I kto tu jest „Panu”?

Poniższy felieton dedykuję nieznanemu z imienia koledze z TVN, który rozbawił nas którejś nocy w klubie „Mirage”.

Można by pomyśleć, że portale internetowe zarówno polskie jak i zagraniczne, pożywiają się tym samym. Innymi słowy kto gdzie i w jakiej liczbie zginął, co zrobił minister środowiska i jak zareagował na to premier i tym podobne. Obowiązkowymi punktami serwisów wydają  się być brukowe informacje o celebrytach takich jak chociażby Doda (która teoretycznie nawet studiuje na mojej uczelni). Tak na dobrą sprawę, ktoś kto myśli to wszystko wymienione wyżej, ma rację… ale tylko połowicznie.

Połowicznie, bo tylko jeśli chodzi o polskie serwisy internetowe. Na naszych, można powiedzieć, dopiero co raczkujących portalach tematami na stronie głównej są faktycznie, a przynajmniej do tej pory były, sensacje dotyczące celebrytów. Mało tego, od czasu do czasu pojawiają się również informacje, których autorstwo można śmiało przypisać schizofrenikom lub paranoikom. Pewien czas temu przeczytałem pewien artykuł (chyba na Wirtualnej Polsce) na temat… końca świata. Oczywiście, jak zapewne większość z nas wie, koniec świata nastąpi dokładnie w 2012 roku. Teorie na ten temat są różne, a najpopularniejsza jest taka, że polscy kibole po prostu rozniosą Europę i resztę globu po tym jak nasza reprezentacja przerżnie na Euro 2012. Prawda? Nieprawda? No nieważne. Jedno co wiadomo to to, że nasi „netowi dziennikarze” zdają się kompletnie nie mieć pomysłu na artykuł, który komuś by się do czegoś przydał, a nie tylko przysłowiowemu „psu na budę”.

Inaczej wygląda sytuacja, jeśli idzie o amerykańskie portale internetowe i tutaj muszę pochwalić portal o wykrzyknikowo – euforystycznej nazwie. Nazwy nie podam wprost, bo byłaby to kryptoreklama (chociaż lepsza chyba kryptoreklama niż antyreklama, prawda?).

Wykrzyknikowo – euforystyczny portal stosuje zupełnie inną taktyką w zdobywaniu coverage. Co prawda, uważny czytelnik zauważy, że w innym felietonie Amerykanów, dręczących futrzane zwierzątko, określiłem dość niepochlebnie. Było, minęło. Jeśli idzie o pewne sprawy, to radzą sobie lepiej od nas. Zamiast babrać się w kółko w plotkach i taniej sensacji, Amerykanie starają się zainteresować swoich internautów czymś, co być może będzie dla nich przydatne. W końcu informacje o nowym romansie Joasi Liszowskiej i tak przelatują przez umysł jak owsianka przez układ pokarmowy niemowlaka i nic specjalnego nie wnoszą.

I tak gdy WP, Onet i reszta portali rozwodzi się na swoich stronach głównych nad różnymi nieistotnymi informacjami, Yahoo! (o masz! Jednak zdradziłem nazwę…) serwuje rady. Jeśli idzie o moje doświadczenia, znajduję tam ostatnio tylko i wyłącznie informacje typu „Jak kupić używany samochód i nie dać się oszukać?”, lub rankingi „Dziesięć pytań, których nie powinieneś/powinnaś zadawać na rozmowie o pracę”, albo „5 najgorszych knajp świata”. Rozumie się samo przez się, że tego typu „niusy” bardziej mnie (i pewnie nie tylko mnie) interesują i więcej mi dadzą, aniżeli to, kto odpadł z „You Can Dance”. Ba, przecież to właśnie dzięki Yahoo! dowiedziałem się, gdzie można zdiagnozować za darmo komputer pod kątem obecności kolejnych wersji wirusa Conficker (tego na Prima Aprilis). Amerykanie oczywiście czasem zamieszczają na stronach głównych informacje na temat swojej polityki, czy życia gwiazd, ale nawet jeśli, to robią to umiarkowanie i zaskakująco rzadko. Jaki artykuł się bardziej w życiu przyda zwykłemu człowieczkowi? Jakieś suche, nudne dane dotyczące polityki lub Dody, czy „Dziesięć pytań których nie powinieneś/powinnaś zadawać na pierwszej randce”? Jasne że ten drugi i podobne! Koniec, kropka, end of story.

Amerykanie, choć są narodem młodym i w dużej mierze nierozgarniętym, mają w pewnych sprawach zdrowsze podejście niż my i nie ma tu sensu energicznie zaprzeczać, bo taka jest niestety prawda. No i pada pytanie – kto tu jest „Panu”? Którzy dziennikarze internetowi są bardziej pożyteczni? Nasi czy Ci z Nowego Kontynentu?

0 thoughts on “I kto tu jest „Panu”?

  1. Teoria 2012 – zasilam odłam wierzący, że życie na kuli ziemskiej się skończy z powodu okrągłej piłki i łebskich kiboli, jako że jestem europocentryczny ;p
    Antyreklama przede wszystkim.
    Słusznie jest ganić naszych „netowych” publicystów, nasze wiodące portale. Przez wiele lata utrzymywałem zupełnego ignora dla dzienników drukowanych. W międzyczasie bardziej przywykłem do newsów na necie, aż z kolei je (ich?) zacząłem unikać, bo z taką płycizną nie dało się obcować, mózg obumierał. Nie wiem jak to się stało, że kiedyś znowu wziąłem papierowy dziennik w łapy i wciągnął mnie na dobre na kilkadziesiąt minut. Wrażenie co do treści w gazecie, a tych czołowych z portali, przywodzi mi na myśl porównanie w tym samym aspekcie radia RMF/Zet do Polskiego Radia, Trójki na przykład. W tych pierwszy słyszę tylko łomot, jakieś myśli zapodawane z prędkością myśliwca. To takie pokrewieństwo ze specyfiką – właściwie postów, a nie wiadomości – treści w wiodących PL portalach.
    Nie znam zagranicznych portali, więc tą istotną dla felietonu przeciwwagę, niestety pomijam. Powiedzieć skory jestem tylko tyle, ufając opinii autora, że Amerykanie z popkulturą obyci są już nie wiem, od lat ’50 tych, więc zdążyli się już od niej zdystansować. Zaś popkultura, która w Polsce dominuje, kwitnie tu dopiero od dwudziestu lat, bo jest produktem eksportowym właśnie z USA. Tą popkulturę mam na myśli (bo wiadomo, że PRL miał swoją). Może to kwestia czasu, żeby ci, co nawet idą za dodą, zniżali się świadomie, a nie wierzyli, że to jest wzór, elita w dobrym tego słowa znaczeniu. Ale żeby taką świadomość upowszechnić, trzeba o tym pisać, działać, a nie czekać z założonymi rękami.

  2. Ignorowanie dzienników tradycyjnych, czyli tych drukowanych, nie jest do końca dobrym pomysłem. Istnieje jeszcze kilka dobrych dzienników, gdzie informacje są skrupulatne i starannie napisane. Trzeba jednak przyznać, że gazety czy pisma mają także swoje mankamenty. Chociażby w postaci kilku stron reklam, które niekiedy zajmują 50% objętości całej gazety/magazynu. Podejrzewam że tego typu mankamenty również miały wpływ na odrzucenie przez Ciebie dzienników.
    Porównywanie jakości informacji na płaszczyźnie gezeta – portal internetowy, czy RFM – Polskie Radio jest bardzo trafną analogią. Portal Yahoo! do portalu Wirtualna Polska ma się właściwie tak samo jak Trójka do Eski, czy do RMF, innymi słowy, w obu porównaniach to pierwsze wygrywa jakością. Wiele osób myśli podobnie – prywatne rozgłośnie, to kiepskie rozgłośnie.
    Co do zaznajomienia się z ideą pop-kultury, to prawdopodobnie jest tak, że Amerykanie lepiej potrafią ją „okiełznać” i ująć w ryzy w zakresie własnych mediów. Naturalnie nie twierdzę że w USA nie ma żadnych „brukowych” portali czy gazet, ale rzecz w tym, że treści „brukowe” nie są rozpowszechniane wszędzie, a jedynie tam, gdzie akurat jest na nie zapotrzebowanie (czyli w pismach, stacjach radiowych itd. specjalizujących się w takim dziennikarstwie). Dużą część naszych portali miesza informacje wysokiej wagi z „brukiem”, a to połączenie zabójcze dla renomy portalu i zaskakujące dla czytelników.
    Jeśli natomiast zakładamy że pewna część ludzi wierzy iż persony takie jak Doda, czy Ania Mucha są wzorem do naśladowania, to trzeba wziąć pod uwagę, że, jakkolwiek by to nas irytowało, mają prawo tak uważać. Uporczywe przekonywanie kogoś do zmiany zdania dość rzadko jest skuteczne. Trzeba wierzyć w to że „Tylko krowa nie zmienia poglądów” i że ludzie (zarówno piszący jak i czytający „bruk”) wreszcie się znudzą i przestaną grzebać w poszukiwaniu taniej sensacji i zaspokajać się płytkimi, łatwymi i głupimi informacjami. Mam jednak świadomość, że mogą to być jedynie pobożne życzenia z mojej strony…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *