, zaprosił mnie na randkę w sobotę – dopowiedziała sobie – więc to z Anną, to nie może być nic poważnego.”
– Przyznam się pani – zagadnął Erwin, kiedy Anna myła mu włosy – że lubię tu przychodzić.
– Dziękuję, to miłe… – uśmiechnęła się, ale i odrobinę speszyła. – Staramy się dbać o naszych klientów – dodała kokieteryjnie.
– Nie…, to znaczy, to też – starał się by właściwie go zrozumiała – ale lubię tu przychodzić jeszcze z innego powodu.
– Tak? A z jakiego?
W odpowiedzi wykonał ręką gest, prosząc by się zbliżyła.
– Z pani powodu… – wyszeptał.
Na twarzy Anny znowu pojawił się uśmiech.
– Czym sobie zasłużyłam na taki komplement?
– Bo ja wiem? Swoją osobą, tym kim pani jest, po prostu.
– Przyznam, że ja również lubię, kiedy pan nas odwiedza, ale ciii… – przyłożyła palec do ust – niech to zostanie między nami, bo jeśli Matylda się dowie…
– Oj tak, ciii… – zrobił ten sam gest.
Zaśmiali się oboje.
Anna wróciła do obcinania włosów, a on tymczasem odchrząknął (jakby chciał w ten sposób dodać sobie odwagi) i zapytał: – A pani ma jakieś plany na sobotę?
– Na sobotę? – Powtórzyła zaskoczona. – Właściwie nie…, nie mam.
– To może, jeśli miałaby pani ochotę, rzecz jasna…, to może razem się wybierzemy na ten wasz festiwal?
– Z przyjemnością. Będzie pewnie na co popatrzeć.
– Tak? – Upewniał się.
– Bez zastanowienia.
– To może będziemy też mówić sobie po imieniu? Erwin…
– Oczywiście że tak… Anna! – Odpowiedziała szeptem.
Rozmowa toczyła się w najlepsze. Matylda próbowała usłyszeć z niej jak najwięcej, ale hałas dochodzący z zewnątrz, grające radio i rozmowy w salonie, prowadzone przez inne osoby, skutecznie jej to utrudniały.
Chciała więc przerwać to czułe ich migdalenie, wkroczyć do akcji i uświadomić klientowi, która z obecnych tu pań jest najbardziej godną jego uwagi, ale jej plan został zniweczony zanim jeszcze zdążyła wprowadzić go w życie.
– Witam panie! – Rzucił inspektor Kipka, gdy tylko pojawił się w salonie.
– To pan?! – Zapytała z oburzeniem w głosie Matylda. Ta wizyta najwyraźniej się jej nie spodobała.
– Ja do pani – zaznaczył kierując się w jej stronę – nie zajmę dużo czasu, małą chwilunię tylko.
– Ale ja nie mam czasu drogi panie, mamy gorący okres! – Furknęła.
Denerwowała ją jego osoba, jego natręctwo, ale przede wszystkim zdrobnienia, których stale używał.
– Ja jednak nalegam szanowna pani – upierał się – dwa, no może trzy pytania i mnie nie ma.
– Dobrze – przystała na propozycję, ale jej skwaszona mina jasno wyrażała dezaprobatę dla takich odwiedzin.
– Gdzie możemy spokojnie porozmawiać? – Zapytał policjant sugerując, że najlepiej byłoby, gdyby rozmowa odbyła się w cztery oczy.
– Proszę za mną!
Matylda uniosła się z nad krzesła, po czym oboje skierowali się w stronę kuchni.
Kiedy tylko usiedli inspektor otworzył swój czarny notes i przeszedł do zadawania pytań. Nie lubił marnowania czasu, nigdy też nie uważał za stosowne rozmawiania o wszystkim i niczym, tylko po to, żeby zrobić wprowadzenie do właściwej rozmowy, czy przesłuchania.
– Czy zna pani niejakiego… – tu przyjrzał się nieco dokładniej nazwisku zapisanemu w pośpiechu na kartce – Tomasza Wickiewicza? – Ostatnie dwa słowa starał się wypowiadać jak najdokładniej i tak wyraźnie, jak tylko potrafił.
– Tomasza…? – Matylda szukała w głowie osoby o takim nazwisku. – Nie, zdecydowanie nie. A kto to?
– Tomasz Wickiewicz – położył na stole jego fotografię – dziewiętnastoletni mężczyzna, którego ciało znaleźliśmy dziś rano. Zamordowany.
– Nie żyje?! – Kobieta drgnęła i w geście wymownego żalu złożyła ręce jak do pacierza.
– Zamordowany oznacza mniej więcej tyle samo, co nieżywy – ironizował. – Tak.
– Oj, to straszne – wybełkotała wyraźnie poruszona tragedią – tyle tego zła dookoła teraz… Jak to się stało?
– Próbujemy to właśnie ustalić. Czy – sięgnął do teczki, którą miał przy sobie i wyciągnął z niej długi, kuchenny nóż, zamknięty szczelnie w przeźroczystej torbie foliowej – poznaje pani to?
Ciało Matyldy przeszył zimny dreszcz, ale mimo to, starała się zachować minę zaskoczonej i zarazem zdruzgotanej faktem, że musi uczestniczyć w podobnej rozmowie.
– Nóż? O Boże, czy to narzędzie zbrodni?
– Wszystko na to wskazuje droga pani… A zatem, pytam ponownie, czy pani już kiedyś widziała ten nóż?
– Nie! – Zakomunikowała bez zastanowienia.
– A czy wiedziała pani – dopytywał nachylając się w jej stronę – że zamordowany Wickiewicz Tomasz brał udział w napadzie na salon SAPAR, którego dokonano kilka tygodni temu?
– Skąd! – Zaprzeczyła. – Sam zrobił to wszystko?
– Nie, nie sam. Ale był jednym z przestępców, którzy na czyjeś zlecenie wdarli się do salonu i go doszczętnie zdemolowali.
– Nie, absolutnie! Nie znałam tego człowieka – oświadczyła ponownie, patrząc policjantowi prosto w oczy – więc niby skąd miałabym mieć coś wspólnego z napadem…
– Ale ja nie powiedziałem – zaznaczył policjant – że miała pani z tym coś wspólnego.
Matylda odwróciła wzrok i zdała sobie sprawę, że powiedziała za dużo. Zdecydowanie za dużo!
– Nie powiedział pan tego, to prawda, ale ja odniosłam takie wrażenie.
– Niepotrzebnie.
– Ale mam prawo tak czuć? – Próbowała sprowadzić rozmowę na inny tor.
– Naturalnie.
– Nachodzi mnie pan ciągle, wypytuje, a wszystko zaczęło się od momentu tego napadu właśnie, to co niby miałabym pomyśleć?
– Odwiedzam wszystkie okoliczne domy i rozmawiam z tutejszymi mieszkańcami – wyjaśniał – staram się zebrać jak najwięcej informacji. I tyle.
– Ale mnie pan nachodzi najczęściej – wyrzuciła mu.
– Nie prawda. Bywam też u innych, no i na ulicy Blaszanej.
– Nie jestem przekonana.
– No dobrze, to właściwie tyle – uciął.
Inspektor wstał, schował nóż do teczki i ukłonił się.
– Nie mam więcej pytań na chwilę obecną – dodał.
– W takim razie wiem pan gdzie są drzwi.
– Oczywiście poradzę sobie. Do widzenia!
Tymczasem Erwin zdążył pożegnać się z Anną i wyszedł.
– Wydaje mi się, że wpadłaś mu w oko? – Zaczęła temat Ewa.
– Myślisz? Ciekawy z niego mężczyzna.
– Zazdroszczę ci, naprawdę – westchnęła. – Jak tak na was patrzyłam, to serce mi rosło. Pięknie razem wyglądaliście. Może to jest właśnie on?
– Tylko niczego nie planuj w związku z tym – zaznaczyła Anna, mając na uwadze jej wcześniejsze pomysły (jak na przykład Internet) oraz ich skutki.
– A co robisz jutro wieczorem? Może wyjdziemy gdzieś na miasto, trochę pogadamy, odsapniemy od tego wszystkiego? – Zaproponowała Ewa.
– Hm, czemu nie. A dokąd chciałabyś się wybrać?
– Nie wiem, może jakaś knajpka? Mam ochotę się napić!
– Nie znam żadnej… Chociaż nie! – Annie przyszedł do głowy Bar Drugiej Kategorii.
– No?
– Znam takie jedno miejsce.
– Tak, jakie?
– Taka knajpka, w której umówiłam się z Markiem. Wiesz, tym z ogłoszenia, pamiętasz?
– No pewnie, że pamiętam ten krótki romans.
Zaśmiały się obie.
– To może od razu po pracy? – Zasugerowała Anna, której pomysł spotkania się i porozmawiania bardzo przypadł do gustu.
Piątek zanosił się na kolejny, pracowity dzień. Od samego rana w salonie pojawiali się ludzie, część z nich to klienci, a część…
– Miło mi znowu widzieć drogie panie! – Zagrzmiał w drzwiach znajomy już głos inspektora Kipki.
– Do pani Matyldy, jak rozumiem? – Zagadnęła Ewa.
– W rzeczy samej!
– Chwilowo nie ma szefowej, ale może ja w czymś pomogę?
– Jestem, jestem! – Dało się usłyszeć z piętra.
– Oho, jednak jest – uśmiechnęła się z goryczą Ewa – proszę zatem chwilę poczekać.
Ewie nie było dane dowiedzieć się czegokolwiek więcej odnośnie tajemniczych i coraz częstszych wizyt policjanta, ale nie rezygnowała. Uszy nastawiła na odbiór nawet najdalszych dźwięków, tak aby nic nie ukryło się przed nią z kolejnej rozmowy. Wydawało się, że żadna siła nie będzie jej w stanie powstrzymać przed podsłuchiwaniem, no chyba że grube, ceglane ściany kamienicy…
– Jestem! – Zawołała Matylda. – A to znowu pan?! – Rzuciła na widok Kipki.
– Dzień dobry! – Policjant, pomimo świadomości, że nie jest mile widzianym gościem w murach Cytryny, sprawiał wrażenie uradowanego z faktu, iż widzi Matyldę, a może po prostu z faktu, że będzie mógł wykonać swoje zadanie.
– Byliśmy na dzisiaj umówieni?! – Spytała Matylda, mierząc go lodowatym spojrzeniem.
– Nie…
– No właśnie – takiej odpowiedzi od niego oczekiwała – nie! – Powtórzyła dobitnie.
– Nie, ale pozwoliłem sobie najść panią na chwilunię, bo…
– W takim razie nie mam dla pana czasu – przerwała mu brutalnie i zasiadła za swoim stolikiem – biurkiem. Drażnił ją jego prawdziwy prymitywizm, jak oceniała i nieprzyzwoite umiłowanie prawdy. Co naturalnie odbierała jako swego rodzaju zboczenie.
– Ale…
– Nie mam czasu, powiedziałam! – Rozgniewała się wykazywanym przez niego uporem.
Po czym demonstracyjnie zapaliła papierosa i zaciągnęła się nim głęboko. Uwielbiała to.
– Widzi pani – kontynuował inspektor Kipka nieczuły na widoczną niechęć do współpracy – chciałem tylko zapytać panią o to…
Pewny siebie zbliżył się do stolika, postawił na nim swoją teczkę (tę samą, z której ostatnim razem wyciągnął foliową torbę z nożem) i, tym razem, sięgnął po kopertę.
Anna sprzątała po klientce, która się właśnie żegnała, a Ewa patrzyła na całą sytuację ze wstrzymanym oddechem. Zapomniała nawet, że mruga się oczami, tak bardzo bała się, by nic nie umknęło jej uwadze.
Matylda zaniemówiła. Policjant położył przed nią pomiętą, pożółkłą kopertę, taką samą, jakie kilka razy przyniósł jej listonosz.
– A zatem? – Powtórzył. – Czy widziała pani już kiedyś podobną kopertę?
– Nie! Nigdy!
– A ja sądziłem, że przeciwnie, bo tą znaleźliśmy u…
– To zapraszam pana – zmieniła zdanie – do kuchni.
Tym ruchem zamknęła mu usta i uniemożliwiła Ewie, by ta mogła zdobyć informacje, których tak bardzo pożądała.
– A zatem, co mi pani o nich powie? – Spytał inspektor już w kuchni.
– Przyznaję – Matylda ściszyła głos, sugerując, że to co ma do powiedzenia jest poufne, a wręcz ściśle tajne – wyprostowała się na krześle i splotła ręce, które wyłożyła wcześniej na blat stołu. – Widziałam już podobną kopertę – oświadczyła z całą powagą – tak samo jak tego mężczyznę, którego fotografię mi pan pokazywał… Jak on miał?
– Tomasz Wickiewicz – przypomniał funkcjonariusz, zaciekawiony rozwojem sytuacji.
– No właśnie, ten! Ale wiem pan, nie chciałam mówić tam przy nich… – mówiła to pełna niepokoju i zmieszania.
– Rozumiem panią – uspakajał ją potakując głową.
– Otóż drogi panie, z przykrością musze wyjawić, że…
– Że? – Niecierpliwił się.
– Taką samą, dokładnie taką samą kopertę widziałam już dwa lub trzy razy u mojej Ani.
Policjant nie krył zaskoczenia.
– Tak panie inspektorze. Myślałam najpierw, że to jakiś facet do niej pisuje, więc nawet się ucieszyłam, bo nie chciałabym żeby Ania została starą panną. Choć i tak wiedziałam, że on ją okantuje…
– Naturalnie.
– Ale kiedy mi ją pan pokazał – przytakiwała sobie, jak gdyby nagle cała sprawa stała się w tej chwili dla niej całkowicie jasna – zrozumiałam o co chodzi.
– Tak? To doskonale… A co w zasadzie? – Oczekiwał wyjaśnienia.
– Anna dostaje te koperty od kilku tygodni. I powiem panu więcej…
– Umieram z ciekawości.
– Ona dostaje je od niego! I za każdym razem wywołują u niej jakiś dziwny lęk, niepokój, nie wiem. Trudno mi to nazwać, wie pan, bo nie jestem specjalistką w tej dziedzinie.
– No tak, tak, opis wrażeń pozostawmy specjalistom – zgodził się z nią – liczą się jedynie fakty.
– Zgadza się!
Matylda nabierała pewności siebie i była przekonana, że nawiązała z mężczyzną nić porozumienia.
– I zawsze, kiedy je otrzymuje – opisywała mu, co zauważyła – szybko chowa do kieszeni.
– Czy coś jeszcze pani spostrzegła? – Pytał szczerze zaciekawiony.
– Próbowałam pytać, o co chodzi, czy nie dzieje się coś złego…
– I?
– Ale ona nie chce mówić – Matylda rozłożyła ręce dla potwierdzenia swojej bezradności. – Raz nawet zaproponowałam, żeby zwróciła się do pana, jeśli ma jakiś problem z tym, bo w końcu pan to jest prawdziwym detektywem i przy panu to można czuć się bezpiecznie…
– Dziękuję pani.
– Kobieta może czuć się przy panu bezpiecznie – powtórzyła – no i ja się tak czuję.
– I co ona wtedy pani odpowiedziała? – Inspektor pilnował, by rozmowa nie zboczyła z głównego tematu.
– Kiedy?
– Kiedy jej pani poradziła, by się ze mną skontaktowała…
– No że nie, że wszystko w porządku… Zaprzeczała rzecz jasna, że dzieję się coś niedobrego. Ale on chyba ją rzucił i w tych kopertach były listy pożegnalne od niego. A proszę mi powiedzieć, o co chodzi z tymi kopertami?
– Nie mogę mówić za dużo – wyraźnie wzbraniał się przed wyjawieniem czegokolwiek – ale zdradzę tylko, że taką samą kopertę znaleźliśmy w pobliżu miejsca, gdzie dokonano morderstwa, na Blaszanej.
– Ach, tam…
– Tak, w jednym z mieszkań kamienicy, w której bramie znaleziono zwłoki tego mężczyzny. A raczej chłopaka – poprawił się.
– I co teraz będzie?
– Z czym?
– No, z Anią moją… Bo to najpewniej ona zrobiła.
– To się jeszcze okaże.
– Będzie pan ją przesłuchiwał? Boje się, że ona niczego nie wyjawi. Potrafi nieźle kręcić, mnie okłamuje stale – biadoliła. – Mam wrażenie, że mnie ciągle okrada. Wie pan, jakie ja rachunki płacę…
– Wszystko w swoim czasie – przerwał jej wynurzenia.
– Rozumiem, oczywiście. Ale powiem panu, że od początku coś mi u niej nie pasowało.
– Co ma pani na myśli?
– No nie pasowało mi, że ona taka tajemnicza była z tymi kopertami… Z resztą, tak między Bogiem a prawdą panu zdradzę, że ona nie jest tak do końca normalna.
Inspektor słuchał uważnie, ale nie wtrącał ani jednego słowa.
– Zawsze z nią były problemy, trudno było do niej dotrzeć. Takie z niej dziwadło. Boi się ludzi, nie dba o siebie, byle co jej człowiek powie, to już płacze. Ale z drugiej strony, jak by jej ktoś jakąś przykrość zrobił, to jest nieobliczalna…
– Ciekawe co pani mówi… – patrząc w jej oczy starał się odczytać jej prawdziwe intencje.
– Myśli pan, że na coś się to wam przyda? – Pytała szczerze zaciekawiona.
– To co usłyszałem, daje zupełnie nowy obraz całej sprawie…
– Rozumiem – mówiąc to zrobiła minę życzliwej osoby, która spełniła swój obywatelski obowiązek, a którą z tego powodu targają potężne wyrzuty sumienia.
– Dziękuję pani za tą szczerą rozmowę! – Zakończył policjant i podał jej rękę na pożegnanie.
Kolejna wizyta Erwina w salonie dała Annie sporo do myślenia. Głowa nafaszerowana jego uśmiechami i zalotnymi spojrzeniami, których nie szczędził, oddalała ją od rzeczywistości, zabierając w inny wymiar – przyjemniejszy, wyzwalający uśmiech na jej twarzy. Gdyby się tak głębiej nad tym zastanowić, to podobne sygnały wysyłał do niej już przy wcześniejszych wizytach, ale cóż z tego. Wcześniej najwidoczniej nie była w stanie tego zauważyć, dostrzec, że ktoś taki jak on, nowoczesny, przystojny mężczyzna, jest zainteresowany jej osobą. Dopiero randki organizowane przez Internet – choć zdecydowanie nietrafione, pozwoliły jej uświadomić sobie, że może się podobać. Że jest kobietą. Pomimo tego jak się kończyły, szczególnie ta ostatnia, uświadomiły jej swoją prawdziwą wartość.
*
Kobiety siedziały przy w Barze Drugiej Kategorii popijając zamówione wcześniej drinki.
– I co? – Próbowała podtrzymać rozmowę Anna spoglądając na zasępioną minę koleżanki.
– Z czym? – Dopytała Ewa.
– Podoba ci się tutaj?
– Może być – rzuciła obojętnie wypuszczając przy okazji z płuc chmurę gęstego dymu – inne miejsce, niż to, w jakich czasem bywam.
– A w jakich bywasz?
Ewa znowu się zaciągnęła, a jej spojrzenie dawało jednoznacznie do zrozumienia, że do zadawania pewnych pytań nie uprawnia nawet przyjaźń. Choć akurat ona sama takiej zasady nie stosowała wobec siebie. Była gotowa zrobić wszystko, kiedy tylko miała poczucie, że czegoś nie wie albo że coś dzieje się bez jej udziału.
Tym razem jednak Anna nie powstrzymała się od zadawania dalszych pytań.
– No więc? – Ponowiła pytanie.
– Napijmy się lepiej, zamiast drążyć pewne tematy. Na zdrowie!
Podniosła swoją szklankę i stuknęła o szklankę stojąca obok, a następnie wypiła jednym haustem resztkę alkoholu, rozcieńczonego z wodą powstałą z topniejących kostek lodu.
– Halo! – Zawołała zaraz potem barmana. – Pan dorobi mi to samo. Tylko proszę już nie tak dużo tego lodu! – Czasem szczodrość ludzi jest zbyteczna – rzuciła niby żartem w stronę Anny.
– Mam wrażenie, że coś się dzieje Ewa.
– Aniu, ciągle coś się dzieje na tym świecie, takie życie – próbowała żartować, coraz bardziej przypierana do muru.
– Ale ja nie mówię o całym świecie.
– Fakt, u mnie też się dzieje…
– Coś niedobrego, prawda?
– Hm…, a właściwie nic się nie dzieje i może w tym jest problem…
– Czy to chodzi o Tomka?
Po twarzy Ewy przemknął grymas przypominający uśmiech. Nie spieszyła się z odpowiedzią.
– Nie ma go, zgadza się? – Kontynuowała Anna.
– Skąd wiesz? – Zapytała pełna zdziwienia, ale i rezygnacji Ewa.
– Domyślałam się, już od dłuższego czasu.
– To dlatego, że tak kiepsko kłamię, czy dlatego że…
– Dlatego, że dobrze Cię znam.
Ewa nabrała wody w usta.
– No więc?
– Właściwie, co chcesz ode mnie usłyszeć?
– W czym masz problem.
– Tego akurat to i ja nie wiem. Wiem tylko, że jestem sama. I cholernie mi z tym źle.
– I nie było żadnego z tych facetów, o których mi opowiadałaś, prawda?
Ewa nie odpowiedziała. Zanurzyła jedynie wzrok w drinku, którego podsunął właśnie barman. Po brzegach szklanki spływały, raz za razem, krople lodowatej wody. Jej palec bawił się nimi, pomagając im spłynąć w dół, na blat baru.
– Nie ma w tym nic złego – dodała Anna – nie ma się czego wstydzić. Każdy miewa takie okresy w życiu…
– To jest normalne? Nawet jeśli trwa to tak długo?
– Czasem mamy pecha przez miesiąc, czasem przez dzień, a czasami nawet kilka lat. Tak bywa.
– Ale ja nie mam już dziewiętnastu lat! – Zaprotestowała energicznie Ewa. – Chciałabym ułożyć sobie życie. Rozumiesz?
– Wiem Ewa, wiem. Ale pamiętaj, że to nie zależy od ciebie. Nie wiń siebie.
– To od czego do cholery zależy?
– To jest kwestia przypadku. Nie wiem, losu… Jakkolwiek to nazwać.
– W takim razie ja mam ten los w dupie! Słyszysz?! Głęboko w dupie!
– No już dobrze!
Anna przytuliła Ewę do siebie i znowu chwilę milczały.
– Żadnego z tych facetów nie było… – przyznała po chwili Ewa.
– Wiem, ale to już nieistotne.
– To znaczy byli, ale nigdy ich nawet nie poznałam osobiście.
– A jak?
– Przez Internet.
– No tak…
– Poznawaliśmy się, miło nam się rozmawiało, a po kilku dniach zapadali się pod ziemię.
– Coś o tym wiem.
– Za każdym razem zapowiadało się dobrze, rozumieliśmy się i…, diabli ich brali!
– Tak przecież bywa.
– W końcu – ciągnęła Ewa – zaczęłam wam mówić o nich. Sama nie wiem dlaczego… Może było mi wtedy łatwiej, a może dzięki temu wierzyłam, że są, gdzieś tam i czekają na mnie, kiedy tylko wrócę z pracy do domu.
– Mogłaś po prostu ze mną porozmawiać.
– Może i mogłam…
Ewa sięgnęła po kolejnego papierosa, ale w pudełko żadnego już nie było. Niczego tak nie pragnęła teraz jak papierosa. Palenie uwalniało w niej emocje, uspakajało ją.
– Cholera, nawet człowiek nie może sobie zapalić! Co to ja mówiłam? – Nie potrafiła skupić uwagi zerkając na trzymane w dłoni puste pudełko po papierosach.
– Że zaczęłaś nam o nich mówić…
– A tak! Powiedziałam o pierwszym, ale znikł tak szybko, że głupio mi było wszystko odwoływać dwa dni później. Wiesz, prostować. Szczególnie po tej euforii, z jaką wam o nim opowiadałam. A zaraz potem pojawił się kolejny – tłumaczyła – więc przybrał imię pierwszego, żebyście nie myślały, że zmieniam tak często facetów, no i że z tamtym mi nie wyszło. I tak już poszło dalej. Nie wiem nawet kiedy… Trochę to skomplikowane, nie sądzisz?
– A kiedy zaczęłaś się gubić w tych imionach, wtedy ja zaczęłam podejrzewać, że nie mówisz o jednym i tym samym facecie.
– Ale było mi wstyd, że oni tak uciekali. Rozumiesz?
– Niepotrzebnie! Przecież nie robisz niczego złego!
– A może robię? Skoro wciąż jestem sama.
W Barze Drugiej Kategorii zabrzmiały pierwsze dźwięki You belong to me Patsy Cline. Kobiety zamilkły i wsłuchiwały się w smutną melodię.
– Piękna piosenka – westchnęła Anna – ale cholernie smutna.
– Masakrycznie smutna! Ale wiesz co? – Po raz pierwszy tego wieczoru oczy Ewy zabłysnęły tak charakterystyczną dla nich radością. Zdradzały nowy pomysł, na który musiała dopiero co wpaść. – Chrzańmy to! Cały ten smutek i wszystkie problemy!
Wyrzuciła z siebie te słowa w pełni w nie wierząc. Jej mina wskazywała jedynie, że nic nie jest jej teraz tak potrzebne jak wsparcie.
– Masz rację – wtórowała jej Anna – pieprzyć kłopoty i facetów!
– Ich też pieprzyć!
Równocześnie sięgnęły po stojące przed nimi drinki z uwięzionymi między kostkami lodu listkami mięty i krzyknąwszy na zdrowie, wciągnęły przez kolorowe słomki po kilka głębszych łyków.
W lokalu, z minuty na minutę, przybywało ludzi, gęstniał też dym z papierosów i podnosił się ton rozmów.
– A co z Erwinem? – Ewa była ciekawa opinii Anny na jego temat.
– Sama nie wiem – było widać, że to pytanie wprawiło ją w lekkie zakłopotanie – jest sympatyczny.
– Jest – zgodziła się z nią Ewa – ale to wszystko?
– Nie znam go przecież lepiej. Na razie tyle mogę powiedzieć. Poza tym…
– Co poza tym?
– Mam złe doświadczenia z facetami – odparła Anna.
– Mówisz o tych pajacach, których poznałaś przez Internet?
– O nich.
– Tylko że to chyba coś innego, nie sądzisz?
– Tak, wiem. Ale mimo wszystko zastanawiam się, czy z nim nie będzie tak samo.
– Co masz na myśli? Że też cię skrzywdzi?
– Że za tydzień, albo dwa okaże się zwykłym draniem.
– Tego to już nikt nie wie, więc nie ma co zakładać z góry takiego scenariusza.
– Niby masz rację, ale zastanawiam się…
– Nad czym?
– Czy nie lepiej nie okazywać uczuć?
– I być zimną jak skała?
– Właśnie…
– Tylko po co?
– Po to, żeby nie wiedział, że mi na nim zależy. Żeby nie oberwać od życia, tym razem jego rękami.
U Ewy jednak, podobny sposób myślenia nie znajdował aprobaty.
– Marne wytłumaczenie – wycedziła – musiała byś bardzo udawać chyba.
– Nie tyle bym udawała, co tłumiła w sobie, to co do niego czuję.
– Sama nie wiem… Nie sądzę, żeby to miało sens.
– Ja też nie mam pewności – zgodziła się z nią Anna – zastanawiam się tylko, czy tak nie powinno się postępować. Dla bezpieczeństwa.
– Może i tak, nie jestem ekspertem, jak widać po moim życiu… – przyznała z goryczą – ale wiem, że zakładanie czegoś takiego z góry, że dla swojego bezpieczeństwa lepiej jest się hamować, nie okazywać uczuć, być jak kamień…, że to już na starcie stawia potencjalny związek na przegranej.
– Myślisz?
– A jakie szanse mają wtedy uczucia? Kiedy ich nie okazujesz? Co w zamian? Jaka jest alternatywa? Wtedy ranisz drugą stronę, albo druga osoba też się hamuje! Jakie są wówczas perspektywy? Taka znajomość – Ewa sama odpowiadała na stawiane przez siebie pytania – może trwać latami. Tyle że, odrobinę jałowa to znajomość.
– Ale przynajmniej nikt mnie nie zrani – upierała się przy swoim Anna.
– Fakt, nikt cię Aniu nie zrani, bo i po co? Skoro sama się zranisz w ten sposób.
– Nie głupie to co mówisz, ale… Tak jest bezpieczniej, niż miałabym się zupełnie odkryć i kolejny facet mógłby mnie wykorzystać.
– Nie mogę ci powiedzieć nic więcej mądrego – wzruszyła ramionami Ewa – bo sama tyle czasu okłamywałam was i samą siebie! Też udawałam.
– Przecież każdy czasem udaje.
– Tak, czasem. Tylko czy, nie kontrolując tego, nie stajemy się zakładnikiem takiego stylu życia? Czy to nie wchodzi w krew? Udajesz, że się dobrze bawisz, kiedy jesteś w większym towarzystwie, udajesz, że jesteś samowystarczalna w życiu, że ci nie zależy na znajomości z kimś, aż w końcu zdajesz sobie sprawę, że każda godzina dnia, każda jego minuta, jest udawana. Zaczynasz improwizować przed samą sobą i…
– I co? – Anna nie dowierzała, że tyle mądrych słów płynie z ust jej koleżanki. Kobiety, na którą zawsze patrzyła z przymrużeniem oka.
– I to ma być życie? Kiedy stoisz przed lustrem i nie wiesz na kogo patrzysz? Na którą Annę? Coś wiem o takim gównie – podsumowała dość jednoznacznie Ewa.
– Hm…
– I wiesz co Aniu? Ja chrzanię takie życie. Wolę brać je całą sobą, choć nie jest to proste. Bo naraża cię także na ból i zranienie, ale za to wiesz, że żyjesz. Ryzykując doświadczasz tego, że po samotnej jesieni i srogiej zimie, przychodzi piękna, ciepła wiosna, którą spędzasz z ukochaną osobą, a wtedy…
– Tak?
– Wtedy przeżywasz wszystko sto razy bardziej, intensywniej. Nieporównywalnie mocniej to odczuwasz.
– Hm, wydaje się to piękne, kiedy mówisz o tym w ten sposób.
– Bo takie jest życie! Kiedy się nie chowasz. Piękne – ze wszystkimi swoimi urokami. Ale pod warunkiem, że jesteś sobą, że chłoniesz jego kolory w pełni. Jak gąbka wodę!
*
Nadeszła sobota. Zarządzeniem Matyldy salon miał być czynny jedynie do południa, jako że był to już pierwszy dzień święta ulicy. Z resztą i tak tego dnia nic specjalnego nie działo się w biznesie. Gdyby nie muzyka płynąca z radia i bzycząca mucha, która upatrzyła sobie, raz ucho Ewy, raz Matyldy, w pomieszczeniu panowałaby ciężka dla ucha cisza. Ewa marzyła tylko o tym by wyjść z pracy jak najszybciej, Anna robiła sobie makijaż przed spotkaniem z Erwinem, który lada moment miał się pojawić w drzwiach, a Matylda… Nikt jej od rana nie widział.
– Stara się dziś w ogóle pojawi?
– Nie mam pojęcia. Nie widziałam jej jeszcze – odpowiedziała Anna, nie przerywając czynionych zabiegów.
– Hm…, może zeszła z tego świata? – Tego dnia czarny humor najwyraźniej nie opuszczał Ewy.
– Jeszcze wykraczesz!
– E tam, złego diabli nie biorą! Mówię Ci!
Wraz z wejściem do salonu pierwszego klienta, uszu kobiet dobiegły dźwięki, które echem niosła w świat ulica. To pierwsze oznaki rozpoczynającej się zabawy na placyku u krańca ulicy Filantropów. Pora dnia była jeszcze wczesna, ale tam zabawa miała się rozpocząć lada moment. Póki co, panował jeszcze mały harmider – tu ktoś ćwiczył głos bezpośrednio przed występem, tam, jakaś wiolonczelistka wyciągała z mozołem swój instrument z bagażnika zaparkowanego nieopodal samochodu. Gdzie indziej jeszcze, czteroosobowa grupa ulicznego teatru, grała niebywale nowatorsko, powtarzając uparcie hipnotyzujące: kocham cię, kocham cię, kocham cię…
– Dzień dobry!
Kobiety spojrzały w stronę dobiegającego ich powitania. To Erwin. Z bukietem czerwonych róż pojawił się w drzwiach. Choć w planach było jedynie wyjście na krótki spacer, jego strój wskazywał na coś zupełnie innego. Wyglądał, jakby czekała go randka w operze, albo co najmniej audiencja u samego papieża.
– Witaj Erwin – odpowiedziała z uśmiechem Anna. Nie kryła radości, jaką dawała jej jego obecność. – Piękne kwiaty! Czyżby to dla mnie?
– Oczywiście, że tak!
Anna wzięła kwiaty i włożyła do wazonu.
– To jaki jest plan? – Zapytała.
– Plan jest taki, żeby się dobrze bawić.
– Podoba mi się!
Puściła oko do Ewy, po czym razem z Erwinem opuścili salon.
Zaledwie parę kroków wystarczyło, żeby znaleźć się w magicznym świecie ulicznych teatrów, wiejskich straganów, posłuchać mini recitalu niezwykle uzdolnionej wokalistki, która przez sentyment zawitała w te strony, czy napić się lampki wybornego, czerwonego wina, w jednej z restauracyjek, które jak grzyby po deszczu wyrosły, na czas święta, wzdłuż ulicy Filantropów.
– Masz ochotę na watę cukrową? – Spytał Erwin, widząc starszą kobietę nawołującą, przy swoim oszklonym wózku (który wyglądał jak wielkie akwarium na kółkach) do zakupu różowej waty.
– Nie, dziękuję.
– To może lody? – Proponował nieugięcie.
– Lody mogą być. Najlepiej…
– Czekoladowe?
– Waniliowe – mówiąc to parsknęła śmiechem.
– Poczekaj tylko chwilkę, zaraz będę z lodami – odpowiedział tylko i znikł w grupce ludzi kotłujących się przed budką z lodami włoskimi.
Słońce było już wysoko na niebie. Ogrzewało mury budynków, topiło dachy i wdzierało się w każdą możliwą enklawę cienia, zamieniając ją w pustynie. Temperatura rosła z minuty, na minutę, wydawało się więc, że lody są idealnym pomysłem na ochłodę.
– Proszę! – Krzyczał z daleka Erwin niosąc w rękach obiecane lody. – Dla ciebie waniliowy, dla mnie czekoladowy!
Cieszył się jak dziecko z tych lodów. Podskakiwał niczym dziesięciolatek. Anna obserwowała go uważnie i ten jego chłopięcy sposób bycia robił na niej niemałe wrażenie.
– Szybciej, szybciej – dopingowała go – bo nam się roztopią!
– To kupimy nowe!
Na chwilę umilkli. Pomlaskiwali cicho chowając się w cieniu, jaki utrzymał się jeszcze w jednej z tamtejszych bram.
– A potem może utniemy sobie spacer? – Rzucił, oblizując wargi ociekające topniejącą czekoladową mazią.
– Z tobą, z prawdziwą przyjemnością.
– Albo wiem! – Zawołał.
– Co takiego?
– Mam lepszy pomysł…
– Z chęcią posłucham.
– Niestety – kręcił głową – nie mogę ci powiedzieć, bo to niespodzianka!
– Świetnie się składa!
– Dlaczego?
– Bo uwielbiam niespodzianki – wyjaśniła.
– Poczekaj – zbliżył się do niej – masz tu jeszcze trochę loda.
– Ojej, pobrudziłam się? – Jęknęła z przejęciem.
– Tylko odrobinę – wyciągnął chusteczkę z kieszeni i z niesamowitą precyzją wycierał jej wargi.
Nie protestowała. Czuła jego bliskość.
– Muszę ci się do czegoś przyznać – wyjawił.
– Coś się stało? – Spytała z nieukrywaną obawą w głosie.
– Widzisz – nabrał powietrza w płuca – zauważyłem…, zauważyłem u siebie, że tęsknie za tobą…, kiedy cię nie widzę. Po każdej mojej wizycie, coraz mocniej.
Patrzył na nią uważnie, próbując przewidzieć jej reakcję.
– Nie wiedziałam, że…
– Skąd mogłaś wiedzieć? Uważałem jak mogłem, byś niczego nie zauważyła. Poza tym – zawahał się przez chwilę – sam przez długi czas nie byłem co się dzieje w mojej głowie.
– Nie, nie wiedziałam, że możesz się mną interesować – doprecyzowała.
– Żartujesz? – Nie krył swojego zaskoczenia. – Taka kobieta jak ty?
– A co we mnie jest takiego… – szukała odpowiedniego słowa – interesującego?
– Wszystko!
Schował do kieszeni chusteczkę, którą wciąż trzymał w ręku, a następnie ujął jej dłoń.
– Jesteś dojrzałą, piękną kobietą.
Czuła jak jego uścisk się wzmaga.
– Mam wrażenie – kontynuował – że każde twoje słowo jest wyważone, dające pewność… Można ci ufać.
Dziwiły ją te słowa. Miała bowiem o sobie zgoła odmienne mniemanie. Z resztą, inni oceniali ją podobnie, biorąc ją za osobę niepewną, chwiejną emocjonalnie, a przez to mało wiarygodną.
Pragnęła, by ją pocałował, ale bała się, że tym samym ta piękna chwila szybciej przeminie.
– Chodźmy na spacer – rzuciła.
Chwycili się za ręce i niczym para nastolatków, ruszyli przed siebie. Powoli oddalali się od gęstniejącego tłumu, który coraz szczelniej wypełniał rozbawiony i wielobarwny placyk. Trzymali się za ręce i milczeli.
Sobotni, słoneczny poranek dawno już przeobraził się w popołudnie. W szybach okien połyskiwało słońce, które skutecznie zniechęcało do siedzenia w domach, bo knajpki, gęsto usiane, jedna obok drugiej, otwierały się gwarem na ulice, a hałasujące zwykle w ciągu tygodnia samochody, coraz liczniej zastępowały rowery, które bezszelestnie przemykały teraz, to w jedną, to w drugą stronę.
– Zastanawiasz się czasem nad życiem? – Zaczęła Anna, patrząc daleko przed siebie, zupełnie tak, jak gdyby zamiast zabudowanych kamienicami ulic, rozciągał się przed nią błękit morza rozlany szeroko, po horyzont.
– Nad życiem? – Podjął wątek. – Niemal każdego dnia.
– I co wtedy sobie myślisz?
– Hm… – to pytanie wyraźnie go zafrasowało – że wiele spraw mogło się w moim życiu inaczej potoczyć.
– Inaczej?
– Tak! Dużo bym dał, żeby cofnąć czas.
– Czy to znaczy, że nie jesteś szczęśliwy?
– A widziałaś kiedyś w pełni szczęśliwą osobę? – Odpowiedział dość wymijająco.
– Jest takich pewnie wiele – powiedziała to z głębokim przekonaniem.
– A ty jesteś szczęśliwa?
– Ja? Zależy jak na to patrzeć…
– Nie, po prostu odpowiedz. Jesteś zadowolona ze swojego życia?
Pilnie ją obserwując, czekał na odpowiedź.
– Nie jestem – westchnęła, po czym poczuła olbrzymią ulgę. Jakby wyjawiając mu tą tajemnicę, zrzuciła ze swej duszy wielki ciężar. Ciężar, który do tej pory musiała dźwigać sama, a teraz z kimś się nim wreszcie podzieliła.
– I co robisz, żeby to zmienić? – Ciągnął temat.
– Zaraz – uśmiechnęła się – to ja ciebie pytałam, czy jesteś szczęśliwy.
– A zatem… – zaczął – zastanawiam się nad tym każdego dnia. I to jest odpowiedź na twoje pierwsze pytanie… Tak, zastanawiam się nad życiem, niemal bez przerwy i wtedy myślę o szczęściu. I wiesz co?
– Tak?
– W najlepszej sytuacji nie jestem pewien co sobie odpowiedzieć, a w najgorszej dochodzę do wniosku, że nie jest wcale dobrze.
Anna zrozumiała co chciał jej powiedzieć. W jej życiu też nie działo się wcale dobrze. I to nie tylko teraz. Patrząc na nie z perspektywy czasu doszła do wniosku, że nigdy nie była szczęśliwa. A najgorsze było to, że wciąż towarzyszyło jej poczucie, że sama była sobie winna. Myśląc o tych latach swojego życia, które już minęły, widziała siebie jako osobę całkowicie nieporadną, słabą, podatną na wpływy innych ludzi, na ich manipulacje.
Krocząc spokojnie obok Erwina, przyglądała się chodnikowym, betonowym płytom. Każda była taka sama. Miała ten sam kolor, kształt. Taką samą spełniała funkcję. Zupełnie jak jej życie. Każdy jego dzień, był do siebie podobny, szary. Bez emocji, bez uniesień. Wycofała się z niego dawno temu, a teraz próbowała wrócić. Tylko czy robiła to we właściwy sposób? Im dłużej się nad tym zastanawiała, tym trudniej było jej znaleźć odpowiedź. Wirtualne znajomości, wirtualne imię, druga osobowość – to wszystko było, w jej przypadku, wynikiem strachu. Z obawy przed życiem.
– Dlaczego powiedziałeś, że chciałbyś cofnąć czas? – Spytała nieoczekiwanie, kiedy tylko wyrwała się ze swoich myśli.
Erwin uniósł do góry brwi i zmarszczył czoło.
– Bo dziś już wiem, że podejmowałem złe decyzje.
– Na przykład jakie?
– Na przykład, nie powinienem był wiązać się z kimś, z kim się związałem. Może zrobiłem to wszystko zbyt pochopnie? – Pytał sam siebie.
Anna wyczuła, że poruszyła trudny dla niego temat i nie chciała dalej w to brnąć.
– Może usiądziemy? – Spojrzała na ławkę, która odwrócona do zabudowań, czekała, by pokazać chętnym to, co miała do zaoferowania. A było to nie byle co. Kiedy tylko usiedli ich oczom ukazał się piękny widok na sporą część miasta, położoną poniżej. Był to obszar przeznaczony na tereny rekreacyjne. Naszpikowany bujnie i swobodnie rosnącymi tu drzewami – przede wszystkim lipami i kasztanowcami, miły dla oka, koił duszę, łagodził zmysły. Za zmęczonym już latem ciemnozielonym pasem drzew, szarobłękitną wstęgą wiła się Wisła, która nieopodal chowała się pod jednym z miejskich mostów, po to by nieco dalej, pojawić się znowu z tańczącymi dziko w jej łonie niebezpiecznymi wirami.
Siedzieli obok siebie, rozluźnieni. Tak przynajmniej mogłoby się zdawać na pierwszy rzut oka. Anna jednak czuła jak jej towarzysz drży.
– Wyjedźmy stąd! – Wycedził jednym tchem. W jego słowach jednak nie było popychającej do działania pewności. Brakowało im siły przekonania. Wydawało się, że Erwin wypowiedział je ewidentnie pod wpływem emocji, jakie w tej chwili nim rządziły. Tak przynajmniej, jako propozycję bez pokrycia, odczytała je Anna.
– Słyszysz? – Powtórzył po chwili – wyjedź ze mną!
– Ale dokąd?
– Daleko! Jak najdalej stąd.
Rzucił jej spojrzenie, swoimi rozpalonymi do granic możliwości, czarnymi oczami. Dwie, zwykle tlące się w nich iskry, teraz spotęgowane siłą ukrytych pragnień i chęcią wyzwolenia się, przybrały postać gorących płomieni.
Proponując wyjazd liczył, że Anna ulegnie podobnemu uczuciu i też będzie chciała porzucić życie, w którym ugrzęzła, wbrew samej sobie. Nie mylił się.
– Jestem gotowa to zrobić – oświadczyła po chwili, w pełni świadoma swoich słów, choć doskonale zdawała sobie sprawę z faktu, że siedzącego obok mężczyzny wcale nie zna. I choć nie ufała w pełni jego słowom, to pożądała zarówno jego, jak i przygody, którą mogłaby z nim przeżyć. Zdecydowała nie słuchać, podpowiadającej zupełnie odwrotne rozwiązanie, intuicji i oddać się całkowicie w jego ręce.
Erwin, podniecony aprobatą swojego pomysłu, podskoczył z ławki i z towarzyszącym mu szerokim, szczerym uśmiechem zaczął roztaczać przed nimi szerokie plany, jakie mogliby wspólnie zrealizować.
– W małej miejscowości Aramon…
– Gdzie to?
– Na samym południu Francji, w Prowansji, zaledwie kilkanaście minut drogi od Avignon, mam niewielki pensjonat.
„To stąd ta południowa opalenizna” – pomyślała.
– Na jak długo planujesz tam wyjechać? – Spytała.
– Wiesz…
– Chyba nie na zawsze?
– To jest całkiem duży hotel – starał się ją przekonywać – są dwa baseny i… – szukał kolejnych argumentów – okolica jest przepiękna! Na pewno ci się tam spodoba!
– Na zawsze? – Powtórzyła, ale już ze znacznie mniejszym oporem w głosie.
– Chociażby na zawsze! – Potwierdził. – Nie będzie ci się tam nudzić, zobaczysz!
– Ale co mielibyśmy tam robić? Co ja bym tam robiła? Musiałabym mieć jakieś zajęcie.
– Po prostu, żylibyśmy – powiedział kojąco.
*
Kiedy wyprowadzano Matyldę z budynku, obok Anny stanął inspektor. Patrzyli w milczeniu na starą kobietę. Na to jak jeden z policjantów zakłada jej kajdanki i przedstawia nakaz aresztowania.
– Przykre. – Powiedział po chwili Kipka, niby do Anny, ale tak cicho, że mógł to równie dobrze powiedzieć do siebie.
– Tak, przykre – zgodziła się pogrążona w myślach.
– Pracuję w policji już dwadzieścia lat droga pani i za każdym razem dziwi mnie, jak ludzie potrafią sobie spieprzyć życie.
Anna spojrzała na niego zaskoczona tym co usłyszała. Po raz pierwszy widziała go w zupełnie innym świetle. Nie był już tak komicznym, dobrze ułożonym, małym detektywem, węszącym wszędzie jakiś podstęp, ale posiadającym mądrość życiową, starzejącym się człowiekiem.
– Ale – ciągnął dalej inspektor – każdy z nas sam pracuje na to swoje życie.
– Tylko nie każdy ma tego świadomość – zauważyła.
– Ludzie potrafią być okrutni, robić straszne rzeczy, a przy tym doskonale się maskować.
– Każdy z nas udaje… – wtrąciła Anna.
Mężczyzna przeniósł na nią swoje przenikliwe spojrzenie.
– Pewnie ma pani rację – dodał – w jakimś sensie nikt z nas nie jest do końca sobą. Wszystko zależy od sytuacji, w jakich przychodzi nam się znajdować. Tylko sztuką jest, żeby aktor o naszym imieniu był jak najbardziej do nas podobny. W przeciwnym razie pogubimy się we własnym świecie, a przy okazji zranimy innych. Tych co nam zaufali.
– To nie takie proste.
– Nikt nie mówi, że życie jest proste. Ale skoro myślimy, potrafimy analizować i mamy uczucia, to powinniśmy robić wszystko, żeby ta gra nie wymknęła się nam spod kontroli. Żeby ograniczała się do niezbędnego minimum. Bo w przeciwnym wypadku, patrząc na swoje odbicie w lustrze, nie zobaczymy już siebie. Zobaczymy jedynie tą wykreowaną przez nas samych postać… Czy to nie przykre?
Anna nie odpowiedziała. Milczeli. Matylda wsiadła już do pierwszego radiowozu, ale samochód jeszcze nie ruszył.
– Nie lada umiejętnością – ciągnął dalej mężczyzna – jest bycie sobą, jak najczęściej, jak najwięcej.
– Ale może życie stawia przed niektórymi z nas wyzwania, które są ponad nasze siły i…
– I to ma być usprawiedliwienie?
– Nie wiem, czy usprawiedliwienie, ale jakieś wytłumaczenie chociaż.
– Może, droga pani, może…
– Jesteśmy słabi, boimy się, chcemy pokazać się z lepszej strony, czasem też zyskać więcej, albo nie wiem…, zwyczajnie przetrwać i być szczęśliwymi. Czy jest w tym coś złego?
– Ależ skąd, każdy ma prawo do bycia szczęśliwym… – zamyślił się – ale jednego jestem pewien. Prawda zawsze wychodzi na jaw. Nawet po długim czasie. A wtedy możemy stracić to co dotychczas zyskaliśmy, albo i więcej – wszystko. I co wtedy?
– To prawda, może się i tak zdarzyć – przyznała mu rację.
Ogarnął ją nieopisany smutek, ale i ulga zarazem. Czuła, że odkryła coś ważnego, czegoś dowiedziała się o sobie samej.
– Tak się zdarza – dopowiedział. – A co do tego szczęścia – podkreślił wyjątkowo mocno to słowo – o którym pani wspomniała, to obawiam się, że budowane na mistyfikacji jest dobre na krótka metę, ale nie jako sposób na życie.
– Tak pan sądzi?
– Jestem o tym przekonany. Kłamstwo nie może dać szczęścia. Przynajmniej tak wynika z tego co widzę, tu, w mojej pracy. Ot, takie przemyślenia… Żegnam panią!
Ukłonił się, wsiadł do ostatniego samochodu, który na niego czekał, po czym radiowóz odjechał.
*
Anna zamknęła walizkę na szyfr. Wzięła torebkę i znowu spojrzała na walizkę. Nachyliła się, żeby jeszcze raz ją otworzyć i zajrzeć do środka. Chciała sprawdzić, czy…, zamek działa, czy niczego nie zapomniała…, ale nie – cofnęła rękę. Spojrzeniem omiotła jeszcze cały pokój i westchnęła. Zamknęła drzwi od swojego pokoju i zeszła na dół.
Miała świadomość, że doszła do momentu, w którym była w stanie sama o czymś zadecydować. Kiedy mogła wsiąść do samochodu i bez cienia wątpliwości, czy obaw, odjechać. Ale wiele ją to kosztowało. Musiała przejść długą drogę, długą, jak ulica, na której mieszkała przez ostatnie, ponad dwadzieścia lat…
– Już wychodzisz? – Zapytała Ewa, wypatrując przez okno samochodu. – Taksówka chyba jeszcze nie podjechała.
– Nie, jeszcze jej nie ma. Będzie dopiero za czterdzieści minut.
– Dokąd więc już idziesz? Chcesz czekać na ulicy?
– Nie, posiedzę jeszcze w kawiarni. Tej nowej. Mają tam naprawdę dobrą kawę.
– Dlaczego nie chcesz tu poczekać? – Ewa, zatroskana, chwyciła oburącz rękę Anny i mocno ją ścisnęła. – Aż tak źle się tu czujesz?
– Nie, to nie to. Chcę już po prostu jechać. Być stąd jak najdalej i zacząć wszystko od nowa.
– Odważna jesteś.
– Skoro już się zdecydowałam, to teraz nie ma odwrotu.
– Masz bilet?
– Mam, wszystko sprawdzałam dwa razy.
– To dobrze. A Erwin będzie czekał na lotnisku?
– Tak, ma czekać, już w Marsylii.
Ewa westchnęła i po raz pierwszy na jej twarzy pojawił się wyraz niepewności, a może nawet strachu.
– Nie wiem jak dam sobie radę z tym wszystkim Aniu – powiedziała.
– Dasz, jestem spokojna. Jesteś pracowita, więc będzie dobrze. Poza tym, należy ci się to wszystko.
– Ale boję się, że nie podołam…
– Co ty opowiadasz? Nie zapominaj, że to ja tak zawsze mówię, nie ty!
Zaśmiały się i objęły,
– To wszystko jest teraz twoje – dodała Anna, licząc że tym, choć odrobinę poprawi jej humor – tak jak ustaliłyśmy. Wysyłaj mi tylko regularnie moją część pieniędzy i rób tu co chcesz.
– Obiecuję!
– Żegnaj Ewa.
– Szczęśliwej drogi!
– Aha, zapomniałabym – Anna zatrzymała się w drzwiach. – Na stoliku…, wiesz, przy moim łóżku, zostawiłam komórkę i…
– Przynieść ci ją?
– Nie! Zapomniałam jej naładować, więc i tak mi się teraz nie przyda. Pomyślałam więc, że to może znak, żeby ją tu zostawić, razem z innymi rzeczami. Z resztą, tam nie będzie mi chyba potrzebna. Kupię sobie jakiś francuski numer.
– No tak, ale odezwij się po przylocie, żebym wiedziała, że jesteś cała i zdrowa!
– Pewnie, że się odezwę.
– Mam nadzieję, że południe Francji ci się spodoba i będziesz, to znaczy będziecie, tam naprawdę szczęśliwi!
Chwilę później, twarz Anny zanurzona w gazecie, pochłonięta porannymi newsami, wydawała się spokojna, z powściągliwością przyjmującą do wiadomości wszystko, co działo się na świecie. Była to jednak wyłącznie poza, bo myślami była z Erwinem, już we Francji.
Kiedy poruszała głową, migotały pomiędzy kosmykami włosów jej ulubione kolczyki, które tego dnia również założyła – wiszące swobodnie, wielkości pięćdziesięciogroszowej monety, białe krążki z czarno czerwonym napisem I love Berlin. Obok gazety, na stoliku przed nią, stał duży, granatowy kubek z gorącą kawą. Młody kelner dopiero co ją przyniósł. Za kubkiem, na białym spodku pulchna babeczka, z kawałkami białej czekolady, roztaczała zapach smakowitego ciasta, świeżo wyciągniętego z pieca. W połączeniu z mocnym aromatem kawy, tworzyły błogi mikroklimat, w którym człowiek pozostałby z przyjemnością przez cały dzień. Przewróciła kolejną stronę. Stolik dalej, mężczyzna kończył w pośpiechu drugą kanapkę z kurczakiem, jajkiem i sałatą. Ledwo przełknął ostatni kęs, chwycił za brązową, skórzaną torbę, stojącą obok krzesła i wybiegł z restauracji. Anna podniosła głowę z nad gazety, oderwała kawałek ciasta i wodząc wzrokiem za nim, spojrzała przez okno. Na ulicy czekała już taksówka.
„Już czas!” – Pomyślała.
Zebrała porozrzucane części gazety, dopiła resztkę kawy i wybiegła, ciągnąć za sobą niewielką walizkę na kółkach.
Taksówka ruszyła.
Od samego świtu niebo wisiało nisko nad miastem, z kotłującymi się niespokojnie chmurami, z których wydawało się, że spadnie zaraz deszcz.
– Na lotnisko proszę! – Rzuciła do kierowcy.
Błądziła wzrokiem po żegnających ją kamienicach. Bez przerwy myślała o Erwinie i o tym co ją czeka… Kiedy taksówka opuściła ulicę Filantropów, Anna odwróciła się za siebie, ale jaskrawożółtych ścian Cytryny nie było już widać. Spojrzała przez szybę z boku, na niebo. Z pomiędzy chmur przebijał pierwszy tego dnia promień słońca. Uśmiechnęła się.
*
W salonie panowała cisza. Ewa siedziała na jednym z foteli i zagubiona omiatała spojrzeniem całe pomieszczenie. Z jednej strony była szczęśliwa, że teraz ona, sama, może decydować tu o wszystkim, ale z drugiej, wiedziała też, że utrzymanie tego biznesu będzie ją sporo kosztowało. I nie chodziło wcale o pieniądze. Tych akurat było sporo. Kiedy Matylda znalazła się w więzieniu z wyrokiem dożywocia(za zlecenie zniszczenia salonu SAPAR i zamordowanie szantażującego ją, jednego z bandziorów, których wcześniej wynajęła do tej brudnej roboty), przepisała wszystko – oszczędności, Cytrynę i kamienicę po Rojnym, Annie. A ta z kolei podzieliła się spadkiem z Ewą. Bardziej zatem Ewa martwiła się o nakład pracy, jaki będzie musiała ponieść i o to, czy da sobie radę. Nigdy wcześniej nie prowadziła swojego interesu…
Pomyślała jednak, że zanim się za cokolwiek weźmie, to najpierw, jako szefowa, powinna zadbać o swój wygląd.
– Jeśli mam prowadzić interesy, to muszę się jakoś prezentować – powiedziała do swojego odbicia w lustrze i słodko, niczym Marilyn Monroe do swoich fanów, puściła mu oko.
Zamknęła salon i poszła do solarium po przeciwnej stronie ulicy.
Tymczasem w SWEET DREAMS rozległ się dźwięk telefonu. Uporczywie dzwonił do czasu, kiedy włączyła się automatyczna sekretarka. Krótki sygnał, trzaski…
– Anna? Jesteś jeszcze? Próbowałem się dodzwonić na komórkę, ale jesteś poza zasięgiem, albo już wyłączyłaś… – wypowiadał słowa Erwin, dysząc przy tym dość wyraźnie.
Aniu, chciałem ci powiedzieć… Wybacz, nie mogłem, to znaczy nie miałem odwagi zrobić tego, patrząc ci prosto w oczy. Wiem, że to cię pewnie skrzywdzi, że ja cię skrzywdzę…, ale nie będę czekał na ciebie na lotnisku… Widzisz, nie jestem sam. Mam żonę i…, kocham ją. Wiem, wyda ci się to dziwne, bo jak mogę ją kochać, jeśli umawiałem się z Tobą, ale ja… Ja nie mogę jej zostawić. Nie pytaj dlaczego. Podobasz mi się, jesteś bardzo atrakcyjną kobietą, ale nie dla mnie…, zasługujesz na kogoś innego, lepszego… Wtedy, siedząc obok ciebie na ławce, pomyślałem, że wspólny wyjazd, a właściwie ucieczka stąd, to doskonały pomysł dla nas obojga. Nie byłem pewien tej decyzji, ale postanowiłem zaryzykować. No a ty, cóż, zgodziłaś się… Dziś jednak Aniu wiem, że nie dałbym rady. Nie mógłbym zostawić Heleny, skrzywdzić mojej żony… Poprosiłem znajomego, Jakuba, by wyszedł po ciebie na lotnisko w Marsylii i spełnił każde twoje życzenie. Masz zapewniony hotel… Nie pozwoliłbym, żeby przytrafiło ci się cokolwiek złego. Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz!
Monolog zakończył się kolejnym trzaskiem. Jedynie pulsujące, czerwone światełko diody, wmontowanej w aparat telefoniczny, informowało o pozostawionej wiadomości.

KONIEC

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *